Goniec

Register Login

Moto-Goniec

Moto-Goniec

niedziela, 07 grudzień 2014 00:51

Generator poczucia wyższości - Dodge RAM 1500

Napisane przez

Jakoś nigdy nie miałem serca do pick-upów, a przecież co jak co, ale Ameryka pick-upem stoi. Nikt nie robi lepszych. Tu jest ojczyzna tego gatunku, tutaj te auta zyskały największą liczbę zwolenników. 

Są regiony USA i Kanady, gdzie właściwie trudno jeździć czym innym. Są regiony amerykańskiego kontynentu, gdzie jedynie posiadanie pick-upa zapewni brak politowania na twarzy spotykanych ludzi.
Oczywiście, my tutaj, w jakiejś Mississaudze czy Toronto, takiego wrażenia nie odnosimy, no ale wielkie metropolie to jeszcze nie wszystko i jest jeszcze "prawdziwa Kanada".
Tam właśnie króluje auto, o którym dzisiaj – klasyk nad klasykami – dodge RAM 1500.
Pełnowymiarowy pick-up produkowany od 1981 roku. Jeden z najsłynniejszych i najlepiej sprzedających się samochodów w swojej klasie. Wprowadzony do sprzedaży jako zastępstwo dla wysłużonego modelu D Series, szybko zdobył mocną pozycję na amerykańskim rynku. Od 2009 roku dostępna jest czwarta generacja rama. Oprócz wersji podstawowej z krótką lub przedłużoną kabiną, auto oferowane jest również w zabudowanej, typowo dostawczej odmianie cargo van. Ram trzykrotnie sięgał po tytuł Truck of the Year w plebiscycie magazynu "Motor Trend".
Ośmiobiegowa automatyczna skrzynia biegów i "ciężarówkowy" diesel zapewniają pojazdowi nie tylko mnóstwo mocy w kołach, ale także całkiem znośne spalanie.

dodge2
Wygodę zagwarantują sprężyny z tyłu i zawieszenie pneumatyczne, gdzie sprężone powietrze zastępuje metal, przez co jazda jest supermiękka.
Sylwetka pick-upa również jest klasyczna – w ubiegłym roku zwiększono jedynie nieco wysokość grilla, Do dyspozycji mamy też lampy LED i wspaniale wyposażoną kabinę z kontrolą temperatury i systemem multimedialnym, do tego skóra i mahoń – słowem, niezły luksus na polnej drodze.
W wersji benzynowej ram oferuje 3,6-litrowy sześciocylindrowy motor w układzie V o 305 koniach mechanicznych mocy i 269 funtostopach momentu obrotowego. Można sobie do tego dodać technologię stop/start, która wyłącza silnik przy krótkich momentach postoju.
Skrzynia biegów pracuje gładko, z tym że do obrotowego przełącznika biegów na automacie trzeba się przyzwyczaić. Jedyną słabszą stroną w porównaniu do konkurencji jest zdolność holowania – o kilkaset funtów mniejsza niż ford F-150, GMC sierra czy chevy silverado.
Jeśli zaś potrzebujemy więcej mocy, możemy zamówić do rama ósemkę HEMI, o mocy 395 KM i 407 funtów momentu obrotowego. Oczywiście óśmiocylindrowy motor pali zdecydowanie więcej niż szóstka. Pozawala za to rozpędzać się do 60 mil na godzinę w czasie poniżej 7 sekund.
Ram ma też świetną niespodziankę w zanadrzu w postaci 3-litrowego silnika EcoDiesel z turbodoładowaniem. Jest to pierwszy w Ameryce pickup light duty, który można zamówić z silnikiem wysokoprężnym. To, w połączeniu z napędem na cztery koła (opcja), czyni z tego pojazdu lekki czołg.
Wspomniałem o zawieszeniu powietrznym – jeśli wybierzemy tę moż-liwość, za jednym naciśnięciem na pilocie będziemy mogli np. obniżyć tył w celu ułatwienia załadunku. Można też nieco podnieść zawieszenie, żeby na coś nie wpaść podwoziem. Pożyteczna jest też automatyczna wyrównywarka poziomu.
Co więcej?
No, worek różnych gadżetów znanych z innych samochodów Chryslera.
Pojazd dostępny jest w pełnej gamie submodeli, od najprostszego tradesmana do superluksusowego laramie longhorn. Podobnie jak w innych markach, tak i tu submodele mają nieco inny wygląd zewnętrzny.
We wszystkich wersjach możemy zamawiać napęd na cztery koła.
Jak się to prowadzi? Oczywiście, z poczuciem wyższości, którego trudno się wyzbyć zwłaszcza zimą, zwłaszcza na wsi, na błocie, szutrze czy wybojach. To jest auto stworzone na bezdroża.
Dobrze więc poznać limity tego wozu, choćby po to, by przy pierwszej lepszej gołoledzi nie przeszarżować...
Na co uczula


Wasz Sobiesław

niedziela, 30 listopad 2014 09:24

Pijmy na zdrowie

Napisane przez

Rozpoczęta właśnie akcja RAID każe wrócić do tematu picia.

Proszę wybaczyć, że się powtarzam, ale jestem zdecydowanym przeciwnikiem picia i prowadzenia, głównie ze względu na to, jak bardzo cenię sobie picie, a także jeżdżenie.


Jedno i drugie jest wielką przyjemnością, jeśli potraktować je osobno.
Jeśli lubimy prowadzić, to tylko – proszę Państwa na trzeźwo – jazda na cyku odbiera olbrzymią dozę przyjemności, rozmywa całe doświadczenie, każe się, po prostu, trzymać kierownicy i marzyć o szczęśliwym dotrwaniu do końca, czyli dojechaniu do domu. Zamiast panować nad urządzeniem mechanicznym i inteligentnie dostosowywać jazdę do warunków drogowych, jesteśmy rozmamłani, i tak na dobrą sprawę chce nam się robić coś zupełnie innego.


Zachęcam więc Państwa, by na rzecz spojrzeć trzeźwo, zdroworozsądkowo i nie oszczędzać na własnym piciu.
Picie alkoholu może dać dużo radości, jest to rzecz bardzo przyjemna, zwłaszcza jeśli odbywa się w doborowym gronie przyjaciół lub też ludzi kulturalnych i potrafiących się sobą nacieszyć. Po cóż więc zakłócać tę przyjemność świadomością konieczności prowadzenia samochodu, bezustannym kontrolowaniem własnego zachowania i baczeniem, czy to już, czy jeszcze możemy sobie strzelić małe piwko.
W naszym środowisku niestety pokutuje zasada "mocnej głowy" – udowadniania, że "ja to mogę pić litrami i nic mnie nie rusza", no i oczywiście tego, że mimo tego picia litrami "kontroluję się znakomicie" i mogę siadać za kierownicę.
Jest to potwornie nielogiczna postawa będąca efektem głupoty naszych praszczurów i pokutowania obyczajowości upadającej szlachty, która niestety powiesiła na haku swe rycerskie cnoty. No bo proszę Państwa, rycerstwo jak pije, to pije, a jak kruszy kopie, to kruszy kopie...
Zatem planujmy swoje picie, a gdy zdarza się niezaplanowane, nie wahajmy się zadzwonić po kolegę, koleżankę, czy choćby taksówkę; nie zaszkodzi rozeznać się w ofercie Uber.


Życie jest krótkie, mamy w nim wystarczająco dużo nerwowych sytuacji, zrezygnujmy więc z nerwów podczas picia.
A zatem Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy, w tym sezonie "grzewczym" wyluzujmy się i zróbmy sobie prezent w postaci taksówki z imprezy do domu. Wrócimy do siebie szczęśliwi i dopici, no bo w końcu jaki sens odmawiać kolejki, gdy i tak "dzisiaj nie kieruję"?


Na zdrowie!
Wasz Sobiesław

sobota, 22 listopad 2014 13:35

Zimą samochód potrzebuje miłości

Napisane przez

Spadł śnieg i temat narzuca się sam. Niestety, wielu z nas zima zaskakuje; wiemy, że przyjdzie, ale gdy przychodzi, okazuje się, że jesteśmy nią zdziwieni, nie tylko nie będąc mentalnie gotowi, ale również "sprzętowo", bez szufli czy skrobaczki.

Tak więc w najbliższy weekend zachęcam, by usiąść na sekundkę i popatrzeć, czy wszystko w aucie jest OK.

Tak na zdrowy rozsądek, chodzi o to, by nie było w spryskiwaczu wody, która zamarza, byśmy zapakowali zmiotkę do śniegu i skrobaczkę do lodu, byśmy sobie sprawdzili powietrze w oponach, bo w zimie ciśnienie zazwyczaj spada, byśmy sobie sprawili łańcuchy na koła, bo stanowią jedną z najbardziej skutecznych form wydobywania się z zaspy, albo kupili do bagażnika niewielką szuflę.

Przede wszystkim zaś – warto do bagażnika zapakować czapkę, sweter i rękawice – nic nie zaszkodzi wozić to w samochodzie; bardzo często zdarza się tak, że wyskakujemy gdzieś autem na minutkę, nie jesteśmy odpowiednio ubrani, a tu masz ci los, poślizg albo zakopka – i wówczas dodatkowe ubranie jest jak znalazł.

Kolejna sprawa superważna to widoczność – często gdy zostajemy gdzieś na noc, warto sobie na szybie przedniej włożyć folię pod wycieraczki, unikniemy później skrobania, dobrze też jest sprawdzić, czy działa nam odmrażanie tylnej szyby.

Kolejna "rada dobrego wujka", to żeby jednak dotankowywać auto zawsze, gdy spadnie nam poziom poniżej jednej trzeciej. Nigdy nie wiemy, czy gdzieś nie utkniemy i wówczas silnik dostarczać będzie zbawiennego ogrzewania – ważne, by mógł to czynić przez dłuższą chwilę, czyli byśmy mieli paliwo w baku.

Kolejna rzecz, odczyszczajmy auto z lodu i śniegu, po pierwsze po to, żeby dobrze widzieć, po drugie żeby nie sypać śniegiem ludziom po oczach, a po trzecie żeby też zaoszczędzić trochę benzyny.

Zima to przyjemna pora roku, pod warunkiem że nie ma się do niej "letnich" oczekiwań. Wystarczy tylko nieco zdrowego rozsądku, byśmy również zimą poruszali się bezpiecznie i bezwypadkowo.

Dobrze też przećwiczyć sobie zachowanie samochodu na lodzie, by nas taka sytuacja nie paraliżowała i byśmy wiedzieli, w którą stronę kręcić kierownicą i jak dodawać czy odejmować gazu. Wielu kierowców zimą w sytuacji niewielkiego nawet poślizgu całkowicie truchleje, sztywno trzyma kierownicę w niezmiennym położeniu i wciska do dechy hamulce. Tymczasem pomóc można sobie w wielu wypadkach czymś odwrotnym, np. lekkim dodaniem gazu.

– Czy zmieniać opony na zimowe? – Powiem prosto, rzecz gustu, jeśli mamy opony całoroczne z dobrą głębokością bieżnika, to w warunkach miejskich i przy ostrożnej uważnej jeździe jest to opcja zupełnie wystarczająca. Wspomniane łańcuchy pomogą zaś nam uratować się, gdyby nas całkiem zasypało.

Ministerstwo Komunikacji zaleca też wożenie w samochodzie świecy –gdybyśmy gdzieś utknęli na odludziu świeca daje tyle ciepła w kabinie, by człowiek nie zamarzł.

Słowem, jest zima i trzeba myśleć.

Wielu Kanadyjczyków zimą kieruje się na południe. Jeśli jedziemy autem, warto kupić poręczny bedeker "Along Interstate 75", w którym David Hunter rokrocznie, od 1992 roku, publikuje aktualne informacje o różnych przydatnych rzeczach, jak na przykład to, że w stanie Georgia od niedawna obowiązuje "niemiecki" przepis, iż lewy pas jest na autostradzie wyłącznie do wyprzedzania i można zostać ukaranym mandatem za – nawet szybkie – jechanie lewą stroną, kiedy prawa jest wolna.

Dobrą wiadomością jest natomiast to, że większość stacji benzynowych wzdłuż I-75 przechodzi obecnie na karty kredytowe z czipem, podczas gdy jeszcze nie tak dawno użycie karty wymagało tam adresu domowego z ZIP-em. Książka zawiera również wiele pożytecznych informacji na temat noclegu i restauracji.

•••

W polskich interiach natrafiłem na ciekawy tekst o tym, co człowiek może złego robić własnemu autu najczęściej nieświadomie. Nic tak nie boli jak to, gdy psujemy własnoręcznie, dlatego warto przeczytać choć trochę przykładów

Dolewanie oleju do rozgrzanego silnika

Gdy silnik jest silnie rozgrzany i nalejemy olej o temperaturze otoczenia, dochodzi do miejscowego skurczu metalu głowicy. Jeżeli głowica jest duża (np. rzędowe silniki 6-cylindrowe czy wysokiej pojemności silniki aut terenowych), bardzo często dochodzi do jej pęknięcia. W efekcie silnik zaczyna zużywać ciecz chłodzącą, grzeje się i zaczyna dymić na biało. Dlatego należy zawsze po jeździe odczekać mniej więcej pół godziny przed nalaniem oleju.

Częsta jazda na rezerwie Prawie w każdym zbiorniku samochodowym po pewnym czasie na dnie gromadzą się osady oraz kondensaty. Jeżeli jeździmy notorycznie na "oparach paliwa", to ryzyko zassania ich do układu wtryskowego rośnie.

Nagłe gaszenie silnika bezpośrednio po forsownej jeździe Uwaga dotyczy wszystkich silników, ale w szczególności tych turbodoładowanych. W dolnej części silnika nie ma płaszcza wodnego i za odprowadzanie ciepła odpowiada olej. Jeżeli wyłączamy bardzo rozgrzaną jednostkę (np. po jeździe autostradowej), to obieg oleju się zatrzymuje i jego temperatura wzrasta. W ułożyskowaniu turbosprężarki może dojść do zwęglenia oleju i zakoksowania kanałów. Warto schłodzić silnik, pozostawiając go pracującym na biegu jałowym na czas od pół do dwóch minut. To pozwoli schłodzić wszystkie elementy.

Dynamiczna jazda na zimnym silniku Na zimno współczynnik tarcia ruchomych części silnika i skrzyni biegów jest wysoki, a lepkość oleju pogarsza smarowanie. Ponadto wzbogacona mieszanka zmywa film olejowy z cylindrów. Dlatego należy unikać wykorzystywania pełnej mocy, dopóki silnik nie osiągnie temperatury ok. 80 C. Silniki traktowane ostro na zimno mają zwykle poprzycierane płaszcze tłoków i stają się głośniejsze.

Jazda na zbyt niskich obrotach Przy niewielkim wciśnięciu pedału gazu nawet obroty rzędu 1300 obr./min nie muszą być dla silnika szkodliwe. Ale jeżeli obciążenie jest spore (podjazd pod górę, przyspieszanie, wysoki bieg i mocno wciśnięty pedał gazu), to zbyt niskie obroty szkodzą silnikowi. Występują wtedy przeciążenia w układzie korbowo-tłokowym. Niszczą się panewki, wał korbowy, koło dwumasowe oraz tłoki. Zmiana biegu na niższy rozwiązuje problem.

Jazda na krótkich dystansach Praca na nierozgrzanym oleju to gorsze smarowanie i przyspieszone zużycie. Badania stanowiskowe wielu producentów wskazują na to, iż jeden cykl rozruchu i rozgrzewania silnika odpowiada zużyciu, jakie generuje 300-500 km jazdy szosowej. To daje pojęcie, jak ogromne jest zużycie silnika na zimno.

Jazda na bardzo wysokich obrotach Sporadyczne wkręcanie silnika na obroty nieprzekraczające maksymalnych nie uszkodzi silnika. Jednak częste dokręcanie do tzw. czerwonej kreski nie jest dobre. Pierwszymi objawami takiej techniki jazdy będą podwyższone zużycie oleju, a po pewnym czasie może do tego dojść podniesiona głośność. Efekt szybszego zużycia pierścieni, tłoków, panewek, krzywek rozrządu, popychaczy itp. będzie widoczny dopiero po kilku latach takiej eksploatacji.

Szybka jazda przez wodę Istnieje ryzyko zassania wody do silnika, co kończy się jego zniszczeniem. Ponieważ woda jest nieściśliwa, jeżeli dostanie się do cylindrów, to któryś element będzie musiał się poddać. Najczęściej dochodzi do zgięcia korbowodów. Dlatego głębsze kałuże należy pokonywać powoli (np. 20 km/h), utrzymując stałą prędkość jazdy.

Nerwowe ruchy pedałem gazu Naprzemienne dodawanie i odejmowanie gazu powoduje zmianę kierunku działania reakcji silnika na gumowo-metalowe poduszki mocujące zespół napędowy.

Przeciąganie wymiany oleju W trakcie użytkowania z oleju wyparowują lżejsze frakcje, a jednocześnie dostają się skropliny wody oraz paliwo. Zużyciu ulegają dodatki uszlachetniające. Najlepsza jest wymiana co 10-15 tys. km.

•••

A na koniec informacja z ostatniej chwili, Volkswagen postanowił wycofać do naprawy 126 tys. pojazdów w Kanadzie z powodu usterki tylnego zawieszenia, dotyczy to jett z lat 2011–2013 i beetli z lat 2012–2013.

Firma zapewnia, że do tej pory nie było żadnych wypadków z tym związanych.

A zatem oby do lata
Wasz Sobiesław

piątek, 14 listopad 2014 21:45

Infiniti Q50 2015

Napisane przez

Pisałem w ubiegłym tygodniu o tym, jak mieć tanio luksusowy samochód, dlatego dzisiaj trochę o aucie, które kosztuje sporo, ale daje ponadprzeciętną przyjemność jazdy – zacznijmy od infiniti Q50, na który można sobie pozwolić już od 37 tys. dolarów, a auto konkuruje tutaj ze znanymi niemcami, czyli BMW – 3, 2 oraz audi, a także z acurą TL Hondy. Za najdroższy model zapłacimy nieco ponad 50 tys. dol.

Zaczynając od rzeczy podstawowych: wszystkie modele, a mamy do dyspozycji 5 (łącznie z hybrydą), mają silnik sześciocylindrowy, o mocy 328 KM i spalaniu ok. 12 litrów po mieście.

Wszystkie też mają automatyczną skrzynię, 7-biegową z ASC Adaptive Shift Control, z automatycznym dostosowaniem obrotów silnika przy redukcji biegów. Niestety, w Q50 nie ma oferty standardowej ręcznej przekładni, za to możemy zamówić model z "inteligentnym" napędem na cztery koła, który się włącza, kiedy trzeba.

Aż mi się nie chce opisywać wszystkich elektronicznych systemów, które kontrolują ten samochód – to co tylko możemy sobie wyobrazić w branży – tam jest. Np. elektroniczny system dystrybucji siły hamowania.

Skrzynia – jak wspomniałem – jest automatyczna, ale oczywiście wyposażona w możliwość ręcznego określenia biegu – wszystko bez sprzęgła – i bardziej dynamicznej jazdy.

Jedną z ciekawostek jest oferta systemu steer-by-wire – kierownica jest fizycznie odseparowana od układu skręcającego koła, na podobnej zasadzie jak działa lotniczy system fly-by-wire, odcinający bezpośredni hydrauliczny wpływ na stery. A zatem kołami skręcają silniki elektryczne, sterowane systemem odczytującym ruchy kierowcy. Pozwala to na lepsze wspomaganie pracy kierowcy.

System został zaprojektowany z uwzględnieniem wymogów bezpieczeństwa. W infiniti zastosowano klasyczną kolumnę, ale tuż za modułem odczytującym ruchy kierownicą zamontowano sprzęgło rozłączające. Jak już cała elektronika odmówi posłuszeństwa, sprzęgło z powrotem połączy kierownicę z kołami "na sztywno" – a więc nie mamy tutaj możliwości wypadku z powodu np. ustania zasilania systemu podczas jazdy.

Sterowaniem kołami zajmują się dwa silniki elektryczne otrzymujące informacje z modułu sterującego. Ale nie jest to przełożenie stałe. System pozwala na włączenie pomocy jazdy na wprost i pokonywania łuków w ramach systemu ATC (Active Trace Control).

Jadąc jednym pasem, system namierza obydwa końce pasa i rozpoczyna wspieranie kierowcy w jego zamierzeniach. Podczas jazdy na wprost przy wyprostowanej kierownicy nie są potrzebne korekty kierownicą. Komputer sam w minimalnym zakresie koryguje tor jazdy.

Analogicznie działa to na łukach, gdzie minimalnie za słaby skręt kierownicy dostanie niewielkie wsparcie ze strony komputera. Uczucie jest dosyć dziwne, bo niespotykane, ale można szybko do niego przywyknąć. Nie ma jednak obaw o utratę kontroli. Jeśli nie skręcimy na łuku, komputer nas w tym nie wyręczy. Q50 ułatwia prowadzenie na długich trasach, ale umówmy się, czy ktoś, kto lubi sam prowadzić auto, rzeczywiście potrzebuje takiego wspomagania? Jest to doskonała ilustracja kierunku, w jakim nawet wśród modeli sportowych zmierza dzisiejsza motoryzacja.

Steer-by-wire ma zalety także podczas nagłych manewrów. Np. ominięcie przeszkody jest w Q50 łatwiejsze. Wynika to z inteligentnego oprogramowania, które rejestrując nagły ruch kierownicą, skraca przełożenie układu kierowniczego. Oznacza to, że kąt skrętu kierownicy może być znacznie mniejszy niż przy klasycznej przekładni – tak jakbyśmy to zrobili małą rajdową kierownicą.

Kolejna zaleta daje o sobie znać podczas jazdy po nierównościach. Po puszczeniu kierownicy pozostaje ona w pozycji na wprost, bo nie ma odwrotnego przełożenia z kół na kierownicę. Układ ma za zadanie nie dopuścić do takiej sytuacji i zawsze zachowuje się, jakbyśmy kurczowo trzymali kierownicę!

A zatem – ponad 300 koni pod maską i supersystemy elektronicznego wspomagania jazdy sprawiają, że nowe infiniti Q50 prowadzi się niczym auto Jamesa Bonda. Choć oczywiście na razie nie ma jeszcze wersji unoszącej się w powietrzu, o czym z niejakim rozczarowaniem zapewnia

Wasz Sobiesław.

czwartek, 06 listopad 2014 14:36

Lexus, acura, infiniti - Luksus prawie darmo

Napisane przez

Wspomniałem tydzień temu o porównaniu finansowych kalkulacji zakupu starego bmw oraz nowego samochodu amerykańskiego średniej klasy i słusznie zostałem "zjechany" za ten przykład.

Stare bmw, mimo produkcji w RFN, mają wiele złych opinii – moim zdaniem polegają one bardziej na uprzedzeniach niż faktach.

W czym problem? Otóż, jak większość niemieckiej technologii, jest to samochód, który wymaga dobrego utrzymania. Do tego stopnia, że dilerzy bmw oferowali w cenie zakupu darmowe kilkuletnie serwisowanie swych modeli. Samochód źle znosi brak troski właściciela i w tym sensie jest zupełnie odmienny w filozofii od – powiedzmy – AK-47, który to pistolet maszynowy gniotsa i nie łamiotsa i strzela nawet w stanie kompletnie zardzewiałym.
Niestety wiele posuniętych w latach bmw było swego czasu molestowanych przez młodzież, bo też jest to marka popularna wśród dorastających dzieci – oczywiście mówię o starszych modelach.

Jeśli więc mamy nadzieję rzeczywiście trochę naszym bmw pojeździć i nie pakować w naprawy fortuny, to przede wszystkim zwróćmy uwagę, od kogo kupujemy auto i kto był wcześniej właścicielem/właścicielami. Jeśli zaś chodzi o naprawy, nie dajmy się nabierać, znajdźmy sobie przez Internet ludzi wyspecjalizowanych w bmw – jest na terenie GTA kilka kultowych przybytków tego rodzaju, niektóre obsługiwane przez zakochanych w tej marce.

Wymienionych kłopotów nie będziemy mieli z azjatyckimi luksusowymi samochodami – ostatnio natrafiłem w "Globe and Mail" na tekst Neila Vorano, który zachwala kilka z nich.

Acura, lexus, infiniti to są pewniaki. Wiele z tych aut kupimy grubo poniżej 12 tys. – co znów znacznie poprawi naszą sytuację, gdy chodzi o deprecjację – a taka acura RL jest w stanie, gdy chodzi o niezawodność, przyćmić niejedno bmw. Jeśli pozwolimy sobie na coś po 2005 roku to, na przykład, przy wywoławczej cenie 11 480 dol., dostaniemy auto na 18-calowych felgach z letnimi oponami i 17-calowych z zimowymi, z 10-głośnikowym systemem nagłośnienia BOSE, z podgrzewanymi i chłodzonymi skórzanymi siedzeniami, dodatkowo zapamiętującymi położenie, systemem rozpoznawania głosowego, no i oczywiście 300-konnym silnikiem V-6. Przyjemne w prowadzeniu (choć oczywiście smakoszy "niemieckiej" jazdy może lekko rozczarować), ciche i zrywne.

Gdy ktoś woli toyotę zamiast hondy (acura to luksusowa marka tej ostatniej), może oczywiście wybrać lexusa LS430. Jest to kawał luksusowego samochodu, ma napęd na tylną oś i 4,3-litrową ósemkę dającą 290 KM. Znów jednym z mankamentów, zwłaszcza dla młodszych kierowców, może być zbytnio luksusowa jazda – wyciszona, wytłumiona, wyizolowana od nawierzchni. Opcji nie będą wymieniał, proszę sobie tylko wyobrazić, że jedną z nich są siedzenia masujące kierowcy zadek. Czy może być coś lepszego na długiej trasie?

Pobieżne rozeznanie na kijiji daje nam cenę 8800 dol. za auto z 2002 roku i z przebiegiem 197 tys., co jak na ósemkę jest tyle co nic, z pakietem luksusowym czy też premium. Z pewnością nie jest to samochód dla zbuntowanej młodzieży, ale dla wielu z nas stanowić może niezawodny przybytek jeżdżącego luksusu.

Inna marka polecana przez Neila Vorano to infiniti Q45, tu porównanie z bmw może być jak najbardziej na miejscu, bo jeśli poprzestaniemy na rocznikach 2002–2004, możemy sobie zafundować coś, co do 100 km/h rozpędza się w nieco ponad 6 sekund, a to za sprawą 4,5-litrowej ósemki o mocy 340 KM. Napęd na tylne koła może być zimą powodem wielu radości – jest to tylko kwestia przyzwyczajenia. Wśród luksusowego wyposażenia znajdziemy sterowany głosem nadmuch i klimatyzację oraz opony, na których dojedziemy nawet wówczas, gdy złapiemy gumę. Infiniti to luksusowa marka znanego azjatyckiego koncernu – Nissana. Radziłbym kupować model po 2003 roku, kiedy to Q45 został znacząco zmodernizowany i otrzymał lepsze przełożenia w skrzyni biegów, co poprawiło spalanie i dynamikę jazdy. Luksusowe wyposażenie? Nie warto wymieniać, co jest, bo ten sprzedawany pierwotnie za 70 tys. dol. pojazd miał chociażby (od 2002 roku) sterowany głosem system nawigacyjny. Czyli możemy mu po prostu mówić, gdzie chcemy jechać, a on nas tam wykieruje. Pobieżny sprawdzian kijiji daje nam np. infiniti z 2003 roku za 7500 dol. i przebiegiem 186 tys. km.

No cóż, z pewnością nie są to samochody skłaniające piękne kobiety do odwrócenia głowy, ale jeśli cenimy wygodę, a do tego lubimy sobie od czasu do czasu docisnąć gaz; jeśli chcemy mieć coś niezawodnego i jednocześnie we wszystkim może nawet lepszego od mercedesa – to jest to wybór dla nas. Jednak jeśli chcemy auto trzymać długie lata i kochamy twardą beznamiętną siłę bmw, no to niestety żaden japończyk jej nie zastąpi.

O czym ze smutkiem informuje Wasz Sobiesław.

sobota, 01 listopad 2014 13:29

Ta okropna deprecjacja

Napisane przez

Od dawna jestem zwolennikiem "twórczego" podejścia do posiadania samochodów, twórczego, czyli uwzględniającego nasze potrzeby i upodobania. Samochód to kupa blachy, a nie żadna inwestycja finansowa, więc jeśli można na zaspokojeniu naszych potrzeb transportowych zaoszczędzić, to grzech tego nie zrobić.

Głównym kluczem jest tutaj analiza tego, jak samochód wykorzystujemy i kiedy. Największym kosztem posiadania czterech kółek nie jest, wbrew pozorom, koszt benzyny czy napraw, lecz DEPRECJACJA, czyli to, ile nasza "inwestycja" czterokołowa straci na wartości w procesie eksploatacji. Stąd często nie opłaca się kupować samochodów całkiem nowych, a te 3-4-letnie jak najbardziej. Ich cena to zazwyczaj połowa wyjściowej, jaką zapłacimy za samochód wprost z placu.

Druga sprawa to oczywisty fakt, iż w przypadku samochodów "miejskich" koszty eksploatacji są o wiele niższe niż w przypadku vana czy SUV-a. Jeśli więc potrzebujemy wielkiego auta kilka razy do roku na jakieś wypady urlopowe czy wyjazdy do rodziny etc., może pomyśleć, czy nie warto po prostu w takich sytuacjach pożyczyć samochód. Wbrew pozorom może to być całkiem rozsądna kalkulacja, tym bardziej jeśli mamy już na stanie inny, za który płacimy ubezpieczenie.

Warto też przed wypożyczeniem zadzwonić do swojej firmy ubezpieczeniowej i poznać dokładne warunki – choćby po to, by nie okazało się, że mamy ubezpieczenie w jedną stronę i jak sami coś zrobimy naszemu pięknemu wypożyczonemu autu jakieś przykrości, to będziemy potem płacić z własnej kieszeni.

Trzeba też o ubezpieczeniach porozmawiać spokojnie i rozsądnie (fine print) w wypożyczalni; niektóre kasują na przykład również za wypożyczenie w przypadku, gdy samochód jest naprawiany w zakładzie – a powiedzmy szczerze – nikomu poza nami w takiej sytuacji się nie spieszy. Słowem, jeśli nosimy się z zamiarem wliczenia do rocznego budżetu transportowego licznych wypożyczeń – trzeba to zrobić mądrze i z ołówkiem w ręku.

Samochód jest jednym z większych wydatków w budżecie domowym i trzeba do tego podejść tak jak do innych wydatków stałych; czyli "rozpisać" sobie koszt samochodu na wszystkie lata posiadania. Wiele rzeczy może nas bowiem wtedy zadziwić.

Różne są pomysły. Są ludzie, którzy uważają, że kilkuletni mercedes, BMW czy lexus taniej wychodzi niż nowy amerykański samochód średniej klasy, za który zapłacimy 30 tys., po to by po 6 latach sprzedać go za 5 tys. – czyli nie licząc różnych wydatków dodatkowych, auto kosztować nas będzie, na samej tylko deprecjacji, 25 tys. dolarów przez 6 lat, czyli 350 dol. miesięcznie – i to gdy nie pożyczyliśmy pieniędzy! Kwota ta jest jeszcze wyższa, ponieważ nasze pieniądze – gdybyśmy je oszczędzali – przynosiłyby procent.

Jeśli natomiast kupimy za 15 tys. 6-letnie BMW (patrz zdjęcia), to po kolejnych sześciu latach sprzedamy je za 6 tys. dol., czyli przez sześć lat eksploatacji zapłacimy za nie 9 tys. dol. – ok. 125 dol. miesięcznie. Rocznie różnica między wspomnianym amerykaninem a naszym BMW wyniesie 2700 dol.!

Co to oznacza? Ano to, że nawet jeśli nasze 6-letnie BMW będzie się psuło, to w porównaniu do czystych wydatków związanych z posiadaniem nowego auta mamy na naprawy budżet 2700 dol. rocznie! Nawet zakładając, że trafimy na coś, co przypomina lemona, założę się, że przez 6 lat tyle nie wydamy. A gdy trafimy dobrze i w nasze ręce trafi auto dobrze utrzymane, no to chyba nie muszę tłumaczyć. Jeździmy tanio dobrym, przyjemnym samochodem.

Piszę o tym, by unaocznić prosty fakt, iż samochody powinniśmy kupować, licząc przede wszystkim to, ile za nie zapłacimy przez cały okres posiadania. Specjalnie dałem przykład auta luksusowego versus auto przeciętne, ponieważ przyjemność posiadania 6-letniego wypasionego BMW jest porównywalna z przyjemnością zakupu – powiedzmy nowego cruze'a czy innego samochodu średniej klasy. W przypadku starych aut dodatkowe opcje nie podnoszą już tak niebotycznie ceny, jak to ma miejsce przy nowym aucie, gdzie wszyscy każą sobie płacić jak za woły za byle gadżet.

A jeśli już mowa o gadżetach, to właśnie przeczytałem niedawno o nowym środku chroniącym lakier przed odpryskami. Niestety, moje auto przez częste jeżdżenie po autostradach całe jest postrzelane z przodu (niedawno musiałem wymienić rozbitą przez kamień przednią szybę – z czystym sercem polecam Stanley Autoglass www.stanautoglass.ca).

Znany korporacyjny gigant chemiczny 3M oferuje sprej w puszkach o nazwie PaintDefender, który tworzy na lakierze szczególnie zagrożonych elementów – maska, zderzaki – tam gdzie odpryskuje nam najczęściej – niewidoczną błonę ochronną. Działa skutecznie przez rok, po czym można ją łatwo usunąć.

Być może jest to warte zachodu – zwłaszcza na zimę, kiedy będzie na nas sypało nie tylko zwykłymi kamykami, ale grudami soli i błota.

Jeśli zaś odprysk się pojawi, to można go (i trzeba) – jak najszybciej usunąć – stosowne instrukcje łatwo znajdziemy na YouTube

o czym zapewnia Wasz Sobiesław.

piątek, 24 październik 2014 14:59

Szukanie pieniędzy w kodeksie

Napisane przez

Szanowni Państwo, niestety nadprodukcja przepisów oraz wprowadzanie przepisów trudno egzekwowalnych, przez co niszczących prawo – ma miejsce również w regulacji ruchu drogowego.

Nie wiem czemu, ale mam jakieś takie podskórne wrażenie, że rządzący nami politycy nie lubią prywatnych samochodów osobowych i usiłują zohydzić kierowcom życie.

Jakiś czas temu pisałem o przepisach zakazujących trzymania włączonego silnika samochodu na wolnych obrotach przez okres – o ile dobrze pamiętam nie dłuższy niż 3 minuty w okresie 5-minutowym – niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę – o ile temperatura na zewnątrz nie jest niższa niż ileś tam stopni i nie wyższa niż ileś. Jest to prawna bzdura, a na domiar złego w związku z próbą jej egzekwowania stworzono ileś tam etatów inspektorów miejskich, którzy rzecz sprawdzają, węsząc po ulicach.

Gwoli ścisłości dodam, że rzecz dotyczy przepisów miejskich, a nie Kodeksu drogowego.

Tymczasem mamy właśnie na tapecie Kodeks drogowy, jego nowelizacja – zważywszy na absolutną większość liberałów w legislaturze – zostanie przyjęta.

Oczywiście, rząd – który zdążył już utopić w błocie kilka miliardów – potrzebuje naszych pieniędzy i dlatego szuka ich tam gdzie zawsze – podnosząc wysokość mandatów – wiadomo, że tu nikt nie będzie krzyczał, bo przecież "chodzi o dobro nas wszystkich" – no nie?

Wyższe mają być mandaty za otwarcie drzwi na drodze nadjeżdżającego rowerzysty – od 300 do 1000 dol., jak również wprowadzony zostanie przepis, że rowerzystę trzeba omijać w odległości nie mniejszej niż metr – jak to wymierzyć, drogi kolego kierowco? No na oko, bo jak inaczej. Żeby było śmieszniej, to prawo to będzie obowiązywać "tam, gdzie jest to możliwe". Po co taki przepis? – Po nic! Wyłącznie po to, by na każdego był hak.

Do tego dochodzi jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, na którą już zawczasu uczulam. Otóż, jeśli znowelizowany kodeks wejdzie w życie, kierowcy na mocy prawa będą musieli czekać, aż pieszy przejdzie do końca przez przejście. Czy oznacza to, że na cztero- czy sześciopasmowej ulicy będziemy musieli cierpliwie czekać, aż pieszy ukończy przeprawę pięciu pasów od nas?

Słowem, coraz mniej rzeczy zostawianych jest na żywioł, coraz mniej mamy mieć zdrowego rozsądku, a coraz więcej odruchów Pawłowa. W gąszczu przepisów coraz więcej też będzie zależało od interpretacji i zdrowego rozsądku pana policjanta. Pytają Państwo, czy mi to czegoś nie przypomina?

Oczywiście, że tak!

Rząd Ontario jednocześnie chce jakoś ugryźć sprawę kierowców jeżdżących pod wpływem narkotyków. Problem w tym, że narkotyki narkotykom nierówne, są takie, które pogarszają percepcję, jak marihuana, a są takie, które wyostrzają zmysły, jak amfetamina – notabene podawana przez lekarzy pilotom wojskowym podczas długich lotów.

Umówmy się, jestem zagorzałym wrogiem narkotyzowania się i wprowadzania w odmienne stany świadomości przy pomocy zmieniania chemii mózgu.

Jestem sto procent za przyjemnością skoncentrowanego, trzeźwego prowadzenia samochodu. Obawiam się jednak, że kolejny raz stworzony zostanie moloch, który narazi policjantów na turbulencje, a nas wszystkich na idiotyczne kontrole przy pomocy testów –których jeszcze nie ma. Wszystko bowiem wskazuje na to, że najpierw będą przepisy, a potem dopiero trafią do policji drogowe testy antynarkotykowe.

Mają również wzrosnąć mandaty za rozpraszanie się podczas jazdy, czyli używanie telefonów komórkowych czy innych gadżetów. Równocześnie – jak na to wskazała Andrea Horwath z NDP – rząd postawi ileś tam nowych elektronicznych tablic reklamowych przy autostradach serii 400. Jeśli to nie jest rozpraszanie kierowcy, to, przepraszam, co to jest?

Przy tym przypomnę o moim koniku – chcecie poprawy bezpieczeństwa drogowego – poprawmy kulturę jazdy i zwiększmy prędkość na niektórych odcinkach autostrad serii 400 do 130 km/h, jak to obowiązuje np. w Unii Europejskiej. Jakoś można tam z tym żyć.

Podniesienie przeciętnej prędkości na autostradach ZNACZNIE poprawi sytuację gospodarczą miast i miasteczek na północ od Toronto. Oczywiście, wówczas konieczne byłoby wprowadzenie przepisu, że lewy pas jest li tylko do wyprzedzania.

Żadne przepisy nie zastąpią zaś uważnej jazdy.

O czym z pewnym smutkiem zapewnia Wasz Sobiesław

czwartek, 16 październik 2014 23:11

Honda CRV 2015

Napisane przez

Wracamy dzisiaj do naszych koni roboczych, czyli samochodów "pociągowych", niezawodnych, pakownych i oszczędnych. Jednym z absolutnych faworytów tej kategorii jest honda CRV klasyfikowana jako Compact Crossover Utility, czyli CUV.

Auto napędzane jest czterocylindrowym 16-zaworowym, 185-konnym silnikiem z napędem na cztery koła (większość wersji). W modelu 2015 jest to nowa jednostka.

Hondy CRV jeżdżą po drogach od 1995 roku i zdobyły już sobie wielu wiernych zwolenników. Po civicu, CRV jest najważniejszym modelem Hondy w Kanadzie, dlatego wszelkie zmiany i ewolucja modeli są dogłębnie przemyślane.

Oczywiście CRV idzie z duchem czasu i wspomniany silnik ma wtrysk bezpośredni, przez co jest bardzo wydajny. Wycisnąć 185 KM z 2,4 litra to jest wyzwanie, tym bardziej że spalanie przeciętne (miasto/autostrada) wynosi 7,6 litra na sto w przypadku napędu na przód i 8,3 litra w przypadku napędu na cztery koła. W porównaniu z modelem 2014, o 11 proc. wzrósł moment zamachowy silnika (torque).

W 2015 roku wszystkie modele mają bezstopniową automatyczną skrzynię biegów CVT oraz napęd na cztery koła – za wyjątkiem modelu podstawowego LX.

Zachwyca przestrzeń przedziału bagażowego – 1054 litry oraz 2007 litrów po złożeniu tylnego siedzenia. To wszystko za dużych rozmiarów klapą tylną.

Oczywiście, Honda oferuje całą gamę różnych opcji i gadżetów; m.in. nawigację satelitarną na siedmiocalowym kolorowym wyświetlaczu dotykowym.

Cena auta – całkiem rozsądna – od 25 990 dol. za podstawową wersję do 35 790 dol. w najwyższej wersji, touring. W tejże mamy do dyspozycji dwa wysoko zaawansowane systemy elektronicznego wspomagania kierowania – Collission Mitigation Braking System oraz Lane Keeping Assist System, jak również adaptacyjny tempomat pozwalający na utrzymywanie stałej odległości od samochodu jadącego przed nami.

Powyższe systemy automatycznego hamowania przed kolizją, jak też utrzymywania samochodu w pasie ruchu jeszcze niedawno były oferowane jedynie w luksusowych autach, dzisiaj to szara codzienność.

W górnych czterech wersjach mamy do dyspozycji Lane Watch – kiedy włączamy prawy kierunkowskaz kamera zamontowana pod lusterkiem bocznym pokazuje nam sytuację na drodze po prawej stronie auta, wyświetlając obraz na ekranie konsoli. Jeśli dodać do tego fakt, że kierowca siedzi w miarę wysoko i ma bardzo dobrą widoczność we wszystkich kierunkach, możemy stwierdzić, że jest to bardzo poważny atut bezpieczeństwa jazdy.

My tu w Kanadzie mamy specjalnie ułożoną krajową wersję SE zawierającą bogatą ofertą opcji za w miarę dobrą cenę – prawdopodobnie będzie to najlepiej sprzedająca się wersja modelu.

Tak więc, z pewnością nowe CRV nie będzie ustępować liczbą sprzedanych egzemplarzy dotychczasowym. Jeśli zaś myślimy o jeździe próbnej i kupnie, to oczywiście z ręką na sercu polecam naszych zaprzyjaźnionych sprzedawców z Marino's AutoGroup – gdzie znajdą Państwo wyśmienitą obsługę w języku polskim,

o czym zapewnia Wasz Sobiesław


Japońska Toyota Motor Corp. poinformowała w środę o zawróceniu do naprawy – łącznie 1,67 mln samochodów. Akcja odbywa się dobrowolnie i ma na celu zaradzenie trzem fabrycznym usterkom, m.in. wadliwej pompie hamulcowej (master cylinder), co może prowadzić do nieprawidłowego zadziałania hamulców. W e-mailu rozesłanym do agencji prasowych koncern stwierdza, że nie są mu znane jakiekolwiek przypadki zranienia czy śmierci w wypadkach spowodowanych przez te defekty. 1,05 mln samochodów zostanie naprawionych w samej Japonii, a 615 tys. poza granicami. Akcja obejmuje modele crown majesta, crown, noah, voxy, corolla rumion i auris, jak również kilka modeli lexusa.

W kwietniu Toyota nawróciła do naprawy 6,39 mln samochodów na całym świecie, a dwa miesiące później kolejne 2,3 mln w związku z wadliwymi napełniaczami poduszek powietrznych.

Obecnie druga wada dotyczy samochodów toyoty, w których zamontowano niewłaściwe przewody paliwowe – w najgorszym wypadku może to powodować pożar. Inna naprawa to wymiana fuel evaporative emission control unit.

sobota, 11 październik 2014 13:43

W deszczu bez cruise control

Napisane przez

Zbliża się słota, więc kontynuujemy dzisiaj temat bezpieczeństwa jazdy. Znajomy podesłał mi niedawno krążące po Internecie "odkrywcze" zalecenia. 

Jedno, aby w nocy i w deszczu jeździć w okularach słonecznych, bo ponoć lepiej wtedy widać; drugie, aby broń Panie Boże w deszczu nie włączać tempomatu, czyli po naszemu cruise control, bo jak auto wpadnie w hydroplaning, to stracimy kontrolę i będziemy przyspieszać.

Zacznę od okularów, bo to prostsze. Owszem, jazda w okularach słonecznych – ale nie takich znów całkiem zaciemniających – nocą ma sens jedynie wtedy, gdy są to okulary polaryzujące. Pomagają wówczas likwidować efekt halo i różne dziwne poblaski i odblaski od jezdni. Z drugiej strony, trudno nocą przeceniać znaczenie czystej przedniej szyby – chodzi o to, by była tak czysta, aby na niej nic się nie rozmazywało i nie zaciągało – to podstawa.

Druga rzecz, którą akurat warto przed zimą zrobić, to wyczyścić dokładnie przednią szybę od środka – tak się składa, że na nią właśnie często włączony jest nawiew i mimo różnych świetnych filtrów jednak kurz się zbiera; nie mówiąc już o sytuacji, gdy wozimy palaczy lub sami nimi jesteśmy.

Jeśli chodzi o cruise control, rozsyłana po sieci historyjka mówi mniej więcej tak: 36-letnia kobieta prowadziła (w jednych wersjach w Australii, w innych w USA), padał deszcz, choć nie aż tak ulewny, i w pewnym momencie auto zaczęło się ślizgać po płaszczu wodnym na powierzchni drogi, co skończyło się w rowie. Gdy na miejscu pojawił się policjant, zapytał, czy używała cruise control, i wyjaśnił, że każdy kierowca powinien wiedzieć, aby nigdy nie jeździć w deszczu na cruise control – kiedy dochodzi do zjawiska hydroplaning i opony tracą kontakt z podłożem, komputer przyspiesza obroty kół i pojazd wyrywa nam do przodu niczym mała rakieta. Zdaniem rzeczonego policjanta, ostrzeżenie przed tym powinno znajdować się w kabinie każdego samochodu wyposażonego w cruise control.

Prawda to, czy nie?

Hydroplaning może zdarzyć się w każdej sytuacji, niezależnie od tego czy mamy włączony cruise control, czy nie – tu trudno przecenić znaczenie dobrych opon. Oczywiście, nie powinniśmy jeździć na tempomacie tam, gdzie wymagana jest pogłębiona świadomość sytuacyjna kierowcy – czyli nie w deszczu czy na lodzie – ale tylko dlatego, aby natychmiast wyczuć, gdy auto zaczyna nam iść swoją drogą, czyli gdy tracimy nad nim kontrolę – bardzo ważna jest przecież ta początkowa reakcja na poślizg, a wczesne reagowanie daje nam więcej miejsca i czasu na działanie.

Zwykły cruise control (nie radarowy) współdziała z szybkościomierzem i tak reguluje gaz, aby utrzymać ustawioną, stałą prędkość, obecnie proces ten ma wiele mechanizmów bezpieczeństwa i sterowany jest komputerowo.

Cruise control wymyślił ociemniały inżynier Ralph Teetor, który jadąc samochodem ze swoim "szczebiocącym" non stop adwokatem, był zdenerwowany, że ten co chwila przyspiesza i zwalnia. Dlatego opatentował w 1945 roku urządzenie utrzymujące stałą prędkość, a w 1958 po raz pierwszy zamontował je w niektórych modelach Chryslera.

Czy cruise control może nam nagle przyspieszyć auto? No chyba że jedziemy z góry – to znaczy w prostych wersjach cruise control nie hamuje silnikiem ani nie włącza hamulców. W nowoczesnych urządzeniach przy automatycznej skrzyni biegów cruise control jest jednak w stanie redukować biegi i hamować silnikiem.

Dlaczego sam z siebie tempomat nie przyspiesza? Bo odczytuje prędkość kół ze skrzyni biegów, w przypadku hydroplaning, gdyby tracąc przyczepność koła zaczęły się szybciej się obracać – cruise control będzie próbował je zwolnić do zadanej prędkości, a nie przyspieszyć.

Tak czy owak, w takiej sytuacji nie powinniśmy używać tego urządzenia, ale wyłącznie dlatego, by bardziej wyczuwać samochód i być w stanie szybciej zareagować na poślizg.

Wracając do opon, współczesne samochody mają o wiele szersze koła i opony niż dawniej to bywało, a zatem opony takie są bardziej narażone na zjawisko hydroplaning, które bierze się głównie z nie dość szybkiego odprowadzania wody rowkami bieżnika – ponawiam więc apel o niezwlekanie z wymianą opon. To jest sprawa życia i śmierci.

Dobre opony, uważna jazda i nieużywanie cruise control to podstawa bezpieczeństwa w każdych trudnych warunkach czy to w deszczu, czy na lodzie.
Druga ważna uwaga, to gdy już zdarzy nam się być w takich warunkach z włączonym cruise control, nie wyłączajmy urządzenia poprzez naciśnięcie na pedał gazu czy hamulca – zróbmy to "na guzikach", przyciskając "cancel". Naciśnięcie w takiej sytuacji gazu lub hamulca bez wyczucia może spowodować poślizg.

To tyle! Bezpiecznej jazdy!
Wasz Sobiesław.

niedziela, 05 październik 2014 23:50

KIA sorento 2015

Napisane przez

Co prawda jesienne kolory dopiero zaczęły wykwitać w lasach, ale czuć już w powietrzu nadciągającą zmianę.

Dlatego czas, by z nieco większym zainteresowaniem popatrzeć na nasze cztery koła. Nasze auta też nie lubią zimy.

Pierwsze, o czym należy pomyśleć, to czy na pewno mamy w spryskiwaczu płyn odporny na mrozy. Latem wielu kierowców leje do spryskiwacza zwykłą wodę albo jakieś płyny z dodatkami na muchy drogowe; jeśli to zostanie na zimę – może porozsadzać instalację. No a właśnie zimą spryskiwacz jest rzeczą prawdziwie niezbędną.

Drugi "punkt kontrolny" to oczywiście opony. I tu pytanie, wymieniać, nie wymieniać na zimowe? Pisałem już na ten temat wielokrotnie. Są różne opinie, a ponieważ ostatnio kupiłem auto z dodatkowymi oponami zimowymi na felgach – no to żal nie założyć. A kiedy? Doświadczeni ludzie mówią, że gdy średnia temperatura dobowa w ciągu dnia spadnie do regularnych 7 stopni. Dodajmy, że w przypadku opon zimowych bezpieczna głębokość bieżnika to minimum 3,5 mm. Nie warto też zakładać opon starszych niż 6 lat – stara guma zaczyna tracić swe właściwości.

Dobrze to wszystko mieć w pamięci.

Kolejna sprawa, zabezpieczenie antykorozyjne – koszt ok. 130 – 150 dolarów. Opłaca się, jeśli zamierzamy nasze auto potrzymać dłużej. Najlepszą strategią zakupową jest uwzględnianie deprecjacji. – Czyli np. kupowanie auta 3-4-letniego i jeżdżenie przez 6 lat. Zabezpieczenie antykorozyjne zwróci się w cenie zadbanego samochodu. Znów mamy tutaj różne szkoły myślenia, bo różne są podejścia.

Tyle o zmianach pogodowych.

Gdy już jesteśmy przy zimie, no to wciąż aktualne ostrzeżenie, które każdy właściciel nawet najlepiej wyposażonego SUV-a powinien mieć w głowie – Panie, Panowie, tak, wasze auta przejadą bez problemów przez wielkie zaspy, napęd na cztery koła jest cudowny, ale... Nie zmienia to wszystko faktu, że prowadzicie bardzo masywne pojazdy, do tego podwyższone, które przy poślizgach bocznych lubią się przewracać i lądować w rowach. Tak więc, gdy spadnie pierwszy śnieg, wszystkim właścicielom SUV-ów powinno zapalić się pomarańczowe światełko.

A jeśli SUV? Popatrzmy na KIA sorento, średniowymiarowy SUV produkowany od 2002 roku przez koreański koncern. Rocznik 2015 to już trzecia generacja tego coraz bardziej poprawnego samochodu. Nowe sorento, w zależności od konfiguracji, może przewozić od 5 do 7 pasażerów i jest budowane na wspólnej platformie z kia sedona. Samochód składany jest w amerykańskich zakładach Hyundaia i Kia w West Point w Georgii.

Kia sorento przeszła długą drogę i obecnie jest to dojrzały SUV z dobrymi osiągami i dobrej jakości. Cena zaczyna się od 40 tys. dol. Mamy do dyspozycji 6-biegową, automatyczną przekładnię, silniki rzędowy, czterocylindrowy o mocy 191 KM lub sześciocylindrowy w układzie V, 3,3 litra z bezpośrednim wtryskiem i mocą 290 KM. Sorento można holować do ponad półtorej tony.

Spalanie przy czwórce 2,4-litrowej to 11,8/8,7 litra przy napędzie na przód i 12,2/9,4 przy napędzie na cztery koła; przy szóstce spalanie z napędem na przód to 12,7/9,0 litra oraz 13,4/10 litra przy włączonym napędzie na wszystkie koła.

Samochód posiada elektroniczną stabilizację Torque Vectoring Cornernig Control.

Sorento jest obszernym SUV-em, stylistyka Petera Schreyera sprawia, że auto jest w środku o wiele większe niż się wydaje i może nim wygodnie jechać siedem osób w trzech rzędach foteli.

Oczywiście tak jak w przypadku Hyundaia, możemy spodziewać się, że wiele rzeczy, które w innych modelach są za dodatkową opłatą, w sorento będą wliczone w koszt danej opcji. To sprawia, że w dzisiejszych czasach jest to samochód wart jazdy próbnej.

O czym zapewnia:
Sobiesław Kwaśnicki