Goniec

Register Login

Moto-Goniec

Moto-Goniec

sobota, 13 lipiec 2013 19:39

Obywatelu, woda to żywioł niebezpieczny...

Napisane przez

Samochod-zalany-po-dach

Pozwoliłem sobie zacząć cytatem z nieśmiertelnego "Rejsu", bo ostatnie wypadki w Toronto pokazały, że żywioł ten czasem zastaje nas w samochodzie. Dlatego warto wiedzieć, co robić, gdy – na przykład – utkniemy w wielkiej kałuży przekształcającej się z minuty na minutę w rwący potok. 

Po pierwsze, bądźmy mądrzy przed szkodą, czyli jeśli widzimy, że pod wiaduktem czy w jakimkolwiek innym miejscu zbiera się woda, nie wjeżdżajmy – pierwsza zasada każdej samoobrony, również tej przed przyrodą, mówi, unikaj starcia, a więc jeśli to możliwe, unikajmy starcia z siłami natury, no bo niestety na nie nie ma mocnych. Nie zachowujmy się jak dziecko z highschoolu i nie pokazujmy, że nasz suv, to – jak go panie dobrze rozpędzić – przejedzie na drugą stroną jeziora Ontario – zazwyczaj nie przejedzie, bo dzisiejsze suvy to w większości wypadków "kulturyści" z wkładkami silikonowymi zamiast mięśni, a nie poważne auta terenowe. Tak więc zdajmy sobie zawczasu sprawę, że silnik, aby pracować, potrzebuje powietrza, i musi mieć gdzie wydalać spaliny. Jeśli któraś z tych dróg zostanie zablokowana, to nam zdechnie – być może na środku tworzącego się jeziorka, i będziemy musieli się zmoczyć. Oczywiście, mieszka w wielkich miastach garstka ludzi, którzy znają off-roadowe właściwości swoich aut, gustują w dobrze wyposażonych terenówkach ze snorkelem przy motorze. Wówczas rzeczywiście, takim autem są w stanie przejechać zanurzeni po szyję w wodzie. Ale to jest margines. Większość ofiar nagłych powodzi to panie i panowie, którzy wyjechawszy z biura, za wszelką cenę chcą dotrzeć do domu na kolejny odcinek sitcomu, zupełnie odizolowani w kabinie samochodu od tego, co dzieje się na Bożym świecie, zdziwieni, że muszą się podporządkować jakimś głupim siłom przyrody.

Po drugie, jak w każdej sytuacji "awaryjnej", musimy zachować spokój; panika zazwyczaj wyprowadza nas wprost na sąd Boży. Trzeba szybko reagować na zmieniającą się sytuację i po kolei stosować znane nam metody ratunku.

Pierwsza metoda dostępna jest niestety jedynie dla kierujących samochodami wyposażonymi w standardową skrzynię biegów. Otóż, gdy z powodu zalania rury wydechowej zgasł nam silnik, nie chce zapalić, to możemy próbować wyjechać z wody "elektrycznie" – wrzucamy bieg i startujemy, to nas kopnie trochę do przodu, manewr powtarzamy aż do całkowitego zdechnięcia akumulatora – co następuje dosyć szybko – lub gdy sytuacja się pogarsza i wody przybywa. Kolejna sprawa – trzeba sobie uświadomić, że nasz samochód jest wiele lżejszy z tyłu i pierwsze, co woda będzie podnosić, to kuper, dlatego jeśli dajemy radę, trzeba przejść do tyłu i usiłować – zapierając się o fotele wypchnąć tylną szybę – jej wybicie jest dosyć trudne. W ten sposób możemy wydostać się na samochód, co pozwala na lepszą ocenę sytuacji i możliwość dalszego ratowania się. Otwieranie drzwi z przodu podnoszonego tyłem do góry samochodu spowoduje natychmiastowe zalanie kabiny. Jest to również o tyle nieprzyjemne, że woda waży i może nami rzucić.

I jeszcze jedna rzecz ważna, zobaczmy, czy coś w naszym aucie nie pływa; może akurat mamy jakiś baniak, kanister, szczelny duży pojemnik, z którego można wylać te 10 litrów i użyć w charakterze pomocy pływającej. To podłożone pod pachy zawsze nam pomoże utrzymać się na powierzchni, zwłaszcza w sytuacji wartkiego nurtu.

No i oczywiście – chyba tego nie trzeba powtarzać nikomu, zawsze ratujemy z samochodu w pierwszej kolejności to, co mamy najcenniejszego – dzieci, osoby słabsze.

Jeśli nie spanikujemy, jest duża szansa, że nam się uda ocalić cztery litery.

•••

To było na wypadek nagłej powodzi, a co, gdy nasz samochód idzie na dno? Gdy wypadliśmy z zakrętu wprost do jeziora, gdy spadliśmy z mostu czy nasypu i nagle okazuje się, że nasze auto, sycząc i stękając, zaczyna raptownie nabierać wody? Tu, w Ontario, krainie tysięcy jezior, nie są to wcale sytuacje bardzo wyimaginowane. To nam się może serio przytrafić. Jak się ratować z tonącego samochodu – znów rzeczą podstawową jest zachowanie przytomnego umysłu i niepanikowanie. Dlatego po przeczytaniu tego tekstu proszę sobie wdrukować w mózg, że tylko spokój może nas uratować.

A oto kilka rad fachowców:

Samochód, który wpadnie do wody, znika pod jej powierzchnią w ciągu około 60 sekund, przy założeniu, że drzwi pozostają zamknięte. Zachowanie spokoju i trzymanie się kilku prostych zasad umożliwia wydostanie się z pojazdu. Wszystko wymaga opanowania emocji i skupienia się na kolejnych krokach. Bardzo prawdopodobne, że uderzenie o powierzchnię wody spowoduje włączenie się systemu poduszek powietrznych, więc w przypadku tonięcia samochodu wyjątkowo ważna jest odpowiednia pozycja, która sprawi, że poduszki nas nie ogłuszą i nie zranią. Nie wolno tracić czasu na próby wezwania pomocy przez telefon – kiedy samochód tonie, liczy się każda sekunda. Następnym krokiem jest więc odpięcie pasów. Rozpinamy je najpierw sobie, a potem dzieciom, zaczynając od najstarszego, które może pomóc innym. Okno to droga ucieczki. Trzeba otworzyć je tak szybko, jak to tylko możliwe – póki jeszcze działają elektroniczne systemy, ponieważ wybicie okna może okazać się trudne i czasochłonne. Otwarcie okien, a nie drzwi, daje więcej czasu na bezpieczne opuszczenie auta.

Po otwarciu drzwi samochód przestaje unosić się na wodzie i zaczyna szybko tonąć. Poza tym otwarcie drzwi pod wodą na skutek różnicy ciśnień zwykle jest niemożliwe do czasu, aż kabina nie wypełni się wodą. Jeśli nie możemy otworzyć okna – trzeba je wybić, używając ciężkiego przedmiotu, np. klucza lub gaśnicy lub wyjętych zagłówków – zazwyczaj mają dwie "nogi", którymi możemy "atakować" szybę. Wypływajmy na powierzchnię spokojnie, jeśli stracimy orientację, należy spojrzeć, w którą stronę uciekają pęcherzyki powietrza. Zawsze wznoszą się w kierunku, w którym powinniśmy podążyć. Jednak tą wskazówką nie możemy się posłużyć, gdy wpadliśmy do rzeki lub mamy do czynienia z silnym prądem – dodają trenerzy ze Szkoły Jazdy Renault w Polsce.

A więc, jeśli woda jest już powyżej dolnej linii okna, drzwi nie da się otworzyć, wybij boczne okno. Zaprzyj się o fotel pasażera i mocno piętą uderzaj w środek szyby. Gdy auto wypełni się wodą, będzie Ci łatwiej otworzyć drzwi. Otwórz je, zaczerpnij powietrza, jeśli pod dachem nie ma jeszcze wody, i płyń do góry, zawsze w stronę światła...

O czym informuje Wasz Sobiesław

Dzisiaj będzie o samochodzie, w którym nagromadzenie powszedniości jest tak wielkie, że przechodzi w nową jakość; samochodzie marki samochód, urządzeniu, które sprawnie i tanio przeniesie nas z punktu A do punktu B. Znam wiele osób w nim zakochanych. Podobnie jak wiele osób kochało się w małym fiacie czy garbusie. Zresztą jeden z moich znajomych na ekscytacje samochodami odpowiada zawsze – wiesz, niezależnie od tego czym jadę, to samo widać przez przednią szybę.

corolla27

Z takim podejściem toyotą corollą zajedziemy bardzo daleko. Nie jest to auto zrywne czy zwrotne, nie jest to może auto piękne, ale jest ekonomiczne i niezawodne. Inny mój kolega eksploatuje w swej karierze kierowcy drugą corollę. Z pierwszą postanowił rozstać się po 16 latach. Niby od nowości nic się nie popsuło, ale ileż można jeździć tym samym autem – kupił więc nowy model tego samego.

Toyota corolla to samochód, w którym użyteczność bierze górę nad wszystkim innym; jest jak rękawiczka – można łatwo zapomnieć, że ją włożyliśmy.
Mówiąc zaś bez przesady, corolla 2013 to auto całkiem ładne, wygodne, ciche i pojemne – wszystko czego potrzebuje przeciętna rodzina, która nie musi się chwalić statusem przy pomocy jakiegoś importowanego behemota, a której przyświecają zasady chrześcijańskiego ubóstwa, aby brać ze świata tylko tyle, ile potrzeba.

Toyota corolla to jest właśnie takie branie w sam raz. I żeby było jasne – podobnie jak można powiedzieć – mam dobrą pralkę, mam dobry piec gazowy, podobnie o corolli można stwierdzić: mam dobre auto.

Za to najbardziej doładowane trzeba zapłacić prawie 25 tys. – ale kupujemy tu przede wszystkim niezawodność, a dopakowane elantra czy focus SE nie są wcale wiele tańsze. Wersję podstawową toyoty corolli dostaniemy za nieco poniżej 19 tys. i w tym będziemy mieli pięciobiegową standardową przekładnię i czterocylindrowy 1,8-litrowy silnik, który daje 132 konie mocy. Dużo to nie jest, ale motor pracuje bardzo równo, cicho i płynnie. To uczucie to nie tylko zasługa silnika, ale również wyciszenia kabiny i wysterowania zawieszenia. Gdy dojedziemy na miejsce, szybko zapomnimy, że w ogóle jechaliśmy. Wiele osób narzeka na układ kierowniczy, że mało reagujący, ale to "zasługa" takiego ustawienia przełożenia, żeby nasze być może nerwowe ruchy nieco tonować.

Wewnątrz kabiny też nie ma się czym ekscytować, ale wszystko jest na swoim miejscu, tam gdzie powinno – funkcjonalna i czytelna deska rozdzielcza, a jeśli wydamy trochę więcej, to – jak wszędzie – dostaniemy podgrzewane przednie fotele, guziki od radia na kierownicy, cruise control czy nawigację na 6-calowym ekraniku. Pojemność bagażnika jest taka sama jak w civic – 348 litrów. Osoby wysokie mogą mieć uczucie, że sufit wisi im nad głową, bo też nie ma tam za bardzo miejsca na kapelusz.

Od kiedy corolla weszła na rynek 40 lat temu pod tą marką, sprzedano 33 mln samochodów. Dzisiaj trudno jest jej bronić pozycji, w której stała się klasykiem, inaczej jak poprzez swoją kultowość – tak, Hyundai, Chevrolet czy Ford być może produkują w tej klasie bardziej ekscytujące pojazdy, być może za podobne pieniądze w elantrze dostaniemy "więcej samochodu", jednak corolla to jest kwintesencja pojazdu masowego – bez żadnych wodotrysków, bez niepotrzebnego chromowania, po prostu auto marki auto. I właśnie jako taka doczekała się licznego grona adoratorów.

Wracając do walorów, to jako wyposażenie podstawowe otrzymujemy kontrolę przyczepności i stabilizacji, ABS w hamulcach, poduszki z przodu i boków. W rządowych testach wypadkowych corolla dostała cztery gwiazdki na pięć możliwych.

No i co? Można zachęcić do szarości i przeciętności? Chyba tak, zwłaszcza jeśli ta przeciętność została przez tę właśnie markę podniesiona do nowej rangi.

Z pewnością jest to samochód, dla ludzi, którzy myślenie o samochodach chcą mieć z głowy. Ja do takich nie należę, ale jestem w stanie zrozumieć to podejście. Ba, jestem w stanie nawet przyznać, że wśród takich osób jest wielu bardzo dobrych kierowców – ostrożnych i spokojnych. Kierowców, którzy kochają swoje corolle miłością znaną każdemu dobremu małżeństwu z rozsądku.

A nie bez znaczenia jest też to, że samochód ten daje nam pracę – montowany jest w Kanadzie – o czym Państwa zapewnia.

Wasz Sobiesław

sobota, 29 czerwiec 2013 12:20

Veloster - dobra mieszanka

Napisane przez

Dawno już odeszły czasy, kiedy Hyundaia można było uważać za podrzędną markę, dzisiaj są to auta idące na pojedynek z Toyotą czy Hondą. Na dodatek huyndai cały czas jest na pozycjach atakujących czego przykładem ostatnio jest świetna elantra. Pozytywnie zaskakuje również ścięty z tyłu na kropelkę hyundai veloster. Auto to ma się plasować w grupie usportowionych hatchbacków, zdolnych konkurować nawet z golfem gti. Nadwozie dalekie od konwencjonalnych rozwiązań jest asymetryczne – duże jedne drzwi od strony kierowcy i dwoje drzwi po stronie pasażera.

moto26

Samochód choć jest wyposażony jedynie w czterocylindrowy motor o pojemności 1,6 litra, jest w stanie wykrzesać z tego litrażu aż 201 koni, oczywiście z turbodoładowaniem. Brzmi to ładnie i gardłowo, a jeśli lubimy szpanować możemy do tego zamówić nawet 18 calowe kółka.

Solidnie przeszklona kabina, niski środek ciężkości i standardowa 6-biegowa przekładnia dają kierowcy poczucie kontroli ruchu. Skrzynia robi "niemieckie" wrażenie, biegi przekładają się krótkimi ruchami. Doskonały system nawigacyjny z dużym ekranem, który wyświetla obraz z kamery cofania, jest łatwy i intuicyjny w obsłudze.

Oczywiście do każdego samochodu można się przyczepić, a to że za twardy i roztrzepany na wybojach, a to że moc czuć wyraźnie dopiero na wyższych obrotach powyżej 3500 rpm, a to że kierownica zbyt oddala od nawierzchni. Można. Tylko że w przypadku velostera, za przyzwoicie rozsądną cenę uzyskujemy naprawdę praktyczny i oszczędny pojazd, z bardzo dobrymi gwarancjami i całym zestawem opcji na życzenie.

Veloster poza miastem pali jedynie 5,7 l/100, a w mieście 8,3 litra. Rozmowa o pieniądzach zaczyna się zaś już od niecałych 20 tys. dol., i to w tej cenie mamy już te 6 biegów (za automat musimy dorzucić 1000) czy boczne poduszki powietrzne.

Zaskoczenie nie będzie nas odstępować, gdy przy porównywaniu lewej i prawej strony zauważymy różną liczbę drzwi! Co ciekawe, projektanci po obu stronach zastosowali niemal identyczne linie szyb, a klamkę tylnych drzwi ukryli w słupku, przez co różnicę "w drzwiach" dostrzega się z pewnym opóźnieniem.

Jak można się domyślać z kształtu karoserii, kanapa z tyłu musi być "głęboka", by człowiek nie wybijał w suficie dziury. W ogóle w velosterze siedzi się raczej blisko jezdni. Auto ma pojemny bagażnik, choć z pokaźnym progiem utrudniającym czasem załadunek.

Jak na sportowy (w założeniu) pojazd przystało veloster, ma metalowe nakładki na pedały. Wnętrze nie sprawia zaś wrażenia taniego, co przy wspomnianej cenie trzeba zaliczyć na wielki plus.

Auto dobrze trzyma się drogi nie tylko za sprawą zawieszenia zestrojonego, do szybkiej jazdy po zakrętach ale również dzięki niskiemu środkowi ciężkości. Przy wysterowaniu zawieszenia nie uniknięto jednak kompromisów – veloster to w końcu auto do codziennego użytku a nie porsche tuningowany na rajdy. Chodzi o to, byśmy trasę do Montrealu pokonali bez uczucia wytrzepania na pozimowych wybojach 401.

Tak czy owak, za rozsądne pieniądze jest to auto dla osób, które lubią być inne. No i szukają przyjemności w prowadzeniu samochodu.

Oczywiście jak zwykle po velostera zapraszam do salonu naszych reklamodawców Lakeshore Auto Mart.

---

A na koniec pozwolę sobie przytoczyć ciekawe porównanie, które umieścił na łamach wheels.ca Ian Law. Jak łatwo siłą domyślić jestem zwolennikiem jeżdżenia "z wajchą" choćby dlatego, że mieszając biegami trudniej oderwać umysł i uciec myślą od prowadzenia pojazdu. Od dawna też było wiadomo że automat więcej pali, choć z uwagi na postęp techniczny, różnica ta jest coraz mniejsza.

Ian Law wziął zwykłą elantrę 2012, pojeździł z ręczną przekładnią, a następnie z automatyczną. Oczywiście bardzo wiele zależy od tego, jak jeździmy, ale w tym wypadku - osoba testująca była ta sama, a modele samochodu identyczne za wyjątkiem właśnie przekładni.

Co się okazało? Okazało się, że technika, owszem, poszła bardzo daleko do przodu, ale nadal jeżdżenie z ręczną przekładnią w jeździe mieszanej wiejsko-miejskiej pozwala sporo zaoszczędzić. W przypadku elantry standardowej Ian był w stanie w cieplejszych miesiącach uzyskać wynik od 4,8 do 5,2 litra na sto, a od 5,5 do 5,8 litra w zimowych. Automatik, choćby nie wiem jak się starać, dawał mu od 6,4 litra do 6,8. Biorąc pod uwagę ceny benzyny w wypadku średniego jeżdżenia, dawało to rocznie oszczędności ok. 400 dol. na paliwie. W okresie 5 lat posiadania samochodu koszt ten rośnie do 2000, plus 1250 dopłaty za automat, czyli ponad 3 tys. dol. Różnica może być jeszcze większa w przypadku jazdy bardziej miejskiej niż wiejskiej.

Wniosek: umiejętność jazdy ze sprzęgłem nie tylko daje przyjemność, ale jeszcze przynosi całkiem spore oszczędności. No bo zastanówmy się, co takiego możemy sobie kupić w prezencie za 3 tys. dol. Ja sam mam kilka pomysłów.

Sobiesław Kwaśnicki

niedziela, 16 czerwiec 2013 14:04

Maluch, czyli motoryzacyjna solidarność

Napisane przez

Wzięło mi się na wspomnienia, bo przeczytałem właśnie, że to już 40 lat od rozpoczęcia produkcji polskiego malucha – samochodu, który zmotoryzował Polaków. Fabryka Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej zmontowała do 2000 r. 2,4 mln tych aut na rynek polski.

maluch

 

Przez wiele lat fiat 126p był najczęściej spotykanym samochodem na polskich drogach. 40 lat temu kosztował 69 ówczesnych tysięcy złotych, czyli mniej więcej 20 średnich pensji, a na samochodowych giełdach płacono za niego 110 000 zł. Żeby kupić malucha, trzeba było mieć nie tylko pieniądze, ale też talon.

We Włoszech zakończono produkcję w 1980 r. Nasz produkowany był 25 lat. Ostatni zjechał z linii produkcyjnej 22 września 2000 r. Pierwszego zmontowano 6 czerwca 1973 r. z oryginalnych włoskich części. Było to auto względnie nowe, którego seryjna produkcja trwała w Cassino zaledwie od roku. W październiku 1972 r. nastąpiła premiera w Turynie.

Zgodnie z jego zapisami, fiat 126p to samochód z tylnym napędem, dwucylindrowym silnikiem o pojemności 594 ccm, maksymalnej mocy 23 KM oraz samonośnym, czteroosobowym i dwudrzwiowym nadwoziem typu Berlina. Jego sylwetka pozostała do końca jednym z najbardziej charakterystycznych elementów polskich dróg. Wg opublikowanego w 1976 roku rankingu w niemieckiej gazecie "Auto Motor und Sport – Fiat 126" był wówczas najtańszym w zakupie i eksploatacji samochodem w Europie w klasie aut małych.

Tyle można wyczytać, maluch stał się synonimem gierkowskiej klasy średniej, uosobionej filmowo w serialu "Czterdziestolatek". Oczywiście każdy z nas zna morze anegdot. Pamiętam, że wielu kierowców zabierało zimą akumulatory do domu, aby hołubić w cieple, podładować, bo do pewnego momentu ładowanie akumulatora przy włączonych światłach nie starczało na doładowanie, a więc zimą można było się obudzić bez możliwości elektrycznego odpalania wajchą umieszczoną obok hamulca ręcznego.

Było wiele pomysłów ręcznego odpalania – niektórzy montowali kółko z linką podobne do tych, jakimi startuje się silniki do łodzi. Przy odpowiedniej wprawie, można było zastartować jednym szarpnięciem. Samochód był lekki, więc można też- było odpalić na pych. Zresztą łatwo dało się go przestawić; pamiętam, jak w gimnazjum jeden z dowcipów primaaprilisowych dla naszego wychowawcy polegał na wniesieniu malucha między dwa drzewa, tak że auto trzeba było wynosić, nie dało się wyjechać – wynosili "panu psorowi" po zajęciach przymuszeni koledzy z innej klasy.

Polacy rozjeździli się maluchami po całej Europie, wielu nabijało wiele tysięcy kilometrów, docierając nawet na Bliski Wschód, do Iraku czy Syrii. Nowiutki maluch ładnie pachniał zapachem nowego samochodu; zapachem czegoś lepszego i zagranicznego.

Kiedyś jadąc autostopem na Mazurach z kolegą, zostaliśmy zabrani na łebka – mój plecak został położony na dachu malucha – musiałem go trzymać ręką przez otwarte okno.

Innym razem wracając stopem przez RFN, niedaleko Wurzburga natknąłem się na stacji benzynowej na faceta w marmurkowym dżinsie i białych mokasynach, który tłumaczył parce Niemców, że nie może ich zabrać per Anhalter, bo ma kleines Auto. Mnie zabrał – wtedy rodak dla rodaka był za granicą miły. Obładowanym po dach maluchem jechaliśmy poboczem, 60 km/h, żeby mogły nas mijać ciężarówki. Podróż maluchem przez noc pustymi enerdowskimi autostradami z zasypiającym kierowcą – priceless.

Powiem szczerze, nie dorobiłem się malucha (i niczego innego). A można było. Krzysiek Sarnecki, kolega z równoległej klasy, kupił auto za pieniądze uskładane ze spekulacyjnej sprzedaży książek na giełdzie...

Wracając do samego pojazdu, to: produkowano go w kilku wersjach; Standard (650 E), Special 650 ES, Komfort 650 EK oraz dla inwalidów 650 El. Od listopada 1982 roku zdołano o 7 procent ograniczyć zużycie paliwa, podnosząc stopień sprężania i instalując nową głowicę.

Samochód do 80 km/h rozpędzał się w 21,5 sekundy, a do stu w nieco poniżej minuty. Prędkość maksymalna wynosiła115 km/h.

Maluchy były zimne i dlatego w niektórych montowano niezależne ogrzewanie benzynowe.

W 1994 roku dokonano kolejnej większej modernizacji, tym razem z wykorzystaniem podzespołów cinquecento.

22 września 2000 roku zakończono produkcję wypuszczając limitowaną 1000-sztukową wersję Happy End w kolorach żółtym i czerwonym.

Był jednym z najszerzej eksportowanych aut polskich – do dzisiaj wiele jeździ na Kubie, ale polskie maluchy spotkamy też w Jugosławii, RFN, na Cyprze, w Chinach czy Wielkiej Brytanii.

Mimo słabiutkich osiągów dzisiaj wielu z nas wspomina malucha z sentymentem. Nie tylko dlatego, że był w większości wypadków pierwszym i jedynym samochodem. Jego masowa produkcja i upowszechnienie tworzyły też wrażenie pewnej motoryzacyjnej solidarności i zgody, którą zburzyła dopiero era dynamicznego importu zachodnich samochodów używanych, jaka nastała po roku 1989.

Patrząc z perspektywy, maluch okazał się jak na tamte czasy pojazdem trafionym.

Sobiesław Kwaśnicki

sobota, 08 czerwiec 2013 23:31

Duża liczba kątów prostych

Napisane przez

Od jakiegoś czasu na ulicy zwracam uwagę na sciony – głównie przez to, że te amerykanizowane toyoty dość odważnie naruszają kanony i wytyczają nowe ścieżki. Jedną z takich ścieżek jest scion xb – czyli pudło na kółkach.

moto23 03

Słowo "scion" (poprawna wymowa to "sajan") oznacza potomka lub spadkobiercę – targetem jest tutaj młody narybek użytkowników aut.

Może nie jest to najpiękniejszy samochód, może nie jest to najzrywniejszy czterokołowiec, ale duża liczba kątów prostych pozwala zoptymalizować pakowność, zaś włożenie całkiem niezłego silnika camry sprawia, że przy wyprzedzaniu nie musimy wypychać nogą podłogi. Scion, czyli toyota dla Amerykanów, zaskakuje przyjemnie ceną, wyjściowa jest nieco tylko wyższa od 18 tys. dol. Gabaryty plasują go w SUV-ach, i choć niektórzy narzekają, że zbyt sztywny, zbyt głośny, a 4-biegowa skrzynia automatyczna w latach 90. powinna odejść do muzeum, jest to samochód, w którym wielu z nas poczuje bluesa. Dla mnie ważne jest, że można go wziąć w wersji standardowej, pięciobiegowej. Toyota, licząc na zainteresowanie młodzieży tym pudełkiem, włożyła do środka całkiem znośny sprzęt Pioneera, łatwo można do niego podpiąć nasze codzienne gadżety. System BeSpoke pozwala na integrację przy użyciu appsa.

Podoba mi się też wyprostowana pozycja kierowcy, która robi ze sciona sb twardy zrywny autobusik. Nienawidzę aut, w których człowiek zapada się za kierownicą niczym na spracowanej leżance.

Do tego dodać można – jak we wszystkich scionach – całą paletę różnych zachcianek, łącznie z ekranami lcd dla pasażerów z tyłu (w tym zakresie cenowym to rzadkość). Standardowo dostajemy również cruise control, elektrycznie opuszczane okna i 6-głośnikowy system audio o 160-watowej mocy.

Jak już wspomniałem, scion jeździ na starym motorze camry – starym, ale jarym – 2,4 litra rzędowo postawione wypracowuje 158 KM i 168 lb-ft. momentu zamachowego. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo – mamy system stabilizacyjny, cztery dyskowe hamulce z ABS-ami i sześć poduch powietrznych, w tym boczne. Standardowe koła to szesnastki, ale w opcjach można sięgnąć nawet po 19-tki.

Niby spalanie nie jest najlepsze, ale na Boga, jeśli po mieście nasze pudło mieści się poniżej 11 litrów, to czegóż chcieć od życia – pamiętam, jak subkompaktowa optra paliła mi w mieście 12 i pół litra.

Tak więc poniżej 20 tysięcy możemy sobie zafundować nową toyotę; zborną, pakowną, łatwą do parkowania – po prostu bauhaus na kółkach – użytkowość z pewnością zdominowała tutaj formę i zdaje się, że wszystkim wyszło to na dobre.

Tylną trzyosobową kanapę składa się 60/40 – pojemność przestrzeni bagażowej imponuje. Oczywiście xb nie jest jedynym pudełkiem na rynku, jeśli komuś podoba się asymetria, z pewnością powinien zwrócić – uwagę na nissana cuba.

Tak więc w 2013 scion xB otrzymał nieco zmienioną stylistykę nadwozia, która zawiera nowe zintegrowane światła diodowe. W porównaniu do typowego hatchbacka, xB zapewnia więcej miejsca na nogi i nad głową (w niektórych miastach spotkamy nawet xb w charakterze taksówek).

Biorąc pod uwagę, jak przestronność xB można go nawet uznać jako tańszą alternatywę dla małych crossoverów, jak 2013 honda CR-V czy Toyota RAV4. Tak czy owak jeśli jesteśmy na kupnie małego SUV-a czy kompaktowego wagona, koniecznie powinniśmy się przejechać scionem xB.

Scion xB oferowany jest w dwóch wersjach wyposażenia: podstawowej i serii 10.

W testach przeprowadzonych przez Edmunds.com, xB z automatem rozpędzał się od zera do 60 mil na godzinę w 8,6 sekundy, nieźle jak na tę klasę samochodu. Z kolei w testach hamowania scion na stop od 60 mph potrzebował przeciętnej odległości. Insurance Institute for Highway Safety przyznaje XB najwyższą ocenę "dobry" w testach zderzeń.

Tak więc nasz "spadkobierca" okazuje się ciekawą propozycją dla ludzi, którzy chcą mieć coś sensownego przed domem.

O czym zawiadamia
Wasz Sobiesław

sobota, 01 czerwiec 2013 22:51

Udane dziecko dwóch rodzin

Napisane przez

Lubię auta kierowców, czyli takie, które prowadząc, człowiek czuje, że żyje.

Jest ich coraz mniej na rynku, bo główne wyznaczniki sprzedaży to jednak zużycie paliwa, bezpieczeństwo i automatyzacja samego jeżdżenia. Coraz mniej rzeczy pozostawianych jest decyzji kierowcy, a fakt, że nawet w samochodach sportowych zaczynają królować automatyczne skrzynie biegów, woła o pomstę do nieba.

Dlatego trzeba wyłapywać te rodzynki, gdzie jeszcze nie wszystko stracone i którymi może człowiek jednak z przyjemnością hulać po drodze. Dzisiaj napiszę więc o kolejnym scionie, czyli zamerykanizowanej marce Toyoty; tym razem pod postacią usportowionego sciona FR-S.

moto 05

Podobnie jak jego subarowy bliźniak BRZ FR-S jest owocem partnerstwa Subaru z Toyotą, i to raczej z przewagą wpływu tej pierwszej marki (co samochodowi wychodzi tylko na dobre).

1250 kg auta wyposażone w moc 200 koni mechanicznych oraz sześciobiegową ręczną skrzynię o krótkich przełożeniach daje podstawę do dobrego sportowego coupe. Do tego można dodać całkiem nieźle wyważone zawieszenie, w którym uzyskano złoty środek między potrzebami codziennego życia a zapobieganiem pływaniu na zakrętach. Dodajmy do tego wnętrze przyjemne w dotyku i niesprawiające wra-żenia odlewu od jednej plastykowej formy oraz cenę 25 tys. dol., a otrzymamy jeden z lepszych modeli wypuszczonych w 2013 roku.

Samochód trzyma się świetnie nawierzchni; nieco sztywniejsze sprężyny tylne sprawiają, że z zakrętów wychodzimy zwycięsko z miłym głębokim warkotem czterocylindrowego silnika. Tylne siedzenie mieści bez trudu osoby o amerykańskich gabarytach, a bagażnik zaskakuje pojemnością.

Podobnie jak subaru scion FR-S ma silnik typu boxer, który daje – jak już mówiliśmy – 200 koni mocy i 151 funto-stóp momentu obrotowego.

Większość ekspertów zgodnie twierdzi, że za taką cenę i z tymi bebechami jest to samochód wart płaconych pieniędzy.

Wszystkim, którzy lubią prowadzić, nie trzeba tłumaczyć, że sportowy charakter samochodu nie polega jedynie na liczbie koni mechanicznych czy przyspieszeniu, jakie można uzyskiwać na prostej. Scion do setki rozpędza się w 7,6 s, co może nie jest w zakresach ferrari, ale całkiem nieźle, zaś przyjemność zmiany biegów 6-biegowej skrzyni sprawia, że chce się nimi mieszać bez końca.

Przy 100 km/h scion FR-s ma 2750 obrotów, co też nie jest źle, zważywszy na ułożenie sportowych przełożeń. Przeciętne spalanie to ok. 8 litrów na setkę. Niestety, auto wymaga benzyny super.

Słowem, jakby tak stanąć z zewnątrz i popatrzeć, jest to bardzo udane dziecko Subaru i Toyoty, które z obydwu tych tradycji konstrukcyjnych dziedziczy najlepsze cechy.

O czym zapewnia wasz Sobiesław

 


Jak to jest z mandatami za parkowanie?

Wiele razy zachodziłem w głowę, czy policja może dać mandat na terenie prywatnym – w końcu parkingi przed galeriami handlowymi czy przy różnych instytucjach to jest teren prywatny. Co się dzieje, jeśli tam dostaniemy mandat? Kto może nam go wypisać? Co będzie, jeśli zatrzymamy się przy krawężniku na plazie przy znaku No parking Fire Route i wybiegniemy na chwilę do sklepu? Czy tego rodzaju zakazy parkowania są egzekwowalne?

Odpowiedź jest taka, że o ile nie zablokowaliśmy wozu strażackiego w trakcie gaszenia pożaru, to prawo prowincyjne, a takim są przepisy ruchu drogowego, do nas się nie stosuje – ale obejmują nas lokalne przepisy stanowione przez władze municypalne. Przepisy takie mają zazwyczaj zastosowanie do parkingów przy galeriach handlowych, ale w Ontario (i tylko w Ontario) przepisy prowincyjne takich parkingów nie dotyczą, nikt więc nie może nam dać mandatu za nieprzestrzeganie ograniczenia prędkości na parkingu, choć możemy dostać mandat miejski za naruszenie zakazu parkowania w danym miejscu. I tak, na przykład, w Toronto przepis zakazujący blokowania drogi strażackiej stosuje się tak do ulic miejskich, jak i terenów prywatnych – czyli parkingów na plazach.

Czy jest jakaś różnica między mandatem drogowym a mandatem za parkowanie?

Jedynie taka, że mandaty za parkowanie nie są wliczane do naszego dossier drogowego, a więc w żaden sposób nie wpływają na wysokość składek ubezpieczeniowych.

Jeśli nie zapłacimy mandatu drogowego – Ministerstwo Komunikacji może nam zawiesić prawo jazdy; jeśli nie zapłacimy mandatów miejskich za niewłaściwe parkowanie – nie przedłużymy rejestracji, choć nasze prawo jazdy w żaden sposób nie będzie przez tę sytuację zagrożone.

Właściciele prywatnej posesji mogą informować policję o naruszeniu przepisów parkingowych, albo – co jest częstszym przypadkiem, zatrudniać firmy ochroniarskie, które mogą wystawiać oficjalne mandaty miejskie. Jeśli firma chce, by jej pracownicy mieli do tego uprawnienia, musi najpierw przeprowadzić szkolenie, a jej ochroniarze uzyskać świadectwo Municipal Law Enforcement Officers. Wówczas nabywają oni prawo do wystawiania mandatów.

I tu jest pewien kruczek działający na naszą, niesfornych kierowców, korzyść – niektóre firmy prywatne nie są autoryzowane do wystawiania mandatów municypalnych, wówczas wystawiają własne mandaty (łudząco podobne do miejskich), na których każą sobie płacić karę na własne konta. Tego rodzaju prywatne mandaty nie mają wpływu ani na odnawianie prawa jazdy, ani tablic rejestracyjnych... (sk)

Obok pięknego motocykla i pięknej kobiety nie sposób przejść obojętnie. Kocham bobbery za prostotę stylu i minimalizm linii. Dobrze skrojony bobber jest jak młoda dziewczyna, która niczego nie musi maskować, ukrywać, podpinać czy wyciskać – wystarczy skromna sukienka dla zaznaczenia perfekcyjnego kształtu i proporcji.

Bobber to czoperowy minimalizm, który rodzi się, gdy człowiek podpatruje piękno Boskiego stworzenia; który powoduje, że nasza myśl w jednym okamgnieniu ogarnia i syntezuje w jedno elementy maszyny, aby ostatecznie zgrać je w idealną całość, gdzie – podobnie jak u pięknej kobiety – nie będzie można określić co ładniejsze, czy linia szyi, czy kształt łydek.

moto21-2-yamaha

Yamaha bolt jest właśnie takim motorem, cruiser, który doskonale czuje się w weekendowym mieście, w którym nowoczesna technika złączyła w konserwatywnym kształcie części niczym organy jednego ciała. Jeśli ktoś lubi motocykle, które czuje się jak doskonałą protezę – zakocha się w jamasze od pierwszego wejrzenia. Niska zgrabna pozycja (daleka od "ginekologicznych" siodełek wielu czopperów) daje pewność kontroli, zborny silnik pozwala bezpiecznie przyspieszać nawet od 90 km/h. Nie ma w tym motorze makijażu błyszczących chromowań, jest za to prostota odsłoniętego metalu pracującej maszyny.

moto21-1Bolt, jak wszystkie inne cruisery Yamahy, w USA sprzedawany jest pod marką Star Motorcycles, dostępny w dwóch wersjach, standardowej i specjalnej star bolt R. Minimalistyczny styl motoru pozwala na nieograniczoną wprost customizację. Star bolt napędzany jest widlastą dwójką o pojemności 950 cc z wtryskiem paliwa, oczywiście chłodzoną powietrzem. Pięciobiegowa skrzynia i pasek napędowy pozwalają na dokładny transfer mocy. Podkreślić wypada, że nie jest to do końca motor w starym stylu, choć ci wszyscy, którzy przygodę z motorem zaczynali od wuesek czy eshaelek, patrząc na stara, poczują ciepło w sercu – wskaźniki elektroniczne, zastosowanie LED w oświetleniu, tarcza hamulcowa wave nadają mu błysk obowiązującego dzisiaj kanonu i wkomponowują w klasyczne stalowe błotniki czy zbiornik paliwa nawiązujący do linii XS z lat 70. Jest to więc motocykl nie tylko dla młodzieży, ale również dla nas, ludzi nieco sentymentalnych, usiłujących wspomnieniem nieco przyhamować uciekające lata.

Cena motocykla to 8990 dolarów (CAD) za model bolt i 9199 dolarów za model bolt R. Matowa szarość czy zielony metalic wyglądają na nim wspaniale.

Wrażenia jazdy próbnej (niestety, muszę się tu odwołać do relacji Steve'a Bonda z wheels.ca) są jednoznaczne – lekki i zrywny. Bolt waży 247 kg i ma rozstaw osi 1570 mm. Obydwa modele wyposażone są – jak już wspomniałem – w chłodzoną powietrzem dwójkę z czterema zaworami na cylinder, o pojemności 942 cc, wziętą z V star 950. Złączony wydech daje boltowi dobre chropowate granie z gardła rur, choć z pewnością nie są to decybele "lotniczych" silników dużych czopperów, którymi z satysfakcją budzić możemy pół dzielnicy, wyjeżdżając w niedzielę rano na ryby. Amortyzatory przednie nie są regulowane, odcinek przesuwu wynosi 12 cm, przed kamieniami osłaniają je plastykowe ochraniacze. Tarcza hamulców ma średnicę 298 mm.

Ruszanie z miejsca jest łatwe, trudno zgasić silnik zbyt gwałtownym puszczeniem sprzęgła – maksymalny moment obrotowy 60 funto-stóp V z bolta osiąga już przy 3 tys. obrotów, a więc przy każdych światłach możemy mieć przyjemność doświadczania wciskania w fotel. Wspomniałem o rybach, niestety pojemność baku jest śmiesznie mała – 12 litrów, przy średnim spalaniu 5 litrów na sto. Tak więc, żeby dojechać na cottage, powinniśmy zabierać kanister do plecaka. Z drugiej strony, na autostradzie bolt czuje się jak u siebie w domu, bez żadnego wysilenia przekracza dopuszczalną prędkość, zaś dobra pozycja w siodełku zapewnia komfortowe połykanie kolejnych kilometrów. Na zegarze mamy wyświetlacz cyfrowy prędkości (oj, wolałbym wskazówkę, wolał), czasu, licznik kilometrów i światło kontrolki niskiego poziomu paliwa.

Podsumowując – 2014 yamaha bolt to porządny motocykl w starym stylu, bez ekstrawagancji, za to dla nas wszystkich kochających stylistykę zaczarowaną w prostocie tego co piękne. Prawie doskonały jak wspaniała kobieta, która na wiosnę może każdego uwieść bez słowa.

O czym zapewnia Wasz Sobiesław

niedziela, 19 maj 2013 17:11

"On the road again..."

Napisał

Dzisiaj mniej o samochodach, a więcej o jeżdżeniu, tak się składa, że właśnie w miniony weekend bujałem się długodystansowo po amerykańskich hajwejach – i tych płatnych i międzystanowych, i tych mniejszych i tych większych.

Droga Toronto – Filadelfia jest nawet do wytrzymania. Od amerykańskich lotnych patroli drogowych stronię jak od ognia, więc zazwyczaj nastawiam sobie cruise control (po naszemu autotakt) circa 9 mil powyżej ograniczenia, żeby za bardzo nie tamować ruchu, i spokojnie łykam kilometry.

moto20

Kilka obserwacji ogólnych:

1. Wszyscy dzisiaj jeździmy (ja też, niestety) na GPS-y. Jest to bardzo pomocne urządzenie, ale na razie jeszcze nie zastępuje rozumu. Dlatego radzę – zanim przejdziemy do najbardziej popularnego sposobu gepeesowania w 3D, kiedy to maszynka traktuje nas jak półdebila i pilnuje, by za 300 m skręcić w prawo – popatrzyli na mapę w trybie 2D i mniej więcej sprawdzili, czy satelity będą nas prowadziły tam, gdzie chcemy dojechać. O pomyłkę, czasem głupią, nietrudno, nie tylko przy wpisywaniu adresu albo wywoływaniu zapisanych już wcześniejszych celów podróży. Może się więc okazać np., że zamiast na Nowy Jork, jedziemy na Waszyngton, bo dwa lata temu byliśmy tam u cioci i mamy to wpisane w pamięć jako jeden z "ulubionych". Warto jest też mieć przy sobie zwykłą mapę i nie rezygnować z czytania znaków drogowych.

Odradzałbym również korzystanie z licznika prędkości i podawanego przez GPS obowiązującego w danym miejscu ograniczenia prędkości. Nawet jeśli aktualizujemy regularnie mapy, to jednak zdarza się często, że na autostradzie akurat kopią czy betonują i jest nowe ograniczenie z powodu robót drogowych. GPS nie rozgrzesza z odpowiedzialności za kierowanie.

Kolejna rzecz z GPS-em jest taka, że jest to obecnie urządzenie powszechne. Większość map dostarcza Garmin lub Tom Tom (z przewagą tego pierwszego). Większość tych urządzeń pracuje też w oparciu o jednakowe algorytmy oprogramowań zamówionych przez te firmy. Co to oznacza?
No na przykład to, że wszystkie osoby jadące z kierunku Nowego Jorku i Rochester do Kanady GPS kieruje na jeden i ten sam most graniczny – owszem, najbliższy i najwygodniejszy – Lewistona. W moim przypadku było jednak tak – najprawdopodobniej – właśnie z tego powodu, że czas oczekiwania na odprawę na tym moście wynosił 30 minut, a na dwóch pozostałych zero.

Czas oczekiwania na przejściach jest podawany na tablicach świetlnych – więc ponownie uczulam – warto zwracać uwagę na znaki. Polecam ściągnięcie sobie appsa na iPhone czy Android, gdzie można w rzeczywistym czasie uzyskać tę informację – przy nadrobieniu kilkunastu kilometrów możemy się uchronić od granicznego korka. To samo zresztą dotyczy wszystkich innych rozwiązań komunikacyjnych. – GPS-y pchają miliony ludzi po tych samych drogach, warto więc czasem zamiast bez mrugnięcia szeptać jawohl na polecenia z małego puzderka przy szybie, wziąć do ręki staroświecką mapę i popatrzeć, jak wygodnie, a może i romantycznie ominąć korki.

Tym bardziej że na amerykańskich drogach wyraźnie dzisiaj widać działanie waszyngtońskiego "stimulusa". Na mojej prostej trasie chyba ze trzy razy przeciskałem się między poważnymi przebudowami, remontami i modernizacjami. Oczywiście za każdym razem był korek. Dlatego wcale nie jest głupio poszukać sobie może nieco dłuższej trasy alternatywnej. Być może pojedziemy nieco dalej, ale za to bezboleśnie po pustej szosie. W moim przypadku zamiast jechać z Binghampton 81. międzystanową do New York Thruway w Syracuse, skręciłem na puściuteńką I390 na Rochester. Trochę więcej kilometrów, za to piękne okoliczności przyrody, no i nie zapłaciłem tyle za Thruway co z Syracuse. Warto poszukać sobie jakiejś wygodnej zwykłej drogi, nie autostrady – ograniczenia prędkości są na nich zwykle zbliżone do autostradowych – 55 mil/h. Mniej się człowiek zmęczy psychicznie i wewnętrznie odpocznie.

2. Kolejna obserwacja dotyczy wyprzedzania. Niestety wiele osób jeździ lewym pasem, zamiast zostawić wolną drogę dla wyprzedzających i przekraczających dopuszczalną prędkość. Denerwujące też jest to, że ludzie wyprzedzają tak, jakby mieli coś w gaciach, czyli zamiast przyspieszyć zdecydowanie i zjechać na prawy pas, wyprzedzają przy różnicy prędości 3 km/h, tamując ruch lewego pasa na kilka ładnych minut. No a przecież gdyby tylko depnęli...

3. Coraz więcej odcinków drogowych patrolowanych jest z powietrza. To będzie się nasilało z oczywistych powodów. Skąd to wiem? Proszę sobie popatrzeć na ebay, ile firm sprzedaje drony.Drony już dzisiaj patrolują drogi w Kanadzie w ramach pilotażowych programów OPP.

Przy okazji, coraz bardziej rozwija się ruch cywilnych pilotów dronów, którzy latają w trybie fpv (fly per video lub First Person View) Już za 1000 dol. możemy sobie kupić chiński zestaw np. oparty na platformie styropianowego samolotu elektrycznego skywalker, który pozwala na zainstalowanie kamery wideo w kokpicie modelu i latanie w rzeczywistym czasie – obraz z kamery przekazywany jest bezpośrednio albo na ekran naszego komputera, albo też wprost do specjalnych gogli pozwalających widzieć krajobraz okiem kamery. W ten sposób możemy sobie latać tuż nad progiem wodospadu Niagara, czy też między kominami elektrowni. Niektórzy wyczynowcy – mimo zakazów: latają na tak wielkie odległości i wysokości rzędu 4 kilometry w promieniu 30 kilometrów od nadajnika.

Policja ma do dyspozycji nie tylko modele samolotów co quadkoptery – najpopularniejszy dzisiaj rodzaj elektrycznych dronów, dzięki którym można zawiesić się z oczami w powietrzu i czatować – m.in na kierowców, którym wydaje się, że nikogo nie ma na drodze.

Przed czym przestrzega
Wasz Sobiesław

niedziela, 12 maj 2013 01:39

Auto - członek Mensy

Napisane przez

moto19

Jeszcze dziesięć lat temu coś takiego jak scion iQ miałoby marne szanse zaistnienia na kanadyjskim rynku, dzisiaj czasy się zmieniły i wyrosło nam nowe pokolenie konsumentów, pokolenie tabletowe. Do niego kierowany jest oferowany za 17 tys. scion iQ, auto, które skrótowo można opisać – cool.

Coś o kształtach smarta, ale jednak bardziej praktyczne, bo oferujące trzy miejsca dla kolegów lub koleżanek, a nie jedno. Jak zapewnia Cyril Dimitrios, dyrektor kanadyjskiej gałęzi Sciona – firmy, której "matkuje" Toyota – nowy model 2013 oferuje ulepszony system nagłaśniający i bardziej komfortowy fotel kierowcy, a także wiele możliwości spersonalizowania wyposażenia. Maleńki scion to szczyt myśli ludzkiej w zakresie optymalizacji wykorzystania przestrzeni, który śmiało może konkurować z kabiną promu kosmicznego.

Do standardowego wyposażenia należy klimatyzacja, automatyczne opuszczanie szyb i pilot do otwierania zamka. Osoby obawiające się małych rozmiarów samochodu ze względów bezpieczeństwa zadowoli fakt wyposażenia maleństwa w 11 poduszek powietrznych, które w chwili wypadku czynią ze sciona coś na kształt marsjańskiego lądownika marki Rover. – Oczywiście żartuję.

Wózek wyposażony jest w 16-calowe felgi i 1,3-litrowy czterocylindrowy superoszczędny silnik produkujący 94 KM mocy. Przeciętne zużycie paliwa w jeździe mieszanej to 5,1 litra, czyli mniej więcej tyle, ile porządny motocykl.

moto119

Nie trzeba dodawać, że jakość wykonania jest rodem z Toyoty.

Malkontenci narzekają na:

• twarde siedzenia z tyłu,

• tanie odczucia wykończenia kabiny pasażerskiej,

• dość głośną jazdę.

Cóż, wszystko to kwestia przyzwyczajenia, na trasie z Toronto do Montrealu z pewnością scion iQ nie przypomina komfortowego buicka czy caddy, ale nie tylko, że daje się wytrzymać w kabinie, to jeszcze silnik pozwala na całkiem dynamiczną jazdę. Coś, co ma trzy metry długości i prawie 100 koni mechanicznych, "rwie jak wiatr". Automatyczna bezstopniowa skrzynia biegów uniemożliwia zabawę obrotami. A szkoda, bo poza Ameryką samochód jest jednak do kupienia z 5- lub 6-biegową przekładnią. Standardowe wyposażenie to również kontrola stabilizacji i przyczepności.

Producent obiecuje na highwayu 4,7 litra na sto i może gdybyśmy starali się jechać z obrazem ubywającego paliwa w głowie, udałoby się nam takie osiągi uzyskać, zwłaszcza z Toronto do Montrealu, bo jak wiadomo, wiatry mamy raczej zachodnie, a gdy wieje w plecy, od razu lepiej się jedzie.

Samochód sprzedawany jest z myślą o nowych pokoleniach, stąd możliwość podłączenia usb.

Jeśli jedziemy w cztery osoby, to raczej z bagażem podręcznym – bagażnik liczy 99 litrów, ale po złożeniu tylnego siedzenia uzyskujemy bardziej wymiarowe 473 litry.

Słowem, jeśli ktoś chce samochodu na miarę nowych czasów scion iQ to jego auto, jeśli jednak jesteśmy ludźmi raczej starej daty – możemy z dużą przyjemnością popatrzeć na ten samochodzik z zewnątrz, gdy stanie obok nas na ulicy...

O czym zapewnia wasz
Sobiesław.

 

•••

Przy okazji nieco na temat niemieckiego supersilnika Volkswagena, który bezszelestnie i niezauważalnie odłącza niepotrzebne cylindry. Golf z takim cudem dostępny jest w Europie od 2012 roku Jak to działa?

Na początku 2012 roku najnowsza technologia Volkswagena – odłączanie cylindrów – zadebiutowała w nowym silniku 1.4 TSI. Jest to kolejny krok w kierunku zmniejszenia zużycia paliwa przez samochody marki Volkswagen.

Volkswagen jako pierwszy producent zastosował odłączanie cylindrów w seryjnie produkowanym czterocylindrowym silniku.

Ten nowoczesny system umożliwia znaczną redukcję zużycia paliwa, wyłączając chwilowo dwa z czterech cylindrów podczas ich pracy z niewielkim lub średnim obciążeniem.

Odłączenie cylindrów pozwala na obniżenie zużycia paliwa przez jednostkę 1.4 TSI w cyklu mieszanym o 0,4 l na 100 km.

Przez współpracę z funkcją Start-Stop, wyłączającą pracę silnika na biegu jałowym, oszczędność paliwa wyniesie ok. 0,6 l na 100 km.

Ta nowoczesna technologia przynosi największe efekty podczas jazdy ze stałą i umiarkowaną prędkością, np. przy 50 km/h na trzecim lub czwartym biegu oszczędność paliwa wynosi prawie litr na 100 km.

Przy 70 km/h na piątym biegu zużycie paliwa jest niższe o 0,7 l/100 km.

Nowy oszczędny silnik TSI będzie z łatwością spełniał wymagania przyszłej normy emisji spalin Euro6. Przy jego efektywności nie ograniczono wysokiego komfortu jazdy, doskonale wyważony silnik 1.4 TSI podczas pracy tylko z dwoma cylindrami jest nie tylko cichy, ale również pozbawiony wibracji.

Automatyczne odłączanie cylindrów występuje, gdy zakres prędkości obrotowej wału korbowego 1.4 TSI wynosi od 1400 do 4000 obr./min, a realizowany moment obrotowy zawiera się pomiędzy 25 a 75 Nm. W europejskim cyklu zużycia paliwa, taka sytuacja występuje prawie w 70 proc. standardowej eksploatacji samochodu. Jeżeli tylko kierowca silniej wciśnie pedał gazu, to niezauważalnie dla niego włączą się ponownie do pracy odłączone dotychczas cylindry 2 i 3. System sterowania pracą silnika uczy się charakterystycznego sposobu jazdy kierowcy. W przypadku sportowego stylu jazdy system rozpoznaje znaczne nieregularności będące odstępstwem od przyjętego wzorca i dlatego dezaktywuje funkcję odłączania cylindrów.

niedziela, 05 maj 2013 07:18

Na dojazdy

Napisane przez

Pogoda nareszcie nas trochę zaczęła rozpieszczać i robi się głupio w trąbie, gdy zamiast korzystać z pięknego dnia, musimy zatłoczonymi ulicami dopychać się do pracy. 

Nie wszystko jednak stracone, ponieważ nawet najgorszą kluchę można jakoś sensownie doprawić, dlatego dzisiaj porozmawiamy o tym, czym dobrze jest dojeżdżać do biura, zakładu czy klienta. Nasze dojazdy mogą się stać swego rodzaju mikrowakacjami, zaś samochód dawać chwilę jakże potrzebnego wytchnienia.

Przede wszystkim przyjmijmy do wiadomości, że nie żyjemy jeszcze w czasach teleportacji i fakt czasowości przemieszczania się trzeba przyjąć za coś oczywistego i normalnego; rzecz, z którą musimy się pogodzić i sensownie otorbić. Jeśli ten czas będzie miły, to nie będzie nam go tak bardzo szkoda.
Zacznijmy od organizacji – dobra muzyka, książka głośno mówiona czy słuchowisko oraz dobra trasa – popatrzmy sobie na ulice, którymi dojeżdżamy, w Google'u Earth, zastanówmy się, czy nie powinniśmy może nadłożyć drogi i zamiast zapchaną autostradą jechać sobie boczkiem, boczkiem, ale w miłych okolicznościach przyrody.

Na przykład, zamiast QEW do Oakville przejedźmy się po Lakeshore nad jeziorem; wolniej i przyjemniej wśród starych drzew i eleganckich domów. Musimy po prostu odejść nieco od ustalonego schematu, zerknąć, jakie mamy możliwości, i przede wszystkim nie denerwować się – nie ma po co się spieszyć i tak wszyscy zdążymy umrzeć, a więc spoko.

Być może powinniśmy sobie sprawić motocykl, może elektryczny rower, by nasza trasa latem stała się jeszcze bardziej urozmaicona. Jeśli jednak zostaniemy przy samochodach, to oczywiście zalety ma tutaj odkrywany dach. Z drugiej strony, proszę uważać, bo stanie kabrioletem w korku na 401 to średnia przyjemność.

 

mgbsrodek

Mgb

Jeśli auto odkrywane, to może jakiś classic. Pamiętają Państwo "Absolwenta" z Dustinem Hoffmanem? To, co tam grało, być może nie zbyt praktyczne, alfa romeo spider, wymagałby od nas więcej zachodu niż prosty i wciąż do nabycia w dobrym stanie, a bardzo podobny roadster MGB z lat 70. Ma on co prawda ten mankament, że jest dwumiejscowy, ale auto daje dużą przyjemność – tak akustyczną, jak kręcenia kierownicą i operowania pedałami. Oczywiście, nie oczekujmy tutaj automatycznej skrzyni biegów. Krótka peregrynacja w kijiji wyrzuciła mi trzy wozy rocznik 71 do 77 w cenie od 6500 do 10 000 dol. Za 10 tys. dostaniemy auto z odbudowanym silnikiem; za 8,5 tys. – kompletnie odbudowane 5 lat temu.

 

beetle

Oczywiście wśród starych aut można przebierać, jeśli ktoś lubi starą Europę, całkiem niezła propozycja to vw beetle – te składano w Meksyku jeszcze całkiem niedawno. Garbus nie stanowi nawet namiastki porsche, ale dla Volku do jeżdżenia po ontaryjskich drogach, gdzie 100 km/h jest najwyższą dopuszczalną prędkością, są w sam raz. Tu też do nabycia za 10 tys. dol. Garbus to praktyczny, bo 4-miejscowy kabriolet. Zresztą nawet zwykły beetle – powiedzmy – z odsuwanym dachem to miłe auto na lato. Przygodą stanie się każdy dojazd do pracy.

Tak więc jeśli tylko mamy po drodze "do roboty" kawałki nadające się na spacerową jazdę – jak choćby Mississauga Rd. – to naprawdę za niewielkie pieniądze możemy mieć sporo przyjemności, i to nie tylko przy dojazdach do pracy.

Taki MGB to samochód zdolny zaspokoić niejednego smakosza, z napędem na tylną oś i od czasu do czasu nawet sześciocylindrowym silnikiem.
Ot taka mała torpeda, łatwo się zabić, a zatem zmusza nas do myślenia o sprawach ostatecznych.

Tyle fanaberii, teraz na poważnie – samochody rocznik 2013 uznane za najlepsze na dojazdy – z różnych powodów i bez oglądania się na grubość portfela. Oczywiście, dojazd dojazdowi nierówny i inne są potrzeby, gdy wskakujemy na 15 minut i jesteśmy na miejscu, a inne gdy liczy się spalanie, bo mamy do pokonania w obie strony 200 km. Oczywiście wszelkie porównania nie mają tu sensu, no bo trudno o wspólną kategorię, na czele listy może być na przykład toyota prius robiąca na jednym baku 1100 km czy golf gti – nie dość, że oszczędny, to jeszcze komfortowy i przyjazny kierowcy.

Jeśli pieniądze nie grają roli, poradzić można audi A6 – superkomfortowe obszerne i dopracowane technicznie pod każdym względem, cudowne w prowadzeniu; jeśli jeszcze znajdziemy osoby chętne do dzielenia się kosztami za wspólne dojazdy – czegóż więcej chcieć od życia?

Mówiliśmy starych kabrioletach, a z nowych z pewnością dużo przyjemności da nam mazda miata mx-5, samochód praktyczny, niezbyt drogi i niezbyt kosztowny w eksploatacji.

Jeśli na dodatek postanowimy ją nieco wypróbować przez weekend, to okaże się, że jest to perfekcyjnie wyważony wózek, z dynamicznym silnikiem i dobrą skrzynią biegów.

Z pewnością też na naszej liście powinny się znaleźć łatwe do parkowania i wciskania się "gokarty" w rodzaju fiata 500 zwłaszcza abarth, za którego niestety będziemy musieli nieco przepłacić, czy mini – doskonałe prowadzenie, a do tego oszczędne silniki sprawiają, że nie będzie się nam chciało z nich wychodzić nawet przed domem po powrocie.

Pozostając przy wózkach wielkomiejskich, pozwolę sobie pominąć smarta – dlaczego, o tym innym razem – a zaproponować całkiem nieźle wyglądającego sciona iQ, który w jeździe mieszanej miejsko-wiejskiej narazi nas na opłacenie zaledwie 6,36 litra na sto kilometrów. Co ciekawe, w środku auto nie sprawia wrażenia ciasnego.

Mówiliśmy o golfie GTI, ale dla oszczędnych jeszcze lepszy byłby diesel tdi golf lub jetta, samochody, które biorąc pod uwagę wartość odsprzedażną, są naprawdę tanie i ekonomiczne w użyciu. Mamy więc do koloru do wyboru, ale proszę pamiętać – nie o markę tu chodzi, lecz o to by idąc do dilera wybierali Państwo coś, co się podoba, w czym dobrze się czujemy, co nas oblecze jak poszewka kołdrę.

I nie przeglądajmy się tym samochodem w oczach sąsiada - tu chodzi o nas i o nasze kilka lat w nim spędzone. Ma być przyjemny, i leżeć nam w rę-ku. A to jak może wyglądać około 9.00 rano 6-kilometrowa trasa "opłotkami" do pracy w Mississaudze, proszę sobie obejrzeć na youtube.

O czym zapewnia Wasz Sobiesław