Goniec

Register Login

Moto-Goniec

Moto-Goniec

czwartek, 18 maj 2017 23:27

Auto popowodziowe

Napisane przez

        Jesteśmy akurat na kupnie, a tu nadarza się okazja - względnie nowy samochód, cena więcej niż niska... Zobaczmy jednak czy czasem nasza „okazja” gdzieś już wcześniej nie pływała. 

 

        W tym roku poziom jeziora Ontario jest wyjątkowo wysoki, karpie pływają po boiskach na wyspach torontońskich i a rzeki wylały nie tylko w  Quebecu. Może się więc zdarzyć i tak, że ktoś nam zaoferuje podsuszone auto po powodziowe. Firmy ubezpieczeniowe lubią takie samochody od razu spisywać na straty, ale to nie oznacza, że nie można ich ponownie wprowadzić na rynek. 

piątek, 12 maj 2017 00:21

Gadżety do kabiny

Napisane przez

        Idzie lato, więc kontynuuję dzisiaj temat przygotowania się na wyższe temperatury i dłuższe wyjazdy. Jest wiele rzeczy, które w samochodzie warto mieć latem. A więc szybciutko i nie po kolei: 

        1. Zasłonka na boczne okna – przydatna zwłaszcza u nas, gdzie drogi są „kierunkowe” wschód-zachód północ-południe i słońce lubi świecić na jedną stronę auta. Taka zasłonka poprawi komfort jazdy pasażera i zmniejszy konieczność klimatyzowania wnętrza. Przyklejana na ssawkach, łatwa w użyciu. Do tego, oczywiście, możemy dodać termiczną zasłonę odblaskową na przednią szybę, która obniża temperaturę w zaparkowanym na słońcu aucie. Wyższa szkoła jazdy takiej zasłony, to pokryta ogniwami fotoelektrycznymi, co daje nam możliwość doładowania akumulatora albo podłączenia niewielkiej lodówki.

        2. No właśnie, lodówka! Niektóre samochody mają w glove compartment wbudowany schładzacz do napojów, ale warto też zaopatrzyć się w podłączaną do gniazda elektrycznego lodówkę, co pozwoli przy dłuższych wyjazdach mieć w aucie w miarę chłodne picie czy kanapkę z serem.

        3. Kolejna rzecz to mapy. Wiem, że wszyscy mamy GPS i nawigację. Ale warto te rzeczy sprawdzać, żebyśmy nie pobłądzili, gdy na przykład zapomnimy, że ostatnio mieliśmy ustawioną nawigację „na najbliżej”, a nie „najszybciej” lub vice versa, albo też nawigacja będzie nas kierować na płatne autostrady, a my akurat nimi nie chcemy jechać. Słowem, grunt to kontrola, gdy już wstukamy docelowe miejsce w nawigację, każmy jej pokazać, jak nas chce prowadzić, i zobaczmy, jak to się ma do naszej mapy. Naprawdę bardzo często są tutaj różnice. W przypadku samochodów bez nawigacji warto zaopatrzyć się w dobrą nawigacją na smartfony i przykleić sobie telefon do szyby na przyssawkę. Pisałem już o tym, więc nie będę powtarzał tematu.

        4. Dzieci podczas jazdy lubią się nudzić. Jeśli nie mamy w aucie wyświetlaczy dla pasażera, warto kupić sobie trzymacz na tablet i dać dziecku do oglądania film albo... podłączoną do GPS aplikację wyświetlającą atrakcje, jakie mamy po drodze. Jeśli dziecko jest już podrośnięte, to  zamiast oglądania głupawych filmów, może być naszym pilotem – patrzeć, jak i dokąd jedziemy, gdzie będziemy skręcać, szukać, co mamy po drodze, gdzie moglibyśmy jeść, zatrzymać się etc. Słowem, dzięki takiemu tabletowi możemy mieć interakcję z juniorem i utrzymywać z nim kontakt rodzicielski.

        5. Kolejna rzecz, jaką warto wziąć ze sobą latem do auta, to walkie-talkie – urządzenia takie są w miarę tanie, a podczas wyjazdu, i to nie tylko w dwa samochody, pozwalają utrzymać łączność –kiedy za cell musimy płacić roaming, albo po prostu – jak to w Kanadzie często bywa – nie ma zasięgu. Tu znów jest szeroka droga do popisu na interakcję z juniorem, którego walkie-talkie z pewnością będzie fascynować. Osoba oddalająca się od grupy bierze walkie-talkie i mamy wszystko pod kontrolą.

        6 Poduszki zakładane na szyję – wiele jest dmuchanych – w czasie długiej jazdy pozwalają przysnąć – zwłaszcza dzieciom – bez opadania głowy na ramiona.  Dobra rzecz.

        7. Inna prosta rzecz to podkładka na komputer lub stolik do rysowania dla dziecka – chodzi o to, aby mały podróżnik miał na czym sobie porysować. 

        Oczywiście tych rzeczy z pewnością jest więcej. Pomyślmy o tym, żeby naszą długą drogę uczynić jak najprzyjemniejszą, bo wówczas przyjedziemy wszyscy na miejsce w dobrych nastrojach, a czas wypoczynku będziemy mogli liczyć już od wejścia do samochodu.

        O czym zapewnia Wasz Sobiesław

Szerokiej drogi!

 

        Jakoś spóźniona ta nasza wiosna w tym roku, no ale słońce stoi wysoko i jakby się tak człowiek zastanowił, to dzisiaj długość dnia odpowiada tej z września, czyli światła mamy dużo, no i jak rzadko chce się sprzątać.

        Wiosna dla samochodów to jest okres niebezpieczny nie tylko dlatego, że na drogach jest wielu wariatów, którym radość życia każe samobójczo deptać po pedale gazu. Zmiana temperatury to ujawnienie nowych wycieków nie tylko oleju, nowych wyprysków na masce, nowych usterek w rodzaju zablokowanego otwierania tylnego okna... itp.

        Jeżeli więc już umyjemy wiosennie samochód, przełożymy koła, odkurzymy kabinę, sprawdzimy płyny, wymienimy filtr powietrza i kabinowy (takie rzeczy powinniśmy potrafić sami zrobić bez żadnych ceregieli), pora obejść samochód. 

        Popatrzeć, czy na przykład nie trzeba wymienić plastikowych szkieł reflektorów (można takie bardzo tanio kupić na ebayu do wszystkich modeli, dlatego nie opłaca się ich glansować). Zobaczmy też, czy wszystkie żarówki świecą – łącznie z tymi na bokach.

czwartek, 27 kwiecień 2017 23:03

Pomoc po wypadku

Napisane przez

Szanowny Panie Redaktorze,

        Kilka tygodni temu w swoim kąciku motoryzacyjnym Pan Sobiesław opisywał objawy zepsutego czujnika wału korbowego w swoim samochodzie, jak również to, że jego mechanik postawił prawidłową diagnozę.

        Moje auto pokazuje niemal identyczne objawy, ale mój mechanik nie potrafił tego zdiagnozować.

        Czy Pan Sobiesław byłby łaskaw podać mi namiary do jego mechanika.

        Z poważaniem,

Jacek Hejnar

Mississauga, ON

        Nic tak nie ciszy, jak gdy ludzie listy piszą – dziękuję Panu bardzo!

        Namiary na mojego mechanika już podawałem – jednak on jest pasjonatem BMW, w których się ściga na torze. Jak ktoś kocha jakiś samochód, to potrafi usłyszeć, co mówi. Bez poezji zaś to facet przepuszcza przez swe ręce tysiące BMW i na nich się zna jak nikt inny w Toronto. Do tego jest wybuchowym Włochem.  Z drugiej strony, z moim czujnikiem nie było wiele roboty – komputer zaraz to pokazał po podłączeniu. Natomiast – tu fajna rzecz – w BMW jak w każdym samochodzie są czujniki prędkości obrotowej koła wykorzystywane przez system antyblokadowy hamulców oraz system antypoślizgowy. W moim modelu złe działanie takiego czujnika zapala istną choinkę na tablicy rozdzielczej – włączają się lampki ABS, hamulców i systemu antypoślizgowego. No i ABS przestaje działać – można więc jechać – hamulce są OK, ale trzeba uważać, bo się blokują. Trzeba też zdawać sobie sprawę, że może nam zarzucić kuprem. Taki czujnik plus wymiana to jest kilka ładnych stówek. Oczywiście, można się pokusić o wymianę samemu – wystarczy zdjąć koło i go wykręcić, trzeba też sprawdzić połączenia elektryczne, bo puszka, do której jest wpięty przewód z czujnika, jest w komorze koła (mówię cały czas o swoim modelu), gdzie pełno brudu i soli. Myślałem sobie, że zrobię to przy okazji, jak będę zmieniał koła z zimowych na letnie. No ale właśnie mój mechanik, ot tak, przy okazji po prostu mi ten czujnik przeczyścił i wszystko przeszło! Wszystko działa! A więc kończąc odpowiedź – jeśli ma Pan stare BMW, to najlepszy w mieście jest Rocco Marciello, właściciel  RMP Motors 12 Goodmark Pl #2, Etobicoke, ON  (416) 679-0302. Pisałem już o tym w artykule „Wyspy dobrej roboty”, proszę wejść na stronę www „Gońca” i wpisać Rocco w wyszukiwarkę.

        Wracając zaś do dzisiejszego tematu, to powiem, że dotarło do mnie wiele pozytywnych głosów o instrukcji opuszczania tonącego samochodu, dlatego dzisiaj trochę o tym,  jak się zachować po wypadku. – Idzie lato, a mimo superświetnych warunków drogowych jest to okres „dużej wypadkowości”.

        Oto garść rzeczy, o których warto pamiętać, bo to NAPRAWDĘ może uratować komuś życie.    

Dzwoń na 911.

1. Zabezpiecz miejsce wypadku – zwłaszcza na autostradzie – zwłaszcza we mgle i deszczu –zatrzymaj innych, wystaw trójkąt, świece postaw na poboczu, dziecko z latarką, żeby machało nadjeżdżającym.

2. Szybko oceń sytuację – bo jak płonie cysterna z ulatniającym się propanem, to raczej uciekaj.

3. Jeśli możesz podejść – wyłącz silnik, wyjmij kluczyk, przełóż bieg na P.

4. Oceń stan ofiar. Może się zdarzyć, że  grozi zsunięcie się rozbitego auta ze skarpy, mostu, wybuch pożaru, wtedy  nie czekając na profesjonalną pomoc, trzeba wyciągać rannych.

        Kiedy nie należy wyciągać rannego z samochodu?

        Jeśli oddycha, ma wyczuwalne tętno, nie krwawi i nie ma groźby pożaru; uspokójmy wtedy poszkodowanego i obserwujmy go – możemy nawiązać rozmowę. 

        Kiedy wyciągać z samochodu? 

        Gdy nie oddycha lub nie wyczuwamy tętna, a nie mamy do niego dostępu.

        Obrażenia podczas wypadku są prawie zawsze wielonarządowe. Poszkodowanego traktuj tak, jakby doznał urazu kręgosłupa, zwłaszcza w odcinku szyjnym. Dlatego wyciągając go z wnętrza samochodu, podtrzymuj głowę ręką.  Wsuń ręce pod jego pachy chwyć za pasek od spodni lub złożoną rękę wychyl tułów z fotela samochodu i oprzyj o swoją klatkę piersiową, powoli wysuwaj nogi spod kolumny kierownicy.

        Nawet ktoś niezbyt silny tą techniką może rannego odciągnąć (odwlec) w bezpieczne miejsce.

        Gdy opatrzysz rany i czekasz na karetkę, pamiętaj o ochronie przed wychłodzeniem. Straty energii związane z utratą ciepła nasilają wstrząs pourazowy. Prostą i tanią metodą docieplenia jest owijanie folią termoizolacyjną.  Może masz folię do szyby chroniącą auto przed zbytnim rozgrzaniem – przykryj, opatul, trzymaj za rękę, pocieszaj – mów do rannego – czekając na przyjazd karetki. Pomódl się!

        Bezpiecznej jazdy!

Wasz Sobiesław

piątek, 21 kwiecień 2017 14:24

Kiedy idziemy na dno...

Napisane przez

        Dzisiaj będzie o rzeczy bardzo ważnej – szczególnie dla nas, tutaj. Mieszkamy w okolicy, gdzie jest całe mnóstwo rzek, jezior i innych „cieków wodnych”, co oznacza, że prawdopodobieństwo wpadnięcia do wody nie jest możliwe do pominięcia – również w wypadku kiedy siedzimy w kabinie pojazdu.

         – Nie trzeba daleko jeździć; takie rzeczy zdarzają się nawet tutaj, w Toronto. Jeśli będziemy świadomi i nie spanikujemy, prawdopodobnie uda się nam wydostać z tonącego auta. Samochód szczelny nie jest, ale też nie idzie na dno jak kamień – zabiera mu to trochę czasu, od 30 sekund do 2 minut. Jeśli jesteśmy psychicznie gotowi do działania i wiemy, co robić – uratujemy się.

        A przykazania są takie: 

        Rozeznanie i ocena sytuacji, odpięcie pasów – odpięcie pasów dziecka – zasada jest taka, że dzieci ratujemy w kolejności od najstarszego do najmłodszego. Powstrzymanie się od otwierania drzwi. Po pierwsze dlatego, że prawdopodobnie i tak ich nie otworzymy, ze względu na napór wody, a po drugie, kiedy je otworzymy, samochód szybko zatonie. Trzeba natomiast otworzyć okno. Tu jest problem. W dawnych, dobrych czasach okna mieliśmy otwierane na korbkę, obecnie większość z nas ma okna otwierane elektrycznie, co oznacza, że albo nie otworzą się wcale, albo nie na tyle,  byśmy mogli przez nie wyjść. Wtedy trzeba wybijać szyby – dobrym rozwiązaniem jest wożenie w miejscu łatwo dostępnym, np. glove compartment, wybijaka. Oprócz tradycyjnych młotków są wybijaki sprężynowe, które po zwolnieniu spustu stuprocentowo rozwalą nam boczną szybę.

        Naprawdę warto się zaopatrzyć w takie urządzenie, tym bardziej że najczęściej są one połączone z przecinaczem pasów – w takich momentach często mamy kłopoty z odpięciem pasów swoich lub dziecka czy innych osób, którym usiłujemy pomóc.

        Kiedy już jesteśmy swobodni, wyzwoleni z pasów i o nic niezapętleni, wypychamy przez okno dzieci i opuszczamy za nimi auto – najlepiej nie tracąc z nimi bezpośredniego kontaktu. Nawet jeśli  umiemy pływać, warto sobie wypchnąć wszystko co pływa (łatwo to dostrzec na powierzchni wody wypełniającej kabinę) – zabawkę, poduszkę, pustą butelkę, która włożona pod pachę, pomoże utrzymać się na powierzchni.

        Jeśli nie zdołamy wybić/otworzyć bocznych okien, nie panikujmy. Przechodzimy do tylnego siedzenia i odwróceni tyłem do przodu auta, oparci plecami o tył przednich foteli, usiłujemy nogami wykopać tylną szybę.  Samochód tonie zawsze przodem do dołu ze względu na ciężar silnika.

        Jeśli nie udało nam się wykopać tylnej szyby, pozostaje otwieranie drzwi.

        Pamiętajmy, że wiele aut, nawet przy zablokowanych zamkach, pozwala na otworzenie drzwi za drugim naciśnięciem klamki (np. tak jest w BMW). Drzwi otwieramy jednak, dopiero gdy niemal cała kabina jest już zalana wodą – musimy z tym czekać. Kiedy się już decydujemy, bierzemy pływacki oddech jak przed skokiem do wody – naprawdę głęboki, i otwieramy drzwi, które z uwagi na wyrównanie się ciśnień powinny dać się już otworzyć.

        Oczywiście, musimy pamiętać, że – zwłaszcza wiosną i wczesnym latem, woda może być bardzo zimna, dlatego jak najszybciej staramy się z niej wyjść. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy wszyscy z auta wyszli, zapamiętajmy miejsce zatonięcia, lokalizując je w odniesieniu do stałych elementów brzegu. I jeszcze jedno, auto idące na dno w głębokiej wodzie wciąga nas w głębinę – dlatego główne przykazanie jest takie, by od niego jak najdalej odpłynąć. 

        I patrzmy, gdzie idą bąble powietrza – bo tam jest kierunek do powierzchni – w wodzie łatwo o dezorientację, zwłaszcza nocą. No i nie wracajmy się po telefon komórkowy :).

        Tyle możemy zrobić, resztę pozostawić musimy opiece Bożej, o czym zapewnia, życząc jednocześnie, by te rady nigdy nie były potrzebne. 

Wasz Sobiesław.

czwartek, 13 kwiecień 2017 15:17

Samochód na wiosnę

Napisane przez

Nie ma lepszej osłody na tegoroczną wiosnę niż przypominający cudowną włoską stylistykę Pininfariny fiat 124 spider.

1,4-litrowy turbodoładowany 164-konny silnik, sześciobiegowa ręczna sportowa skrzynia biegów, napęd na tylne koła z niemal perfekcyjnym rozłożeniem wagi.

Do tego 9-głośnikowy system audio firmy BOSE, z głośnikami w zagłówkach...

Auto nawiązuje do szczęśliwej Europy lat 60., kiedy to właśnie około 1966 roku wspomniana firma założona w 1930 r. przez Battistę Pininfarinę, zaprojektowała oryginalnego spidera.

Silnik jest podobny do montowanego w fiatach 500 Abarth, ale z modyfikacjami napędu na tył i z o 4 psi podkręconym ciśnieniem turbo, dzięki któremu Spider ma cztery konie więcej, ale ten sam moment zamachowy. Włoski spider montowany jest w japońskiej Hiroszimie, choć silnik przyjeżdża tam z Włoch.

OK, na naszym rynku przestrzeń, do której wdziera się włoski „pająk”, od lat zajmuje mazda miata. I z nią też większość kierowców porównywać będzie nowe włoskie cacko. Miata poszła trochę inną drogą, zachowując większy litraż czwórki, co pozwala jej zachować dynamikę do samego końca skali obrotomierza, podczas gdy u fiata końcówka jest już jednak mdła. Do tego wyraźnie czuć wahnięcie turba – chyba że nie pozwalamy spaść obrotom poniżej 2000 na minutę.

Sześciobiegowej skrzyni trudno się nachwalić – precyzyjna, blisko położone biegi pozwalają na sportową jazdę. Dla tych, którzy się nie nauczyli puszczać sprzęgła, jest opcja 6-biegowego automatu.

Projektanci dużo pracy włożyli w wyciszenie kabiny – również przy odkrytym dachu, przy 120 km/h, daje się rozmawiać i nie czuć turbulencji. Przy złożonym, poziom hałasu jest praktycznie nieodczuwalny aż do prędkości, które przestają być legalne.

Jedyne, co można zarzucić włoskiej produkcji, to właśnie zbyt przytłumione brzmienie z rury na wysokich obrotach. Jeśli jednak komuś na tym bardzo zależy, może sobie zaordynować wydech Record Monza Dual Mode Performance i on nam głęboko warknie na obrotach!

Fiat 124 spider jest do nabycia w trzech edycjach – classica już od 31 tys. dol., poprzez lusso – o 3 tys. drożej, po „wyścigowy” abarth, który raptem ma 4 konie więcej od classiki.

Tak czy owak, do setki jesteśmy w stanie dojść w ok. 6 sekund – co na wiosenny nastrój jest jak znalazł. Auto pali niewiele, bo po mieście poniżej 10 litrów, i można sobie w nim dobrać zwykłą paletę elektronicznych gadżetów.

Nie ma co strzępić języka, warto po prostu się przejechać i zobaczyć, jak to sportowe cacko leży w ręku.

Tymczasem gdy już jesteśmy przy sportowych samochodach, wypada przypomnieć, że rząd naszej miłościwej premierki Ontario Kathlynne Wynne umożliwił władzom municypalnym montowanie fotoradarów w safety community zones.

Dwie dekady po tym, jak niesławnej pamięci urządzenia zniknęły z naszych dróg – kto jeszcze pamięta te błyskające nocą vany na QEW... – automatyka wraca mimo oczywistego pogwałcenia praw konstytucyjnych (karanie właściciela samochodu a nie kierującej nim osoby).

No, tak to już jest, że te piękne, agresywnie zaprojektowane samochody i motocykle coraz częściej stanowią dzisiaj substytut, ersatz – excuzes moi – jaj, jakie z roku na rok robią się nam coraz mniejsze.

I na tym właśnie polega różnica między oryginalnym spiderem z czasów Lollobrigidy a naszym dzisiejszym włoskim pięknym, wyciszonym i inżynieryjnie dopracowanym naśladowcą.

O czym ze smutkiem zawiadamia, życząc Wesołego Alleluja

Wasz Sobiesław.

piątek, 07 kwiecień 2017 13:57

Sensory - bez tego ani rusz

Napisane przez

Odwołam się dzisiaj do własnego doświadczenia. Auto mam nienowe, by powiedzieć eufemistycznie, dlatego od czasu do czasu lubi sobie poprychać.

Niedawno okazało się, że dostaje jakiejś dziwnej zadyszki, traci moc, i choć jeździ, to jakby niechętnie. Po jakimś czasie zapaliło się złowrogie światełko check-engine.

Oprócz spadku mocy dwa razy silnik zgasł na wolnych obrotach. Pojechałem do diagnostyki i stwierdzono tam, że problem jest zwyczajny – wadliwy czujnik położenia wału korbowego – czyli prosta poważna sprawa!

Dlaczego?

W dzisiejszych silnikach to komputer decyduje, kiedy wtrysnąć paliwo, kiedy odpalić świece i jak otwierać się mają zawory, zatem błędna informacja o położeniu wału korbowego powoduje złą pracę całego silnika.

Czujniki te (camshaft position sensor) umierają ze starości – głównie z powodu przegrzania. źle działający czujnik położenia wału korbowego nie tylko prowadzi do spadku mocy, ale również do „roztrzęsionych” wolnych obrotów. Czujnik położenia wału korbowego wysyła też do komputera pokładowego informacje o prędkości obrotowej wału. Sygnał prędkości obrotowej wykorzystywany jest do stabilizacji pracy silnika na biegu jałowym, usuwania par paliwa ze zbiornika, sterowania działaniem kolektora dolotowego o zmiennej długości, określania pracy zmiennych faz rozrządu i wielu, wielu innych czynności zależnych od położenia wału korbowego.

Uff...

Słowem, jest to samo pikające serduszko naszego motoru, bez którego ani rusz – dosłownie. Są sytuacje, kiedy z powodu awarii tego czujnika nie uruchomimy silnika. Jak można sobie przeczytać w fachowej literaturze:

Najczęściej stosowanymi czujnikami położenia wału korbowego są czujniki indukcyjne, czujniki Halla oraz czujniki dwubiegunowe. Czujnik indukcyjny wykorzystuje zmianę pola magnetycznego. Wywoływana jest ona zmianą szerokości szczeliny powietrznej pomiędzy czujnikiem, który jest zamocowany na stałe w jednym miejscu, a elementami ferromagnetycznymi obracającej się tarczy, czyli w większości przypadków koła zębatego. Za każdym razem, kiedy jeden z zębów koła jest blisko czujnika, na którym nawinięte są zwoje cewki, pojawia się impuls elektryczny. Zmienne natężenie przepływającego prądu indukuje zmienne napięcie na zwojach cewki czujnika pomiarowego. Na podstawie amplitudy napięcia oraz częstości impulsów obliczana jest prędkość obrotowa wału korbowego.

Czujnik Halla wykorzystuje zjawisko Halla. Przy tym rozwiązaniu tarcza pomiarowa posiada wprasowane magnesy trwałe, dzięki czemu możliwe jest działanie czujnika Halla. W dużym skrócie, przetwarza on energię magnetyczną na energię elektryczną.

Jak można wymienić ten sensor samemu – odsyłam do YouTube, gdzie łatwo znaleźć instrukcje dla każdego typu i modelu auta. Sam czujnik to od kilkudziesięciu do 200 – 300 dol. Ja za wymianę swojego zapłaciłem 240 dol. ze wszystkim.

Wadliwy czujnik położenia wału korbowego zostanie od razu zidentyfikowany przy pomocy komputera diagnostycznego.

A przy okazji, gdy już jesteśmy przy czujnikach, innym, który często pokazuje nam światełka na tablicy rozdzielczej, jest czujnik prędkości obrotowej koła. Te urządzenia od dawna są montowane w wozach wyposażonych w ABS i nawet najbardziej prymitywne systemy kontroli przyczepności, po to by komputer zdawał sobie sprawę, które koła są zablokowane, a które się ruszają i jak szybko musi dostawać sygnał z czujnika.

Zazwyczaj sensory te jest łatwo wymienić, a koszt jednostkowy to ok. 50 dol. Zanim jednak zabierzemy się za wymianę, nie zaszkodzi sprawdzić połączenia – w komorze koła łatwo o zasolenie i inne zabrudzenia kabelków. Przy pomocy prostych narządzi po zdjęciu koła – akurat nadchodzi czas wymiany opon na letnie – możemy wadliwy sensor wykręcić i wyczyścić – bardzo często rozwiązuje to problem.

W każdym razie u mnie to pomogło,

o czym informuje zadowolony
wasz Sobiesław.

piątek, 31 marzec 2017 15:15

Kia rondo

Napisane przez

        OK, kia rondo to nie jest samochód pozwalający szpanować na drodze, to nie jest auto ani zrywne, ani luksusowe – nie ma w nim niczego „seksownego”, ale jest to pojazd w miarę tani, niezawodny, pakowny i oszczędny w eksploatacji.

        Można go kupić w przedziale od 20 tys. do 32,5 tys. dol. w zależności od wyposażenia.  

        W tej najwyższej cenie dostaniemy m.in. trzeci rząd foteli, co oznacza, że do naszego wysokiego kombi zmieści się 7 osób. Co prawda, przy takim obciążeniu musimy się liczyć, że silnik wymagać będzie czasu, by rozpędzać auto do autostradowych prędkości, nie zmienia to jednak faktu, że mamy do dyspozycji samochód bardzo użyteczny i jeśli tylko myślimy rozsądnie o pieniądzach, powinniśmy zapisać się na jazdę próbną. Rondo ma podobną charakterystykę jak niejeden CUV, za to kosztuje o wiele mniej i po prostu jest mniejsza, czyli łatwiejsza w ruchu miejskim. Co ciekawe, auto przypomina sylwetką mercedesa  B250. I nie ma się co dziwić, bo w Korei Południowej pracuje obecnie wielu niemieckich stylistów i inżynierów.

        Już za nieco ponad 21 500 dol. dostaniemy  model w wersji podstawowej. Tylko że w przypadku rondo wersja podstawowa nie oznacza gołej stalowej skorupy z silnikiem i kierownicą, lecz: klimatyzację,  elektryczne zamki tudzież okna i lusterka, jak też ogrzewanie lusterek bocznych.

        Wyższa wersja EX da nam już takie fanaberie, jak lodówkę w schowku z przodu, możliwość jazdy w trybie Eco, odmrażacz wycieraczek, podgrzewane siedzenia z przodu i z tyłu, jak również skórzaną tapicerkę, podgrzewaną kierownicę, kamerę biegu wstecznego, przedni i tylny sonar do parkowania, sterowany głosowo Bluetooth, jak również światła przeciwmgielne.

        Słowem, wszystko czego współczesna młoda mama potrzebuje na drodze.

        Auto generalnie jest twarde, co oznacza, że nie pływa na zakrętach i dobrze trzyma się drogi. Dwulitrowa czwórka ma moc 164 koni mechanicznych, co w zestawieniu z 6-biegową automatyczną skrzynią biegów pozwala na bezpieczną normalną jazdę. Dla mnie dodatkową atrakcją jest 6-biegowa skrzynia ręczna oferowana w modelu podstawowym. Przy biegówce nawet jeżdżenie niezbyt mocnym autem daje dużo zabawy, a przy sześciu biegach jest czym mieszać i przy odrobinie doświadczenia jesteśmy w stanie jeździć dynamicznie i ekonomicznie zarazem. W jeździe miejskiej Rondo spali 10,1 litra na sto, na autostradzie 7,6 litra.

        Do tego możemy usztywniać układ kierowniczy, ustawiając go albo w trybie „Komfort” – najlżejszy obrót kierownicy, albo „Normal” i  „Sport”, który stawia nam trochę oporu, a zatem daje więcej czucia samochodu.

        Generalnie olbrzymia przednia szyba zapewnia bardzo dobrą widoczność, a kabina jest cicha i wygodna.

        Oczywiście, w samochodzie takiej wielkości jak rondo nie można oczekiwać, by na trzecim rzędzie foteli można się było wygodnie rozsiadać, ale nawet w takich autach jak toyota highlander trzeci rząd do wygodnych nie należy. Ale można – na przykład zabrać pięcioro dzieci, co w przypadku dowożenia i odwożenia czy to na hokej, czy soccer stanowi atut nie bez znaczenia.

        Tak więc szczerze polecam wybrać się na jazdę próbną, bo kia rondo to pojazd wygodny jak rękawiczka, naszpikowany wieloma udogodnieniami, tani w eksploatacji i bardzo pakowny.

        Po prostu samochód na nasze czasy.

        O czym zapewnia
Wasz Sobiesław

piątek, 24 marzec 2017 07:35

To się nie sumuje

Napisane przez

        Nasz kochany ontaryjski rząd każe nam, żuczkom małym, dokładać się do fanaberii milionerów i dofinansowywać w dopłatach ich elektryczne samochody. Jak bym miał w rodzinie trzy auta i nie zaglądał nerwowo na stan konta, też bym sobie kupił teslę – a co!?

        Pora więc przyjrzeć się poważniej samochodom elektrycznym; poważniej, to znaczy traktując je jako system komunikacyjny, a nie jako fajną zabawkę, którą można się pochwalić przed zaprzyjaźnionym oldbojem. Jakie są problemy tych samochodów?
        
        Po pierwsze, złe znoszenie niskich temperatur – nie tylko dlatego, że wydajność baterii elektrycznych jest poniżej zera znacznie gorsza, ale też dlatego, że chcielibyśmy podróżować bez kożuchów, w kabinie nagrzanej przynajmniej do 18 stopni. O ile niska sprawność silników benzynowych pozwala skorzystać z ciepła generowanego przy spalaniu, to przy elektryce  potrzebny jest jakiś grzejniczek (może na naftę jak w zaporożcu... he he he). Oczywiście ludzie różnie kombinują – zaleca się ogrzanie kabiny w trybie podłączenia do kontaktu przed wyruszeniem elektrycznym samochodem w drogę etc. Ale nie dajmy się robić w ciula; z zamrożonych akumulatorów wiele ciepła nie będzie.

        Druga sprawa – prócz wydajności samych akumulatorów i zasięgu auta problemem jest infrastruktura. Produkowany w elektrowniach prąd wcale nie jest taki czysty, no bo elektrownie, o ile nie są wiatrowe, atomowe czy wodne, spalają węglowodory. Na dodatek, podczas transportu tej energii do naszej stacji ładowania są duże straty na przewodach. Paradoksalnie, zamiast produkować prąd elektryczny z gazu w elektrowni, lepiej byłoby ten gaz dowieźć do naszego samochodu i wydajnie spalić go w czystym i bardzo sprawnym silniku spalinowym.

        – Co w tym złego?

        – Nic, ale jest to, wedle dzisiejszego słownictwa „mało sexy”.

        Wniosek jest taki, że dystrybucja paliw węglowodorowych jest o wiele bardziej elastyczna, gdy spalamy je indywidualnie niż w wielkich elektrowniach i dostarczamy do baterii. Poza tym, moc elektrowni jest trudna do szybkiego regulowania (stąd pomysł elektrowni pompowo-szczytowych), a więc aby obsłużyć samochody, tego zapasu mocy musi być o wiele więcej niż w przypadku indywidualnego spalania, by zabezpieczyć się na wypadek „pików”.

        Po drugie, jeżeli przestawimy cały transport na prąd, to to, co dzisiaj robi za linie przesyłowe, zwłaszcza w krajach takich jak Kanada, po prostu padnie. Te druty tego nie wytrzymają, nie w takim natężeniu. A więc teoretyczna lepsza sprawność motorów elektrycznych wcale nie musi oznaczać, że ogólne zapotrzebowanie na energię sektora komunikacyjnego będzie mniejsze.

        Po trzecie, mimo znacznych postępów, czas ładowania jest w przypadku elektrycznych aut o wiele dłuższy od czasu tankowania, co oznacza, że towarzysząca infrastruktura stacji do ładowania musi być o wiele większa – stacje te po prostu będą zajmować o wiele większą powierzchnię niż obecne stacje benzynowe.

        Na dodatek, lansowany obecnie model ładowania zakłada, że samochody nadal pozostają w prywatnych rękach, a nie że są użytkowane wspólnie (sharing). Bo jeśli są wspólnie użytkowane – a jest to rosnąca tendencja, to kiedy je ładować?

        Kolejna sprawa – holowanie. Holowanie samochodem elektrycznym drastycznie ogranicza zasięg. Nie ma bola, żeby F150 został zastąpiony jakimś autem elektrycznym do odśnieżania czy holowania 40-stopowego jachtu, po prostu to się nie sumuje.

        Inna sprawa, to jak przełożyć dzisiejsze podatki od sprzedaży paliw na nowe zasilanie? Dzisiaj kupujemy benzynę i 80 proc. to podatek, w prądzie jest jednak trochę inaczej. A poza tym, jak zmienić strukturę opodatkowania?

        OK, jakie mamy rozwiązanie? – Więcej małych elektrycznych aut miejskich  typu smart czy elektrycznych rowerów i skuterów w środowisku miejskim...

        I więcej czystych samochodów na gaz. Gdyby tak trochę pogłówkować, okaże się, że transport gazowo-elektryczny miałby o wiele więcej przyszłości niż dofinansowanie luksusowych i zawodnych aut elektrycznych. Słowem, jeśli ktoś się chce bawić w auta elektryczne, to niech sam płaci za te zabawki.

        do czego przekonuje

Wasz Sobiesław

        Nie ma dla samochodu gorszych warunków eksploatacyjnych niż częsta jazda na krótkie dystanse, a niestety bardzo wiele aut w wielkich miastach tak właśnie jest eksploatowana.  

        Wiem to po sobie. Do pracy mam jakieś 15 minut – zanim wszystko zdąży się rozgrzać – wyłączam silnik.

        Między innymi powoduje to szybsze rozładowywanie akumulatora, który nie jest odpowiednio doładowywany po dużym wysiłku, jaki idzie na rozruch. Wyczerpanie akumulatora prowadzi zaś do obniżenia napięcia. Właściwe napięcie jest zaś bardzo potrzebne do dobrej pracy sensorów, jakimi nasz samochód jest naszpikowany. Często zdarza się tak, że lampka check-engine zapala się właśnie dlatego, że nastąpił drenaż systemu elektrycznego – i komputer ma błędne wskazania – na przykład – czujnika CCV układu przewietrzania skrzyni korbowej. Układ ten umożliwia utrzymanie w niej właściwego podciśnienia; gdy podczas pracy silnika powstające spaliny i pary oleju przenikają do skrzyni korbowej (na skutek tzw. przedmuchów), co skutkować może powstawaniem nadciśnienia. Odprowadzanie par oleju i spalin poprzez układ przewietrzania skrzyni korbowej do układu dolotowego zmniejsza niebezpieczeństwo zakłócenia pracy. Przy zimnym silniku układ ten lubi się przytykać – dobrze jest, aby praca silnika trwała co najmniej 30 min.

        Ale to nie jest główna rzecz.

        Przede wszystkim, problem jest ze smarowaniem, nie tylko silnika, ale też turbosprężarek – tak powszechnych w dzisiejszych wyżyłowanych motorach – spowodowany  przez rozrzedzenie i zanieczyszczenie oleju. Zwiększone zużycie paliwa na krótkich trasach to nie tylko dodatkowe koszty. Duża porcja paliwa, która trafia do silnika, nie spala się całkowicie. Część niespalonego paliwa osiada na ściankach cylindrów i spływa po nich do wspomnianej skrzyni korbowej, gdzie miesza się z olejem. Rozcieńczony paliwem olej traci swoje własności. Olej silnikowy jest potrzebny także do właściwej pracy napinacza paska/łańcucha rozrządu, a także regulatorów luzów zaworowych. Jeśli ma gorsze właściwości – mamy problem.

        Jedną z pięt achillesowych współczesnych silników są łożyska turbosprężarek, na dodatek ich wymiana nie jest tania, a często konieczna staje się już po ustaniu okresu gwarancyjnego. Przez pierwsze chwile od rozruchu olej silnikowy dopiero jest rozprowadzany do elementów silnika i pracują one na sucho. Turbosprężarki w dzisiejszych samochodach są praktycznie włączone cały czas – dawniej turbo włączało się jedynie na wyższych obrotach –to oznacza, że nie można ostrożnie jadąc z lekką nogą, nie włączyć turbosprężarki już w tym pierwszym zimnym okresie.

        Tu wracamy do poruszanego kiedyś tematu. Wbrew namowom obrońców środowiska, jeśli chcemy oszczędzać silnik, powinniśmy jednak trochę rozgrzać takie turbodoładowane auto, poczekać ze sprężarką, która zazwyczaj włącza się przy 1500 obr./min, czyli – poczekajmy więc minutkę z turbem, żeby olej był w nim cieplejszy i lepszy jakościowo.

        Jak dbać o samochód eksploatowany na krótkich dystansach? Przede wszystkim często wymieniać olej, a od czasu do czasu auto przewietrzyć na dłuższej trasie, jeśli widzimy na korku wlewu oleju żółtawą maź – może to oznaczać nie tylko pęknięcie uszczelki pod głowicą, ale właśnie złe działanie układu przewietrzania skrzyni korbowej i obecność pozostałości spalania paliwa w oleju. Kolejna rzecz zalecana zwłaszcza zimą, to doładowywanie akumulatora. Właściwe napięcie pozwoli nie tylko odpalić w każdej sytuacji, ale też zapewni dobrą pracę wszystkich czujników.

        Bądźmy świadomi, że auto, które często jeździ po kilka kilometrów, to auto specjalnej troski,

o czym zapewnia Wasz Sobiesław.