Goniec

Switch to desktop Register Login

Je me souviens...

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Kiedy pierwszy raz pojechałem do Quebecu, czułem się, jakbym przekroczył granicę obcego państwa. Światła uliczne ustawione poziomo, wiele znaków drogowych pisanych po francusku... Było to zresztą w czasach, kiedy i u nas, w Toronto, o tym, że – na przykład – nie ma możliwości skrętu w prawo na czerwonym informowała po prostu tablica z tekstem "No turn on red". W dodatku często trzeba było być na tyle zorientowanym, by ją wypatrzyć na skrzyżowaniu w gąszczu podwieszonych przewodów energetycznych i innych. Dzisiaj z uwagi na powszedniejący analfabetyzm przeszliśmy na piktogramy – żartuję oczywiście.

Tak czy owak, jadąc do Buffalo, miałem mniej zagraniczne wrażenie niż u kolegów frankofonów. Inna architektura, inaczej ubrani ludzie na ulicach, ba, nawet inne samochody. No i te tablice rejestracyjne – wyłącznie z tyłu, co pozwala od przodu wykorzystać powierzchnię tabliczną do jakiegoś chwytliwego hasełka, w rodzaju: "kocham Anię".

Ponieważ wielu z nas lubi czasem pozwolić sobie na weekendowy wypad do Montrealu, warto przypomnieć – jak to uczynił niedawno "Globe and Mail" – co takiego w przepisach drogowych Quebecu mamy inaczej. Po cóż nam później ślęczeć ze słownikiem nad quebeckim mandatem?

Ku mojemu zdziwieniu – a uważałem się za osobę dobrze poinformowaną – w Quebecu od roku 2003 nie obowiązuje już osławiony zakaz skrętu w prawo na czerwonym. Został on jednak utrzymany… w części Montrealu. Trzeba nam więc pamiętać, czy czasem nie jedziemy właśnie po ulicy w Ile de Montreal, bo tam za skręt w prawo na czerwonym dostaniemy mandat i stracimy trzy punkty z prawa jazdy.

Tu uwaga; niestety Quebec posiada umowę z Ontario w sprawie punktów i informacja o naszych wykroczeniach jest przekazywana do rodzimej bazy danych w prowincji.

Druga rzecz istotna – nie możemy poprawiać sobie szans na skrzyżowaniu – przejeżdżając przez stację benzynową czy parking – u nas, w Ontario, jest to brzydkie, ale nic nie kosztuje, w Quebecu może nas kosztować mandat 100 dol. plus grzywnę. Mówi o tym art. 312 ichniejszego Kodeksu drogowego, który stwierdza, że nie można przejeżdżać przez teren prywatny w celu uniknięcia przestrzegania znaku drogowego lub świateł.

Trzecia sprawa. Całkiem sensowna, o której również nie wiedziałem – mea culpa – na quebeckich drogach wielopasmowych, gdzie ograniczenie prędkości jest 80 km/h lub więcej, lewy pas jest wyłącznie do wyprzedzania i nie wolno wyprzedzać prawym. Owszem, w większości prowincji obowiązuje zasada, żeby jechać prawym pasem, a wyprzedzać lewym, jednak nieprzestrzeganie jej nie niesie ze sobą żadnej sankcji karnej. Inaczej w Quebecu, gdzie art. 321 Kodeksu drogowego mówi, że lewego pasa można używać wyłącznie do wyprzedzania lub gdy skręcamy w lewo. Mandat wynosi 60 dol. plus opłaty. Przestrzeganie lub nieprzestrzeganie ograniczenia prędkości nie ma tu nic do rzeczy. Innymi słowy, nawet jeśli jedziemy po lewym pasie szybko i nikogo nie ma za nami, to i tak łamiemy przepisy drogowe. Jest to o wiele ostrzejsze prawo niż w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie niedawno nowy minister komunikacji zdobył się na wprowadzenie przepisu, który karze mandatem 167 dolarów kierowcę samochodu nieustępującego z lewego pasa przed szybciej jadącym pojazdem. W Quebecu nie jest ważne, czy ktoś za nami jedzie, czy nie – mamy jechać po prawym.

I do tego mamy jechać w miarę szybko – art. 331 Kodeksu drogowego stwierdza, że nikt nie może jechać z prędkością ograniczającą czy przeszkadzającą w płynnym ruchu, co oznacza, że jeśli jedziemy wolniej niż wszyscy, to powinniśmy włączyć światła awaryjne. W przeciwnym wypadku mandat – 100 dol. plus opłaty. W większości prowincji obowiązują przepisy określające minimalną prędkość na autostradach, ale tylko w Quebecu samochody jadące wolniej od przeciętnej powinny używać świateł awaryjnych.

Inna ciekawa sprawa dotyczy motocyklistów i rowerzystów.

Ci pierwsi nie mogą jechać obok siebie na jednym pasie. Art. 483 stwierdza, że grupa dwóch lub więcej motorów musi jechać w formacji zygzakowej, art. 486 stanowi zaś, że w jednej grupie może podróżować maksymalnie 15 rowerzystów, którzy muszą jechać wężykiem jeden za drugim, nigdy obok siebie. Mandat wynosi jedynie 15 dol. plus grzywny, no ale po co mieć ten kłopot?

Tak czy owak, frankofoni chcą na każdym kroku podkreślać swoją odrębność i powinniśmy to uszanować. Przecież świat bogaty jest różnorodnością, a że czasem przesadzają, tresując psy do szczekania po francusku, to inna sprawa.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy i my na starość nauczyli się nieco francuskiego, bo to ładnie brzmiący język.

Z całą pewnością zaś dla własnego bezpieczeństwa, jadąc do Quebecu, warto nauczyć się znaczenia słowa ARRET, a i również Sud, Nord, Est, Ouest, Centre-ville czy Sortie byłyby pomocne...

Do czego Państwa zachęca –
Wasz Sobiesław.

Zaloguj się by skomentować