Goniec

Register Login

Motocyklowe wakacje - Smokey Mountain lipiec 2013 (II)

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

P1013898

Dojeżdżamy do miejsca, skąd zaczyna się lub kończy Tail of the Dragon, jedna z najsłynniejszych tras motocyklowych, coś w rodzaju mekki dla motocyklistów. Każdy motocyklista musi tutaj być, zaliczyć ją. Na odcinku 11 mil jest 318 zakrętów, ale jakich zakrętów!

Byłem tutaj pierwszy raz kilka lat temu, zrobiła ta trasa na mnie ogromne wrażenie i wbudziła naprawdę szacunek dla tych, co ją przejechali, niejeden motocyklista lądował daleko w dole, gdy odkręcił manetkę gazu za dużo. Niestety pada, dodatkowo jest około 19.00, trochę późno na pokonanie jej tam i z powrotem. Decydujemy, że nie jedziemy. Donna była tutaj wczoraj, ja kilka lat temu, jeśli będę miał trochę szczęścia, to namówię naszego kapitana na ponowny przyjazd tutaj. Robimy zakupy, naklejki, ja kupuję motocyklową koszulę, czapeczkę i wracamy, ale wracamy inną drogą.

Od Deals Gap biegnie droga 129 na południe do Robbinsville, dojeżdżamy do miasteczka i przed nami ukazują się ciemne wręcz czarne chmury. Jeszcze kilka kilometrów i zaczyna lać jak z cebra. Stajemy gdzieś na poboczu i w pośpiechu ubieramy na siebie przeciwdeszczowe kombinezony. Jedziemy w strugach deszczu, jesteśmy dość wysoko w górach, woda dostaje mi się za kurtkę, spływa po kasku i wciska się na piersi, na plecy.

Odbijamy na drogę 143, a tam jeszcze gorzej, nie ma się gdzie schować, las ciągnie się kilometrami. Zazdroszczę wyprzedzającym nas samochodom, ale cóż, tak to już jest w życiu motocyklisty, raz sucho, a raz mokro. W końcu zjeżdżamy z gór i po ok. 3 kilometrach po deszczu ani śladu.

Zajeżdżamy do pobliskiej restauracji, rękawiczki są przemoczone, suchej nitki na nich nie ma, moja koszula też mokra. Zamawiamy coś do jedzenia i po godzinie znowu ruszamy, tym razem pewni, że do hotelu zostało już tylko niecałe pół godziny i nic nam się nie może przydarzyć. O, jakże naiwni byliśmy w swoich przekonaniach, przynajmniej ja. Donna zostaje w swoim przeciwdeszczowym skafanderku, a ja w samej koszuli, myśląc naiwnie, że mnie wiaterek podsuszy. Po kilku minutach wjechaliśmy w kolejną ulewę, tym razem dużo większą niż poprzednia. Nawet się nie zatrzymywałem, żeby się ubrać, bo i tak to nie miało sensu.

Do hotelu dotarłem kompletnie przemoczony, recepcjonistka z politowaniem i chyba współczuciem patrzyła na mnie i trochę się dziwiła, skąd przyjechałem, bo tutaj nie padało. Kolejny dzień minął pełen przygód.

 

Dzień 6

Jak zwykle z rana pobudka, szybki prysznic, śniadanie w hotelowej restauracji i około 9 meldujemy się wszyscy na pobliskiej stacji. Tankowanie paliwa i jedziemy w nieznane, gdzie tym razem?

Kierunek Great Smokey Mountain National Park, droga numer 441, piękny dzień, słoneczko ładnie świeci, co nam więcej potrzeba... Wspinamy się serpentynami coraz wyżej, przy drodze co kilkanaście kilometrów są wysepki dla kierowców aut i motocykli, a także dla rowerzystów, których tutaj też niemało. Wysepki są usytuowane w miejscach, gdzie są piękne widoki – co i raz słychać pstryk aparatów fotograficznych – lub żeby sobie odpocząć. W pewnym momencie opuszczają nas Christina i Andy. Przed nami wg mapy zaczynają się serpentyny, wsiadamy na nasze motocykle i po kilku kilometrach widzę Christinę i Andy'ego, jak filmują i robią zdjęcia całej naszej przejeżdżającej grupie. Za jakiś czas zatrzymujemy się i ponownie cała grupa jest razem.

Tą drogą nie da jechać się szybciej, bo zakręty nie pozwalają na szybszą jazdę, ale po chwili zwalniamy wręcz do tempa idącego żółwia. Przed nami jedzie jakaś zawalidroga, czerwony ford thunderbird jedzie jakby był w kolumnie pogrzebowej, zagrożenia raczej nie ma żadnego, żeby nie pojechać przynajmniej tak, jak nakazują przepisy, no chyba że robi to specjalnie. Na zakrętach widać, że korek sięga już kilku kilometrów, wleczemy się bardzo. Co i raz słychać trąbienie innych aut. Po dobrej półgodzinie takiej jazdy w końcu thunderbird zjeżdża na pobocze, jakaś słusznej tuszy niewiasta zostaje porządnie obtrąbiona przez każdego prawie przejeżdżającego obok niej kierowcę auta czy motocykla.

Znowu po jakimś czasie zatrzymujemy się przy drodze, wzdłuż której wije się nieduża rzeka. Na tyle nieduża, że można przy brzegu wymoczyć nogi, a na tyle duża, że pływają po niej wszelkiego rodzaju pontony i łódki. Andy i Donna postanawiają sprawdzić, czy woda jest mokra, i wchodzą do wody, brodząc przy brzegu, ja nachylam się w pozycji "na pompkę", żeby ugasić pragnienie, bo żar się z nieba leje.

Dojeżdżamy do miejscowości Gatinburg, która znajduje się już w stanie Tennessee. Na końcu drogi 441 jest rest area i muzeum – można tam zobaczyć wypchane/spreparowane zwierzęta, gady, które zamieszkują park.

Podchodzę do Alá, naszego kapitana, i mówię, że niedaleko stąd jest Tail of the Dragon, może byśmy wrócili do hotelu właśnie tą drogą. Jako że wszyscy zaakceptowali mój pomysł, kierujemy się na Foothills Parkway, która prowadzi bezpośrednio do drogi numer 129, czyli od drugiej strony Deals Gap.

I znowu jak kilka lat temu mam okazję i przyjemność jechać po ogonie smoka, i jak poprzednim razem moja koncentracja i czujność wyostrzona do granic, jeden błąd i gleba. Już po przejechaniu całej drogi podchodzi do mnie Andy, który jechał cały czas za mną, i mówi, że widział, jak składałem motocykl do granic upadku, widział, jak ocierałem swoimi floorboards o asfalt, szkoda, że ja tego nie widziałem – odpowiedziałem – ale czułem.

Robimy półgodzinny odpoczynek, ja dokupuję kilka pamiątek, które znajdą się w mojej kolekcji, i wracamy do hotelu.

I znowu dzień pełen wrażeń, po kolacji spotykamy się wszyscy na werandzie przy piwku. Ja jestem tak zmęczony, że oczy prawie zamykają się do spania, ktoś robi mi fotkę i komentuje, że tak wygląda człek po kilku butelkach, a ja naprawdę wypiłem tylko jedno piwko. OK. Idę spać.

 

Dzień 7

Stacja benzynowa z rana, odprawa i ten dzień traktujemy lajtowo, jedziemy 19-ka w stronę miasta Maggie Valley. 19-ka też w pewnych momentach wije się i jest ładna widokowo, w Maggie Valley jest muzeum motocyklowe, oczywiście zajeżdżamy tam. Na parkingu mnóstwo motocykli z całych Stanów, zaraz przed wejściem stoi Harley Davidson sidecar z połowy lat czterdziestych ubiegłego wieku, przynajmniej tak tłumaczył jego właściciel, pracownik tegoż muzeum. Jakiś motocyklista zapytał, czy ten sprzęt jeździ. Obruszony właściciel przytaknął i zaproponował przejażdżkę żonie pytającego motocyklisty. Oj, niezapomniany to był widok jak dość korpulentna pani sadowiła się w siedzeniu wózka bocznego sędziwego Harleya, ale Harleye są widać niezniszczalne, bo mimo dość solidnego dociążenia staruszek ruszył z miejsca i odbył krótką przejażdżkę dookoła parkingu.

Odwiedziliśmy jeszcze sklep z odzieżą i akcesoriami motocyklowymi w Maggie Valley i tutaj pożegnaliśmy się z resztą grupy. Wraz z Donną pojechaliśmy do Waynesville, miasta które odwiedziłem w trakcie mojej choroby, Donna chciała kupić jakieś części do swojego Harleya. Grupa pomknęła w nieznane.

Kilka godzin później po wspólnej kolacji pożegnaliśmy resztę grupy, oni zostawali w Bryson City dzień dłużej z racji tego, że reszta przyciągnęła swoje motocykle na przyczepach, a my z Donną mieliśmy przed sobą około 1400 kilometrów drogi powrotnej.

 

Dzień 8

Pobudka wcześnie rano, motocykle zatankowane poprzedniego dnia, rzeczy spakowane też dzień wcześniej, rachunek za hotel uregulowany - można wracać. Ranki są zazwyczaj dość chłodne w górach, pomny tego ubrałem się dość ciepło, a tu okazało się że bardziej mgła nam przeszkodziła niż chłód. Jako że wracaliśmy już do domu, postanowiliśmy, że spróbujemy przejechać te kilometry za jednym razem. Wpadliśmy na stanową czterdziestkę w kierunku na Asheville, później na północ krętą i górzystą autostradą numer 26, następnie znowu na wschód na 81 i w miejscowości Wytheville odbiliśmy na 77 na północ. 77 w stanie Virginia biegnie przez Jefferson National Forest, trasa jest dość ładna widokowo, występują na niej liczne tunele, ale wszystko co dobre szybko się kończy. Zaraz po opuszczeniu Virginii wjeżdżamy do Zachodniej Virginii, gdzie na dzień dobry każą nam płacić za przejazd autostradą. No cóż nie ma wyjścia, przejeżdżamy przez dwie płatne bramki i odbijamy na dwupasmówkę nr 19, która to droga jest skrótem do autostrady 79.

I znowu mamy pecha i pogoda płata nam psikusa, ledwo wjeżdżamy w 19 i zaczyna padać. Wskakujemy w nasze gumki i jedziemy dalej. Czas nieubłaganie ucieka, do domu jeszcze kawał drogi, a my się wleczemy. Deszcz dopiero ustaje przed granicą z Pensylwanią. Jedziemy dalej w tych kondomach - pomny doświadczenia sprzed kilku dni, gdzie na własne życzenie przemokłem do suchej nitki. Jest mi gorąco, wręcz sauna. Dojeżdżamy do Pittsburga, a tam niesamowite korki, akurat trafiliśmy na porę, jak ludzie kończą pracę. Daję Donnie znać, żeby się zatrzymała na poboczu, że muszę ściągnąć tę saunę z siebie. Boże, jaka ulga, żar leje się z nieba, ściągam nawet kurtkę skórzaną i jadę w samej koszuli w krótkich rękawkach.

Niezbyt to mądre, ale cóż, modlę się do Bozi, żeby chroniła przed wypadkami. Po ponad godzinie udaje nam się dopiero przejechać te korki, później droga już pusta, w Erie odbijamy na 90-kę, która prowadzi prosto do Buffalo, do granicy. Jadąc na wschód prawie że widzę swój własny dom, Kanadę, ale widzę też bardzo ciemne chmury. Pokazuję Donnie ręką, kiwa głową, że widzi, ale że to nic takiego. Domyślam się, że chce powiedzieć że nas te chmury nie dosięgną - dosięgnęły.

Granicę przejechaliśmy bez żadnych problemów, nawet o paszport się nie zapytał. Mijamy Niagarę i grzmi dość głośno, w dali widzę błyskawice które rozświetlają tak mrok, że widać szczyt wieży CN w Toronto. Wiatr przybiera na sile i mimo że do domu z Niagary mam 60 kilometrów, już wiem że nie dojadę, ulewa, e co ja mówię, jaka ulewa, potężny strumień wody nagle spada na mnie i mój motocykl, nic nie widzę. Wiem tylko, że jestem przed mostem nad kanałem i że 2 kilometry przede mną jest zjazd 38, gdzie jest Tim Hortons. Postanawiam tam przeczekać, domyślam się, że Donna też tam dojedzie, nie widzę jej w lusterkach bocznych, qwa nic nie widzę, jadę na oślep, nie ma nawet się gdzie zatrzymać, powoli 20 km/godzinę, cały przemoczony. W koszuli z krótkimi rękawami, w spodniach dżinsowych, w butach, w majtkach, wszędzie mokro, parkuję bezpiecznie motocykl i uciekam do środka. Ludzie, którzy też schowali się przed deszczem, patrzą na mnie i się śmieją, ja też się śmieję, bo mimo że wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy, jestem szczęśliwy, że już mi za kark nie leje, zaraz napiję się kawy z Tima Hortona. Martwi mnie tylko, że nie widzę Donny, wyglądam co raz na zewnątrz, próbuję dzwonić, nikt nie odpowiada. Po około godzinie zjawia się Donna, cała i zdrowa, i na dzień dobry dostaję opieprz,dlaczego na nią nie zaczekałem, że ona dawała mi światłami znaki żebym się zatrzymał pod mostem.

Tłumaczę krótko, że w tej ulewie nic nie widziałem, nawet jej znaków. Przyłączają się do nas kolejni zmoknięci motocykliści, całkiem śmiało można by w tym czasie zorganizować zlot zmokniętych bajkerów. Mimo że do domu mam rzut beretem, nie decyduję się na jazdę. Dalej leje, błyskawice fruwają jak jaskółki po deszczu. Żeby było śmieszniej i ciekawiej, nie ma prądu, a to już jest mi nie do śmiechu, mam paliwa w zbiorniku na zaledwie 20 kilometrów, do domu nie dojadę na bank. Po 3 godzinach tuż przed północą decyduję się, mimo deszczu, ale już mniejszego, na jazdę w stronę domu.

Na QEW na 64 zjeździe jest prąd, tankuję na stacji obok kolejnego Tima i po niecałej godzinie jestem w domu.

Zrobiłem prawie 5 tysięcy kilometrów w siodle mojego motocykla, co 200-250 km tankowałem paliwo - jak na cruisera który waży prawie 400 Kg nieźle. Zaliczyłem kilka stanów, zakrętów co niemiara, wspomnień jeszcze więcej, ale najważniejsze i najprzyjemniejsze dla mnie jest to, że odbyłem tę podróż z moimi przyjaciółmi, takimi samymi ‘’wariatami’’ na punkcie motocyklowych podróży jak ja.

Darek Krawczyk

Zaloguj się by skomentować