Goniec

Switch to desktop Register Login

Strzygą nas równo

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        Jedną z uciążliwych konieczności związanych z posiadaniem samochodu jest ubezpieczenie motoryzacyjne. Nie pamiętam sytuacji, kiedy na cytowany koszt składki mógłbym powstrzymać się od pytania, dlaczego tak drogo?

        Ubezpieczenie motoryzacyjne niejednokrotnie stanowi koszt zaporowy posiadania własnych czterech kółek, zwłaszcza jeśli mieszkamy w miejscowościach dosyć zagęszczonych, jak Toronto czy Mississauga, gdzie stłuczki są na porządku dziennym i ubezpieczalnie oceniają wysoko możliwość ryzyka wypadku.

        Podrygi liberalnego rządu prowincji na nic się zdały i mimo obietnic oraz obniżenia wysokości wypłat odszkodowania w obowiązkowym ubezpieczeniu ceny składek nadal nie spadają. Dlaczego?

        Odpowiedź jest prosta.

        System ubezpieczeń motoryzacyjnych stanowi żerowisko  adwokatów. Niejedna prawnicza rodzina żyje na poziomie milionerów  z pompowania odszkodowań za drobne uszczerbki na zdrowiu doznane w rezultacie wypadków.

        Na dodatek, prawnicy działają na procent, ale kasują nie tylko część (zazwyczaj 25 proc.) zasądzonego odszkodowania, ale również biorą pieniądze zasądzone na pokrycie kosztów sądowych. Wiele osób uważa, że jest to podwójna zapłata za tę samą usługę. No bo skoro umawiamy się, że procent wypłacanego odszkodowania stanowić będzie wynagrodzenie wysiłków prawników, to wydawałoby się, że przyznana rekompensata powinna być wypłacana samej poszkodowanej stronie.

        Tak czy owak, przed ontaryjskim sądem apelacyjnym jest obecnie omawiana sprawa klasowego procesu przeciwko jednej z torontońskich firm prawniczych.

        Jak te rzeczy wyglądają w praktyce? No tak, że np. osoba, która w wypadku motocyklowym straciła nogę, otrzymuje od ubezpieczalni 1,86 mln dol. odszkodowania, z tym że na rękę 480 tys. – resztę biorą adwokaci.

        Jak to możliwe? No tak, że mimo deklarowanych 25 proc. adwokaci często podpisują z klientami dodatkowe umowy na pokrycie konkretnych kosztów.

        Inny przypadek kobiety, która „cierpi na chroniczne bóle”, po tym jak ktoś najechał na jej auto od tyłu. Prawnik wynegocjował dla niej odszkodowanie w wysokości 42 500 dol., z czego kobieta na rękę dostała 10 700. Kwota taka też piechotą nie chodzi, ale ktoś musi za te rzeczy przecież płacić. Pieniądze ubezpieczalni z niczego się nie biorą.

        Inny przypadek chronicznych bólów po wypadku – w Brooklin w Ontario, gdzie ofiara wypadku ostatecznie dostała odszkodowanie 150 tys. dol., a z tej kwoty na jej konto wpłynęło jedynie 10 tys. – resztę wzięli prawnicy.

        Czy ktoś ten system jest w stanie ruszyć? Można byłoby to zrobić jedną ustawą. Ale przecież nikomu poważnemu na tym nie zależy! Ludzie dobrze żyją, politycy dostają swoje w postaci dotacji na działalność. A my, Boże owieczki, jesteśmy zgrabnie i równo strzyżone. Taki jest przecież porządek tego świata.

        Rozwiązanie?

        Znam takich, co jeżdżą po Toronto samochodem zarejestrowanym na Jukonie – na córkę... A czemu nie? Już w Quebecu jest o wiele taniej... bo przeciętnie 600 dol. na rok. Tam jest mniej wypadków, więc żerowisko mniejsze – posokowe rekiny jeszcze nie przypłynęły.

        Czyż zatem nie mają racji ci, którzy mówią, że świat bez prawników byłby piękniejszy? Cóż, w miarę jak mi lat przybywa, coraz bardziej przychylam się do takiej opinii.

        Tymczasem pomimo tej olbrzymiej ubezpieczeniowej drożyzny większość spraw, które powinny być ubezpieczone, jest dzisiaj załatwiana pod stołem przez przestraszonych sprawców. Takie życie, takie czasy.

Wasz Sobiesław.

Zaloguj się by skomentować