Goniec

Register Login

Prawo imigracyjne

Prawo imigracyjne

piątek, 27 lipiec 2012 15:23

Opowieści z aresztu imigracyjnego: Michał

Napisane przez

airetipiaOtwarcie nowego połączenia między Addis Abebą a Toronto odbyło się z wielką pompą. Był poczęstunek, występy oficjeli, zespołów folklorystycznych z Etiopii, poświęcenie samolotu przez ortodoksyjnego biskupa, latająca chmara dziennikarzy i fotoreporterów. Jest to pierwsze i jedyne bezpośrednie połączenie lotnicze między Toronto i Afryką. Na ten pierwszy lot czekało wielu Etiopczyków, nawet odkładając wcześniej planowane podróże, które jednak musiałyby być z przesiadką w Amsterdamie, Brukseli czy Frankfurcie.


W takiej też sytuacji znalazł się Michał, bo tak kazał się nazywać, mimo że zapisano jego imię z angielska Michael. Był wyznania chrześcijańsko-ortodoksyjnego. Pochodził z przedmieść Addis Abeby, gdzie dorastał, chodził do szkoły i skończył studia uniwersyteckie. Mając ponad 40 lat, zaliczył dość długą wędrówkę po świecie. W swoim rodzinnym kraju nie był ponad dziesięć lat.


Pierwszą swoją wyprawę zagraniczną odbył do Izraela. Miał tam kolegów, którzy zabrali się za przerzut zorganizowany przez lotnictwo Izraela dla wyznawców judaizmu zamieszkałych w Etiopii. Większość faktycznie wyznawała wiarę opartą na Starym Testamencie, ale niektórzy skorzystali z okazji i też się zabrali. Wśród nich byli koledzy Michała. Kiedy ich odwiedził, dowiedział się, że prawie wszyscy, po szybkiej nauce języka i adaptacji, musieli odbyć obowiązkową służbę wojskową. Byli zazwyczaj szeregowcami pełniącymi służbę na pierwszej linii frontu.
Ale jak to w armii, co jakiś czas propagandziści organizowali grupowe oddawanie krwi. Kiedy cały pluton szedł do punktu krwiodawstwa, to w tym również ciemnoskórzy pochodzący z Etiopii. Później dowiedzieli się, że ich krew była wylewana do rynsztoka. Kiedy stało się to publiczną tajemnicą, pracownicy służby zdrowia tłumaczyli to tym, że obawiali się, że krew ta może być zainfekowana wirusem i narażać pacjentów, którym by się tę krew podało, na zachorowanie na AIDS. Z góry zakładano, bez przeprowadzania indywidualnych badań, że ci nowo przybyli i ledwo tolerowani obywatele mogą być zarażeni, a biali nie.


Michał z dużą nostalgią wspominał swój siedmioletni pobyt w Niemczech. Pracował tam głównie w gospodarstwie rolnym, położonym w pobliżu Norymbergi, gdzie uprawiano i zbierano zioła na potrzeby farmacji. Tam też zrodziła się przyjaźń Michała z wieloma pracownikami sezonowymi pochodzącymi z Polski, którzy stanowili trzon pracowników najemnych w tym rozległym gospodarstwie. Przyjeżdżali wiosną i odjeżdżali jesienią do Polski, a Michał pozostawał, wykonując prace porządkowe w czasie zimy. Mówił dość dobrze po polsku, choć jak powiedział, już sporo zapomniał, bo od tamtego czasu minęło prawie pięć lat. Z jednym z Polaków utrzymywał systematycznie kontakt i listowny, i telefoniczny. Rozmawiał z nim po polsku, z wtrącaniem zwrotów niemieckich, kiedy nie mógł znaleźć odpowiedniego polskiego słowa. Bo chociaż obaj mówili dość płynnie po niemiecku, to ambicją Michała było to, aby rozmawiać ze swoim przyjacielem w jego ojczystym języku.
Na farmie tej Michał poznał krajankę, z którą zamieszkiwał przez ostatnie trzy lata pobytu w Niemczech. Ze związku tego urodziło się dwoje dzieci na ziemi niemieckiej. Ale, po latach starań, wszyscy oni otrzymali decyzję odmowną co do możliwości stałego pobytu. Dostali polecenie opuszczenia Niemiec. Partnerka Michała wyleciała z dziećmi do Stanów Zjednoczonych, gdzie miała wsparcie ze strony swoich krewnych, którzy uzyskali tam wcześniej stały pobyt. Po latach również ona i dzieci otrzymali prawo stałego pobytu w tym kraju.
Michał nie chciał osiedlać się w Stanach. Miał uraz do tego kraju wyniesiony jeszcze z okresu studiów, kiedy tak wykładowcy, jak i studenci skłaniali się do poglądów lewicowych, a nawet lewackich. Stany Zjednoczone były postrzegane przez to środowisko jako strażnik "krwiożerczego" kapitalizmu. Nadto jego związek uczuciowy z konkubiną osłabł. Już po rozstaniu tęsknił za dziećmi (chłopiec i dziewczynka) i skłonił ich matkę do odwiedzania go z dziećmi w Toronto, kiedy uzyskali już prawo stałego pobytu w Stanach. Za każdym razem pokrywał koszty ich podróży, utrzymania 1-2-tygodniowego tutaj, kupował im prezenty i dawał matce za każdym razem okrągłą sumkę na utrzymanie ich wspólnych dzieci.
Michał, po kilku miesiącach pobytu w Toronto, uzyskał pracę w największej ubojni świń. Jak twierdził, codziennie ubijano tam około sześciu tysięcy świń. Wymagało to oczyszczenia, podzielenia, spakowania i zmagazynowania mięsa w chłodni. Tam czekało na odbiorców. Michał zaliczył wszystkie działy i w końcu dostał pracę tam, gdzie najbardziej mu to odpowiadało, czyli przy wydawaniu towaru odbiorcom. Zarobki miał niezłe i pracę pewną. Był cenionym pracownikiem.


Michał przyleciał do Kanady z Niemiec jako turysta z paszportem etiopskim. Po roku od przybycia tutaj, poprzez agenta imigracyjnego, złożył dokumenty o udzielenie mu statusu uciekiniera politycznego. W kraju jego urodzenia ciągle nie utrwaliła się demokracja, ciągle trwał konflikt z Erytreą, zbuntowaną prowincją, wcześniej etiopską. Obaj przywódcy tych krajów, dawniej przyjaciele, walczący ramię w ramię z ówczesną dyktaturą wspieraną przez Związek Sowiecki, stali się śmiertelnymi wrogami, wciągając swoje narody w wykańczającą obie strony wojnę graniczną. To wszystko Michał zawarł w swoim wniosku i czekał. Dopiero po dwóch latach otrzymał odpowiedź –negatywną. Odwołał się od tego i po kolejnym roku znowu otrzymał decyzję negatywną. Faktycznie, jego kraj rodzinny okrzepł, zdemokratyzował się częściowo, rozwijał się intensywnie. Dowodem na to było choćby otwieranie nowych połączeń lotniczych.
Trwające długo oczekiwanie na przejście do samolotu skłaniało tego inteligentnego człowieka do refleksji nad sobą i swoim krajem. Znał książkę Ryszarda Kapuścińskiego "Cesarz", stanowiącą w sposób dość wierny, choć trochę karykaturalny, opis życia elit jego kraju jeszcze w niedalekiej przeszłości. Choć nie był w kraju od ponad dziesięciu lat, to wiedział z opisu tych, którzy przybyli do Kanady niedawno, a nadto z publikatorów, że znajdzie z łatwością pracę, bo choćby znajomość angielskiego i niemieckiego dawała mu możliwość łatwiejszego znalezienia pracy niż jego niewykształconym rodakom.


Michał planował jednak i dalszą przyszłość. Uważał, że najlepszym miejscem na ziemi jest Kanada, a szczególnie Toronto. Był on szczerze zakochany w tym mieście. Odpowiadało mu poczucie bezpieczeństwa tutaj, brak rasizmu, wolność wyboru wyznania, łatwość znalezienia pracy. Lubił tutejszych mieszkańców, obojętnie jakiego koloru skóry, pochodzenia, wykształcenia czy statusu społecznego.
Wiązał nadzieję na powrót do Kanady z tym, że poznana przez niego Kanadyjka, z którą utrzymywał stałe kontakty, choć mieszkali osobno, zadeklarowała zawarcie z nim związku małżeńskiego i sponsorowanie go.


Jedno tylko umknęło uwagi Michała. Otóż oczekując na możliwość odlotu do swojego kraju rodzinnego etiopskimi liniami lotniczymi, przekroczył limit czasu dany mu na opuszczenie Kanady. Tak więc status jego zmienił się z "wydalonego" na "deportowanego". To w znacznym stopniu utrudniało ponowny powrót do Kanady, nawet po zawarciu związku małżeńskiego z Kanadyjką. Cały proces komplikował się i wydłużał.
Michał dość dokładnie śledził zmieniającą się kanadyjską politykę imigracyjną. Wiedział, że stworzono program finansowania imigrantów, którzy dobrowolnie wyrazili chęć opuszczenia Kanady. Każda taka osoba od pierwszego lipca może otrzymać na pierwsze wydatki po dotarciu do swojego kraju rodzinnego do dwóch tysięcy dolarów. Michał nawet zapytał oficera, który prowadził jego sprawę i przygotował dokumenty deportacyjne, o możliwości otrzymania gotówki wraz z opuszczaniem Kanady. Okazało się, że jego sprawa została zamknięta przed pierwszym lipca, a nadto nie spełniał podstawowego kryterium gotowości opuszczenia Kanady w ciągu miesiąca od momentu wydania ostatecznej decyzji imigracyjnej.
Michał odlatywał jednak z uśmiechem na twarzy. Był dumny z tego, że leci etiopskimi liniami, i to pierwszym samolotem tej linii, który odlatywał z Kanady.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 27 lipiec 2012 14:01

Zatrzymanie

Napisane przez

Izabela EmbaloOsoby przebywające w Kanadzie bez ważnej wizy czy osoby zatrudnione bez zezwolenia na zatrudnienie powinny wiedzieć, jakie są konsekwencje złamania prawa imigracyjnego, jak się zachować w przypadku aresztu i jakie cudzoziemiec ma w Kanadzie prawa.
    W kanadyjskich imigracyjnych więzieniach zamyka się cudzoziemców, którzy w pewien sposób naruszyli prawo imigracyjne, oraz tych, którzy unikają deportacji.
    Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że urząd kanadyjski nie musi przyłapać kogoś na gorącym uczynku, to znaczy w sytuacji pobierania wypłaty, samo miejsce przebywania osoby (budowa), spracowane ręce czy robocze ubranie mogą być już przyczyną zatrzymania. Tłumaczenia, że się pomaga komuś  za darmo lub przyucza się do zawodu, rzadko brane są pod uwagę jako wiarygodne argumenty. Aresztowani mogą być także imigranci, których tożsamości nie można ustalić. Podobnie w przypadku osób, które w jakiś sposób stanowią zagrożenie dla kanadyjskiego społeczeństwa i złamały nie tylko prawo imigracyjne, ale także karne.
    Areszt i deportacja grozi także osobom posiadającym pobyt stały w Kanadzie, a nawet w bardzo rzadkich przypadkach obywatelstwo. Stała rezydencja jest także odbierana za rekord kryminalny-wykroczenia karne. I tu przestrzegam wszystkich stałych rezydentów, by unikali jakiejkolwiek sytuacji konfliktu z prawem, często pobyt stały anulowany jest na przykład za  jazdę w stanie nietrzeźwym. Zezwolenie na stałe zamieszkanie może być zabrane, jeśli osoba zdobyła prawo stałego zamieszkania w nieuczciwy sposób, na przykład poprzez fałszywe zeznania czy nieprawdziwy związek małżeński.


    W sytuacji aresztowania należy działać naprawdę szybko. W ciągu 48 godzin można wynegocjować z urzędem imigracyjnym warunkowe uwolnienie na przykład na podstawie wpłaty kaucji pieniężnej. Kaucję powinna wpłacić osoba, która zna aresztowanego i która jest wiarygodna w oczach władz imigracyjnych. Nie jest możliwe, by osoba sama się z aresztu wykupiła lub użyła własnych funduszy.


    Władze imigracyjne mogą wymagać kaucji w postaci gotówki (cash bond) lub w postaci obietnicy-gwarancji zapłacenia określonej kwoty na wypadek, jeśli osoba uwolniona z aresztu nie dostosuje się do określonych warunków, na przykład okresowych meldunków lub nie stawi się w urzędzie podczas finalnej procedury deportacyjnej, o ile taka będzie wymagana.


    Jeśli uwolnienie nie nastąpi w czasie dwóch dni, sprawę kieruje się na specjalne przesłuchanie w ciągu 7,  następnie 30 dni. Prawnik czy inny reprezentant ma niekiedy prawo do poproszenia o wcześniejsze przesłuchanie, na przykład jeśli osoba została zatrzymana za brak dokumentów tożsamości, a są one już w jej posiadaniu.
    Ważne, by nie podawać nieprawdziwych informacji policjantom i innym przedstawicielom prawa, warto także w tej przykrej sytuacji wykazać pełną kooperację, wtedy łatwiejsza jest w późniejszym etapie procedura uwolnienia.


    Warto także wiedzieć, iż każde przesłuchanie aresztowanego jest jakby nową procedurą, hearing de novo, dlatego w swojej obronie osoba może użyć tych samych i nowych argumentów. Aresztowany cudzoziemiec ma także pewne prawa, na przykład do prawnej obrony i reprezentacji, może kontaktować się z najbliższym konsulatem lub ambasadą swojego kraju, w celu uzyskania pomocy.


    Warto też pamiętać, by nie podpisywać żadnych dokumentów, dopóki nie zna się ich zawartości i ewentualnych konsekwencji złożenia na tym dokumencie własnego podpisu. Późniejsze tłumaczenia, że podpisało się dokument w języku angielskim, nie znając jego treści, nie są przez władze respektowane i dzieje się tak, że niekiedy nieświadomi swoich praw czy procedur prawnych aresztowani cudzoziemcy podpisują zgodę pod własną deportacją.
    W Toronto osoby aresztowane są najczęściej przetrzymywane pod adresem: Toronto Immigration Holding Center, 385 Rexdale Blvd., Toronto, Ontario, M9W 1R9. Znajomi i rodzina mogą zostawić wiadomość telefoniczną pod numerami 416-401-8509 lub 416-401-8508. Numer kontaktowy z oficerami policji imigracyjnej – Canada Border Services Agency to 416-401-8516 lub 416-410-8517.


Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca
Prawa Imigracyjnego
Commissioner of Oath
UWAGA! OFERUJEMY RÓWNIEŻ USŁUGI NOTARIALNE
(Commission of Oath)
OSOBY ZAINTERESOWANE
IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMY
O KONTAKT: 416 515 2022,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY:
WWW.EMIGRACJAKANADA.NET

piątek, 20 lipiec 2012 13:50

Dobrana czwórka

Napisane przez

Ten układ przypominał ten z "Trzech muszkieterów" Dumasa, tylko ten jeden (w odróżnieniu od D'Artagnana) w tym wypadku był najstarszy z nich, najbardziej doświadczony i najmniej wyrywny. On był ich cichym doradcą, nie ryzykował, czekał ciągle na swoją szansę. Gdy pozostali zamieszkiwali w jednym pokoju, to ten jeden w innym i kiedy doszło do wpadki, to on był poza podejrzeniem. Co ich głównie łączyło? Otóż wszyscy byli muzułmanami.


Pierwszy, niski, około 25-letni, pochodził z Pakistanu. On też był najbardziej z nich religijny. Bił głową o podłogę w przepisanych porach dnia, nie jadł w ogóle mięs. Była to jego pierwsza podróż zagraniczna. Nie mówił po angielsku. Liczył z początku na pomoc dalekich krewnych zamieszkałych od kilku lat w Kanadzie. Kiedy jednak na kolejnych dwóch rozprawach uzyskał decyzję odmowną ws. wyjścia na wolność, nawet za kaucją, to zdecydował się partycypować we wspólnym przedsięwzięciu. Zdecydowany był nie wracać do swojego miejsca zamieszkania. Wykształcenie uzyskał w szkole religijnej na pograniczu Pakistanu i Afganistanu. Świat zachodni przedstawiany był uczniom tego typu szkół jako siedlisko diabła. Mimo słabej postury był zdecydowany walczyć dla swoich zbożnych celów, ale z uwagi na słabość fizyczną uznał, że może to robić poprzez własny przykład religijności, a być może poprzez uzyskanie stanowiska mułły w którejś ze świątyń muzułmańskich. Wybrał Kanadę, bo uzyskał informację, że w kraju tym jest duże środowisko muzułmańskie i panuje duża tolerancja dla wyznawców tej religii.


Drugi pochodził z Indii, ale też był wyznawcą Allaha. Znał dość dobrze angielski, który stanowi oficjalny język używany w administracji publicznej, tak więc dzieci uczą się go w szkołach. Ukończył inżynierską szkołę pomaturalną i pragnął wyrwać się z biedy, w której wyrastał. To znaczy nie była to ta skrajna nędza "niedotykalnych" czy innych warstw społecznych w jego rodzinnym kraju, bo wszak rodziców było stać na opłacenie mu szkoły w kraju, w którym ciągle spory procent dzieci w ogóle nie uczęszcza do szkoły, ale właśnie uzyskane wykształcenie gnało go do ułożenie sobie lepszego życia. Zachęcany był też do tego przez rodziców i pozostałe rodzeństwo. Liczyli na to, że podobnie jak niektórzy ich znajomi i oni podążą za nim, kiedy już uzyska prawo stałego pobytu w Kanadzie.

O kanadyjskim systemie imigracyjnym oczywiście niewiele wiedziano w tym przeludnionym miasteczku. Tylko tyle, że wielu z wylatujących do Kanady już z powrotem nie wraca. Mimo że przyleciał oficjalnie z wizytą do Kanady, to na pytanie, co chciałby zwiedzać, nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Nie miał tu krewnych, a jedynie znajomych rodziców, u których miał się na początku zatrzymać. Wyrazili oni zgodę na to i telefonicznie oświadczyli oficerowi imigracyjnemu z lotniska, że są gotowi utrzymywać swojego krajana w okresie jego jednomiesięcznej wizyty w Kanadzie. On jednak prosił o prawo pobytu przez trzy miesiące. Tego strony jakoś wcześniej nie uzgodniły i wzbudziło to podejrzenie oficera imigracyjnego co do prawdziwych zamiarów przesłuchiwanego i na wszelki wypadek odesłał go do aresztu. Przebywał w tym areszcie już trzy tygodnie i uzyskiwał kolejne odmowy wypuszczenia go na wolność, mimo że znajomi rodziców gotowi byli zapłacić kaucję.


Trzeci z tej trójki był najmłodszy, bo 21-letni, i pochodził z Afganistanu. Był to osiłek, ciągle ćwiczący swoje ciało. Był świetnie zbudowany. Mówił trochę po angielsku, bo wcześniej przebywał przez kilka miesięcy w Anglii, gdzie mieszkał u swojego starszego brata, który uzyskał w tym kraju prawo stałego pobytu. Odwiedzał też inne kraje europejskie, gdzie wszędzie miał krewnych lub znajomych, którzy gościli go i załatwiali mu różne dorywcze prace. W Kanadzie nie miał bliskich znajomych. Przyleciał tu, bo ciągle w miejscach swojego kolejnego postoju dowiadywał się, że tam są duże problemy z uzyskaniem stałego pobytu, ale jest kraj, gdzie jest to zupełnie proste, to… Kanada. Mimo że pochodził z kraju muzułmańskiego, mimo że pochodził z rodziny o tym wyznaniu, to był najmniej religijny z tej grupy, a w zasadzie można go określić jako ateistę. Jego wykształcenie zostało zakończone na kilku klasach szkoły podstawowej. Później wałęsał się i w końcu trafił do jakiegoś ugrupowania partyzanckiego. Tam przeszedł krótkie przeszkolenie. Twierdził, że sam osobiście zabił sześciu Amerykanów. Prawdopodobnie taki "sukces" odniósł cały jego oddział, a przypisanie sobie tego miało wzbudzać w pozostałych muzułmanach podziw dla jego wyczynów. Bo ani wiedzą, ani religijnością nie mógł im zaimponować. A jednak to on stał się ich przywódcą, to on zainicjował próbę ucieczki.


Choć całą konstrukcję planu przedstawił im ten czwarty. Pochodził z Iranu. Twierdził, że przesiedział w irańskim więzieniu kilka lat. Kanadyjskie władze imigracyjne, mimo wielomiesięcznych starań, nie wyrażały zgody na wypuszczenie go na wolność. Nie do końca było wiadomo, za co siedział w więzieniu. Sam twierdził, że za działalność opozycyjną, ale wydawało się to mało prawdopodobne. Drugą ewentualnością było popełnienie zwykłych czynów kryminalnych, a to już nie stanowiło okoliczności ułatwiających uzyskanie statusu uciekiniera politycznego. Mimo "prześladowań" ze strony reżimu ajatollahów pozostał wyznawcą islamu, ale o średnim stopniu natężenia: nie bił głową o podłogę, ale modlił się czasami przy użyciu czegoś w rodzaju różańca.


Był on bardzo popularny w areszcie. Tryskał humorem i dowcipem. Często określał swoich współaresztantów "garbage", czyli "śmieciu", bo według utartego poglądu, aresztanci dla kanadyjskich służb imigracyjnych byli niepotrzebnym śmieciem. Czasami grając w piłkę nożną na boisku, krzyczał, kiedy coś mu nie wyszło, "k…a" po polsku, bo tego popularnego słowa nauczyli go, przebywający z nim w areszcie przez pewien czas Polacy.
Miał ponad 35 lat, tak więc z uwagi na wiek i doświadczenie aresztanckie stanowił dla wspomnianej trójki desperatów autorytet. Podzielił się z pozostałymi swoją wiedzą na temat wcześniejszej udanej ucieczki trzech aresztantów. Wprawdzie zostali oni po kilku tygodniach wyłapani przez policję, ale o tym już aresztanci nie wiedzieli.
Obserwacja terenu, systemu zabezpieczeń i sposobu kontroli ze strony strażników określały jeden możliwy kierunek ucieczki: przez okno. Areszt imigracyjny bowiem nie miał wówczas w oknach krat. Sprzeciwiano się ich założeniu, aby nie stwarzać wrażenia dla odwiedzających ten areszt przedstawicieli licznych organizacji, że jest to obiekt podobny do więzienia. Na lotnisku nawet oficerowie imigracyjni, odsyłający przybyszy do tego obiektu, określali go jako hotel. Faktycznie był to hotel wynajęty przez władze imigracyjne od prywatnego właściciela i przerobiony częściowo na potrzeby aresztu. Ale tylko w minimalnym stopniu. Okna zabezpieczono dodatkowo przykręcając śrubkami od wewnątrz dodatkowe, przeźroczyste płytki plastikowe. Zapobiegało to wybiciu szkieł okiennych i utrudniało ucieczkę tą drogą.


Problemem było więc wyjęcie jednej z płytek plastikowych. Należało tego dokonać tak, aby strażnicy, często kontrolujący okna, niczego nie zauważyli. Problemem było też uzyskanie czegoś, co pozwoliłoby na odkręcenie specjalnych śrubek. Podjął się tego i zaczął wykonywać tę trudną pracę Afgańczyk. Wykonywał to jednak niedokładnie maskując to co robi. Jednemu ze strażników wydało się, że jedna ze śrubek za nadto wystaje. Złapał za łepek i śrubka wyszła. Uderzył w plastik i jeszcze dwie śrubki wypadły. Strażnik natychmiast powiadomił o swoim odkryciu swoich zwierzchników, a ci nadzorującego oficera imigracyjnego, który dokonał przesłuchań wszystkich trzech mieszkańców tego pokoju o numerze 333 (ciągle powtarzający się system trójkowy w tym wydarzeniu). Żaden z nich nie przyznał się do odkręcania śrubek (trzech), żaden też nie wskazał na współmieszkańca jako sprawcę. Tak więc solidarnie wszyscy wysłani zostali do więzienia o maksymalnym zabezpieczeniu. Nawet cień szans na uzyskanie prawa stałego pobytu w Kanadzie prysnął; stamtąd po kilku tygodniach wszyscy zostali odesłani do ich rodzinnych krajów.


A co z czwartym? Ten pozostał na miejscu. Trochę jakby przycichł, bo inni muzułmanie przebywający na tym oddziale wiedzieli, że stale odbywał narady z tymi trzema, którzy zostali odesłani do więzienia. Trochę się obawiał, czy któryś, za cenę może zwiększenia swoich szans na pozostanie w Kanadzie, nie zdradzi go, nie doniesie, że był w bliskiej komitywie z konspiratorami. Ale nic takiego się nie stało. Solidarność wzięła górę i Irańczyk spokojnie oczekiwał na kolejne swoje rozprawy. Trwało to jeszcze kilka miesięcy. Był najstarszy stażem aresztanckim, kiedy w końcu odesłano go do Iranu. Nie potrafił wskazać wiarygodnych dowodów swojej działalności opozycyjnej. Nawet jeśli przebywał w więzieniu w tym kraju, to został z niego legalnie wypuszczony, a więc nie groziło mu za to ponowne aresztowanie.


Aleksander Łoś
Toronto

Ostatnio zmieniany piątek, 20 lipiec 2012 13:53
piątek, 20 lipiec 2012 06:51

Nakaz deportacyjny

Napisane przez

Izabela EmbaloWielu emigrantów nie zdaje sobie sprawy z tego, że decyzja deportacyjna może zostać wydana bez poinformowania osoby otrzymującej nakaz. Zazwyczaj tak się dzieje w przypadku osób, które zgłosiły status azylanta w Kanadzie. Imigranci decyzjami deportacyjnymi są zaskoczeni. Niekiedy dowiadują się o nich po powrocie do kraju rodzimego, w ich kartotece pojawił się nie tylko nakaz deportacyjny DEPORTATION ORDER (mimo że dobrowolnie opuścili Kanadę), posiadają także dożywotni zakaz powrotu do Kanady.


Dlaczego tak się dzieje? Otóż każda osoba zgłaszająca status uchodźcy (refugee), musi, rozpoczynając sprawę, podpisać zgodę na własną deportację. W stercie różnych dokumentów podanych imigrantowi do podpisania, rozpoczynając sprawę, jest biała karteczka, którą wielu podpisuje, nie mając świadomości, co na niej widnieje i jakie są prawne konsekwencje. Zazwyczaj imigrant nie zna na tyle angielskiego, a nawet jeśli zna, trudno coś z dokumentu zrozumieć, gdyż widnieją tam paragrafy kanadyjskiego kodeksu prawa imigracyjnego i żeby tak naprawdę zrozumieć zawartość " białej karteczki", trzeba raczej być znawcą prawa. Nie wszyscy też adwokaci czy konsultanci dokładnie wyjaśniają swoim klientom, jakie są procedury i dlaczego ich klienci muszą podpisać w początkowej fazie różne dokumenty. Z dokumentem "zawieszonej deportacji" imigrant otrzymuje także inne dokumenty, takie jak kartę ubezpieczenia medycznego czy dokument tożsamości azylanta.
Niektóre agencje pomagające imigrantom bezpłatnie także nie potrafią odpowiednio zinterpretować i wyjaśnić swoim klientom konsekwencji prawnych niektórych procedur, nie dlatego że nie chcą pomóc zgłaszającym się tam osobom, zwyczajnie dlatego, że pracownicy tych agencji, podejrzewam, nie są dokładnie szkoleni w zakresie prawa imigracyjnego, opierając się jedynie na instrukcjach dołączonych do aplikacji. Spotkałam ostatnio kilka klientek, którym zalecono w takich właśnie agencjach, by złożyć podanie o azyl, co obecnie stawia te kobiety w bardzo trudnej prawnie sytuacji deportacyjnej.


W przypadku przegranej sprawy, a zazwyczaj takiego wyniku może się spodziewać osoba z polskim paszportem Unii Europejskiej, należy opuścić Kanadę w czasie 30 dni. Przedłużanie spraw, odraczanie deportacji, składanie następnych podań w rezultacie może być przyczyną wydania zaocznego nakazu deportacyjnego i dożywotniego zakazu powrotu do Kanady bez poinformowania imigranta. Dopiero po powrocie, składając podanie na przykład o wizę pracowniczą czy pobyt stały, nawet posiadając małżonka-sponsora w Kanadzie, osoba dowiaduje się o tym.
Na szczęście, prawo pozwala osobie z dożywotnim zakazem powrotu ubiegać się o specjalne zezwolenie na ponowny wjazd, należy jednak odpowiednio uargumentować wniosek, na przykład łączeniem rodzin. Zwykła wizyta turystyczna w celu zwiedzenia wodospadu Niagara zazwyczaj nie jest wystarczająca.
Izabela Embalo
licencjonowany doradca
prawa imigracyjnego

OSOBY ZAINTERESOWANE
IMIGRACJĄ PROSIMY O KONTAKT
416 515 2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www.emigracjakanada.net

piątek, 13 lipiec 2012 18:12

Sponsorowanie

Napisane przez

isauraDuża część nowych imigrantów, w tym Polaków, dostała się do Kanady dzięki sponsorowaniu przez osoby prywatne, głównie krewnych, Kościoły czy organizacje etniczne. Ten program nakłada na te osoby czy organizacje sponsorujące obowiązek zadbania o sponsorowanych, w znacznym stopniu ograniczając obowiązki państwa w tym zakresie. Generalnie jest to korzystne dla Kanady, choć zdarzają się w tym zakresie nadużycia, czy wręcz działania pewnych osób mają charakter przestępczy.


    Lin urodziła się w Pekinie w rodzinie inżyniera zatrudnionego w firmie państwowej i pracownicy biurowej, zatrudnionej w szpitalu państwowym. Może, gdyby w tamtych czasach dostępne było w Chinach badanie płodu, z możliwością określenia płci, to być może Lin by się w ogóle nie urodziła, gdyż jej rodzice by podjęli decyzję o aborcji. Oboje chcieli mieć synka. Będąc zatrudnieni w instytucjach państwowych, i to w stolicy, mieli świadomość, że kolejne dziecko stworzy dla nich wiele problemów, wynikających z rządowej polityki ograniczania urodzeń w tym przeludnionym państwie.


    Ale kiedy Lin miała 10 lat, rodzice zdecydowali się na drugie dziecko. Tym razem, będąc bardziej uświadomieni i mając już dostęp do badań płodu, byli pewni, że urodzi się upragniony chłopiec. Już w trakcie ciąży z bratem matka Lin miała problemy, a po urodzeniu dziecka oboje zostali wezwani do odpowiedniego biura, gdzie określono im kary za niesubordynację.


    Trwało to pięć lat. Kiedy Lin miała 15 lat, do fabryki, w której pracował ojciec Lin, przybył inżynier z Kanady, który miał pomagać we wdrożeniu produkcji maszyn na rynek azjatycki według projektu kanadyjskiego. Właściciel firmy, w której pracował ten inżynier, kupił udziały w firmie chińskiej. Obaj inżynierowie zaprzyjaźnili się (ojciec Lin mówił dość dobrze po angielsku) i kiedy Chińczyk zwierzył się Kanadyjczykowi ze swoich kłopotów, ten zaproponował, aby przysłał córkę do niego do Kanady.
    Faktycznie, kanadyjski inżynier wysłał zaproszenie do odwiedzenia go przez Lin i ta po około trzech miesiącach przyleciała do Toronto. Najpierw zamieszkała u starszego od siebie o około 15 lat Kanadyjczyka, który traktował ją jak córkę, posłał do szkoły języka angielskiego, złożył dokumenty o sponsorowanie jej w urzędzie imigracyjnym, opłacając agenta imigracyjnego, który wszystko przygotował. Po mniej więcej pół roku zawiązał się między nimi romans. Kanadyjczyk w pełni utrzymywał Lin i ta nie miała nic przeciwko utrzymywaniu z nim intymnych stosunków. Nie informowali oni rodziców Lin o ich związku. Trwało to kilka lat. Lin prowadziła inżynierowi dom, ukończyła kanadyjską szkołę średnią i dwuletni college ze specjalnością biznesową. Nie orientowała się dokładnie, jak on to załatwiał, że władze imigracyjne jej się nie czepiały. Po ośmiu latach inżynier wynajął Lin samodzielne, jednosypialniowe mieszkanie, za które płacił. Dawał też jej kilkaset dolarów miesięcznie na utrzymanie, choć podjęła pracę jako kelnerka, zarabiając wystarczająco na zaspokojenie minimum potrzeb. Przeciętnie raz w tygodniu  inżynier odwiedzał ją w celach seksualnych. Obie strony były zadowolone z tego układu.
    Czasami wychodzili razem na kolację. Któregoś wieczora do ich stolika podeszła młoda kobieta i inżynier przedstawił ją Lin jako koleżankę z pracy. Po kilku miesiącach inżynier oświadczył Lin, że ta kobieta, którą poznała tamtego wieczora, jest jego nową dziewczyną. Lin orientowała się, że oprócz niej inżynier miał i inne kobiety, ale nie robiła mu żadnych zarzutów. Nie miała też żadnych problemów z tymi kobietami, bo nigdy nie była w ich towarzystwie. Uznawała, że sama musi odwdzięczać się swojemu sponsorowi, nie kwestionując ustalonych przez niego relacji.
    Tym razem okazało się, że związek inżyniera z tą nową partnerką jest poważniejszy. Ona wiedziała o roli Lin w życiu inżyniera i postawiła mu warunek, aby na zawsze zerwał z nią stosunki. Inżynier zwodził przez pewien czas, przez pół roku opłacał jeszcze mieszkanie Lin, ale już jej nie odwiedzał w wiadomych celach. Dzwonił tylko albo spotykał się z nią na mieście. Przesyłał jej czeki pocztą. W końcu oświadczył Lin, że zamierza zawrzeć związek małżeński z poznaną przez nią przed dwoma laty kobietą, ale ta postawiła warunek, że Lin jeszcze przed ich ślubem wyjedzie na stałe z Kanady. Inżynier zaprosił Lin do restauracji i poprosił ją, aby udała się do biura imigracyjnego i zadeklarowała chęć wybycia z Kanady. Zaoferował też, że kupi jej bilet na samolot i wyłoży dwa tysiące dolarów tytułem rekompensaty i na zagospodarowanie się w Chinach.
    Lin uznała, że będzie to dobre rozwiązanie. Była wdzięczna swojemu sponsorowi. Początkowo go pokochała, ale później, kiedy zamieszkała sama, zrozumiała, że służy mu tylko do zaspokajania potrzeb seksualnych. Była ładną kobietą, podobała się innym mężczyznom, ale nie zdradzała swojego sponsora. Mając jednak 27 lat, uznała, że najwyższy czas, aby pomyśleć poważnie o sobie. Odrzuciła możliwość jakiegoś szybkiego szukania nowego sponsora czy kandydata na męża.
    Tęskniła za rodzinnym domem, rodzicami, bratem. Nie widziała ich dwanaście lat. Teraz, kiedy była już dorosła i jej brat prawie też już wydoroślał, nie stanowiło to już problemów dla rodziców, że mieli o jedno dziecko za dużo. Nie spodziewali się oni, że władze mogą mieć do nich jakiekolwiek pretensje. Sami tęsknili za Lin, doradzali jej, aby wróciła. Uważali, że z płynną znajomością angielskiego, kanadyjskim wykształceniem i doświadczeniem ekonomicznym, ma warunki do dobrego startu w szybko rozwijającym się kraju rodzinnym. Bo Lin przez ostatnie pięć lat pobytu w Kanadzie pracowała solidnie w biurze średniej wielkości firmy (pracę załatwił jej sponsor), głównie zajmując się księgowością i zaopatrzeniem.


    Lin wylatywała dobrowolnie z Kanady, nie zamykała sobie możliwości powrotu tutaj. Była uśmiechnięta. Jeszcze w ostatniej chwili w sklepie bezcłowym kupowała rodzicom i bratu prezenty. Miała na koncie około trzydziestu tysięcy dolarów w banku mającym główną siedzibę w Hongkongu, którymi mogła dysponować, żyjąc w Chinach. Ta ładna kobieta o wyglądzie rodowitej Kanadyjki, z lekko tylko zaznaczonymi "chińskimi" oczami, z manierami "zachodnimi", nie czuła się pokrzywdzona przez los, a wręcz odwrotnie, uważała, że los był dla niej łaskawy, bo nie musiała się prostytuować, jak wiele jej rodaczek, które musiały opuścić, z takich czy innych przyczyn, swój rodzinny kraj.


    Inny rodzaj "sponsoringu" zaliczała Maria, urodzona w Brazylii, a wyglądem przypominająca "niewolnicę Isaurę" ze słynnego brazylijskiego serialu. Była szczuplutka, dość niska, a tylko twarz zdradzała, że miała już 27 lat, kiedy była deportowana z Kanady do Stanów.


    Najpierw, po wyjechaniu z Brazylii, przebywała przez kilka lat z rodzicami i dwiema młodszymi siostrami w Stanach. Kiedy rodzina ta nie uzyskała tam prawa stałego pobytu, udała się do Kanady. Nie było jeszcze wówczas umowy między tymi obydwoma krajami o jednorazowym wszczynaniu procesu imigracyjnego w jednym lub drugim kraju. Tak więc rodzice Marii, po kilku latach nielegalnego pobytu w Kanadzie, wszczęli taki proces.
    Maria w tym czasie poznała swojego krajana, który miał obywatelstwo amerykańskie, wyszła za niego za mąż i przeniosła się do niego, tak więc pozytywna decyzja o przyznaniu prawa stałego pobytu w Kanadzie jej rodzicom i dwóm siostrom jej nie objęła. Po krótkim czasie ten związek się rozpadł i Maria wróciła do rodziców do Kanady, nie mając prawa stałego pobytu w Stanach.


    Wówczas wszczęła proces imigracyjny w Kanadzie, chcąc uzyskać taki sam status stałego rezydenta jak jej rodzice i siostry. Ale tu natrafiła na istotną barierę. Była już dorosła i argumenty, którymi posługiwali się jej rodzice, jej już nie dotyczyły. Brazylia wyrastała na demokratycznie rządzony, coraz bogatszy kraj. Tak więc po kilku latach starań (teczka z kanadyjskiego urzędu imigracyjnego jej dotycząca była dość gruba) uzyskała ostateczną decyzję odmowną. Groziła jej zatem deportacja do kraju urodzenia, czyli Brazylii.
    Aby ubiec tę decyzję władz, Maria uzyskała dokument świadczący o tym, że ma wyjść za mąż za obywatela amerykańskiego, który ją sponsorował. Kupiła bilet do jego miejsca zamieszkania na Florydzie i przedstawiła to w kanadyjskim urzędzie imigracyjnym. Stawiła się w przewidzianym terminie na lotnisku torontońskim, gdzie amerykański urzędnik imigracyjny wydał zgodę na jej wjazd do Stanów pod warunkiem, że w ciągu dwóch lat zalegalizuje swój związek małżeński z obywatelem tego kraju. Czy miał to być związek faktyczny, czy fikcyjny (jak to często bywa, za pieniądze), trudno powiedzieć. Faktem jest, że "sponsoring" to dość powszechna metoda uzyskiwania prawa stałego pobytu w Kanadzie ale nie zawsze jest to uczciwie uzyskiwane i  wykorzystywane.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 13 lipiec 2012 17:34

Imigracja: Zbyt wielu chętnych

Napisane przez


   Izabela Embalo Kanada jest jednym z najatrakcyjniejszych i najbogatszych krajów świata i dlatego setki tysięcy imigrantów stara się każdego roku o pobyt stały w Kanadzie.
    Jednak by otrzymać pobyt, należy wybrać odpowiedni program imigracyjny i spełnić wymogi prawne. Niestety, nie każdy może zostać tu przyjęty. Zresztą gdyby rząd kanadyjski zezwolił wszystkim osiedlić się na stałe, nie byłoby już tej samej Kanady, dlatego należy zrozumieć, dlaczego państwo ogranicza liczbę przyjęć i określa reguły imigracyjne. Zresztą podobnie jest także w Polsce, która staje się powoli miejscem zainteresowania emigrantów z różnych stron globu, jako kraj Unii Europejskiej.
    W porównaniu z innymi popularnymi krajami imigracyjnymi, Kanada stwarza możliwości przyjazdu do pracy, na studia czy na pobyt stały. Wymogi prawne systemu imigracyjnego nie są zbyt łatwe (zależy od programu i prowincji), ale nadal potrzebujemy w tym kraju imigrantów, zwłaszcza w mniej zaludnionych prowincjach, gdzie brakuje rąk do pracy.
    Jeśli popatrzymy z dystansu na cały system imigracyjny, składa się on z kilku grup: azylanci, członkowie rodziny, wykwalifikowani i niewykwalifikowani pracownicy, biznesmeni i inwestorzy.To tak ogólnie.
    W grupie imigrantów ekonomicznych, starających się o imigrację na punkty (program zawodowy), od lipca minister zapowiedział zawieszenie programu i przyjmowanie jedynie podań wspartych ofertą pracy.
    Poprzednio można było składać wnioski o imigrację bez posiadania zaaranżowanego zatrudnienia, pod warunkiem że osoba spełniła inne kryteria: posiadanie deficytowego w Kanadzie zawodu, znajomość języka itp.
    Program imigracji zawodowej nie jest jedynym programem, jaki został czasowo wstrzymany. Nie ma obecnie możliwości złożenia podania, by zasponsorować rodziców lub dziadków.
    Ministerstwo tłumaczy tę decyzję zbyt dużą liczbą otrzymanych podań, z którymi najpierw trzeba się uporać. Rząd obiecuje jednak przywrócenie dawnych opcji (łączenie rodzin rodziców i dziadków, składanie podania zawodowego bez oferty pracy).            
    Jak Państwo widzą, należy śledzić dokładnie zmiany w prawie imigracyjnym, są one naprawdę częste i zależne od ekonomiczno-społecznych potrzeb Kanady z uwzględnieniem międzynarodowych zobowiązań wobec azylantów z całego świata.
Izabela Embalo
licencjonowany doradca 
prawa imigracyjnego
   
OSOBY ZAINTERESOWANE
IMIGRACJA PROSIMY O KONTAKT
416 515 2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
    www.emigracjakanada.net

To słynne miejsce na granicy Stanów Zjednoczonych i Kanady, gdzie w przeszłości zwyczajowo nowożeńcy z co najmniej średnio zamożnych rodzin z obu państw musiały odbyć przynajmniej część podróży poślubnej, stało się miejscem przełomowym w życiu Petera. 

Był on Czechem zamieszkałym na pograniczu z Polską. Mówił nawet dość dobrze po polsku, ale ani w ząb po angielsku. Ten 54-letni, przystojny mężczyzna był z zawodu stolarzem, z tym że głównie zajmował się stolarką związaną z budową domów, tzn. konstrukcjami drewnianymi dachów.
Mieszkał na wsi. Miał żonę, dwoje dorosłych dzieci i dwie wnuczki. Wiodło mu się średnio jak na standardy czeskie. W życiu swoim odwiedził dwa kraje: Polskę i Rosję, w którym to kraju pracował cztery lata (z przerwami co pół roku na odwiedzenie rodziny) w okolicach Uralu. A tu przyszło mu przeskoczyć Atlantyk i odwiedzić starszego brata w Kanadzie.
Brat jego wybył z kraju po wydarzeniach z 1968 roku (pomoc "bratnia" wojsk Układu Warszawskiego w uśmierzeniu zrywu wolnościowego ówczesnej Czechosłowacji) i mieszkał najpierw w Południowej Afryce. Kiedy i w tym kraju zawitały zmiany i pozytywne, ale i negatywne, przeniósł się do Kanady. Najpierw zamieszkał w London w Ontario, a później przeniósł się do Calgary, gdzie pracował jako technik w szpitalu. Brat odwiedził rodzinę w Czechach dopiero po zmianach ustrojowych w tym kraju i od tego czasu odwiedzał ją w odstępach co dwa lata. W czasie ostatniego spotkania zaproponował Peterowi, aby ten go odwiedził w Kanadzie. Ten się zgodził.
Cofnijmy się jednak trochę w czasie. Petera rodzice zmarli i zostali pochowani w ich miejscu zamieszkania na Morawach w odległości około 100 kilometrów od wsi, w której mieszkał Peter. Po ich śmierci Peter corocznie na dzień Wszystkich Świętych (2 listopada) jechał swoją wysłużoną skodą na groby rodziców. Przed około ośmiu laty, kiedy jechał z tą misją, został zatrzymany przez autostopowicza, którym okazał się mieszkaniec miejscowości, w której był cmentarz rodziców Petera. Anton był o około dwudziestu lat młodszy od Petera. Z wdzięczności za podwiezienie go, zaprosił Petera na piwo do miejscowego baru po wizycie na cmentarzu. Zaproponował też, aby Peter w czasie corocznych odwiedzin grobów rodziców wstępował do niego i zostawiał swój samochód na jego podwórzu. Tak się też działo. Przed około trzema laty Anton odwiedził raz Petera w jego miejscu zamieszkania. Była to dość luźna znajomość, ale systematyczna.
W czasie ostatniej swojej bytności w miejscu swojego urodzenia i na grobach rodziców Peter powiedział Antonowi, że zamierza odwiedzić brata w Kanadzie, ale ma trochę obaw, czy da sobie radę, bo nie zna języka ani kraju. Wówczas Anton powiedział mu, że zna angielski, bo przed laty był w Stanach Zjednoczonych, i że chętnie poleci z Antonem do Kanady, jeśli otrzyma zaproszenie od jego brata. Peter zgodził się na to i zwrócił się do brata o przysłanie jemu i jego koledze zaproszeń. Po ich otrzymaniu uzyskali obaj wizy kanadyjskie.
Zaczęły się jednak problemy z zakupem biletów. Podjął się tego Anton. Któregoś dnia zadzwonił do Petera i powiedział, że bilet do Calgary kosztuje znacznie drożej niż do Toronto. Zaproponował, że kupi bilety do Toronto, że obaj przez dwa dni zwiedzą Niagarę (ze słynnym wodospadem), a następnie pojadą do Calgary autobusem. Peter przystał na to. Kiedy spotkali się w porcie lotniczym w Pradze, Anton wręczył mu bilet lotniczy, a Peter oddał mu za to równowartość w dolarach amerykańskich. Otrzymał na cele tej wyprawy pieniądze od brata z Kanady. Po zapłaceniu za bilet pozostało mu jeszcze ponad dwa tysiące dolarów amerykańskich.
Po wylądowaniu w Toronto udali się obaj autobusem do Niagary. Przewodnikiem był Anton, którego propozycjom Peter w pełni się podporządkowywał. Przyjechali nad wodospad późnym wieczorem. Pospacerowali trochę i wynajęli pokój w motelu. Wszystkie rachunki płacił Peter. Na drugi dzień chodzili wokół wodospadu i wzdłuż rzeki w dolnej części wodospadu. Później Anton kupił bidon do picia z szerokim zamknięciem, ale z lejkiem do picia. Wyjaśnił Peterowi, że jest to bardzo przydatne w drodze. Peter jeszcze nic nie podejrzewał.
Wieczorem Anton zaprowadził Petera nad zarośnięty krzewami brzeg rzeki granicznej między Kanadą i Stanami i oświadczył mu, że nie jedzie do Calgary, ale postanowił dostać się wpław przez rzekę do Stanów Zjednoczonych. Zaproponował Peterowi, aby zrobił to samo. Peter kategorycznie odmówił. Jego zamiarem nie było pozostawanie ani w Kanadzie, ani tym bardziej nielegalnie w Stanach. Po miesięcznym urlopie chciał wracać do rodziny w Czechach. Zaczął chodzić nerwowo wzdłuż brzegu, paląc papierosy i intensywnie myśląc, jak się wydostać z tej trudnej dla niego sytuacji.
Kiedy zawrócił z jednego z takich spacerów, zastał Antona rozebranego do spodenek. Ten oświadczył, że płynie na drugi brzeg. Nadto okazał Peterowi wcześniej zakupioną butelkę plastikową i oświadczył mu, że umieścił w niej swój i jego paszport oraz wszystkie pieniądze, jakie miał Peter w swoim plecaku. Powiedział, że zrobił tak, aby być pewnym, że Peter nie powiadomi szybko policji i że przekaże mu na drugi brzeg jego walizkę.
Okazało się, że Anton wyposażył się w długi sznurek. Powiedział Peterowi, że jak przepłynie na drugi brzeg, to odeśle mu w tej butelce paszport i pieniądze, jeśli Peter przywiąże do sznurka i odeśle mu jego walizkę. Nie dał Peterowi czasu na przemyślenie tego, tylko wszedł do wody i zniknął, bo była zupełna ciemność.
Sznurek rozwijał się systematycznie w ręku Petera. Po pewnej chwili usłyszał gdzieś z kierunku, gdzie zniknął Anton, dwa razy wołanie o pomoc, a później nastąpiła cisza. Peter zaczął ciągnąć sznurek. Początkowo stawiał opór, a później lekko nawijał się na kłębek. W końcu wyciągnął jego końcówkę, do której nie było nic przymocowane. Peter stał jeszcze chwilę, a następnie zarzucił swój plecak na plecy, wziął w ręce swoją i Antona walizkę i zaczął się wspinać po wysokiej skarpie.
Kiedy wyszedł na górę, machając rękoma zatrzymał jakiś samochód. Znał tylko jedno słowo po angielsku: "help" i dodał do tego "policja". Właściciel zatrzymanego samochodu zadzwonił gdzieś ze swojego telefonu komórkowego i już po chwili nadjechał samochód policyjny. Peter tłumaczył, co się wydarzyło, po czesku, ale nikt go nie rozumiał. W końcu policjant połączył się z kimś i okazało się, że był to policjant mówiący po polsku. Peter wytłumaczył mu, co się stało. Policjant z kolei przetłumaczył to swojemu koledze, który był koło Petera.
Po jakimś czasie nadjechały dalsze radiowozy, w tym w jednym z nich policjant polskiego pochodzenia, któremu Peter dokładnie wytłumaczył, co się stało, i pokazał miejsce, z którego Anton wszedł do wody. Peter został zabrany do aresztu, a na drugi dzień został dowieziony do sądu, gdzie otrzymał karę siedmiu dni więzienia. Odbywał tę karę wraz z mętami i alkoholikami. Po tym został przewieziony do aresztu imigracyjnego.
Po czterech dniach, będąc w więzieniu w Niagara Falls, został powiadomiony, że zostało znalezione ciało Antona. Powiadomiono go też, że Anton w czasie swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych dopuścił się na terenie tego kraju jakichś przestępstw. Znaleziono też butelkę plastikową i okazano mu jego paszport, który był w tej butelce. Peter zapytał, gdzie są jego pieniądze, które też znajdowały się w tej butelce. Otrzymał odpowiedź, że pieniędzy nie znaleziono. Zrozumiał, że dwa tysiące dolarów trafiło do kieszeni nieuczciwych policjantów.
Peter musiał czekać w areszcie na odlot do kraju dwa tygodnie, bo wcześniej nie zdołano znaleźć mu miejsca w samolocie. Odleciał więc w dniu, w którym kończył się jego zaplanowany urlop w Kanadzie. Był kompletnie bez pieniędzy. Nie wiedział, jak będzie mógł opłacić bilet na autobus z Pragi do swojej wsi. Pomógł mu w tym współtowarzysz niedoli pochodzenia ukraińskiego, który pożyczył mu piętnaście dolarów kanadyjskich.
Peter nie powiadomił swojej rodziny w Czechach o perturbacjach, jakie go spotkały i gdzie się znajduje. Nie powiadomił też swojego brata w Calgary. Brat nie wiedział o terminie jego planowanego przyjazdu. Chciał mu sprawić niespodziankę swoim przyjazdem.
Peter powiedział, że wiele przeżył przez te dni, że nikt go jeszcze tak nie oszukał w życiu jak nieżyjący Anton.
Ale jednocześnie wylatywał do kraju z satysfakcją, że dokładnie obejrzał sobie ten słynny wodospad, którego nie widział nikt z jego wioski i nikt z jego znajomych w Czechach, a więc będzie miał o czym opowiadać.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 06 lipiec 2012 19:01

Co nowego

Napisane przez

Ministerstwo Imigracji zapowiedziało wiele zmian w nowym imigracyjnym prawodawstwie. Jesteśmy na ostatnim etapie wdrażania reformy imigracyjnej "Balanced Refugee Reform Act". Jakie nastąpią zmiany? Ogólnie, nowe prawo drastycznie zaostrzy kwestię wydalania osób z przeszłością kryminalną, karanie przemytników i przewozicieli nielegalnych imigrantów oraz wprowadzi znaczne zmiany dla tych, którzy nie pochodzą z krajów azylanckich i nadużywają programu dla azylantów. Ich podania będą znacznie przyspieszone, łącznie z procedurami deportacyjnymi, natomiast możliwości apelacyjne ograniczone. Rząd chce także przyspieszyć podania azylantów, którzy zasługują na prawną ochronę w Kanadzie, np. imigranci z krajów, gdzie toczą się wojny i gdzie prawa człowieka są nieprzestrzegane.

Rząd zapowiada zmniejszenie wydatków na obsługę uchodźców i zaoszczędzenie około 1,65 miliarda dolarów w nadchodzących pięciu latach.
Osoby, które dostaną się w sposób nielegalny do Kanady, także z pomocą imigracyjnych przemytników, mogą być już aresztowane w wieku 16 lat. Osoby te będą miały szansę na uwolnienie po specjalnym przesłuchaniu w ciągu 14 dni lub następnie dopiero po 6 miesiącach. Do tej pory wielu imigrantów z różnych zakątków świata w relatywnie prosty sposób przedostawało się do Kanady, uzyskując sfałszowane dokumenty lub przekraczając granicę nielegalnie. Wprowadzenie utrudnień dla tych osób może znacznie zmniejszyć lukratywny biznes wszelkiego rodzaju przemytników i fałszerzy, którzy także surowiej zostaną pociągnięci do odpowiedzialności.
Rząd kanadyjski wprowadzi także biometryczne imigracyjne dokumenty, utrudniając możliwości ich fałszowania, w 2013 roku.
Nowa reforma imigracyjna wzbudza niezadowolenie wśród imigracyjnych adwokatów i konsultantów, zwłaszcza w kwestii znacznego przyspieszenia rozpatrywania podań o azyl i procesów deportacyjnych. Znaczne przyspieszenie czasu rozpatrywania podań o azyl nie zawsze daje szanse dobrego i przekonywającego przygotowania odpowiedniego podania i dokumentacji. A zatem, wiele osób, które kwalifikują się na kanadyjski azyl, otrzyma decyzję negatywną tylko dlatego, że nie jest w stanie zaprezentować swojej sprawy w odpowiedni sposób. Podkreślam, że dotyczy to jedynie podań o azyl (refugee claim).


Niestety, spora rzesza polskich imigrantów zgłasza praktycznie bezpodstawnie status azylanta w Kanadzie, otrzymując w konsekwencji nakaz deportacyjny.


OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ PROSIMY O KONTAKT: 416- 515-2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.. ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY WWW.EMIGRACJAKANADA.NET
Izabela Embalo MA, RCIC
Canadian Immigration Practitioner
Licencjonowany Doradca
Prawa Imigracyjnego

Ostatnio zmieniany piątek, 06 lipiec 2012 19:03

Ta trójka pewnego dnia odlatywała w różne kierunki świata, choć ich korzenie były nad Wisłą. Byli jakże różni, wiele ich dzieliło, ale mieli bliższe lub dalsze związki z Polską.

Dwójka pięćdziesięciolatków to kobieta i mężczyzna różniący się nie tylko płcią, ale i miejscem na ziemi. Ona zawitała do Kanady już siódmy raz. Pochodziła z Pomorza. Wcześniej nie miała problemów na lotnisku torontońskim. Przylatywała na 3-5 miesięcy i wracała w przewidzianym terminie. Zaskoczeniem dla niej było tym razem zatrzymanie i osadzenie w areszcie imigracyjnym. Oficer imigracyjny miał intuicję, zatrzymując ją z podejrzeniem, że jej intencją nie jest po raz n-ty odwiedzać Niagarę, i to przez sześć miesięcy, ale że jest ona sezonową pracownicą, chcącą zająć miejsce stałej rezydentce Kanady, która poszukuje podobnej pracy, a w między czasie pobiera zasiłek dla bezrobotnych.
Faktycznie, Maria, w Polsce rencistka, przylatywała po raz siódmy na okres letni, aby prowadzić dom swojemu dalekiemu, zapracowanemu kuzynowi. To on opłacał jej podróż, dawał jej utrzymanie i niewielkie kieszonkowe. Ona zajmowała się prowadzeniem dla jego rodziny (żona i dwoje dzieci) "polskiego domu". Trudno uznać to za przestępstwo, a nawet za naganne społecznie, ale ochrona kanadyjskiego rynku pracy przecięła te plany.
Najpierw Maria trafiła do aresztu imigracyjnego. Długa podróż (pociągiem do Warszawy i wielogodzinne siedzenie w samolocie), stres wywołany kilkugodzinnym przesłuchaniem, transport w kajdankach do aresztu, wszystko to spotęgowało u Marii jej dolegliwości. Miała nadciśnienie, ale kiedy z rana pielęgniarka aresztu rutynowo, jak w stosunku do wszystkich nowo przybyłych, zmierzyła jej ciśnienie, to natychmiast zwróciła się do kierownika zmiany w areszcie o wezwanie karetki, bo ciśnienie było bardzo wysokie. Maria miała problemy z oddawaniem moczu. Nogi jej stały się "słoniowate". Czuła kłucie w okolicy serca.


W szpitalu doprowadzono do obniżenia jej wysokiego ciśnienia, co było najgroźniejsze. Wróciła do aresztu. Potem została odesłana na lotnisko na kontynuację przesłuchania. Oficer imigracyjny zadzwonił do kuzyna Marii, pytając, czy wpłaci kaucję za nią w kwocie czterech tysięcy dolarów. Kuzyn odmówił. Wówczas oficer imigracyjny podjął decyzję o odesłaniu Marii najbliższym samolotem do Polski. Znalazło się wolne miejsce w samolocie LOT-u na następny dzień. Tak więc Maria wróciła jeszcze na jedną dobę do aresztu imigracyjnego. Odwiedził ją tam jej kuzyn. Tłumaczył jej, że wpłacanie kaucji nie miałoby sensu, bo i tak dostałaby prawo pobytu tylko na dwa – trzy tygodnie. Obiecał jej (choć ona powątpiewała w jego szczerość), że spróbuje zaprosić ją na następny okres letni. Wieczorem Maria odleciała do Warszawy.
W tym mniej więcej czasie pojawił się na lotnisku wspomniany wcześniej Polak. Był to mężczyzna średniego wzrostu, ale o sportowej sylwetce, tryskający zdrowiem. On nie był eskortowany w kajdankach z aresztu na lotnisko. Przybył tu dobrowolnie, sam kupił bilet na samolot odlatujący do Anglii. Był bowiem również obywatelem brytyjskim. Urodził się na południu Polski, tam skończył studia i uzyskał doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim z biochemii. Pracując na uczelni, zarabiał grosze. Wprawdzie dorabiał sobie ucząc w filiach, ale była to prawdziwa szarpanina.
Jego kolega, tuż po doktoracie wyjechał na stałe do Anglii. Tam wkręcił się do pracy do instytutu badawczego. Zachęcił Jarka do przylotu do niego. Kiedy Jarek przyleciał do Londynu, kolega zaprowadził go do instytutu, w którym pracował i przedstawił szefowi tego instytutu. Ten rozpytał Jarka, czym się zajmuje. Rozmowa doprowadziła do tego, że szef instytutu zaproponował Jarkowi pracę na okres próbny półroczny, posyłając go do kadr, aby zalegalizować jego pracę w Anglii, bo był to jeszcze okres, kiedy nie było swobody zatrudniania Polaków w Anglii. Po pół roku Jarek dostał stały kontrakt i rozpoczął kroki zmierzające do uzyskania obywatelstwa brytyjskiego, co nastąpiło po dwóch latach. Po czterech latach pracy w Londynie szef instytutu zaproponował mu wylot do pracy do filii instytutu w Toronto. Pracownicy londyńscy rotacyjnie odbywali staże w Toronto, a torontońscy na analogiczne okresy pracy przylatywali do Londynu.


Jarek zgodził się, uznając to za dobrą przygodę, a nadto wiązało się to ze wzrostem wynagrodzenia. Już po kilku tygodniach pracy w Toronto poznał pracującą również w instytucie, ale w innym dziale, Polkę z pochodzenia, wykształconą w Kanadzie. Była od niego o kilkanaście lat młodsza i zajmowała w hierarchii niższe stanowisko niż Jarek. Zawiązała się między nimi nić sympatii. Ona stała się przewodniczką dla Jarka w nowym dla niego kraju. Po dwóch miesiącach byli już parą i Jarek wprowadził się do jej segmentu.
Był bardzo zazdrosny o swoją piękną dziewczynę. Zalecał się do niej jej szef, Kanadyjczyk z urodzenia. Skarżyła się Jarkowi, a ten przy jakiejś okazji ostrzegł tego faceta, aby odczepił się od jego dziewczyny. Ten tylko wzruszył ramionami. Któregoś dnia odbyła się impreza z jakiejś okazji w dziale dziewczyny Jarka. Szef działu upił ją, sam też był dość wstawiony i w swoim gabinecie odbył z nią stosunek płciowy. Nie oskarżyła go o gwałt, a tylko powiedziała o tym Jarkowi. Ten na drugi dzień wszedł do gabinetu szefa swojej dziewczyny i walnął go pięścią w twarz. Złamał mu kość policzkową. Wezwana została policja. Jarek został aresztowany i odstawiony do aresztu. Sędzia wymierzył mu karę 60 dni więzienia, którą odbywał w weekendy.
Po pewnym czasie od zawiązania związku wystąpił do władz o przyznanie mu prawa stałego pobytu w Kanadzie. Procedura trwała, ale po skazaniu za pobicie Jarek otrzymał decyzję odmowną. Nakazano mu opuszczenie Kanady po odbyciu kary. Zgodził się na to, uzgadniając ze swoją dziewczyną, że ta przyleci do niego do Londynu, gdzie miał wystarać się dla niej o pracę. Bo po tym wszystkim została zwolniona z pracy, a jej szef pozostał na swoim stanowisku z pensją trzystu tysięcy dolarów rocznie.
W innym kierunku, tego samego dnia odlatywał 15-letni Sam. Jego kierunek deportacji to Nowy Jork. Stawił się dobrowolnie na lotnisko w towarzystwie matki. Jego polskie korzenie sięgały do pradziadków. Dwaj z nich zamieszkiwali na polskich Kresach. W 1940 roku zostali zesłani, wraz z rodzicami i rodzeństwem, na Syberię, skąd dostali się do armii Andersa. Przeszli wojskowe przeszkolenie i odbyli z II Korpusem szlak do Palestyny. Tam, wraz z kilkuset innymi żołnierzami pochodzenia żydowskiego, zdezerterowali i zasilili oddziały partyzanckie walczące z Brytyjczykami, sprawującymi mandat Ligi Narodów nad tym terytorium. Po zakończeniu wojny i uzyskaniu niezależności przez Izrael, jako byli kombatanci, urządzili się dobrze, zakładając firmy handlowe. Ich dzieci zawarły związki małżeńskie, z których zrodziły się dzieci, m.in. ojciec i matka Sama.
Kiedy ci się pobrali, to już po roku zdecydowali się na osiedlenie w Stanach Zjednoczonych. Ojciec Sama zatrudniony został na stanowisku kierowniczym w filii firmy swojego ojca w Nowym Jorku. Tu urodził się Sam jako najmłodszy syn oraz dwie jego starsze siostry i brat. Wszyscy oni, przez urodzenie na terytorium Stanów, uzyskali automatycznie obywatelstwo amerykańskie. Sam nie pamiętał swojego ojca, bo kiedy miał dwa lata, związek jego rodziców się rozpadł. Ojciec, po śmierci swojego ojca, wrócił do Izraela i objął w posiadanie jego majątek i kierowanie całą firmą. Matka Sama została w Stanach, opiekując się czwórką dzieci. Ich ojciec nie skąpił pieniędzy na ich utrzymanie i wykształcenie.


Kiedy Sam miał dwanaście lat, jego matka poznała żydowskiego biznesmena, który przyleciał z Izraela do Nowego Jorku w interesach. Romans ten doprowadził do tego, że ona, nigdy nie mając obywatelstwa amerykańskiego, ale zachowując izraelskie, poleciała na stałe do Izraela i zamieszkała ze swoim nowym mężem. Sam został w Nowym Jorku pod opieką starszych sióstr (22 i 25 lat), które były już zamężne.


Po roku zdecydował, że musi odmienić swój los. Fizycznie rozwijał się normalnie, natomiast w psychice nastąpiło rozwarstwienie. W zakresie wiedzy ogólnej był nawet bardziej rozwinięty niż jego rówieśnicy, a w pewnej części swojego rozwoju był opóźniony o kilka lat. W tym czasie poznał przez Internet swojego rówieśnika zamieszkałego w Toronto. Pewnego dnia kupił bilet lotniczy i bez wiedzy matki i rodzeństwa poleciał do Toronto.
Rodzice kolegi natychmiast powiadomili o przybyciu tego niespodziewanego gościa jego matkę i rodzeństwo. Uzgodniono, że Sam pozostanie u nich w Kanadzie, tu będzie chodził do szkoły, a jego rodzice pokryją w pełni koszty pobytu Sama w tej żydowskiej rodzinie.
Po kilku tygodniach, na wyraźne żądanie Sama wystąpiono o uzyskanie przez niego statusu stałego rezydenta Kanady.


Proces trwał dwa lata. W końcu zapadła decyzja odmowna i polecono Samowi opuszczenie Kanady. Powiadomiona o tym jego matka przyleciała z Izraela do Toronto i tu dopilnowała, aby powrót jej syna do Nowego Jorku odbył się bez przeszkód. Miał zamieszkać ze swoim starszym, obecnie 22-letnim bratem, już usamodzielnionym, a rodzice Sama mieli nadal łożyć na utrzymanie tego "trudnego" dziecka, aż do jego usamodzielnienia się.
Tego samego wieczoru, trójka jakże różnych osób, o polsko brzmiących nazwiskach, odleciała z Toronto w różnych kierunkach globu ziemskiego.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 29 czerwiec 2012 16:51

Cena

Napisane przez


Izabela EmbaloUsługi prawne nie są tanie, wie to prawie każdy. Często słyszę od naszych ziomków czy klientów, najczęściej przychodzących z innych firm, że konsultanci imigracyjni czy także adwokaci pobierają wysokie prowizje, "wyrywają dużą kasę" w potocznym słowa brzmieniu, ale jak to wygląda tak naprawdę? Rzeczywiście, nie wszyscy pośrednicy działają z uprawnieniami i etycznie, nie bronię tu wszelkiego rodzaju imigracyjnych oszustów, którzy świadomie krzywdzą imigrantów, jednak zależy mi na wyjaśnieniu wyceny spraw prawnych.


Oczywiście cena powinna być fair dla profesjonalisty i dla klienta, ale warto uświadomić sobie, co się składa na wycenę usługi prawnej.
Każda profesjonalna licencjonowana firma musi najpierw wiele wydać, by należycie obsłużyć klienta. Konsultant czy adwokat musi najpierw opłacić studia, egzaminy, biuro, personel, wymagane obowiązkowo materiały edukacyjne (seminaria), licencje, ubezpieczenie, nie wspominając już o reklamie, Internecie, telefonach, komórkach do użycia biznesowego czy podatkach. Sama licencja i koszt obowiązkowych szkoleń i ubezpieczenia to wydatek kilku tysięcy rocznie.


Ponadto sprawy imigracyjne niekiedy trwają rok, dwa lata lub dłużej. Jeśli rozbijemy cenę na czas pracy prawnego profesjonalisty, okaże się, że stawka nie jest aż tak wysoka. Nie jest też do końca prawda, że obsługa sprawy imigracyjnej to jedynie wypełnienie i złożenie podania. Sporo włożonego czasu, może nawet niedocenianego przez wielu klientów, to czas, jaki profesjonalista prawny przeznacza na prawne analizy, opracowanie strategii, argumentacji, dokumentacji czy chociażby wybór odpowiedniego programu.


Nie należy się zatem dziwić, że adwokaci czy konsultanci nie udzielają informacji i porad przez telefon czy elektronicznie. Niektórzy nawet tekstują obszerne pytania, oczekując porady. Po pierwsze, nie zawsze można ocenić sprawę i ją przeanalizować w krótkiej rozmowie czy e-mailu. Należy przeegzaminować dokumentację itp. Po drugie, każdy chciałby za swoją wiedzę i pracę być wynagrodzony, bo jeśli ktoś z Państwa poszedłby do pracy i nie otrzymał wynagrodzenia, nie będzie zadowolony, prawda? Jednak w przypadku profesjonalistów prawnych, najczęściej opłaty pobierane za konsultacje przeznaczane są na pokrycie kosztów biura, nie jest to nawet zarobek firmy. Mam nadzieję, że to jest teraz dla Państwa zrozumiałe.
Nasze biuro często udziela wstępnych informacji telefonicznie, choć muszę przyznać, że wiele osób docenia czas i wiedzę innych i od razu umawia się na konsultacje. Opłata za wstępną konsultację jest kredytowana, jeśli klient zatrudnia nas do pomocy imigracyjnej, a zatem dla naszych klientów jest ona praktycznie BEZPŁATNA.


Izabela Embalo MA, RCIC
Canadian Immigration Practitioner
Licencjonowany Doradca Prawa Imigracyjnego