Goniec

Register Login

Moto-Goniec

Moto-Goniec

piątek, 11 styczeń 2013 20:18

Niezła impreza!

Napisane przez

Przyznać trzeba, że Subaru robi samochody dla ludzi, których korci, by przycisnąć nieco gazu na szutrowej leśnej drodze.

Domorośli rajdowcy (a mieliśmy na polonijnym podwórku w Toronto również kilku prawdziwych dobrej klasy kierowców rajdowych) z pewnością wiedzą, co zrobić z takim WRX...
Na początku powiem tylko, że wkrótce wybieram się z wizytą do naszego zaprzyjaźnionego dealershipu Marino's Lakeshore Automall, gdzie prócz hond, hyundai można pooglądać najnowsze modele Subaru. Tak że niebawem do WRX powrócimy, dzisiaj jednak w ramach rozgrzewki subaru, które każda młoda rodzina chciałaby mieć przed domem – w miarę oszczędny, w miarę pojemny i bardzo przyjemny w prowadzeniu – subaru impreza 2.01 hatchback 2013.
Jako szowinista męski, powiem, że jest to auto, którego w przeciwieństwie do WRX nie będziemy się bali pożyczyć żonie.
Auto napakowane jest rzeczami, które w wózku tej klasy nie są częste – przede wszystkim napęd na wszystkie koła full time i nowy silnik w układzie boxer. Cena też niewygórowana, bo zaczyna się od 20 tys.
Standardowy płaski silnik grający ładnym tembrem, z horyzontalnie ustawionymi cylindrami vis-a-vis przeciwko sobie daje 148 KM mocy, którą przekazuje na wszystkie koła za pośrednictwem pięciobiegowej, ręcznej skrzyni biegów. (Niestety) można ten samochód też kupić z automatikiem bezbiegowym, który daje poczucie jazdy "elektrycznej".
W zasadzie tegoroczna impreza niewiele się różni od ubiegłorocznej, kiedy to doszło do przeprojektowania modelu. Jest to już czwarta wersja.
Impreza ma najlepsze osiągi, jeśli chodzi o zużycie paliwa, wśród wszystkich amerykańskich samochodów z napędem na cztery koła. 7,5 litra po mieście i 5,5 litra na szosie. – Naprawdę trudno takie osiągi przeskoczyć.
A więc w miarę tani, w miarę oszczędny i z napędem na cztery koła samochód, który daje poczucie bezpieczeństwa przy każdej pogodzie, a kto choć raz go spróbował, wie, na czym polega różnica w jeździe z napędzanymi wszystkimi kółkami. Tym się inaczej rusza, inaczej wchodzi w zakręty, wszystko jest inaczej...
W 2013 roku Subaru dodał do imprezy standardowy bluetooth, a w wyższej opcji obsługiwany głosowo system nawigacji satelitarnej GPS i kamerę do cofania.
Kabina jest przestronna i wygodna, 5-drzwiowy model oferuje przestrzeń bagażową o pojemności 638 litrów, w modelu 4-drzwiowym – bagażnik ma 340 litrów.
Wnętrze spodoba się ludziom lubiącym samochody – sportowy panel liczników na desce rozdzielczej i trzyszprychowa kierownica plus 4,3-calowy wyświetlacz wielofunkcyjny.
Subaru to lider w sprawach bezpieczeństwa, więc w modelu 2013 standardem są boczne poduszki powietrzne z przodu. Standardowo samochód wyposażony jest w poduszkę powietrzną chroniącą kolana kierowcy.
Wszystkie modele rocznik 2013 wyposażono w Vehicle Dynamic Control (VDC), który łączy funkcje kontroli przyczepności i stabilizacji. Standardowo też imprezy mają cztery dyskowe hamulce z abeesami czterosensorowymi i wymyślne wspomaganie hamowania.
VDC to system czujników, który ma za zadanie wyczuwać, czy auto zbliża się do granic stabilności, system dystrybucji mocy AWD reguluje wówczas przekazywaną moc na koła, a także samoczynnie włącza indywidualnie hamulce w każdym kole, by utrzymać auto w kopercie antypoślizgowej.
Szczęśliwie automaty te można jeszcze wyłączyć, co jest szczególnie przydatne na szutrowej nawierzchni czy w kopnym śniegu.
Słowem, subaru impreza 2013 wielu będzie pasował jak rękawiczka. Do tego jest to auto pojemne, w którym normalnie po europejsku myśląca rodzina czteroosobowa zabierze się nawet na wakacje.
Oczywiście dla tych, którzy chcą poszaleć albo poszpanować, pozostaje WRX STI, ale o tym już kolejnym razem, po wizycie w salonach Subaru przy Lakeshore... O czym powiadamia.


Wasz Sobiesław

sobota, 05 styczeń 2013 10:13

Trendy 2013 Nowe idzie wielkimi krokami

Napisane przez

Mamy nowy rok, więc proszę sobie zaparzyć dobrej mocnej kawy w szklance z przykrywką z podstawki, wypić, a następnie mocno dmuchnąć w fusy. Co tam widać?


Cóż, tendencje na rynku samochodowym idą niestety w tę samą stronę co kiedyś w lotnictwie, czyli eliminowania "wkładu ludzkiego". Według panów inżynierów, człowiek ma o wiele większą "błędalność" niż maszyny, dlatego wszędzie gdzie tylko można jego "czasami" nieracjonalne myślenie powinno być zastąpione przez automaty i programy komputerowe. Stąd też nasze samochody stają się komputerami na kółkach, a oprogramowanie zastępuje decyzję i umiejętności kierowcy.
Przykład? Najnowszy VW golf, sprzedawany w Europie, ma wbudowaną "panią od doradzania ekonomicznej jazdy" i generalnie założenie jest takie, żeby komputer mówiący do kierowcy ludzkim głosem pomógł mu wyrobić nawyki bezpiecznego i ekonomicznego jeżdżenia...
Przepraszam bardzo, ale na mój gust, taki komputer – mimo z pewnością milszego głosu – gorszy jest od teściowej siedzącej na siedzeniu pasażera obok. No więc nie dość, że doradzi nam, żeby zamknąć okno w celu zaoszczędzenia paliwa, to jeszcze kilkoma kamerami śledzi znaki drogowe, te na słupach i te na nawierzchni, ostrzegając, że przekraczamy dopuszczalną prędkość. Golf posiada też system utrzymywania nas w pasie, który trzyma nas w środku pasa ruchu na autostradzie i powoduje, że w przed zmianą pasa odpowiednio wcześnie musimy włączyć kierunkowskaz – jeśli tego nie uczynimy, będziemy się mocować z kierownicą, bo komputer auta będzie myślał, że planujemy wjechać z drogi w krzaki.
Powiem szczerze: o ile kocham maszyny, które pomagają mi w zajęciach "fizycznych", o tyle nienawidzę maszyn, które chcą mi pomagać, a już nie daj Boże zastępować, w myśleniu.


Niestety, idą takie czasy i nic nie poradzimy na auta, które samoczynnie przed przeszkodą uruchamiać będą wszystkie dostępne hamulce, mimo że my akurat mamy ochotę popełnić samobójstwo.


Poważnie zaś mówiąc, Drodzy Państwo, to w nowym roku, 2013, możemy się spodziewać następujących tendencji.


Po pierwsze, kurczenia się silników. – Co rusz słyszymy, że producenci rezygnują z 6-cylindrowych jednostek na rzecz czwórek, a nawet dwójek – wspomniany volkswagen będzie miał silnik, w którym na autostradzie, czwórka podzieli się w pół, unieruchamiając dwa cylindry – oczywiście turbodoładowanych. Turbodoładowacze stają się coraz bardziej dopracowane i mniej wyniszczające silniki niż kiedyś; tak więc możemy się spodziewać małych silników dużej mocy z turbodoładowaniem. – Widzieliśmy to już na przykładzie omawianego w tej rubryce BMW, który zszedł do czterech cylindrów przy zachowaniu mocy i wrażenia kierowców są bardzo pozytywne.


2. Kolejna tendencja, to coraz większa liczba biegów przekładni automatycznych. W latach 50. zdarzały się auta, które miały w automatach dwa biegi, potem standardem były trzy, w latach 90., automatyczna skrzynia miała zwykle cztery biegi, dzisiaj... A dzisiaj ma sześć . I mówi się o ośmiu. Podobnie jak z turbodoładowaniem, chodzi o zmniejszenie zużycia paliwa i bardziej ekonomiczną jazdę.


3. Trzecia sprawa – waga. Coraz większe zastosowanie mają materiały niemetalowe – włókna węglowe, które tanieją, a co za tym idzie, nadają się w większym stopniu do instalacji w samochodach. Do 2020 roku Ford, we współpracy z Dow Chemicals, instalować będzie części z włókien węglowych lub też produkował całe szkielety nośne we wszystkich modelach.


4. Czwarta sprawa to właśnie wspomniane komputery – będą wszechobecne. Wskaźniki pokładowe – podobnie jak to miało miejsce w samolotach – zastąpi "szklany kokpit", czyli coś na kształt samochodowego iPada, który wyświetlać będzie wszystko, czego potrzebujemy, i odpowiadać nam głosem na pytania i polecenia.
Już dzisiaj w niektórych modelach, gdy kończy się paliwo, auto wyświetla listę stacji benzynowych pozostających w zasięgu paliwa, jakie pozostaje w zbiorniku. Gdy wybierzemy jedną z nich, system nawigacji do niej poprowadzi.
Tego rodzaju systemów, gdzie auto prawie samo jeździ, będzie coraz więcej – m.in dzięki zastosowaniu technik radarowych i doskonaleniu obecnych już opcji samoparkowania, inteligentnego cruise control czy wspomnianego utrzymywania pojazdu w pasie ruchu.
Wszystko to jest niby z korzyścią dla nas – dlaczego niby? Już mówię
– proszę sobie wyobrazić, że nasz samochód jest nie tylko "nasz", ale też "ich" i informuje, jak to robią już dzisiaj samochody z wypożyczalni, odpowiednie organa i czynniki, z jaką prędkością, gdzie i kiedy jechaliśmy, jakie przepisy przekroczyliśmy i jakie znaki drogowe zlekceważyliśmy.
To możliwe jest już przy obecnej technologii. Drogi i ulice mogą być wolne od radiowozów, pułapek radarowych i czego tam jeszcze, a my będziemy pilnowani przez własne auta.
Nie zgodzicie się Państwo? Ale gdzie tam! Sami podpiszecie cyrograf. Początkowo po to, by dostać zniżki w składkach ubezpieczeniowych; przymus wprowadzi się dopiero w kolejnym pokoleniu.
Mandaty będziemy dostawać –mailem raz na miesiąc po przeanalizowaniu przez komputer Ministerstwa Komunikacji zapisów naszego samochodu i wszystkich innych samochodów, z których korzystaliśmy.
Kolejny etap, to jest wbudowanie systemów bezpieczeństwa w sam pojazd i na przykład wprogramowanie niemożliwości przekroczenia maksymalnej prędkości dopuszczalnej na danym odcinku o więcej niż 15 km/h.
Podkreślę, to nie są jakieś opowiastki science fiction – to jest technologia, którą – jakby się człowiek uparł – dzisiaj można byłoby wprowadzić.
W najbliższych latach będzie się nas odpowiednio mentalnie urabiać, abyśmy wiedzieli, że musimy je przyjąć ze względu na własny najlepiej rozumiany interes.

model-s-tesla-motors

Aby się jednak nie przygnębić dokumentnie, na koniec zostawiłem sobie 5 tendencję – coraz większe wykorzystywanie silników elektrycznych – montowania nie żadnych hybryd czy innych frankensteinów, tylko prostych aut na baterie.
Pisaliśmy już o skasowanym dawno temu EV General Motors.


Tymczasem w roku 2013 Motor Trend Car of The Year jest... najszybszy czterodrzwiowy sedan, jaki kiedykolwiek zbudowano w Ameryce, samochód o wspaniałych osiągach, zwinny jak ryś, cichy jak rolls i piękny jak modelka nad ranem – tesla model S.
Nie muszę dodawać, że jest to auto w pełni elektryczne – to znaczy tylko elektryczne – o mocy... 362 koni mechanicznych i zasięgu ponad 250 mil. Tesla posiada też wersję sportową o mocy 416 KM. Budowana w zakładach Fremont w Kalifornii, wykorzystuje baterie Panasonica.
Silnik umieszczony jest między tylnymi osiami, pod podłogą baterie, – a kabina otwarta na przestrzał.
Karoseria, zaprojektowana przez Franza von Holzhausena, wygląda supersportowo. Na razie jedynym problemem jest cena i nikła liczba stacji wymiany baterii. Cena nie jest zaporowa – dostępna dla osób planujących kupno luksusowego mercedesa – zmieścimy się w 80 tys. dolarów. Tesla – nazwana tak od genialnego amerykańskiego wynalazcy i twórcy systemu sieci elektrycznej Nikolaja Tesli (zwolennicy teorii spiskowych uważają nawet, że odkrył on źródło niewyczerpanej energii – wykorzystując ziemskie pole elektromagnetyczne i fakt ruchu przezeń każdego punktu Ziemi wraz z ruchem obrotowym – zbudował samochód, który jeździł "na niczym").


Tesla S spełnia i przekracza wszystkie wymogi pod względem bezpieczeństwa w wypadkach.
Z pewnością jest to prekursor całej gamy modeli elektrycznych aut pozbawionych rury wydechowej. I w roku 2013 coraz więcej będziemy ich widzieć na ulicach naszych coraz bardziej stłoczonych miast.



O czym Państwa zapewnia
Wasz Sobiesław.

ferariWłaściwie każdy ma samochód i każdemu do samochodu coś by się przydało, jest jednak wśród nas spora rzesza, która samochody lubi, nie mówiąc o tej, która je kocha.
Zrobienie prezentu nie jest wówczas łatwe, no bo co damy? GPS, który i tak wszyscy mają?
Auto to rzecz osobista podobnie jak wieczne pióro. To, jakim autem jeździmy i co w nim wozimy, bardzo często świadczy o tym, jaki mamy charakter; podobnie jak wystarczy zerknąć na czyjeś biurko, by dowiedzieć się, jakim jest człowiekiem.
Oczywiście, mówię tutaj o prezentach rozsądnych, czyli zakładamy, że nie jesteśmy miliarderem, który pod choinkę kupuje – powiedzmy – ferrari za 400 tys.


Za taką kwotę dostaniemy samochód, który jest w stanie zaspokoić nawet najwybredniejszych amatorów czterech kółek – 650 koni mocy, ekskluzywny kolor karoserii Grigio Caldo, czy też opłacone kursy w zimowej szkole jazdy Ferrari.


No właśnie – tak sobie myślę, że jednym z sensownych i wcale niesurrealistycznych prezentów jest zafundowanie drogiej osobie kursu nauki jazdy.
Prezent taki może się obdarowanemu opłacić niebotycznie, być mo-że ratując życie jemu i jego rodzinie.
Wiele osób nie wie, że szkoła nauki jazdy nie dotyczy tylko tych, którzy nie potrafią sensownie ruszyć autem z miejsca, lecz że wiele kursów jest przeznaczonych dla kierowców zaawansowanych i ze stażem.
Większość z nas jeździ autem latami i rzadko ma okazję nauczyć się tych umiejętności, które gdy przyjdzie co do czego, wyratują nas z opresji.
Dlatego tak ważne jest, by wiedzieć, co robić, kiedy tył zaczyna nam ujeżdżać albo kiedy nagle widzimy przed sobą przeszkodę, bo akurat z jadącej przed nami ciężarówki wypadło pudło z bananami.


Czucie samochodu w sytuacjach ekstremalnych pozwala uniknąć paraliżu w obliczu wypadku, a gdy mamy wyrobione zdrowe odruchy, daje możliwość całkowitego uniknięcia drastycznego zdarzenia albo przynajmniej ograniczenia jego złych skutków.
Jest to szczególnie istotne zimą, gdy częściej zdarza nam się trafić na trudne warunki.
Wystarczy, by ktoś nas nauczył zwykłego wyprowadzania z poślizgu, a naprawdę będzie to olbrzymi prezent. Nie wiem, czy w którejś z torontońskich szkół uczą dryftu, ale to kolejna umiejętność pozwalająca z dużą prędkością wchodzić w zakręty i mieć szansę na wyjście.
Tak więc, opłacony kurs nauki jazdy (wcale-nie-tak-ekstremalnej) to wspaniały prezent pod choinkę, zwłaszcza dla osoby młodszej – być może wchodzącego w życie potomstwa.

thrustmaster
Jeśli zaś nie kurs, no to może jakiś symulator? Gran Turismo 5 to lider na tym rynku, jednak co nam po najlepszym symulatorze, jeśli musimy biegać paluszkami po guzikach jakiegoś dżojstyka. Dlatego za jedyne 599,99 możemy posiąść Thrustamaster T500RS, zestaw pedałów i kierownicy, które podłączone do naszej Playstation 3 pozwolą na całkowity odlot, zasypując przepaść między realem a tym co wirtualne.
Jeśli do tego dokupimy trzy panoramiczne monitory, stworzymy stanowisko symulacyjne z prawdziwego zdarzenia i szczęście będzie pełniejsze...
Zestaw pedałów – oczywiście – zawiera sprzęgło, a tu stosowne buty to podstawa.


drivingshoeBardzo wielu kierowców – głównie pań – nie zwraca odpowiedniej uwagi na obuwie, tymczasem przy prowadzeniu samochodu, zwłaszcza tego z manualną przekładnią, buty są tak samo ważne jak przy skałkarstwie. Tu trzeba mieć "czucie" w nodze.
Pamiętam, jak w latach 70. mój Ojciec pomstował na moją nastoletnią wówczas siostrę, która chciała prowadzić w drewniakach (kto nie wie, co to za but, niech sobie wygoogluje). Niestety miał rację. A więc buty do jeżdżenia to kolejny miły prezent dla prawdziwego kierowcy.
Za około 100 dol. dostaniemy coś z Pumy, odpowiednio czuła podeszwa zapewni nam dokładniejsze przełożenia, zwłaszcza przy redukcjach, a co za tym idzie, bardziej dynamiczną i przyjemniejszą jazdę.


Sam przyznam się do tego, że w podeszłym wieku noszę trampki właśnie po to, by dobrze czuć sprzęgło golfa. Ma bowiem bardzo precyzyjny, niewielki moment brania i dobre wyczucie przełożenia daje prawdziwą radość prowadzenia.
Tak więc dobre buty do prowadzenia samochodu (proszę popytać w sklepach specjalistycznych) z pewnością uradują bliskiego nam adepta szybkiej jazdy standardem.


Co jeszcze?
Mamy olbrzymi wybór różnych akcesoriów, w Canadian Tire, jeśli jednak myślimy o czymś bardzo użytkowym, radziłbym w prezencie kupon do zaprzyjaźnionego mechanika. Nasze samochody zazwyczaj są zaniedbane i jeździmy z nimi do warsztatu dopiero wówczas, gdy się coś psuje. Tymczasem proste zabiegi – jak sprawdzenie zbieżności kół – nie tylko przedłużają żywotność, ale zwiększają bezpieczeństwo na drodze.
Tak więc kupon do warsztatu to zupełnie sensowny prezent pod naszą motoryzacyjną choinkę. Gdy mamy kogoś ze starszym autem lubiącego samodzielnie majsterkować, nieocenione są poradniki napraw bentleya.

Ale tak jak mówię, najlepszym prezentem, według mojej głowy, będzie opłacony kurs jazdy dla zaawansowanych.
Po pierwsze dlatego, że taka jazda to kupa przyjemności, po drugie dlatego, że poważnie poprawi ona bezpieczeństwo prowadzenia samochodu bliskiej nam osoby, a zatem nie jest to wyłącznie prezent dla jednej osoby; jest to prezent dla wszystkich. A przecież – o cóż innego, jak nie o to, byśmy dawali jak najszczodrzej w Święta Bożego Narodzenia, chodzi?

Gdzie znaleźć takie szkoły? Niestety, żadna u nas się nie reklamuje, ale przy odrobinie rozpytywania się u znajomych, jak również zasięgania języka w MTO, można trafić w dobre ręce. Proszę sprawdzić na stronach www.carcontrolschool.com.
No i zanim złożę z serca życzenia wszystkim Czytelnikom "Gońca", a zwłaszcza fanom mojej rubryki, jedna rada, szczera, własnym doświadczeniem poparta – Panie, Panowie, nie pijcie z kluczykami w kieszeni. Takie picie jest nic niewarte; człowiek nie ma żadnej przyjemności, bo zawsze z tyłu głowy mu majaczy, że będzie musiał później mocować się z kierownicą i samym sobą, pić hektolitry wody i trzeźwieć na gwałt.
A jeśli nie daj Boże rozjedzie jakieś Bogu Ducha winne maleństwo? Z czymś takim trudno potem żyć. Dlatego pijmy na całego, najlepiej doskonałe polskie trunki z PMA, ale bez narażania się na sprawstwo jakiejś masakry!



Wesołych, radosnych i prawdziwie rodzinnie polskich Świąt Bożego Narodzenia życzy Państwu
Wasz Sobiesław

piątek, 14 grudzień 2012 17:01

Na zimę i na lato

Napisane przez

2013-volkswagen-eosCzy warto pisać o samochodzie na lato zimą? 

Oczywiście, tym bardziej że auto, które jest tematem naszej dzisiejszej powiastki, jest jak najbardziej całoroczne, choć to przecież kabriolet.
Mowa o volkswagenie eosie, który to model w 2007 roku zastąpił golfa cabriolet. Ten ostatni przeżył kilka wcieleń i cieszył się dużą popularnością, choć – zwłaszcza w drugim wydaniu Mk2 – nie mógł zmyć z siebie opinii samochodu dla panienek.
Eos, nazwany od greckiej bogini świtu, to kabriolet hardtopowy, czyli koniec troski o namiocik z winylu czy płótna ładnie składający się do plecaka nad bagażnikiem, przykrywany pokrowcem.


Eos ma wszystkie panele metalowe i dach po wykonaniu kilku ekwilibrystycznych ruchów składa się do bagażnika – co siłą rzeczy powoduje, że kufer po złożeniu góry ma 200 litrów – można przeżyć, jeśli wozimy kije do golfa.
W modelu 2013 dodatkowo eos oferuje otwieranie jedynie panelu górnego, co stwarza wrażenie podróżowania z otwartym dużym szyberdachem.
Dach tego auta to układanka podobna w skomplikowanych ruchach do kostki Rubika, złożona z 5 elementów zbudowanych z 470 części. Ośmiocylindrowa pompa hydrauliczna składa to za naciśnięciem guzika w 25 sekund. Tak więc niezależnie od tego czy z dachem, czy bez dachu, eos wygląda kształtnie i krągło na 17 calowych kołach.

eostyl
Rzecz bez porównania z dawnym kabrioletami, gdzie dach składało się często ręcznie na kupę nad bagażnikiem i opinało załączonym pokrowcem.
Mimo, że eos w porównaniu z podobnymi składakami takich marek, jak BMW, Mercedes czy Lexus, wiele nie kosztuje (cena podstawowa 40 tys. dol.), wyposażony jest w wiele luksusowych gadżetów i urządzonek, jak choćby podwójna strefa ogrzewania i klimatyzowania. Proszę porozmawiać z dilerem (Arek Wolski zaprasza) o gadżetach, bo we współczesnym samochodzie mamy do wyboru do, koloru prawie wszystko.
Natomiast to co kabriolet golfa daje bez wątpienia, to przyjemność prowadzenia. Pasażerowie być może będą narzekać, bo auto jest twarde – sunie jak żyleta po dobrze utrzymanych nawierzchniach niemieckich autobahnów, ale jeśli wjedziemy nim na ontaryjskie tarki, te remontowane po zimie i naprawiane przed zimą, no to czuć tę sztywność. Za to w zakręty wchodzimy jak bolid Formuły 1 – przy szybkiej jeździe na zakrętach warto się przyzwyczaić do bocznych przeciążeń. Zawieszenie, i tak wspaniałe u Volkswagena, tu dodatkowo zostało podkręcone – czego rezultatem jest wspaniała równowaga auta.
Jedyny dostępny motor w eosie jest jednym z najlepszych czterech silników dostępnych na rynku. Turbodoładowany, z bezpośrednim wtryskiem, z międzystopniową chłodnicą, daje nam pod butem 200 KM mocy przy maksymalnym momencie obrotowym dostępnym już od 1700 rpm. Mamy do tego sześciobiegową skrzynię automatyczną, a w komplecie niezwykłe oszczędności na paliwie. Autem z wielką wygodą mogą podróżować cztery osoby normalnej postury.
Eos jest więc samochodem na lato i na zimę, podczas której przekształca się po prostu w zwykłą osobówkę. I niewprawnym okiem nikt nie rozpozna, że mamy do czynienia z kabrioletem zdolnym w 25 sekund włożyć sobie dach do wnętrza.

eoswnetrze
Co mi się nie podoba?
Cena.
Mimo że jest to najtańszy hardtopowy kabriolet dostępny na rynku, to jednak trudno liczyć na popularność czteromiejscowego VW zaczynającego od 40 tys. dol. Młodzież szkolna go nie kupi (no, chyba że ma tatusia z przepastną kieszenią).
Jeśli zaś powspominać, to przecież i vw beetle cabriolet i golf cabriolet MK1 dostępne były na kanadyjskim rynku w dolnych strefach stanów średnich.
A że nie uszczelniały się stalowym płaszczem na zimę... Cóż, jeśli ktoś właściwie dba o szmaciany czy winylowy "top", może jeździć bez-usterkowo wiele lat, zaś drogowy hałas przeszkadzał dopiero powyżej 100 km/h.
Czy były to auta na cały rok? Jak najbardziej. Bo przy tej okazji warto przypomnieć, iż wielu właścicieli kabrioletów, zwłaszcza w krajach takich jak Wielka Brytania, jeździ "top-less" również zimą.
Wystarczy tylko ciepło się ubrać, nałożyć czapkę, gogle i rękawiczki, by przy słonecznej pogodzie dotlenić się na zimowych czy późnojesiennych drogach. Czasem jak człowiek przejedzie się gdzieś spacerowo w mieście (oczywiście nie po 401 w korkach), to mu się żyć zachciewa.
Tak więc ze smutkiem zauważam odchodzenie Volkswagena od aut prostych, tanich i niezawodnych, w stronę inżynieryjnych dopakowanych cukierków, które być może są dziełami inżynieryjnej sztuki, jednak dla ludzi młodych i niemajętnych coraz mniej "użytkowej", bo poza zasięgiem portfela.


Dla tych mniej majętnych pozostaje więc rynek z drugiej ręki, no ale to już zupełnie inna para kaloszy.


o czym zapewnia
Wasz Sobiesław

piątek, 07 grudzień 2012 19:11

Drugi oddech Lincolna

Napisane przez

l1Pamiętam stare czasy, kiedy prosząc kogoś o radę, co by tu kupić na czterech kołach, słyszało się – tylko nie kupuj forda, bo to dziadostwo, weź GM.

Dzisiaj GM też rzadko bywa polecany, a Wielka Trójka ma mniej niż 50 proc. północnoamerykańskiego rynku. Nie znaczy to jednak, że północnoamerykańscy producenci nie są już w stanie zrobić ciekawego auta.
Jednym z nich jest ford focus a w innym w zupełnie segmencie – lincoln MKZ 2013.
Lincoln niegdyś stanowił synonim amerykańskiego luksusu kanapowego, prawie jak cadillac, później jednak lincolnami to jeździły raczej stare dziadki.
Na rynku samochodowym nieznane jest jednak pojęcie całkowitego pogrzebania, i raz po raz słyszymy, że wiadomości o tej czy innej "śmierci" jednak okazały się przesadzone.


Tak więc dwadzieścia lat po "piku" sprzedaży lincolnów Ford usiłuje tchnąć nowe życie w emeryta – markę, którą nabył w roku 1922.
W 2011 roku liczba sprzedanych lincolnów w USA wynosiła 85.643; mniej niż połowa tego ile się sprzedawało lexusów Toyoty.
Do roku 2015 Ford chce pokazać aż siedem nowych, czy też gruntownie "odrestaurowanych" modeli. Na pierwszy ogień poszedł MKZ, tym razem marketingowym targetem nie są bogaci emeryci, lecz osoby nadal pracujące, które odniosły życiowy sukces i chcą czuć pod nogą coś, co nie tylko kołysze na zakrętach. Ford chce zmniejszyć przeciętny wiek nabywców lincolna z 65 do 57 lat i podnieść target przeciętnych dochodów o ponad 50 proc., do 160 tys. dol. rocznie.


Tak, na górnych półkach zaczynała się marka lincolna i w ten sam sposób chcemy dokonać tego po raz drugi – tłumaczą u forda.
Model 2012 MKZ uplasował się na miejscu 15. z 21 analizowanych luksusowych sedanów.
Choć trudno wymagać by MKZ dorównał BMW serii 3, czy infiniti G37 w osiągach, to jednak większość testujących kierowców podkreślała, że auto ma typowo amerykańską obszerną kabinę i zawieszenie, a komfort jazdy plasuje je blisko lexusa ES, buicka lacrosse, przy o wiele liczniejszej liście standardowego wyposażenia.


A to wszystko za nieco więcej niż 35 tys. dol.
W roku 2013 lincoln wprowadza na rynek kompletnie przeprojektowany model MKZ, auto łatwe do zauważenia na drodze ze względu na charakterystyczny tył.


l3Silnik i przenoszenie napędu jest jednak podobne do również przeprojektowanego forda fusion.
Podobnie jak to już wcześniej robiło wielu producentów luksusowych aut, Ford rezygnuje w standardowym wyposażeniu z szóstki na rzecz turbodoładowanej czwórki – w której oczywiście o wiele łatwiej o rozsądne zużycie paliwa. Właściciele MKZ z pewnością mogliby sobie pozwolić na pojenie tego rumaka nawet benzyną po 5 dol. za litr, ale w dziesiejszych czasach oszczędność spalania jest w modzie i stanowi dobry punkt marketingowy.


Ta doładowana czwórka daje z siebie 240 KM mocy i 27 funtów na stopę momentu obrotowego. Jeśli wydaje się nam to zbyt mało, mamy do dyspozycji 300-konną szóstkę.


Do tych motorów podłączona jest sześciobiegowa automatyczna skrzynia biegów, przekazująca napęd na koła przednie. Standardowa jest kontrola przenoszenia napędu w ramach funkcji Lincoln Drive Control. W wersji podstawowej dostaniemy też aktywny system wytłumiania hałasu czy automatyczne ustawianie zawieszenia w zależności od warunków drogowych.
Do bardziej zaawansowanych opcji zaliczyć trzeba system utrzymywania wozu w linii pasa ruchu, ostrzegania przed kolizją czy automatycznego parkowania wykorzystującego radar. Z czym to porównać – no, bardzo dobrze MKZ wypadnie w zestawieniu z acurą TL, hyundaiem genesis czy lexusem ES.


Czemu w mojej rubryce taka wielka kobyła? Powiem szczerze, że robię to trochę wbrew sobie; z drugiej strony, wystarczająco dużo jest w Ameryce osób, które cenią sobie po prostu wygodę zmotoryzowanej karocy i tego szukają w salonach dilera, zaś tutejsze amerykańskie drogi, zwłaszcza w USA, pozostawiają coraz więcej do życzenia i daleko im do erefenowskich płaskich jak stolnica nawierzchni asfaltobetonów, po których najbardziej twarde i czepiające się drogi podwozia suną jak krążek po lodzie.
Jeżdżąc po amerykańskich coraz rzadziej naprawianych nawierzchniach musimy się liczyć z mniejszym lub większym tyrpaniem i tutaj takie auta jak lincoln przychodzą nam w sukurs. Nimi możemy pływać nawet po tak niebotycznie popsutych ulicach jak niegdysiejsza Spadina (kto jeszcze pamięta te wyboje?).


W końcu samochód to jest rzecz do jeżdżenia i najnowszy lincoln chce nam to jeżdżenie usłać różami – bardzo dużo miejsca na nogi, olbrzymi bagażnik i wiele innych przymiotów sprawiają, że można się w nim poczuć jak w kawałku tej starej Ameryki, dzisiaj coraz bardziej przesłanianej przez wschodzącą gwiazdę Chin.


li1Wygodne siedzenia, jakich większość z nas nie ma nawet w livingroomie, i ergonomia przystosowana do postury przeciętnego Amerykanina skarmianego kanapkami BLT sprawiają, że auto to pozwala na pokonywanie tysięcy kilometrów amerykańskich autostrad bez męczenia kierowcy i po włączeniu adaptacyjnego tempotaktu utrzymującego odległość od samochodu z przodu, mo-żemy się poczuć niczym w pierwszej klasie kabiny samolotu. Oczywiście lincoln nie zapewnia stewardesy, ale od czego mamy wyobraźnię.
Słowem, zamiast kupować bilet na jakiegoś turbośmigłowca i dawać się obmacywać na lotniskach, możemy spokojnie wytoczyć się takim lincolnem na jakąś międzystanową szosę, by w wielkim komforcie móc rozważać upadek tego wielkiego kontynentu.


O czym zapewnia wasz Sobiesław

sobota, 01 grudzień 2012 08:52

Auto na baterie

Napisane przez

Lepiej być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym. Nie znam wielu osób, które podjęłyby się kontrargumentacji, dlatego jest tym bardziej dziwne, że rząd Kanady postanowił przymusić nas do samochodów oszczędniejszych na benzynie i czystszych dla środowiska. Niebawem, bo już od 2017 roku. W latach 2017– 2035 producenci będę musieli sprostać normom zmniejszanym sukcesywnie o 5 proc. rocznie.
W czym leży problem? Konia z rzędem temu kto wie, jakie technologie będą nadzieją producentów silników w roku 2017 – a więc ustanawianie dzisiaj tego rodzaju przepisów jest jedynie usprawiedliwieniem ewentualnych podwyżek cen i podatków.


O takich sprawach teoretycznie powinien decydować rynek – czyli konsument – ergo Ty, Drogi Czytelniku, i ja. Niestety, tzw. władza ma do nas podejście stadno-pedagogiczne i manipuluje jak dziećmi przy pomocy marchewki i groźnych min. Słowem, socjalizm bolszewicki pełną gębą.
No bo w końcu nikogo nie trzeba ciągnąć końmi do jeżdżenia dobrym samochodem bezbenzynowym.
Niestety to, co mamy na rynku, a co jest efektem rządowych zachęt i dofinansowań, jest półproduktem, w którym troskę o czystość spalin zamieniono na skomplikowane układy dwusilnikowe, sterowane przez przemądrzałe komputery; przez oprogramowanie, którego założeń zwykły człowiek ocenić nie potrafi. Stąd największą popularnością z uwagi na dopłaty cieszą się samochody autonomiczno-hybrydowe, czyli takie, gdzie silnik spalinowy ładuje akumulatory. Mają tę przewagę nad obecnymi wózkami elektrycznymi, że jednak pozwalają dojechać tam gdzie się chce, a nie tam gdzie pozwala zasięg baterii. Główny problem prądowego jeżdżenia to czas ładowania akumulatorów – zatem możemy się złapać na tym, że jeśli do domu na czas nie dojedziemy, to będziemy dzwonić po taksówkę.

Niemniej to jednak właśnie samochód czysto elektryczny jest produktem najbardziej pożądanym. Jakże byłoby pięknie, gdybyśmy wyciągnęli rano wtyczkę z kontaktu i mogli sobie poszaleć przez co najmniej 500 km, a następnie albo wymienić pakiet pustych baterii na pakiet naładowanych, albo też podładować szybko do pełna – powiedzmy w 20 minut. Nie są to rzeczy całkiem niemożliwe, technologia idzie do przodu dużymi łykami. Niestety, mimo puszczania przez rząd zachęcającego oka w postaci ulg przy zakupie takich aut, nikt się do aut elektrycznych specjalnie nie pali – a to z powodu olbrzymiego opodatkowania benzyny i różnych podstołowych układów z koncernami naftowymi. Wyobraźmy sobie, co by było, gdybyśmy w ramach zrób to sam mogli sobie ustawić przy domu jakiś wiatraczek czy fotoogniwa i ładować cztery kółka szybko, sprawnie i bez podatków? To byłaby prawdziwa rewolucja, nie motoryzacyjna, a społeczna i prawdopodobnie wówczas naliczaliby nam podatek od kilometra liczonego na zaplombowanym GPS-ie czy coś w tym rodzaju. Już dzisiaj mówi się coraz głośniej, aby opodatkowanie na rzecz infrastruktury komunikacyjnej uzależnić od stopnia użycia. Technologia jest już na tyle zaawansowana, że mogą nam spokojnie naliczać za kilometry na drodze czy też przejechanie mostu, wiaduktu, estakady – GPS-y nie kłamią...

Na razie pełnymi niehybrydowymi samochodami elektrycznymi chce nas wozić tylko GM – ojciec m.in. drogiego i trapionego różnymi problemami awangardowego volta – w 2014 roku ma wejść na rynek całkowicie elektryczny chevrolet spark electric vehicle. Tu docieramy do bardzo ciekawej historii, ponieważ GM w latach 1996–1999 oferował już samochód elektryczny na zasadzie leasingu. Auto okazało się niebywałym sukcesem i niczym Avro Arrow z niewiadomych powodów zostało nagle dokumentnie zniszczone – właściciele leasów musieli zwrócić wszystkie egzemplarze i przykładnie oddać na złom.

Dlaczego GM zapłacił za zniszczenie 1100 egz. EV1, zamiast sprzedać je użytkownikom i zapaleńcom? GM tłumaczył się tym, że po zakończeniu projektu nie mógł zapewnić dostaw części zamiennych i należytego serwisu. Według koncernu, były też liczne defekty i zbyt mała skala produkcji, aby móc odzyskać zainwestowane środki. Tymczasem opinie użytkowników były... entuzjastyczne. Superlekki samochód miał bardzo dobre przyspieszenia – zasięg 160 mil po kilkugodzinnym ładowaniu, ładowanie było indukcyjne – bezkontaktowe, EV1 nie kopał w czasie deszczu, jeździł bezszelestnie...

Zwolennicy EV1 i innych aut elektrycznych twierdzą, że EV1 musiał zejść ze sceny w przyspieszonym tempie, bo zanosiło się na… sukces!
Tylko 10 proc. użytkowników aut w Kalifornii pokonuje dziennie trasy dłuższe, niż wynosił zasięg EV1. Dlatego w dłuższej perspektywie nieskomplikowany samochód elektryczny, którego baterie ładuje się z gniazdka w domu, mógłby zagrozić istnieniu sieci stacji paliwowych, producentom paliw, olejów, podzespołów i tysięcy części do aut spalinowych i dochodom podatkowym ze sprzedaży benzyny...
Przed kilkoma laty nakręcono film dokumentalny pt. "Who killed EV1?". Gdy zatrzymano produkcję pojazdu, całe to przedsięwzięcie zaczęto w koncernie traktować jak tajne badania, których szczegóły powinny zostać na zawsze tajemnicą. W filmie ludzie związani zawodowo z EV1 nie kryją, że są absolutnie przekonani, iż śmierć pierwszego masowo produkowanego samochodu elektrycznego nastąpiła pod naciskiem wielkiej petrochemii. Po rozpoczęciu programu wynajmowania EV1 wszystkie oceny były doskonałe. Zachwycano się między innymi tym, iż EV1 był cichy, doskonale zachowywał się na drodze i był w stanie przyspieszać do prędkości 100 km/h w ciągu 8 sekund. Początkowo zasięg pojazdu z jednego ładowania baterii sięgał 100 mil. Późniejsze udoskonalenia baterii zwiększyły ten zasięg do 160 mil.
EV1 nie był z pewnością rozwiązaniem idealnym. Był dość ciężki, ładowanie baterii zabierało kilka godzin, i nie było jeszcze infrastruktury wspierającej powszechne zastosowanie samochodu.
Volt, z którym wiąże się obecnie spore nadzieje, jest tylko częściowo elektryczny, a jego parametry techniczne pod wieloma względami ustępują tym, jakie posiadał EV1.
Motoryzacja to nie tylko samochody – motoryzacja to jeden z ważnych elementów ogólnego systemu cywilizacyjnego mającego gwarantować harmonijny rozwój i pokój społeczny; to, czym jeździmy, ma bezpośredni wpływ na geopolitykę i wielkie interesy. Nagły odwrót od silników spalinowych to nie tylko konieczność przestawienia całych gałęzi przemysłu, ale też koniec strategicznego zainteresowania Stanów Zjednoczonych rejonami produkcji ropy naftowej – czyli np. Bliskim Wschodem,
Prąd elektryczny można wytwarzać nie tylko z ropy, stąd też na samochody musimy patrzeć jak na element systemu; przecież gdyby nie podatki w benzynie, gdyby nie mandaty...

A więc to, co na pierwszy rzut oka wydaje się nieracjonalne, może być po prostu "racjonalne inaczej" –
o czym zapewnia, nadal zakochany w autach spalinowych, Sobiesław.

piątek, 23 listopad 2012 21:55

Auto do lamusa?

Napisane przez

Wierzę w upiększającą moc pracy; jeśli jeździmy samochodem zimą – owszem, narażamy go na sól, mróz, ale jednocześnie, od czegóż jest auto, jak nie od jeżdżenia, przecież nie od tego, by na nie patrzeć. 

Zdaję sobie sprawę, że wiele osób myśli inaczej – i te najukochańsze cztery kółka podmienia zimą jakimś rzęchem, którego nie żal w najgorszych zimowych ekstremach.
Nie zatrzymamy przez to czasu i jeśli odłożymy nasz "letni" samochód do lamusa nieumiejętnie, możemy mu bardziej zaszkodzić niż pomóc. Stąd kilka rad na przechowywania zimowego.


Ale tylko przechowywania, a nie zostawiania w odstawkę, kiedy to tak na dobrą sprawę powinniśmy auto postawić na kółkach, rozebrać silnik do cylindrów, nałożyć towotu, ustabilizować paliwo.
Umówmy się, że przechowujemy samochód tylko do wiosny. W takim wypadku, po pierwsze, gruntownie myjemy łącznie z podwoziem i kołami, by usunąć pył z hamulców (który ma właściwości korozyjne).
Potem lejemy stabilizator do paliwa i uzupełniamy do pełna benzynę – 15 minut pracy silnika powinno nam wprowadzić płyn stabilizujący do systemu paliwowego.


Druga rzecz – jeśli się nie boimy – a tu opinie są podzielone – to można umyć silnik – broń Boże jednak pod ciśnieniem – kupujemy sobie dwie puszki aerozolowego detergentu i przy okazji mycia spryskujemy wszystko w środku, wcześniej zawijając elektronikę w grube torby nylonowe.
W moim starym golfie, który ma palec i rozdzielacz zapłonu musiałem stracić pół godziny na wysuszenie wszystkiego, zanim parsknął i zapalił. No, ale mnie podkusiło i płukałem silnik pod ciśnieniem.
Umycie silnika jest dobre, bo usuwa korodujące składniki z komory, a także – to na lato – sprawia, że blok łatwiej oddaje ciepło, a co za tym idzie, pracuje w niższych temperaturach.


Osobiście, gdybym odstawiał auto na zimę – umyłbym silnik – z tym że jak mówię – z głową, bo inaczej będzie kicha. Oczywiście, po umyciu nie odstawiamy od razu – trzeba tym jeszcze trochę pojeździć, dokładnie wysuszyć, wygrzać.
Warto zmienić olej i filtr. Jeśli nie odstawiamy pojazdu do ogrzewanego miejsca z kontrolowaną wilgotnością, warto porozkładać w komorze silnika i kabinie pasażerskiej torebki z pochłaniaczem wilgoci.
Pompujemy następnie koła do maksymalnego zalecanego ciśnienia, akumulator podłączamy specjalnym urządzeniem do nabycia w Canadian Tire (battery tender).


Oczywiście nie zaciągamy hamulca ręcznego, nie włączamy też auta na krótkie okresy podczas zimy – niech sobie stoi niebożę do wiosny, rurę zatykamy, żeby nam przez zimę nic tam nie wlazło, auto przykrywamy, a na koniec dzwonimy do firmy ubezpieczeniowej, ile zniżki nam dadzą za to, że odstawiliśmy samochód na zimę do garażu.


Gdy to wszystko dobrze zrobimy, auto powinno nam odpalić od kilku zakręceń.
Jeśli ktoś jest oszczędny, być może program auto na zimę, auto na lato, rzeczywiście ma sens i przechowywany w ten sposób pojazd będzie nam trwał dwa razy tyle ile zazwyczaj – to tak wtedy, gdy mamy nadzieję jeździć powiedzmy ok. 20. i więcej lat (bo niby czemu nie?).
Gdzie składować auta na zimę?


No, najlepiej w profesjonalnej przechowalni o kontrolowanej wilgotności i temperaturze. W niektórych z nich oferują absolutne luksusy, nawet utrzymywanie auta w pełnej gotowości bojowej, gotowego do wyjazdu w każdej chwili.
No tylko, że za takie przywileje zapłacimy od 150 do 390 dolarów miesięcznie w zależności od rozmiarów boksu.


•••


W przypadku motocykli przechowywanie na zimę jest obowiązkowe. Tu kluczowe znaczenie ma wybór miejsca – w ogrzewanym pomieszczeniu z dala od okien i bezpośredniego światła słonecznego. Przykrywamy motor kapą przepuszczającą powietrze. Stawiamy na stojakach, aby odciążyć opony, pompujemy do właściwego ciśnienia, a następnie co miesiąc sprawdzamy, ładujemy akumulator i podłączamy do wspomnianego ustrojstwa utrzymującego naładowanie przez całą zimę, nalewamy pełny bak i dodajemy stabilizatora paliwa – to nam oszczędzi wtryski na wiosnę.

piątek, 16 listopad 2012 17:44

Obywatelu, jest zima, nie bądź idiotą!

Napisane przez

Jak przygotować siebie i auto do zmiany warunków jazdy

Idzie zima, przeuroczy czas roku, ale kierowcom stawiający większe wymagania.
Dzisiaj więc będzie na temat wielce banalny, choć nie trywialny, czyli o tym, jak przygotować samochód do zimy.
Przede wszystkim zacznijmy od tego, aby do zimy przygotować siebie samego, czyli przestawić myślenie na zimowe. Jest to ważniejsze od wszystkich innych "przestawień" sprzętowych. Na czym polega? Na tym, żeby dać sobie więcej czasu, wyluzować, uświadomić sobie, że naprawdę nie ma się do czego spieszyć, a już z pewnością nie ma co się spieszyć do własnej śmierci na drodze.
A zatem jeżdżąc zimą, dajemy sobie więcej czasu na dojazd, uzbrajamy się w anielską cierpliwość, pozwalającą namiętnie roztrząsać podstawowe pytania egzystencjalne w korkach; uświadamiamy sobie, że lepiej jest nawet spędzić noc w nudnym towarzystwie niż mieć po drodze wypadek, który nas unieruchomi w wózku inwalidzkim albo wyśle na tamten świat.
Spokojnie, rozkoszujmy się tym, że wciąż jesteśmy po tej stronie "lustra" i możemy obserwować, jak śnieg pada; zamiast przeklinać na czym świat stoi, zanućmy sobie wtedy niepowtarzalną mruczankę Kubusia Puchatka "Im bardziej pada śnieg, Bim – bom Im bardziej prószy śnieg, Bim – bom, Tym bardziej sypie śnieg Bim – bom. Jak biały puch z poduszki".
Taka mruczanka – gwarantuję – bardziej zwiększa nasze bezpieczeństwo na drodze niż fakt posiadania opon zimowych. Zaraz zresztą przyjdą święta Bożego Narodzenia, i naprawdę nie ma po co się spieszyć.
Gdy już się wyluzujemy i odpowiednio nastawimy psychicznie, pora pomyśleć o zaopatrzeniu samochodu w dobre opony – nie muszą być zimowe – choć oczywiście zimowych purystów od nich nie zniechęcam, – dobry akumulator, – stosowne płyny (ważne, żeby mieć nieco lżejszy olej), by łatwiej zapalić, – ciepłe ubranie, rękawice, sweter, czapkę, – przewody od odpalania akumulatora, – składaną łopatkę – zmiotkę do śniegu i drapaczkę do lodu, folię do położenia na przedniej szybie, żeby nie formował się lód, grubą świecę, zapalniczkę...
To podstawowe akcesoria. Są one ważne, dlatego że zimą jeżdżąc w mieście, nie jesteśmy odpowiednio ubrani do przebywania na świeżym powietrzu, stąd musimy mieć co nieco do ubrania, gdy trzeba będzie wysiąść, zmienić koło czy gdzieś podejść.
Ważne, by była świeca, bo ona w przypadku wyjazdu za miasto da nam to minimum ciepła do ogrzania kabiny, w przypadku awarii silnika.
Wszystkie te rzeczy – oczywiście – przejeżdżą z nami wiele zim bez pożytku, jednak trzeba je mieć ze sobą, by były pod ręką, kiedy nastąpi nasz zimowy D-Day. O tym wszystkim można przeczytać więcej gdziekolwiek, do czego zachęcam.
Pozwolę sobie zwrócić też uwagę na jedną, bardzo istotną rzecz, którą często w pośpiechu zaniedbujemy – odśnieżenie i odlodzenie auta oraz poczekanie, aż nam szyby odtają.
Tymczasem właśnie zimą trudno przecenić znaczenie dobrej widoczności. – Uczulam i apeluję – proszę dbać o szyby, szczególnie gdy jeździmy nocą, aby w nich nie odbijało się i rozmazywało światło mokrej drogi. Nie ruszajmy w drogę, patrząc przez wydrapany lufcik, niczym kierowca czołgu czy zakwefiona muzułmanka.


Kolejna rzecz, może nieco niepoprawna politycznie w dobie oszczędności surowców energetycznych i walki z globalnym ociepleniem – ale zanim wyruszymy, rozgrzejmy nieco auto, abyśmy nie siedzieli w środku okutani w dwie kufajki ze zgrabiałymi palcami i nie puszczali kłębów pary. Komfort prowadzenia samochodu wpływa na nasze reakcje i zachowanie spokoju. Pamiętajmy przy tym, by nie zostawiać włączonego silnika w przydomowym garażu, bo się potrujemy. Auto rozgrzewamy na podjeździe. Jeśli ktoś się boi, że mu ukradną, radzę kupić w Canadian Tire dużą wajchę na kierownicę – blokada odstraszy amatora łatwej i szybkiej kradzieży.
Następna sprawa. Moja prywatna teoria głosi, że dobrym kierowcą, jak dobrym pisarzem, bywa się od czasu do czasu, gdy warunki psychofizyczne i biometeorologiczne pozwalają; co nie znaczy, że w jednym i drugim wypadku nie jest ważny warsztat. Ten warsztat u kierowcy wyrabiany jest poprzez poznanie zachowania samochodu w sytuacjach innych niż normalne. Jeśli więc nie dane nam było zaliczyć jakiejś szkoły defensywnego pilotażu naszych czterech kółek to warto przejechać się na placyk, by zobaczyć, co się dzieje z naszym autem, gdy wciśniemy hamulce do dechy; jak hamować bez abs ów, jak kierować z absami, popróbować różnych poślizgów i możliwości wychodzenia z nich.
Problem zimowego prowadzenia większości z nas polega na tym, że sytuacje niestandardowe, jak wejście samochodu w poślizg, paraliżują nas do tego stopnia, że zastygamy za kółkiem jak zając w długich światłach. Tymczasem wystarczy lekka świadomość zachowań poślizgowych kierowanej przez nas masy żelastwa, byśmy w krytycznej sytuacji spróbowali powalczyć, jeśli nie o możliwość uniknięcia kolizji, to przynajmniej o własne życie. Obeznanie z poślizgiem i wyprowadzaniem z niego samochodu, nawet tak nieudolne, że kończące się machaniem kuprem niczym rybim ogonem, pozwala ratować się nie tylko zimą.


Zamiast więc uczyć się w życiu jakichś bzdur, nauczmy wychodzenia z poślizgu – to może uratować nas i rodzinę.
A gdy nie mamy chętnego kolegi czy małżonka, który nas potrafi potrenować, możemy popróbować sami w jakimś odludnym i bezpiecznym miejscu – jak choćby na zamarzniętej tafli jeziora Simcoe – z tym proszę jednak poczekać do prawdziwie głębokiej zimy (żartuję z tym Simcoe).
Zastanawiam się, czy o czymś nie zapomniałem...
Ważne też z pewnością jest przyzwyczajenie się do zachowywania odstępów od wszystkiego i wszystkich; czyli unikamy ludzi, którzy lubią siadać na ogonie, i sami robimy sobie więcej miejsca niż zazwyczaj.
Wspomniałem, że nie zalecam wymiany opon na zimowe. Owszem, jeśli ktoś jeździ w kopnym śniegu za miastem – może mu to pomoże – w obrębie zaś metropolii śnieg na drogach występuje rzadko, soli leje się ile wlezie, więc drogi z reguły są czarne. Przy zachowaniu odrobiny więcej ostrożności niż latem, zimowe opony nie są nam potrzebne.
Przy okazji warto dodać, że wiele osób popada w pewien rodzaj motoryzacyjnej pychy i sądzi, że jeśli ma auto z oponami zimowymi, a do tego ciężkie i na dużych kołach – jak SUV – to może sobie na zimowej drodze pozwalać na szaleństwa.
Nic bardziej błędnego – o czym świadczy liczba SUV-ów w rowach przy autostradach przy pierwszym lepszym ataku zimy. Dlaczego tak jest? No niestety, SUV-y z reguły mają większą masę, a ich kierowcy przerost pewności siebie przy jednoczesnym deficycie umiejętności. Efekt jest taki, jak widzimy.


I jeszcze jedno, w dzisiejszych czasach odzwyczailiśmy się od myślenia, że jednak w pewnych warunkach człowiek nie powinien wychodzić na drogę, zwłaszcza kiedy nawet psa byś z domu nie wygonił.
– Jeśli warunki te są bardzo trudne, zróbmy sobie dobrego grzańca i zostańmy na kanapie. Mało jest w życiu spraw, które tak bardzo nie cierpią zwłoki, że zmuszają do wyjazdu w każdą pogodę. Po prostu zima to taka pora roku, która zmusza nas do nieco większego rozsądku niż zazwyczaj, a skoro zmusza, to nie walczmy z nią, bo jest to walka o nic.
Słowem, nie denerwujmy się – bo jak mówi palacz w "Misiu", jest zima, ma być zimno.
Czas, by bez nerwów zaczekać na wiosnę.

O czym zapewnia wasz Sobiesław

piątek, 09 listopad 2012 19:54

Elantra 2013 - 99,99 procent perfekcji

Napisane przez

mwalitkoOd kiedy Hyundai kojarzył się w Kanadzie z samochodami jakości tylko odrobinę lepszej od tych produkowanych w ZSRS, minęło ładnych kilkadziesiąt lat. W tym czasie, nowe modele firmy skutecznie zmyły gorzki smak złej jakości, jaki pozostawił po sobie model pony.
Dzisiaj Hyundai to dobra jakościowo alternatywa dla toyoty, hondy i innych "japończyków".
Zresztą modele tej koreańskiej firmy cieszyły się zawsze dużym wzięciem wśród Polaków, co potwierdza p. Małgorzata Walitko (na zdjęciu), od sześciu lat sprzedająca te wozy w Westend Hyundai (nieopodal kościoła Christ the King przy Lakeshore – zainteresowanych odsyłam do reklamy na sąsiedniej stronie "Gońca"). Westend Hyundai to dilership w tej samej grupie, do której należy Lakeshore Honda – co ciekawe, diler istniejący od samego początku, kiedy Hyundai wszedł ze swą ofertą na kanadyjski rynek.


Minęły bezpowrotnie czasy, kiedy elantra była popularna wśród Polaków, bo – jak słyszałem – przypominała poloneza; dzisiejsza elantra to dojrzały samochód – piąta już generacja modelu. Na dodatek samochód, który zaskakuje najbardziej wybrednych, "auto roku 2012", tak w Ameryce, jak w Kanadzie.


I nie ma się co dziwić. W segmencie kompaktów jest to auto, w którym dostajemy najwięcej za najmniej pieniędzy. Jak podkreśla producent, najnowszy model elantry GT (hatchback) jest w cenie przeciętnie o 4 proc. niższej niż konkurencja, jeśli pójdziemy wyżej, dokładając wyposażenie dodatkowe,okaże się, że nawet o 6 proc. niższej.
Podobnie wypada porównanie gdy chodzi o zużycie paliwa; elantra naprawdę pije benzynę drobnymi łykami i z sześciobiegową ręczną przekładnią ma to być 6,8 litra na sto w jeździe miejskiej, 4,9 na autostradzie i 5,95 w jeździe kombinowanej, W przypadku przekładni automatycznej liczby te wynoszą kolejno: 6,9/4,9/6,0. Co, jak na auto ważące prawie 1300 kg, jest świetnym wynikiem.
Zacznijmy zatem po kolei.


Po pierwsze, mamy do wyboru dwa zasadnicze modele – zwykły/coupe i hatchback. Pierwszy raczej dla stateczniejszych ludzi, według mojej oceny hatchback to wóz dla osób o bardziej "młodzieżowym i sportowym nastawieniu.
Obydwa modele wyposażone są w ten sam silnik, 1,8-litrowy z aluminiowym blokiem i systemem Dual Continuously Variable Valve Timing, czyli zmiennym ustawieniem zaworów w zależności od prędkości i obciążenia, o 148 KM mocy, zawieszonym na hydraulicznych amortyzatorach.
Napęd przenoszony jest przez sześciobiegową skrzynię biegów – w zależności od preferencji kierowcy automatyczną lub ręczną. Automatyczna ma system shiftronic pozwalający kierowcy samemu zmieniać bezsprzęgłowo biegi.
Każdy model ma skórzane fotele i boczne poduszki powietrzne w przypadku kierowcy jest również poduszka chroniąca kolana.
Do tego wszystkiego możemy sobie podobierać najbardziej wyszukane opcje, łącznie z podgrzewaniem tylnych siedzeń i systemem nawigacyjnym.
Mnie, oczywiście, najbardziej interesują nie dzwonki i bajery, tylko "czucie" samochodu. I tu elantra zaskakuje, doskonale trzymając się drogi na zakrętach. Jest to samochód bardzo przyjemny w prowadzeniu, a nastawienie na ekonomiczną jazdę wcale nie odbiera dynamiki; przy owych 150 koniach można całkiem ostro poszaleć.


Oczywiście, nie sposób tutaj wymienić wszystkich możliwych opcji, które mniej lub bardziej dostępne są we wszystkich współczesnych samochodach – niektóre pachną rzeczywiście luksusem – jak choćby schładzany klimatyzacją schowek.
Pani Małgorzata z pewnością Państwu to wszystko lepiej wytłumaczy. Ja mogę tylko powiedzieć tyle, że elantra 2013 to jest wspaniały melanż dobrego wyglądu, obfitego wyposażenia i przyjemnego prowadzenia się.
Patrząc na ten model, aż trudno uwierzyć, że kiedy przyjechałem 25 lat temu do tego kraju, marka Hyundai niewiele odstawała od Lady; trudno uwierzyć, jak wiele można osiągnąć w motoryzacji, zaczynając niemal od zera.
Brawo Hyundai!


Teraz zaś po cichu powiem Państwu w zaufaniu o samochodzie lepszym od elantry 2013 – a jest nim elantra 2013 GT.
To jest auto kierowcy! Samochód wygląda "po europejsku". I w wersji standardowej ma takie łakocie, jak poduszka powietrzna chroniąca kolana kierowcy, wspomniany już schładzany schowek, trzy różne stopnie wspomagania układu kierowniczego (Flex steering), siedzenie tylne składane na płasko z podłogą bagażnika, co tworzy przestrzeń, w której od biedy można się nawet przespać.
Model GL – czyli właściwie najnowszy, da nam także 16-calowe koła, system bluetooth czy cruise control.
Do tego możemy doposażyć auto kamerą patrzącą do tyłu, systemem nawigacyjnym GPS czy odpalaniem silnika przez naciśnięcie jednego guzika – zamiast przekręcania kluczyka. Miłe jest też i to, że nawet najlepiej wyposażoną wersję można dostać z ręczną skrzynią biegów, a właśnie "biegówka" da nam najwięcej przyjemności w fotelu kierowcy.
Wszystko to – zapewnia pani Małgorzata z Westend Hyundai – dostaniemy już od 19 tys. dolarów z groszami. Na dodatek Hyundai ma do końca listopada specjalne ceny "dla przyjaciół" – Employee Friends and Family Pricing. Tak że naprawdę można kupić sporo samochodu za niewielkie pieniądze. A z panią Walitko można porozmawiać nie tylko o samochodach, ale też o polityce – jest stałą czytelniczką "Gońca".
Wszyscy zgodnie podkreślają, że ten elantra GT prowadzi się z prawdziwą przyjemnością i że jest to auto nadspodziewanie praktyczne, projektowane z myślą o rynku europejskim, "co widać, słuchać i czuć"... Hyundai wysunął elantrę GT do bezpośredniej konkurencji z takimi potentatami tego segmentu jak VW Golf.


Tak że, pełny szacunek dla tego niewielkiego samochodu!
Kupując hyundaia otrzymujemy też jeden z najlepszych na rynku pakietów gwarancyjnych - 5 lat/100 tys. km – w zasadzie od zderzaka do zderzaka (choć firma z powodów prawnych nie lubi używać takiego określenia a p. Małgorzata tłumaczy, że kiedyś gdy tak mówiła klientowi ten później przyjechał do niej z samochodem po stłuczce, bo skoro "zderzak jest na gwarancji...".
Do tego dochodzi satelitarne radio z opłaconym abonamentem na trzy tygodnie.
Ze swej strony powiem, że w program radiowy z satelity nie wierzę, raczej będzie to już wkrótce radio "po Internecie", ale za to bardzo podoba mi się wejście na USB pozwalające na podłączenie pamięci stałej z piosenkami.
Tak więc to auto można każdemu polecić z czystym sumieniem.
No a niezależnie od tego, czy rzeczywiście zdecydujemy się na kupno tego czy innego samochodu, zawsze będę apelował, by kupować od Polaka. Pieniądze wydane w naszej społeczności krętymi drogami wracają do nas i umacniają nas razem, jedni drugim dajemy pracę i gdyby to tak na koniec podliczyć, to działa jak kilkuprocentowy upust z ceny, o czym Państwa szczerze zapewnia


Wasz Sobiesław

sobota, 03 listopad 2012 01:20

Na złą pogodę

Napisane przez

Ulubiony samochód CIA
Huragany, śnieżyce, powodzie, podtopienia, gałęzie z drzew na asfalcie, przewody elektryczne dyndające z połamanych słupów...
Czym jeździć w taki czas? Co przeciętnemu Kowalskiemu zapewni ochronę niczym pancerz czołgu abrams; czym ewakuować rodzinę przez zalane tereny?
Oczywiście, mówię o zwykłych niewyspecjalizowanych autach.
I w tej grupie, na czołówkę wysuwa się towar jak najbardziej amerykański, choć dzisiaj już nieprodukowany – ford excursion.
To pudełkowate bydlę na kółkach schodziło z taśm Forda w latach 2000–2005 i za dobrze utrzymany stary model trzeba dzisiaj zapłacić nawet i 20 tys. dol.
Konstrukcyjnie oparty na modelu super duty, excursion był wówczas największym SUV-em Forda, jego głównym rywalem w segmencie był chevrolet suburban.
Do napędu używano silników V8 i V10, moc przenoszona była na koła tylne (opcjonalnie AWD) przez 4-biegową automatyczną skrzynię biegów.
Po zakończeniu produkcji w 2005 roku, excursion został zastąpiony przez przedłużoną wersję modelu expedition. W Brazylii wciąż produkowany jest ford F-250 tropivan plus, który konstrukcyjnie oparty jest także na płycie podłogowej modelu super duty.
Przyjrzyjmy się modelowi AD 2002 wyposażonemu w trzy rzędy foteli – rodziny wielodzietne powinny by zadowolone, ponieważ w trzecim rzędzie również producent ulokował mocowania do siodełek dziecięcych.
Ford podkreślał, że samochód jest przyjazny środowisku naturalnemu ponieważ 85 proc. excursion podlega recyklingowi, jednak złośliwi wskazują, że 85 proc. modelu excursion do jest 2,5 ówczesnych hond civic.
SUV zabiera na pokład 8 osób i będą one podróżować z wielką wygodą – samochód ma luksusowe wyposażenie kabiny – trzy strefy regulacji klimatycznej, a w wyższej opcji siedzenia i pedały regulowane elektrycznie – zapamiętują swoją pozycję. W tylnych rzędach standardowe wyposażenie obejmuje system rozrywkowy oparty na DVD i 6,4-calowym monitorze ciekłokrystalicznym.
Niestety, nasze bydlątko nie ma w wersji amerykańskiej ręcznej przekładni, więc musimy polegać na automacie.
Radzę w ogóle ignorować propozycje tych SUV-ów z silnikami benzynowymi – chyba że chcemy tankować pół oceanu i mieć spalanie rzędu 21 litrów w jeździe miejskiej. Nie pisałbym o tym samochodzie, gdyby nie fakt, że Ford oferował go z pięknym dieslem – 7,3-litrową ósemką o mocy 250 KM z turbodoładowaniem i cudownym momencie zamachowym 505 funtów na stopę.
Z czymś takim możemy podczepić na haku 11 tys. funtów, czyli np. pół "Titanica"; hak jest standardowym wyposażeniem
Podstawowy model excursion XLT posiada deski pod progami, pilota do zamków, czterodyskowe hamulce z ABS-em przednie siedzenia kanapowe składane 40/20/ 40 i wyjmowaną trzecią ławkę.
Aby przejechać również te większe "kałuże", można wypatrzyć model z napędem na cztery koła.
Nie muszę chyba dodawać, że auto ma olbrzymią ilość miejsca na bagaże.
Niestety wymiary naszego wo-zu uniemożliwiają korzystanie z wielu myjni automatycznych, jak również podziemnych parkingów. To piękne "autko" nie wszędzie się mieści. Nie można też powiedzieć, by pilotowanie tego behemota wzbudzało sympatię innych użytkowników dróg.
Kierowca, który przesiada się na coś takiego z samochodu osobowego, musi sobie zdawać sprawę, że jeździ małą ciężarówką, i postępować stosownie do rozmiarów,
Wielu użytkowników jest jednak zakochanych w tym "pełnowymiarowym samochodzie sportowo-użytkowym" i twierdzi, że nie wymieniłoby go za żadne pieniądze na nic mniejszego.

wnetrzeexcur
Oto jedna z takich wypowiedzi:
– Kupiliśmy excursion, by bez względu na pogodę móc wozić rodzinę i znajomych. Nie ma na rynku samochodu o możliwościach podobnych do tego.
Nasz zabiera 8 osób. Kiedyś mieliśmy suburbuna 97 z 6,5-litrowym dieslem, nie da się jednak porównać go do luksusu i możliwości naszego super duty excursion.
Zdaniem większości zagadniętych osób, te auta są zbudowane jak czołgi i bez wielkich kłopotów można nimi jeździć ponad 30 lat.
I kolejna wypowiedź:
– Uwielbiam mojego SUV-a, mam turbo diesla i po mieście wyrabiam siłę w nieco ponad 11 litrów oleju na sto. Gdy biorę na hol wózek z trzema końmi, spalanie wrasta do 16 litrów na sto, co wciąż nie jest najgorzej. Mimo diesla, excursion jest całkiem zrywny i daje się nim nieźle wyprzedzać, najważniejsze zaś, że auto ma mnóstwo miejsca na nogi, przestrzeni na bagaż i bardzo przyjemnie się prowadzi.
Dlaczego Ford zrezygnował z produkcji? Mały popyt i wysoka cena – nowy excursion kosztował ok. 55 tys.
Jest też i powód psychologiczny. Tak wielki SUV spalający rzekę ropy czy benzyny na setkę niezbyt dobrze wpływa na ekologiczny, nowoczesny wizerunek koncernu.
Dlatego na koniec kilka uwag zdroworozsądkowych. Nie dajmy się zwariować.
Po pierwsze, Amerykanie potrafią robić duże samochody – zawsze potrafili. Dlatego taki ford ma też – o dziwo – bardzo dobre opinie, gdy chodzi o usterkowość. Auto było też specjalnie modyfikowane, by w testach zderzeniowych nie powodować tak wielkich zniszczeń u innych samochodów.
Do 30 września 2005 excursion był produkowany w zakładach w Louisville w Kentucky.
Po drugie, użytkowanie wielkich SUV-ów mniej truje środowisko naturalne i daje mniejszą emisję gazów cieplarnianych niż reklamowane obecnie samochody hybrydowe.
Nieprawda?
Już wytłumaczę dlaczego.
Otóż, proszę się przypatrzyć produkcji, od chwili gdy auto jest rudą żelaza czy czego tam jeszcze, do momentu kiedy podlega odzyskowi recyklingowemu i złomowaniu.
Hybrydy mają dwa silniki oraz bardzo trującą w produkcji baterię, do tego jeśli dodamy transport materiałów i to, że bateria jest wymieniana co 5 lat, okaże się, że całkowity ślad środowiskowy takiej "ekskursji" jest mniejszy od hybrydowej toyoty prius.
A co jak co, ale takim quasi-czołgiem wyjechać możemy na ulicę prawie w każdą pogodę.
I jeszcze jedno, amerykańskie diesle – znoszą brudne paliwa, nie można co prawda lać wprost oleju rzepakowego i liczyć, że bezproblemowo będziemy latami jeździć, ale ujechać pewnie ujedziemy, zwłaszcza gdy już rozpalimy te 8 cylindrów na petrodieslu i dolejemy rzepaku.
Jeśli zaś mamy trochę smykałki, to w warunkach domowych jesteśmy w stanie produkować biodiesel.
A co to oznacza w warunkach klęsk żywiołowych?
– Przyjemność jeżdżenia bez konieczności spuszczania benzyny z baków porzuconych samochodów...


O czym zapewnia
Wasz Sobiesław