Goniec

Switch to desktop Register Login

Kiedy idziemy na dno...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        Dzisiaj będzie o rzeczy bardzo ważnej – szczególnie dla nas, tutaj. Mieszkamy w okolicy, gdzie jest całe mnóstwo rzek, jezior i innych „cieków wodnych”, co oznacza, że prawdopodobieństwo wpadnięcia do wody nie jest możliwe do pominięcia – również w wypadku kiedy siedzimy w kabinie pojazdu.

         – Nie trzeba daleko jeździć; takie rzeczy zdarzają się nawet tutaj, w Toronto. Jeśli będziemy świadomi i nie spanikujemy, prawdopodobnie uda się nam wydostać z tonącego auta. Samochód szczelny nie jest, ale też nie idzie na dno jak kamień – zabiera mu to trochę czasu, od 30 sekund do 2 minut. Jeśli jesteśmy psychicznie gotowi do działania i wiemy, co robić – uratujemy się.

        A przykazania są takie: 

        Rozeznanie i ocena sytuacji, odpięcie pasów – odpięcie pasów dziecka – zasada jest taka, że dzieci ratujemy w kolejności od najstarszego do najmłodszego. Powstrzymanie się od otwierania drzwi. Po pierwsze dlatego, że prawdopodobnie i tak ich nie otworzymy, ze względu na napór wody, a po drugie, kiedy je otworzymy, samochód szybko zatonie. Trzeba natomiast otworzyć okno. Tu jest problem. W dawnych, dobrych czasach okna mieliśmy otwierane na korbkę, obecnie większość z nas ma okna otwierane elektrycznie, co oznacza, że albo nie otworzą się wcale, albo nie na tyle,  byśmy mogli przez nie wyjść. Wtedy trzeba wybijać szyby – dobrym rozwiązaniem jest wożenie w miejscu łatwo dostępnym, np. glove compartment, wybijaka. Oprócz tradycyjnych młotków są wybijaki sprężynowe, które po zwolnieniu spustu stuprocentowo rozwalą nam boczną szybę.

        Naprawdę warto się zaopatrzyć w takie urządzenie, tym bardziej że najczęściej są one połączone z przecinaczem pasów – w takich momentach często mamy kłopoty z odpięciem pasów swoich lub dziecka czy innych osób, którym usiłujemy pomóc.

        Kiedy już jesteśmy swobodni, wyzwoleni z pasów i o nic niezapętleni, wypychamy przez okno dzieci i opuszczamy za nimi auto – najlepiej nie tracąc z nimi bezpośredniego kontaktu. Nawet jeśli  umiemy pływać, warto sobie wypchnąć wszystko co pływa (łatwo to dostrzec na powierzchni wody wypełniającej kabinę) – zabawkę, poduszkę, pustą butelkę, która włożona pod pachę, pomoże utrzymać się na powierzchni.

        Jeśli nie zdołamy wybić/otworzyć bocznych okien, nie panikujmy. Przechodzimy do tylnego siedzenia i odwróceni tyłem do przodu auta, oparci plecami o tył przednich foteli, usiłujemy nogami wykopać tylną szybę.  Samochód tonie zawsze przodem do dołu ze względu na ciężar silnika.

        Jeśli nie udało nam się wykopać tylnej szyby, pozostaje otwieranie drzwi.

        Pamiętajmy, że wiele aut, nawet przy zablokowanych zamkach, pozwala na otworzenie drzwi za drugim naciśnięciem klamki (np. tak jest w BMW). Drzwi otwieramy jednak, dopiero gdy niemal cała kabina jest już zalana wodą – musimy z tym czekać. Kiedy się już decydujemy, bierzemy pływacki oddech jak przed skokiem do wody – naprawdę głęboki, i otwieramy drzwi, które z uwagi na wyrównanie się ciśnień powinny dać się już otworzyć.

        Oczywiście, musimy pamiętać, że – zwłaszcza wiosną i wczesnym latem, woda może być bardzo zimna, dlatego jak najszybciej staramy się z niej wyjść. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy wszyscy z auta wyszli, zapamiętajmy miejsce zatonięcia, lokalizując je w odniesieniu do stałych elementów brzegu. I jeszcze jedno, auto idące na dno w głębokiej wodzie wciąga nas w głębinę – dlatego główne przykazanie jest takie, by od niego jak najdalej odpłynąć. 

        I patrzmy, gdzie idą bąble powietrza – bo tam jest kierunek do powierzchni – w wodzie łatwo o dezorientację, zwłaszcza nocą. No i nie wracajmy się po telefon komórkowy :).

        Tyle możemy zrobić, resztę pozostawić musimy opiece Bożej, o czym zapewnia, życząc jednocześnie, by te rady nigdy nie były potrzebne. 

Wasz Sobiesław.

Zaloguj się by skomentować