Goniec

Register Login

Prawo imigracyjne

Prawo imigracyjne

piątek, 07 wrzesień 2012 15:22

Kto może stracić pobyt stały?

Napisane przez

 

Izabela EmbaloPobytu stałego nie traci się po 6 miesiącach od opuszczenia Kanady. Tak było kiedyś, choć do dziś wiele osób jest przekonanych, że zostanie im odebrana stała rezydencja, jeśli wybiorą się poza Kanadę na kilka miesięcy.
Znam nawet kobietę, która w obawie o utratę pobytu w Kanadzie (zamieszkuje obecnie w Miami w USA), zmuszona jest do częstego podróżowania do Kanady po 6-miesięcznej nieobecności w Toronto. Znajomi podpowiedzieli jej, że takie są zasady zachowania pobytu w Kanadzie. Można sobie tylko wyobrazić, ile musi ona niepotrzebnie wydać na bilety lotnicze. W dodatku towarzyszy jej małżonek, obywatel kanadyjski, a zatem pobyt stały nie zostanie jej odebrany nawet po dłuższej nieobecności w Kanadzie.
Jak wygląda ta sprawa w świetle obowiązujących przepisów? Paragraf 28 Kodeksu prawa imigracyjnego Kanady opisuje, jakie warunki muszą być spełnione, by stały rezydent Kanady nie stracił pobytu stałego. Jeszcze do tej pory wiele osób jest przekonanych, kierując się starymi zasadami, że pobyt traci się już po 6 miesiącach nieobecności w Kanadzie, jednak prawo zmieniło się i obligacja rezydencka została zmieniona na korzyść imigrantów.


Prawo kanadyjskie wymaga, by osoba przebywała w Kanadzie fizycznie 730 dni, by utrzymać pobyt stały w okresie ostatnich pięciu lat. A zatem można być poza Kanadą przez trzy lata i nie stracić stałego statusu. Ponadto kanadyjski rezydent przebywający za granicą nie traci stałego pobytu, jeśli zamieszkuje poza Kanadą z kanadyjskim obywatelem – żoną, mężem, dzieckiem, partnerem w relacji konkubinatu.
Osoby pracujące poza Kanadą dla kanadyjskiej korporacji czy dla kanadyjskiego rządu także nie tracą prawa stałego zamieszkania, nawet jeśli pozostają poza Kanadą przez wiele lat.


Ponadto brane są pod uwagę wszelkiego rodzaju humanitarne okoliczności sprawy, a zatem przykładowo, jeśli osoba przebywała poza Kanadą z przyczyn niezależnych od siebie i pragnie po latach powrócić do Kanady jako stały rezydent, pobyt stały nie zostanie odebrany. Oczywiście decyzja finalna zależy od urzędnika, wiele jednak podobnych spraw jest rozpatrywanych pozytywnie.
Pobyt stały może być także odebrany na terenie Kanady osobie, która popełniła wykroczenie kryminalne.
Co robić w przypadkach odebrania statusu stałego rezydenta? Osoba posiadająca pobyt stały ma prawo odwoływać się od tej decyzji zgodnie z paragrafem 63(4).

mgr Izabela Embalo
Licencjonowany doradca
prawa imigracyjnego
licencja 506496
Notariusz-Commissioner of Oath

OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ, WIZAMI PRACOWNICZYMI,
STUDENCKIMI I INNYMI PROCEDURAMI IMIGRACYJNYMI, PROSIMY O KONTAKT:
tel. 416 515 2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
OFERUJEMY NIEDROGIE USŁUGI NOTARIALNE, TŁUMACZENIA,
PROWADZIMY SPRAWY URZĘDOWE.
Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony
www.emigracjakanada.net
www.emigracjadokanady.com.pl
Przyjmujemy także wieczorami i w niektóre weekendy po uprzednim zamówieniu wizyty.

piątek, 07 wrzesień 2012 15:17

Opowieści z aresztu imigracyjnego: Z Casablanki

Napisane przez

Były podobne, choć młodsza Nina, mimo swoich 40 lat, musiała być pięknością we wczesnej młodości, a i dzisiaj była niezwykle atrakcyjna. Jej starsza o trzy lata siostra Mila, w okularach, może niezbyt dobrze dobranych, postarzających ją, żyła w cieniu siostry. Obie pochodziły z Maroka, a konkretnie z Casablanki.


Znały obie klasyk filmowy z Bogartem i Bergman w filmie "Casablanca" i były dumne ze swojego miasta, które faktycznie, szczególnie starsza część, to jakby niekończące się ulice "białych domów", zbudowanych z miejscowego, białego kamienia.
Pochodziły ze średnio zamożnej rodziny. Ojciec był kupcem, a matka gospodynią domową. To po niej Nina "odziedziczyła" ciemnoblond włosy. W dzieciństwie nawet była jasną blondynką, co było ewenementem wśród jej czarnowłosych rówieśnic. Bo w odróżnieniu od czysto arabskiej centralnej i wschodniej Północnej Afryki, one uważały, że Marokańczycy są trochę inni. Zdecydowała o tym duża wymiana krwi z kolonistami francuskimi i hiszpańskimi, a być może również z jasnowłosymi wikingami. Stąd nietypowy kolor włosów Niny. Obie miały piękną, jasnobrązową cerę. To genetycznie akumulowany wpływ promieni słonecznych, bo choć Nina już dłużej żyła w Kanadzie niż w swoim rodzinnym kraju, to jednak karnacja przodków u niej pozostała.


Kiedy Mila dorosła, zaczęły się poszukiwania dla niej męża. Bo choć rodzina była nowoczesna, to jednak część starych zwyczajów zachowała. Ojciec upatrzyła dla niej syna partnera w interesach, który sam też zajmował się kupiectwem. Wesele było tradycyjnie huczne. Wszystko zapowiadało się szczęśliwie.


Tuż po wydaniu córki za mąż zmarła ich matka. Mniej to początkowo odbiło się na Mili, bo miała już własny dom. Natomiast Nina, która kończyła szkołę średnią, przeżyła bardzo śmierć najbliższej jej osoby. Tym bardziej, że dzieliły obie wspólną pasję: tradycyjny taniec. Nina, za namową jeszcze żyjącej matki, uczęszczała do szkoły baletowej. Po śmierci matki postanowiła, że będzie to jej droga do kariery. Ojciec na początku gwałtownie się sprzeciwiał. Chciał, aby poszła na studia lub szybko wyszła za mąż. W obu przypadkach obiecywał pomoc. Nina jednak wybrała karierę tancerki.


Poddała się kilku testom i w końcu została zaakceptowana do nocnego lokalu jako tancerka – praktykantka. Miała podglądać starsze koleżanki i po kilku tygodniach, po opracowaniu w pełni własnego programu, została wpuszczona na scenę. Tańczyła z werwą, a młodość, świeżość wzbudzała zainteresowanie klienteli. Nie miało to nic wspólnego ze striptizem lub paraprostytucją w zachodnio pojmowanym stylu.
Nina wyrobiła sobie markę i występowała prawie co noc. Lokal, w którym występowała, chętnie odwiedzali zamożni cudzoziemcy. Któregoś wieczoru odwiedził ten lokal młody inżynier z Kanady. Po studiach rodzice zafundowali mu miesięczną podróż dookoła świata. Po powrocie miał już zapewnioną pracę w firmie, której właścicielem był jego ojciec. John przejechał już w szybkim tempie pół Europy i postanowił spenetrować Afrykę.
W Casablance planował dwudniowy pobyt. Ale po zobaczeniu Niny w tańcu już się nie ruszył z tego miasta do końca urlopu. Przychodził co noc na jej występy. Po trzech występach ona też go zauważyła, bo był wysokim, przystojnym mężczyzną. Po czwartym wieczorze John postanowił poczekać na wychodzącą z lokalu po występie urodziwą tancerkę. Od kelnera, któremu dał suty napiwek, dowiedział się, jakie ma imię i którymi drzwiami będzie wychodziła. Czekał tam na nią z bukietem kwiatów. Wychodziła z koleżanką. Tak więc kiedy John się do nich zbliżył, nie wywołało to niepokoju Niny. Przedstawił się i zaproponował odprowadzenie obu pań do domu. Zgodziły się. Mieszkały w pobliżu siebie. Po rozstaniu z koleżanką John zapytał, czy może zaprosić Ninę do jakiegoś pobliskiego lokalu. Odmówiła, ale przystała na propozycję, aby spotkali się następnego dnia w godzinach popołudniowych. I tak zaczęła się ta romantyczna przygoda.


John przed odlotem do Kanady został przedstawiony ojcu Niny. Ten wypytał szczegółowo o sprawy rodzinne i majątkowe Johna, a kiedy w ostatnim dniu pobytu w Casablance, za przyzwoleniem Niny, oświadczył się o nią, zostało to przychylnie zaakceptowane. Nina przyleciała po miesiącu wraz z ojcem i siostrą do Toronto i na drugi dzień po ich przylocie odbył się jej ślub i Johna. Potem on ją sponsorował i bez wylotu z Kanady uzyskała po jakimś czasie stały tutaj pobyt.


Mówiła dość dobrze po angielsku, ale John posłał ją na kilkumiesięczny intensywny kurs doskonalący, a następnie do college'u na kurs biznesowy. To ona, po miodowym miesiącu, poprosiła go o pokierowanie jej karierą. Nie chciała być tylko "kurą domową" jak jej siostra. Po tym została zatrudniona w firmie jego ojca w dziale ekonomicznym. Po kilku latach John przejął prowadzenie firmy ojca, a Nina została w niej kierowniczką całego działu ekonomicznego. Po dziesięciu latach trwania związku urodziła im się piękna córeczka.
Problem dziecka stał się przyczyną kryzysu w rodzinie Mili. Ona nie dawała potomka mężowi, a wnuka jego rodzicom. Problem ten stawał się z upływem lat coraz bardziej dręczący. W środowisku męża Mila uznana została za bezpłodną, a więc bezwartościową. Kłótnie zamieniały się w jej pobicia przez męża. Kiedy podniosła argument, że być może to on jest bezpłodny, to oświadczył jej, że ma syna z pewną kobietą, a więc to ona jest wyłącznie winna tego, że nie mają potomka. Skończyło się to kolejnym pobiciem.
Mila następnego dnia uciekła do domu swojego ojca. Nie był on zachwycony tym, co się stało, ale też nie chciał takiego traktowania swojej córki. Skontaktował się z Niną i poprosił o pomoc. Ta wysłała natychmiast zaproszenie do siostry, aby ta przyleciała do niej.
Było to korzystne dla obu stron. Po pięciu latach intensywnej opieki nad córeczką i domem, choć z pomocą gosposi, Nina pragnęła ponownie w pełnym wymiarze włączyć się w życie zawodowe i towarzyskie męża. Mila jej to zapewniła. Stała się oddaną opiekunką dla swojej siostrzenicy, jak również wzorowo prowadziła dom siostry.


Po kilku miesiącach od przybycia do Kanady Nina postanowiła zalegalizować tutaj pobyt siostry. Zwróciła się z tą strawą do agenta, który za sowitą opłatą zajął się całością zagadnienia. Głównym argumentem było znęcanie się nad Milą przez jej męża i fakt złego traktowania bezpłodnej kobiety w jej rodzinnym kraju. Podstawą zatem prośby były sprawy humanitarne.
Cały proces trwał około trzech lat. W końcu, po przegraniu ostatniej batalii, Mila została poproszona o opuszczenie Kanady. Przeciągano to jeszcze kilka miesięcy, co spowodowało wydanie decyzji o deportacji. Kiedy Nina została poinformowana telefonicznie przez oficera imigracyjnego, że jeśli w ciągu tygodnia nie otrzyma on biletu na samolot jej siostry, to zostanie ona aresztowana i umieszczona w areszcie imigracyjnym, postanowiła temu zapobiec.
Następnego dnia, po naradzie z Milą i swoim mężem, Nina kupiła dla Mili i dla siebie bilet na samolot. Bilet siostry kolejnego dnia dostarczyła do urzędu imigracyjnego. Był to bilet łączony: z Toronto do Montrealu i stamtąd do Casablanki. Dla siebie Nina kupiła bilet do Montrealu, aby towarzyszyć siostrze, aby ta się nie pogubiła, bo mimo trzyletniego pobytu w Kanadzie, mając siostrę i siostrzenicę za tłumaczki, nie nauczyła się angielskiego.


Mila wracała do domu ojca. Miała też nadzieję na zakończenie procesu rozwodowego, który przy pomocy finansowej Niny wszczęła w Casablance za pośrednictwem wskazanego przez ojca adwokata. Nina planowała też przyszłość siostry. Wiedziała, że siostra, nie mając wykształcenia i znajomości języka angielskiego, ma marne szanse na uzyskanie stałego pobytu w Kanadzie. Jedyną furtką byłoby uzyskanie dla niej pracy pomocy domowej w jakimś domu, w którym mogłaby opiekować się osobą starszą lub z inwalidztwem, a która mówiłaby w jej rodzinnym języku. Była to wąska furtka, ale Nina postanowiła poświęcić temu najbliższe tygodnie.
Planowała też za rok podróż z mężem i córeczką do Maroka. Od czasu opuszczenia domu rodzinnego była tam tylko raz z dwutygodniową wizytą. Ojciec odwiedzał ją dwukrotnie w Kanadzie. Ona traktowała Kanadę jako swoją drugą ojczyznę. Uważała, że jest to najlepszy kraj dla takich jak ona imigrantów.


Dwie siostry, których losy tak różnie potoczyły się, siedziały przytulone do siebie, oczekując na samolot, po opuszczeniu którego miały się rozstać na rok. Mila zadumana, przeżywająca wewnętrznie koleje swojego losu, którymi w ostatnich latach kierowali inni i Nina, otwarta, spontaniczna, kontaktowa i ciągle piękna.


Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 31 sierpień 2012 18:14

Można uniknąć nielegalności

Napisane przez

Izabela EmbaloPracy w Kanadzie nie brakuje, wie to każdy, kto przyjechał chociażby z wizytą lub kto przegląda internetowe ogłoszenia o pracy w Kanadzie. Możliwości zatrudnienia zależą w dużym stopniu od kanadyjskiej prowincji i od samych umiejętności potencjalnego pracownika. Jednak by pracować w Kanadzie, należy posiadać autoryzację pracy (wizę pracowniczą), jaką nie zawsze łatwo jest załatwić. Należy wiedzieć, w jakiej kategorii się o nią ubiegać i jakie są wymogi prawne.


Od niedawna polscy obywatele mogą starać się o zezwolenie na pracę w programie SWAP. Choć program sam w sobie jest raczej możliwością zdobycia międzynarodowego doświadczenia, nauki języka, poznania kultury, dla niektórych staje się on szansą przyjechania – legalnego zatrudnienia i może zakwalifikowania się na jeden z istniejących programów imigracyjnych. Obecnie większość programów wymaga, by posiadać stałą ofertę pracy w Kanadzie lub pracodawcę sponsora.
Wielu naszych klientów spotkało odpowiedniego pracodawcę, który chce zatrudnić polskich pracowników na stałe, co otwiera dalsze opcje pozostania. Okazuje się bowiem, że Polacy są rzetelnymi i dobrymi pracownikami.
Polacy mają następnie szanse pozostania na przykład w programie Canadian Experienced Class, Federal Skilled Workers lub korzystając z programów prowincyjnych.


Niektórzy przez rok oszczędzają fundusze, by ponownie powrócić do Kanady na studia.
Myślę, że z wielu programów stałej rezydencji imigracja prowincyjna jest jedną z najlepszych opcji, jaką warto wziąć pod uwagę, ponieważ wnioski są załatwiane szybciej, kandydat nie musi jeszcze zdać trudnych językowych testów, otrzymuje także w większości przypadków na czas trwania procedury wizę pracowniczą. Niestety, muszę przyznać, że z językami obcymi wielu naszych rodaków jest na bakier i nawet osoby zamieszkujące w krajach anglojęzycznych często nie uczą się angielskiego, a szkoda. Brak znajomości języka zamyka niekiedy drogę imigracji. Inne nacje "biją nas o głowę", jeśli chodzi o znajomość języków obcych. Młode pokolenie imigrantów jest już lepiej nastawione do nauki angielskiego, spotykam niekiedy młodych imigrantów, którzy mówią nie tylko po angielsku, ale także po francusku.
W dodatku wielu polskich imigrantów, moim zdaniem, popełnia błąd, przybywając do Kanady i podejmując się pracy nielegalnej, kiedy można przed przylotem otrzymać wizę pracowniczą, tak jak pisałam, nawet bez posiadania kontraktu. Warto skontaktować się ze specjalistą imigracyjnym przed przylotem, jeśli ktoś ma zamiar w Kanadzie nie tylko przebywać turystycznie, ale także pracować lub myśli o stałej emigracji. Odpowiednie informacje i znajomość kanadyjskich przepisów mogą znacznie ułatwić drogę imigracyjną.
Praca i pozostanie bez statusu może zamknąć niektóre możliwości pozostania, nie wspominając już o tym, że osobie pracującej lub pozostającej bez ważnej wizy grozi aresztowanie i deportacja.

 

 

Pomagamy naszym klientom imigrować w programach prowincji (Quebec, Alberta).



Pomagamy naszym klientom imigrować w programach prowincji (Quebec, Alberta).


Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca
Prawa Imigracyjnego
Commissioner of Oath
UWAGA! Oferujemy również usługi notarialne (Commission of Oath)
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMT O KONTAKT:
416-515-2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.\"'; document.getElementById('cloak44954').innerHTML += ''+addy_text44954+'<\/a>'; //-->

ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY:
www.emigracjakanada.net

piątek, 31 sierpień 2012 12:08

Opowieści z aresztu deportacyjnego: Kulturysta

Napisane przez

 

Kiedy Ali został przywieziony w kajdankach do aresztu imigracyjnego miał 21 lat. Wyglądał na starszego o 2 – 3 lata, ale wrażenie to było spowodowane jego muskularną budową ciała. Przy 175 centymetrach wzrostu miał rozrośnięte bary, wielkie bicepsy, ale nie był zbyt szczupły w pasie. Raczej miał wygląd młodego Herkulesa niż Dawida czy Dyskobola z czasów starożytnej Grecji.
Był Turkiem, ale urodzonym w Afganistanie, gdzieś przy granicy z Tadżykistanem. Był 23., ostatnim dzieckiem swojego ojca, który zmarł dziesięć lat wcześniej "ze starości", mając 93 lata. Ojciec Alego miał trzy żony i wszystkie je przeżył. Najstarszy brat Alego, będący synem pierwszej żony jego ojca, był starszy od Alego o ponad czterdzieści lat.


Do pogranicznego miasta w Afganistanie przybyli tureccy przodkowie Alego w okresie, gdy nad całym tym obszarem panowała dynastia ottomańska. Będąc w służbie sułtana, byli kastą uprzywilejowaną. Rewolucja w Turcji, w okresie między wojnami światowymi, uwolnienie się Afganistanu od dominacji tureckiej, a później brytyjskiej spowodowało, że pozycja rodziny Alego powoli spadała do przeciętnego poziomu. Ojciec Alego był rozczarowany upadkiem tureckiego imperium i z zainteresowaniem spozierał na powstawanie innego – sowieckiego.
Po napaści Niemiec na Związek Sowiecki, po drugiej stronie granicy zaczął się gwałtowny pobór do wojska. Wieści te przenikały przez granicę. Ojciec Alego, już żonaty i posiadający pierwszego potomka, zdecydował wspomóc osobiście imperium sowieckie. Przeniknął przez granicę i wstąpił do Armii Czerwonej. Był rosły, silny, a przy tym sprytny, tak więc szybko awansował do stopnia sierżanta i dowódcy plutonu. Dowodził zwykle Azjatami, z którymi dotarł aż do Niemiec. Poużywali sobie "bojcy" w tym "zdobycznym" kraju, ale później zostali odesłani w swoje rejony zamieszkania. Ojciec Alego, poznając zasady funkcjonowania imperium komunistycznego od środka, stracił entuzjazm do kontynuacji swojego dla niego wsparcia, tym bardziej że w czasach pokojowych już nie można było korzystać z tej swobody, którą on i jego podkomendni mieli w okresie wojny. Zwolnił się więc z wojska i przeniknął ponownie przez granicę.


Po powrocie do domu zabrał się ostro do pracy, czego owocem były przychodzące co roku na świat dzieci. Później nawet te przerwy między porodami się zagęściły, bo dobrał on sobie drugą żonę, z którą też nie próżnował, mnożąc wyznawców Allaha. Po śmierci pierwszej żony ożenił się z matką Alego, z którą miał trzy córki i czterech synów, w tym Alego, jako ostatniego.
Kiedy wojska sowieckie przybyły z "bratnią pomocą" do Afganistanu, ojciec Alego przywitał je z radością, oddając im różne usługi. Korzystał w związku z tym z różnych przywilejów, a głównie handlował półlegalnie i całkiem nielegalnie ze skorumpowanymi oficerami, którzy sprzedawali sprzęt i materiały wojenne i kupowali chętnie alkohol i inne produkty, które było trudno dostać w ich kraju. Ta współpraca Turka z najeźdźcami nie podobała się miejscowej ludności. Kiedy Sowieci zostali przegnani, powstańcy afgańscy oczyszczali własne środowisko ze sprzedawczyków. Dopadli oni matkę Alego, jego starszego brata i siostrę, których zamordowali. W wieku dziesięciu lat Ali stał się zupełnym sierotą. Przygarnęła go rodzina jednego z jego starszych braci, który z kolei był po stronie talibów, a więc nie miał problemu z nową władzą.
Rodzina nie bardzo była przejęta edukacją Alego. Zakończył naukę w wieku 14 lat. Szybko doszedł on do wniosku, że realną wartość mają pieniądze i siła. Co do pierwszych, to zdobywał je jeszcze na niedużą skalę. Natomiast większość wolnego czasu poświęcał na ćwiczenia fizyczne. Przybywało mięśni i siły, co stawiało go w gronie przywódców młodzieżowego gangu w jego rodzinnym mieście. Ale Ali marzył o wyrwaniu się z tego środowiska. Wiedział, że jest Turkiem, a w rozmowach rodzinnych Turcja była kreślona jako kraj szczęśliwości.
Mając osiemnaście lat, Ali zaczął swoją wędrówkę po świecie. Nie miał jakichkolwiek dokumentów. Ale wykorzystując fakt, że granice nie były szczelnie strzeżone, w okresie walk wszystkich ze wszystkimi, przeniknął najpierw do Iranu, a następnie do Turcji. Tu zabawił dwa lata. Wydawało mu się, że zostanie tu przyjęty z otwartymi ramionami, jako wracający z wygnania wierny wnuk tej ziemi. Rzeczywistość okazała się mniej radosna. Nikt mu niczego nie darował. Musiał harować na kawałek chleba. Czasami musiał coś ukraść, aby mieć co włożyć do ust. Przesiedział też kilka razy w areszcie policyjnym, gdzie nie tylko słownie przekonywano go do powrotu do swojego rodzinnego Afganistanu. Był on bowiem Turkiem, ale tym gorszym, afgańskim. Dano mu to odczuć wielokrotnie.


Ali postanowił ruszyć w dalszy świat. Ale do tego potrzebne były mu dokumenty. "Pracował" nad tym przez miesiąc. W końcu przydybał młodego turystę brytyjskiego, którego dotkliwie pobił w ciemnej ulicy i ograbił go z dokumentów i pieniędzy. To dość długie tropienie właściwego kandydata wynikało też z tego powodu, że Ali szukał osobnika bardzo podobnego do siebie. I w końcu znalazł.
Z brytyjskim paszportem Ali bez problemu znalazł się na terytorium Anglii. Tutaj zabawił kilka miesięcy. Poduczył się języka. Trochę pracował i trochę się szwendał. Potem odwiedził prawie wszystkie kraje Europy Zachodniej. Zatrzymał się trochę dłużej we Francji. Tutaj, w celu podreperowania budżetu dokonał kilku napadów na turystów. W końcu wpadł. Policja dała mu do wyboru: albo sąd i więzienie, albo Legia Cudzoziemska. Ta druga propozycja była niewątpliwie związana z silną budową fizyczną Alego. Zgodził się wstępnie na tę propozycję, ale w drodze do obozu treningowego zbiegł. Na szczęście dla niego schował wcześniej swój brytyjski paszport w skrytce, tak więc po dostaniu się do tego miejsca i zabraniu paszportu i pieniędzy udał się niezwłocznie na lotnisko i kupił bilet do Kanady. Wiedział bowiem, że będzie już wkrótce poszukiwany przez francuską policję.


Kiedy Ali postawił nogę na ziemi kanadyjskiej, to po wstępnym przesłuchaniu i ujawnieniu przez oficera imigracyjnego, że nie jest on tym, którego dane widnieją w paszporcie, został aresztowany i odesłany do aresztu imigracyjnego. Tutaj Ali zaczął poszukiwać wsparcia u osób ze swojego środowiska, których telefony uzyskał w czasie swojej wędrówki po świecie. Nie bardzo były one chętne do udzielenia mu pomocy. Ali znosił to godnie. Nie zaniedbał tego, co uważał za najważniejsze: ćwiczeń fizycznych. Był on dumny ze swojej budowy i na tle innych aresztantów wyglądał jak heros.
Wykorzystywał każdy możliwy sprzęt do swoich ćwiczeń. Ale tego nie było wiele. Ciągle robił po 50 pompek z klaskaniem w obie ręce po każdych pięciu ugięciach i wyprostowaniach rąk. Któregoś dnia wykorzystywał jako oparcie do swoich pompek krzesła w stołówce przymocowane do podłóg. Krzesła te skrzypiały pod jego ciężarem. Usłyszał to strażnik. Kiedy zobaczył, że pod ciężarem masy Alego sprzęt może ulec uszkodzeniu, zabronił mu wykonywania tych ćwiczeń w stołówce. Ali próbował protestować, posługując się swoim jeszcze dość prostym angielskim, ale strażnik nie ustąpił. Kiedy przybył kierownik zmiany, strażnik nawet uzyskał od niego wsparcie dla swojej decyzji i Ali został surowo napomniany, aby nie niszczył mebli do swoich ćwiczeń.
Ali nie nawiązywał bliższych kontaktów z innymi wyznawcami Allaha, których było sporo w areszcie i którzy jawnie odprawiali modły w przypisanym czasie. On to wszystko lekceważył, w tym również dietę dla przykładnych muzułmanów. Ali był bowiem ateistą islamskim albo nihilistą, czyli osobnikiem nieprzywiązanym do nikogo ani niczego.


Pobyt Alego w areszcie się przedłużał. Nie miał bowiem ani jednego prawdziwego dokumentu. Należało więc uzyskać dokumenty z Afganistanu, a kraj ten ciągle nie miał zorganizowanej administracji. Ali został poinformowany, że bez wiarygodnych dokumentów nie zostanie wypuszczony z aresztu. Zwrócił się więc sam do swojego brata, który ciągle mieszkał w ich wspólnym miejscu urodzenia, aby ten przysłał mu jego metrykę urodzenia i świadectwo szkolne ze zdjęciem. Trwało to wszystko ponad dwa miesiące, zanim nadeszły te dokumenty. Z kolei władze imigracyjne zwróciły się do konsulatu afgańskiego o wydanie Alemu dokumentu podróży. Trwało to kolejny miesiąc. W końcu trzeba było kupić Alemu bilet lotniczy na koszt kanadyjskiego podatnika i zarezerwować bilet do Kabulu z dwiema przesiadkami.
Cała procedura trwała ponad cztery miesiące. W końcu nadszedł dzień odlotu. Ali wracał po ponad trzech latach w swoje rodzinne strony.
Nie był tym za bardzo przejęty. Miał już w głowie plany wyrwania się ponownie z pogranicznego miasta afgańskiego i ruszenia w szeroki świat. Uważał, że siła jego mięśni i znajomość angielskiego (choć na średnim poziomie) dają mu ciągle szanse na niezłe urządzenie się. Nie czuł przywiązania do jakiegoś miejsca, a szukał takiego, w którym byłoby mu w miarę wygodnie, czyli lekko żyć.


Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 24 sierpień 2012 16:48

Nowy Program federalny

Napisane przez

Izabela EmbaloJednym z najbardziej popularnych programów imigracji do Kanady jest program Federal Skilled Worker (emigracja punktowa).
Na podstawie właśnie tego programu emigranci z całego świata mogli osiedlać się w Kanadzie, pod uwagę brane było wykształcenie, zawód, wiek (dodatnie punkty do 49 lat), znajomość angielskiego, posiadanie rodziny w Kanadzie, posiadanie odpowiednich początkowych funduszy lub oferty pracy, staż pracy za granicą i inne. Program zmieniał się już kilkakrotnie, ostatnio ministerstwo wprowadziło zmiany 1 lipca, przyjmując jedynie kandydatów posiadających oferty pracy.


Obecnie zapowiedziane są zmiany. Program dostosowuje się do nowej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej, oparty jest także na prowadzonych statystykach i badaniach odnośnie do procesu integracyjnego nowych imigrantów. Pierwsza zmiana, na jaką zwróciłam uwagę, to zmiana kryterium wieku, za jaki dostaje się dodatkowe punkty. Otóż z wieku preferowanego do 49 lat w starym prawie, zmieniono obecnie wiek preferowany na wiek do 35 roku życia. Domyślam się, że zbyt mały przyrost naturalny Kanady zmusza rząd do sprowadzania młodych imigrantów. Ponadto młodzi łatwiej przystosowują się do nowego otoczenia i mają większe szanse przekwalifikowania się zawodowo.


Nowy program federalny wymaga, by znać język angielski lub francuski. Za znajomość pierwszego języka punktacja będzie większa.
Jest to jeden powód, dla którego nasi rodacy często nie mogą przeskoczyć imigracyjnej poprzeczki, natomiast inne narodowości, jak Hindusi, Filipińczycy, Afrykanie, Jamajczycy nie mają z tym większych problemów, ponieważ od dziecka uczą się anielskiego i angielski jest w tych państwach urzędowym językiem. Punkty będą także przyznawane za znajomość języków partnera/współmałżonka.


Nowy program będzie także preferował kandydatów z kanadyjskim stażem-doświadczeniem, a nie zagranicznym. Zapowiada się także zniesienie procedury Arranged Employment Opinion, każdy kandydat chcący wykazać się ofertą w Kanadzie będzie musiał przedstawić w zamian Labour Market Opinion. Osoby wtajemniczone wiedzą, że otrzymanie LMO jest trudniejszą, bardziej skomplikowaną procedurą.
Oczywiście program federalny FSW nie jest jedynym programem, wiele możliwości imigracyjnych można znaleźć w imigracyjnej jurysdykcji prowincji, np. program z Quebecu lub Alberty.


Pomagamy naszym klientom imigrować w programach prowincji (Quebec, Alberta).



Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca 
Prawa Imigracyjnego
Commissioner of Oath
UWAGA! Oferujemy również usługi notarialne (Commission of Oath)
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMT O KONTAKT:
416-515-2022,  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." style="margin: 0px; padding: 0px; border: 0px; outline: 0px; vertical-align: baseline; background-color: transparent; text-decoration: none; ">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." style="margin: 0px; padding: 0px; border: 0px; outline: 0px; vertical-align: baseline; background-color: transparent; text-decoration: none; "> Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." style="margin: 0px; padding: 0px; border: 0px; outline: 0px; vertical-align: baseline; background-color: transparent; text-decoration: none; ">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY:
www.emigracjakanada.net

środa, 22 sierpień 2012 20:01

Opowieści z aresztu imigracyjnego: Asyryjczyk

Napisane przez

asyryjczykGdzie leży Syria i kim są Syryjczycy, prawie każdy wie. Ale Asyryjczycy? Jakże zmienne są koleje losu i jak ci, którzy byli u szczytu, po wiekach czy tysiącleciach, są tylko śladem. Jeśli mówimy, że Polska to zlepek różnych plemion słowiańskich, to musimy mieć świadomość, że nasi praprzodkowie przybyli skądś na te tereny, prawdopodobnie już zamieszkane, i albo poprzednich mieszkańców wyparli, albo spowodowali ich asymilację z dominującymi przybyszami.


W podręcznikach historii starożytnej można znaleźć podobizny wojowników asyryjskich: surowych, mężnych, w hełmach. Faktycznie, na przestrzeni kilku wieków to bitne plemię podporządkowało sobie znaczne terytoria z ludnością je zamieszkującą. Byli groźnymi przeciwnikami nawet dla ówczesnego imperium egipskiego. Można ich bowiem porównywać do późniejszych Spartan, którzy byli doskonałymi wojownikami lądowymi, gdy Ateńczycy byli lepsi na morzu. W czasach "asyryjskich" flota i kupiectwo to domena Fenicjan, z którymi identyfikują się dzisiejsi Libańczycy.
Ale skąd dzisiaj Asyryjczyk, wszak nie ma obecnie takiego państwa. Otóż pewna liczba ludności o tych starożytnych korzeniach żyje obecnie na terenie Iraku. I w morzu arabskich muzułmanów zachowali oni swoją odrębność religijną – ortodoksyjne chrześcijaństwo, przyjęte w pierwszych wiekach naszej ery. Może ta odmienność religijna spowodowała, że mimo nacisków i prześladowań ze strony dominujących w całym regionie muzułmanów, zachowali swoją odrębność.


Adam, który stawił się na torontońskie lotnisko celem powrotu tam, skąd przybył, mimo typowych dla Europejczyka czy Kanadyjczyka ubioru i manier, miał rysy twarzy podobne do tych ze starożytnych rycin jego praprzodków. Nadto, gdy większość Arabów ma smagłą cerę, on był, jak to się określa, "caucasian", czyli białym człowiekiem. Tak jakby palące słońce Bliskiego Wschodu tak jego, jak i jego protoplastów nie przyciemniało.
Mimo dość surowego wyglądu, ten około 50-letni, postawny mężczyzna był pełen humoru, optymizmu, mimo że był na zakręcie swego życia. Był bowiem deportowany z Kanady. Wprawdzie miało to łagodny przebieg, bo sam dobrowolnie stawił się na lotnisko, przez nikogo nieeskortowany, to jednak musiał opuścić Kanadę po dwóch latach tutaj pobytu.


Zbiegł z kraju rządzonego przez Saddama Husajna tuż przed inwazją Amerykanów z terytorium Kuwejtu, który syryjski satrapa wcześniej najechał, twierdząc, że to jest jego prowincja, którą przyłącza "do macierzy". Chodziło mu głównie o dodatkowe złoża ropy naftowej.
Adam, z wykształcenia programista komputerowy, zbiegł najpierw do Szwajcarii, gdzie zabawił tylko kilka miesięcy. Stamtąd dostał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał przez następne kilkanaście lat. Po latach uzyskał obywatelstwo tego kraju, miał niezłą pracę, ale ciągle czuł się samotny, wyizolowany, obcy. Nigdy się nie ożenił, nie miał stałej partnerki, nie miał dzieci.


Trochę inaczej potoczyły się losy jego rodziny. Ojciec jego zmarł niedługo po ucieczce Adama z Iraku. W zawierusze wojennej brak było właściwej opieki lekarskiej i z powodu choroby uleczalnej w normalnych, cywilizowanych warunkach, ten około 60-letni kupiec zmarł. Był dobrym mężem i ojcem, zadbał o wykształcenie wszystkich czworga dzieci: dwóch synów i dwóch córek. Adam był wśród nich najstarszy. Nie mógł przylecieć na pogrzeb ojca z powodu trwającej wojny.


Matka Adama, przy pomocy trójki dzieci, prowadziła przez jakiś czas rodzinny sklep, ale to nie było to samo jak wówczas, gdy wszystkimi poważniejszymi sprawami związanymi z biznesem zajmował się jej zaradny mąż. Po kilku latach tej "łataniny" postanowiła, przy dość mocnych naciskach dzieci, wyemigrować z Iraku. Był to ciągle okres niespokojny w tym kraju. Udało im się dotrzeć do Turcji, a stamtąd przylecieć do Kanady.
W Toronto zaopiekowała się nimi rodzina kuzynki zmarłego męża, która wraz z mężem i gromadką dzieci już wcześniej uzyskała prawo stałego pobytu w Kanadzie. Matka Adama i jego rodzeństwo już na lotnisku torontońskim wyrazili wobec oficera imigracyjnego, który ich przesłuchiwał, zamiar pozostania tutaj na stałe, w charakterze uciekinierów z kraju ogarniętego wojną domową.
Fakt, że byli mniejszością etniczną i wyznawcami religii ledwo tolerowanej przez obie zwalczające się muzułmańskie grupy religijne, chyba pomógł im w uzyskaniu dość szybko pozytywnej decyzji i prawa stałego pobytu, a w konsekwencji, po kilku latach, obywatelstwa Kanady. Rodzeństwo Adama szybko się adaptowało, w czym pomogła im dość dobra znajomość języka angielskiego. Dokształcali się i dość szybko uzyskali dość dobre stanowiska pracy.


Matce Adama marzyła się jednak możliwość prowadzenia własnego biznesu. Namówiła do tego najmłodszą córkę i wspólnie z nią i z jej mężem prowadzą w Toronto orientalny sklep spożywczy. Brat i druga siostra Adama też pozakładali rodziny i mają potomstwo. Tylko Adam był sam, jakby na wygnaniu w kraju dobrobytu, gdzie niczego mu nie brakowało, tylko ciepła rodzinnego.
Adam kilkakrotnie odwiedzał matkę i rodzeństwo w Toronto w czasie swoich urlopów. Każdy powrót do Stanów był dla niego trudny. W końcu postanowił zmienić tę swoją samotność w radość życia rodzinnego. Zwolnił się z pracy, zlikwidował mieszkanie i przybył z dwoma walizkami i dość pokaźnym kontem bankowym do Toronto, najpierw jako turysta. Po dwóch miesiącach postanowił załatwić wszystko legalnie. Wynajął adwokata, który miał kompleksowo poprowadzić jego sprawę, za dość sowitą opłatą.


Najpierw były sukcesy. Adam dostał czasowe prawo pobytu w Kanadzie i prawo do pracy. Skorzystał z tego skwapliwie i już po dwóch tygodniach dostał dość dobrą pracę w swoim zawodzie. Amerykańskie doświadczenie okazało się korzystne dla niego i firmy, która go zatrudniła.
Adam zamieszkał w domu młodszej siostry, gdzie również mieszkała ich matka. Dom był obszerny, stanowił ich własność. Adam, po pracy, często służył pomocą przy prowadzeniu sklepu, tak więc siostra i szwagier odmówili pobierania od niego jakiejkolwiek opłaty za mieszkanie u nich. Adam jednak robił dość często zakupy produktów żywnościowych dla całej rodziny. Rozpieszczał też sześcioro dzieci swojego rodzeństwa, kupując im upragnione zabawki i sprzęt sportowy. Kupił też vana i często zabierał dzieci na wypady za miasto. Czuł, że żyje.
Problemem był tylko jego status w Kanadzie. Użył w swoim podaniu o prawo stałego tutaj pobytu podobnych argumentów jak jego matka i rodzeństwo, kiedy oni przybyli do Kanady. Ale to co stanowiło dobre uzasadnienie dla nich, w ich sytuacji, kiedy szukali schronienia po ucieczce z kraju targanego wojną domową, w sytuacji Adama już nie przemawiało. On wszak już uzyskał takie schronienie w Stanach. Nic mu tam nie groziło. A tęsknota za rodziną? To nie znalazło uznania w oczach decydentów w jego sprawie.


Po pierwszej odmowie Adam się odwołał, tym razem kładąc większy nacisk na względy humanitarne. Wszak cała jego najbliższa rodzina zamieszkiwała w Kanadzie, a on mieszkał i żył w osamotnieniu. To też nie trafiło do przekonania decydentów. Uzyskał odmowę i poproszono go o opuszczenie jak najszybciej Kanady. Adam postanowił nie zadzierać. Sam kupił bilet do swego stałego miejsca zamieszkania na południu Stanów. Wcześniej odtworzył najem mieszkania w domu, w którym wcześniej mieszkał. Uzyskał też zapewnienie od właściciela firmy, w której wcześniej pracował, że ponownie go zatrudni na poprzednich warunkach.


Ale dość dobry humor Adama przy wylocie z Kanady był związany jeszcze z czymś innym. Otóż właściciel kanadyjskiej firmy, w której Adam pracował, wszczął postępowanie zmierzające do uznania Adama za niezbędnego dla tej firmy i o tak wyjątkowych kwalifikacjach, że nikt inny jego zakresu zadań, a mający stały pobyt w Kanadzie, tego nie potrafi wykonywać. Świadczy to o tym, że Adam był naprawdę dobrym pracownikiem, dającym firmie dobre dochody, tak że opłacało się właścicielowi tej firmy zaangażować w dość skomplikowany proces pracowniczo-imigracyjny.
Potomek asyryjskich wojowników walczył więc o swoje współczesnymi metodami. Zawierał też, tak jak oni, sojusze, kiedy to było korzystne dla jego sprawy. Znał swoją wartość i dziwił się, że jest niedoceniany w Kanadzie. Porównywał siebie do rzeszy akceptowanych przybyszy, którzy przybywają tu bez znajomości języka angielskiego, bez przydatnych dla tutejszego rynku zawodów. Wierzył, że w końcu osiągnie to, czego pragnął najbardziej, czyli życie rodzinne.


Aleksander Łoś
Toronto

idnianmodelTen okołotrzydziestoletni przybysz z Indii mógłby być modelem, czy to wojownika sikhijskiego, czy aktorem grającym niezwykle przystojnego kochanka w jednym z kilkuset corocznie kręconych romansów w wytwórniach indyjskich. Był sikhem i mieszkał w jednym z miasteczek Pendżabu. Jego czerwony turban odcinał się wyraźnie od smagłej twarzy i kruczoczarnego zarostu. Był on od dziesięciu lat żonaty i miał parkę dzieci. Z zawodu był kierowcą.


Przed kilkoma laty wywędrował do Kanady wraz ze swoją rodziną jego starszy brat, który został do tego zachęcony przez wuja, który przybył tu przed nim kilka lat wcześniej. Tamtego też ktoś namówił i pomógł w zasiedleniu się. Trudno dociec, kto był pierwszy w tym ciągu rodzinnych powiązań, które spowodowały, że tak z tej rodziny, jak i szeregu innych spora część młodzieży sikhijskiej rozjechała się po świecie. To podobnie jak z polskimi góralami, którzy podążali za ocean w nadziei na lepsze życie, zachęcani przez tych, którzy przybyli tu wcześniej i dość dobrze dawali sobie radę.


Kiedy jednak przed obywatelami Polski po zmianach ustrojowych zamknięto prawie granicę Kanady, to z Indii, Pakistanu czy Chin ciągną ciurkiem obywatele tych krajów, a w zasadzie całymi rzekami. Sikhowie indyjscy skarżą się w swoich wnioskach o przyznanie im statusu uciekiniera politycznego, że rząd indyjski nie pozwolił im utworzyć samodzielnego Kalistanu, że Hindusi patrzą na nich krzywo i przed laty nawet doszło między nimi do krwawej jatki. Ale było to przed laty.


W kolejnych latach premierem Indii został sikh, a wojsko i policja tego kraju jest zdominowana przez ludzi w turbanach, którzy stanowią tylko 2 proc. populacji w tym ponad miliardowym kraju. Mimo to władze imigracyjne Kanady masowo akceptują tych przybyszy, ale trzeba też powiedzieć, że wielu z nich jest zawracanych wobec ogromu kłamstw, których wysłuchują ciągle z ich ust kanadyjscy oficerowie imigracyjni.
Ten negatywny stereotyp zadziałał w przypadku Gurnama. Przybył do Kanady, wraz ze swoją żoną, w pierwsze odwiedziny, na zaproszenie swojego starszego brata, który miał tu już status stałego rezydenta. Na lotnisku torontońskim został odesłany wraz z żoną na dokładniejsze przesłuchanie do oficera imigracyjnego. Ten już miał przybić stemple wizowe do paszportów, ale jeszcze postanowił zadzwonić do brata Gurnama, aby upewnić się, czy oczekuje on na niego. Faktycznie, zgłosił się brat tego przybysza. Oficer imigracyjny zapytał, czy oczekuje on na przybycie swojego brata. Ten odpowiedział, że tak. Wówczas oficer imigracyjny zapytał, jak ma na imię jego brat. Wówczas usłyszał jakieś imię indyjskie. Poprosił o powtórzenie i usłyszał tę samą odpowiedź. Podziękował i rozłączył się, a Gurnama i jego żonę zatrzymał i odesłał do aresztu imigracyjnego.
Kiedy Gurnam znalazł się w areszcie, natychmiast po zakwaterowaniu zadzwonił do brata, pytając o przyczynę takiego potraktowania go w Kanadzie. Brat też był zdziwiony. Gurnam zapytał się jeszcze, co brat powiedział oficerowi na lotnisku, że ten natychmiast podjął decyzję o aresztowaniu. Wówczas brat Gurnama powiedział, że pytał o imię przybysza i brat podał to imię. Okazało się, że podał on nie oficjalne imię Gurnama, które widniało w paszporcie, ale jakieś zdrobnienie, którego używano w rodzinie, w domu, nieoficjalnie. Nałykany łgarstwami od innych przybyszy z tego regionu, oficer imigracyjny uznał, że ma do czynienia z kolejną próbą oszustwa.


Gurnam (i jego żona, na żeńskim oddziale) przebywał w areszcie ponad miesiąc. Kolejne próby uwolnienia go za kaucją nie dawały pozytywnego rezultatu. Początkowy raport oficera imigracyjnego kazał kolejnym oficerom i sędziom imigracyjnym patrzeć na niego jako na oszusta.
Po miesiącu Gurnam poczuł się źle. Poprosił o wizytę u lekarza. Ten z początku zlekceważył ten sygnał. Kiedy Gurnam poczuł się gorzej, po dwóch tygodniach lekarz nakazał umieścić go w izolatce i dokonać gruntownych badań, w tym prześwietlenia płuc. Badania te wykazały, że Gurnam ma początkowe stadium gruźlicy. Kiedy mu o tym powiedziano, był zdumiony, bo wszak jako dziecko był zaszczepiony przeciw gruźlicy. Okazało się, że szczepionka nic nie pomogła wobec faktu pozostawania przez dwa tygodnie z osobnikiem, który był siewcą zarazków gruźlicy.
Był to przybysz z Chin, a konkretnie z Tybetu. Przebywał w areszcie imigracyjnym dokładnie siedemnaście dni, do czasu, aż został zwolniony za kaucją. Pochodząc z prześladowanego rejonu zagarniętego i rządzonego przez reżim komunistycznych Chin, wzbudzał z miejsca współczucie i dano mu możliwość starań o status uciekiniera politycznego w Kanadzie, bez badania stanu jego zdrowia. Ile osób, tak w areszcie, jak i poza nim, pozarażał do czasu ustalenia, że to on zaraził Gurnama, trudno powiedzieć. Faktem jest, że w tym samym pokoju zamieszkiwał również innych sikh i jego też umieszczono w izolatce i poddano gruntownym badaniom i okazało się, że on, mimo że był co najmniej dwa razy starszy od Gurnama i schorowany, to nie został zarażony gruźlicą.


Gurnama natychmiast przewieziono na oddział przeciwgruźliczy jednego ze szpitali torontońskich. Tam czekała go kilkumiesięczna kuracja kosztująca ponad tysiąc dolarów dziennie. Wszystko to na koszt kanadyjskiego podatnika, bo będąc aresztantem, Gurnam nie ponosił jakichkolwiek kosztów swojego pobytu w Kanadzie. Dodać należy, że jeśli będzie na tyle sprytny, to może jeszcze wytoczyć rządowi kanadyjskiemu proces sądowy o znaczną sumę odszkodowania za narażenie go na utratę zdrowia, cierpienia itd., wobec umieszczenia go w jednym pokoju w areszcie imigracyjnym z niezbadanym pod względem zdrowia człowiekiem.


Oddział przeciwgruźliczy, w którym znalazł się Gurnam, przypominał trochę kategorią swoich pacjentów populację aresztu imigracyjnego. Dominowali w nim przybysze z Azji: Indii, Pakistanu i Chin. Było sporo Murzynów tak z Karaibów, jak i z Afryki, było kilku potomków dumnych Inków, Majów czy Azteków z Ameryki Południowej. Jedynym białym był przybysz z Rosji. Na tym jednym oddziale byli oczywiście i mężczyźni, i kobiety. Wszyscy ci pacjenci byli nowymi imigrantami. Nie było na tym oddziale ani jednej osoby urodzonej w Kanadzie. Ale tylko Gurnam był aresztantem imigracyjnym. Pozostali byli tu "z wolności", czyli przeszli już sito wstępnych przesłuchań i zostali wstępnie dopuszczeni do dalszych starań o uzyskanie statusu stałego rezydenta Kanady, lub też, niektórzy z nich, już taki status uzyskali. I to z aktywną gruźlicą. Świadczy to ewidentnie o zaniedbaniach w kontroli medycznej, bądź w krajach, z których ci nowi przybysze uzyskali zgodę na przybycie do Kanady, lub też już tu, w Kanadzie.
Ale nie ma się czemu dziwić. Wszak ci kandydaci na imigrantów są badani przez "zaufanych" lekarzy w swoich rodzinnych krajach. Pewien sikh z całą szczerością powiedział, że kraj jego jest przeżarty łapówkarstwem i korupcją. Opisał sytuację, w jakiej się sam znalazł, kiedy przyleciał na pierwszą wizytę do Indii, po wyjeździe przed laty z tego kraju. Na lotnisku kontroler powiedział mu, że czegoś mu brakuje w dokumentach. Kiedy ten oświadczył, że jest obywatelem Kanady i ma wszystkie niezbędne dokumenty, został zapytany, ile przywiózł ze sobą pieniędzy. Przybysz udzielił zgodnej z prawdą odpowiedzi. Został poproszony o pokazanie tych pieniędzy. Wówczas kontroler wyjął z pliku kanadyjską studolarówkę i schował ją do swojej kieszeni. Z kolei oddał paszporty kanadyjskie przybyszowi i jego żonie i oświadczył, że teraz wszystko jest w porządku. Przybysz pogodził się z losem i wiedział nadto, że ten skorumpowany urzędnik graniczny mógł tak otwarcie kpić sobie z przepisów "największej demokracji świata", bo uzyskaną dolą dzielił się ze swoim zwierzchnikiem, a ten ze swoim, aż do samej góry. Tenże sikh z troską też mówił o tym, że w Indiach można za łapówki otrzymać każde świadectwo, jakie się chce, i to z autentycznie istniejących wyższych uczelni. Powiedział też, że wielu przybyszy z Indii, legitymując się takimi dokumentami, nostryfikuje dyplomy i uzyskuje intratne stanowiska rządowe w Kanadzie.


Wróćmy jednak do Gurnama. Przebywając na oddziale przeciwgruźliczym, wystąpił, przy pomocy agenta imigracyjnego zaangażowanego przez jego brata, o zmianę jego statusu z turysty na uciekiniera politycznego. Tak więc, mimo pewnego radykalizmu w postępowaniu, oficer imigracyjny na lotnisku miał dobre wyczucie co do faktycznych zamiarów Gurnama i jego żony. Teraz Gurnam posługiwał się dodatkowym argumentem zarażenia go na terenie Kanady gruźlicą, w staraniach o prawo pozostania w tym kraju. To spowodowało, że jeszcze kilka miesięcy po zwolnieniu go ze szpitala przebywał w areszcie, aż w końcu zapadła ostateczna decyzja o jego wydaleniu wraz z żoną.


Jego prawie dziesięciomiesięczny pobyt w Kanadzie zakończył się niepowodzeniem. Ale tysiące jego ziomków, powołując się na bzdurne argumenty, ale z naiwnością akceptowane przez władze imigracyjne, corocznie powiększa getta sikhijskie na terenie Kanady.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 17 sierpień 2012 15:11

Imigracja: Zmiana nazwiska w Ontario

Napisane przez

Izabela Embalo
Osoby zawierające związek małżeński nie muszą dokonywać formalnej, legalnej zmiany nazwiska w prowincji Ontario, co oznacza otrzymanie nowego, zmienionego dokumentu aktu urodzenia.


Po zawarciu związku małżeńskiego, bez wprowadzenia zmian na dokumencie aktu urodzenia, można prawnie posługiwać się nazwiskiem współmałżonka. Niektórzy wybierają opcję używania dwóch nazwisk (hyphenated last name).
Ponadto wystarczy okazać się prawidłowym aktem małżeństwa, by dokonać zmian na kanadyjskich dokumentach tożsamości: numerek socjalny (SIN), karty bankowe, prawo jazdy, karta ubezpieczenia zdrowotnego OHIP).


Większość osób korzysta z tej prawnej możliwości, gdyż jest ona dogodna, osoba zmieniająca nazwisko nie musi wypełniać i składać żadnych podań, w dodatku można także powrócić bez większych komplikacji do poprzedniego nazwiska, np. w sytuacji rozwodu.
Nie ma obowiązkowych opłat dla osób zmieniających nazwisko po współmałżonku na podstawie aktu małżeńskiego. Dokumenty ze zmienionym nazwiskiem można otrzymać w terminie 4 – 6 tygodni.


W przypadku podań imigracyjnych, warto zmienić nazwisko w paszporcie oraz innych dokumentach tożsamości przed uzyskaniem wizy stałego pobytu. Urząd imigracyjny wyda wówczas kartę rezydenta z nazwiskiem preferowanym (współmałżonka).
Jednak w przypadku formalnej procedury zmiany nazwiska (bez zawarcia małżeństwa), o jaką mogą wystąpić osoby powyżej 16. roku życia, które rezydują od roku w Ontario, wnioskodawca otrzyma specjalny certyfikat zmiany nazwiska oraz nowy akt urodzenia (jeśli osoba urodziła się w Ontario).


Osoby urodzone poza naszą prowincją lub poza Kanadą, by formalnie zmienić nazwisko, powinny złożyć specjalny wniosek o wydanie zmienionego aktu urodzenia do odpowiednich instytucji prowincji lub innego kraju na podstawie certyfikatu wydanego w Ontario. Procedura wymaga zazwyczaj niewielkich opłat administracyjnych (w zależności od wydającej dokument instytucji).
Osoby zainteresowane procedurą formalnej zmiany nazwiska mogą kontaktować się z Office of the Registrar General, tel. 1 800 4612165 lub w Toronto 416 325 8305.

 

Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca 
Prawa Imigracyjnego
Commissioner of Oath
UWAGA! Oferujemy również usługi notarialne (Commission of Oath)
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMT O KONTAKT:
416-515-2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." style="margin: 0px; padding: 0px; border: 0px; outline: 0px; vertical-align: baseline; background-color: transparent; text-decoration: none; ">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY:
www.emigracjakanada.net

piątek, 10 sierpień 2012 11:39

opowieści z aresztu imigracyjnego: Z dawnej Polski

Napisane przez

Nie tylko w starszym, polskim pokoleniu pozostały dobre wspomnienia po dawnych ziemiach Rzeczypospolitej. Ta świadomość tkwi również wśród obecnych mieszkańcach tych ziem, czyli Ukraińcach i Białorusinach. W odróżnieniu od Litwinów, zdecydowanie nastawionych nacjonalistycznie i często wrogo do Polski, pozostali często wyrażają dobre opinie o czasach przedwojennych, kiedy znaleźli się w granicach odrodzonej Rzeczpospolitej. Szczególnie kiedy wspominają czasy sowieckie, to czasy "polskie" wypadają w ich opinii znacznie korzystniej.
Pewnego dnia na lotnisku torontońskim stawiły się dwie panie: matka i córka. Po matce widać było ciągle dawną urodę, a córka, około 40-letnia kobieta, była prawdziwą "krasawicą". Pochodziły z Tarnopola, czyli jak to określiła starsza pani "z dawnej Polski". Mówiła trochę po polsku, ze śpiewnym kresowym akcentem, ale jej ojczystym językiem był ukraiński.


Matka dzieliła się chętnie dobrymi wspomnieniami, przekazanymi jej przez rodziców i ich rówieśników, z czasów wspólnej z Polską państwowości. Jej rodzina bardzo ucierpiała w czasach sowieckich, kilku członków rodziny zmarło z głodu, wyczerpania, chorób, których nikt nie leczył, bo nie było lekarstw. Część rodziny znalazła się na wschodzie, albo wywiezieni przez Sowietów, albo sami uciekając przed Niemcami.
Rodzice Marii poznali się w Ufie na Uralu, gdzie pracowali w fabryce zbrojeniowej. Później jej ojciec został powołany do wojska w ostatniej fazie wojny, z której nigdy nie wrócił. Ale tuż przed jego wyjazdem poczęta została Maria. Jej matka podążała za frontem, aż dotarła do rodzinnego Tarnopola. Tu odszukała jakichś krewnych, którzy przeżyli wojnę, tu urodziła córeczkę, której dała na imię Maria. Została ona, mimo agresywnej sowietyzacji, do końca życia wierną wyznaniu unickiemu, czyli prawosławiu uznającemu zwierzchnictwo Watykanu.
Sama wychowywała córkę, która wyrastała na piękną pannę. I oto pewnego dnia ta wychuchana córka przyprowadziła do domu kawalera, który poprosił o jej rękę. Matce też ten młodzian się podobał. Kiedy zapytała o jego imię i nazwisko, to natychmiast zrozumiała, że będą kłopoty. Było to tak imię, jak i nazwisko typowo żydowskie. Maria, mimo perswazji matki, nie zmieniła swojego zdania i wyszła za mąż za ukochanego.
Okazał się ona dobrym, zaradnym człowiekiem. Swojego pochodzenia nie eksponował i był ateistą. Uchował się dzięki temu, że wraz z rodzicami i rodzeństwem, jeszcze przed wkroczeniem Niemców, wyjechali do Kazachstanu, a po zakończeniu wojny cała rodzina wróciła do Tarnopola.
Ze związku tego urodziła się córeczka, dali jej na imię Tania, która odziedziczyła po matce urodę. Była nawet jeszcze piękniejsza, tak więc, kiedy dorosła i poszła na studia, miała wokół siebie krąg wielbicieli. Wybrankiem jej został inżynier, kilka lat od niej starszy, który już się usamodzielnił, tak więc państwo młodzi nie musieli koczować u jednych lub drugich rodziców.
Ale tuż po tym nastąpiły zmiany ustrojowe. Stary porządek się walił, a co do nowego nie było jasnych perspektyw. Mąż Marii wydobył wówczas swoje dokumenty i zdecydował, że lepsze warunki cała rodzina będzie miała w Izraelu. I znowu, syn Tani został poczęty jeszcze w Tarnopolu, ale urodził się już w Izraelu. Mieszkali razem w Tel Awiwie. Na początku było ciężko, ale potem jakoś się ułożyło.
Po dziesięciu latach pobytu w Izraelu zmarł mąż Marii. Mimo, początkowo, braku znajomości języka, dzięki swojej zaradności, dość dobrze zabezpieczył rodzinę. Mąż Tani też dostosował się do nowych warunków. Ich syn po ukończeniu szkoły średniej musiał odbyć trzyletnią, obowiązkową służbę wojskową. W tym czasie rozpadł się związek małżeński Tani. Jej mąż, po śmierci teścia, poczuł się panem sytuacji i się rozpił i roztrwonił częściowo zgromadzony majątek. Tania miała dość. Nawiązała kontakt z koleżanką, która osiedliła się w Kanadzie, i na jej zaproszenie przyleciała wraz z synem na rekonesans.


Już po kilku tygodniach zamieszkiwania w North York w Toronto wiedziała, że tu jest jej miejsce i z niego się nie ruszy. To nie tylko rozpad związku z mężem, ale trzy lata bojaźni o życie syna, odczuwana odrębność od osiadłych Żydów, szczególnie wobec braku związków religijnych z nimi, spowodowały, że Tania rozpoczęła kilkuletnią walkę o pozostanie na stałe w Kanadzie. Najłatwiej byłoby, przy jej urodzie, załatwić to przez związek małżeński ze stałym rezydentem Kanady, ale ona była ciągle mężatką. Wprawdzie złożyła wniosek rozwodowy, ale mąż tworzył trudności, deklarując poprawę i chęć kontynuacji ich związku. Tania postanowiła wyzwolić się od wszelkiej bojaźni, konfliktów, niepewności.
I dopięła swego. Wynajęła adwokata, poświęcając na jego gażę ostatnie pieniądze, które zostały jej po ojcu. Adwokat tak zgrabnie poprowadził jej sprawę, że wraz synem dostali oni prawo stałego pobytu w Kanadzie. Syn już po pół roku tutaj pobytu rozpoczął studia na York University. Studiował biznes i był już na ostatnim roku, kiedy matka z babcią wylatywały do Izraela.
Ostatnim bowiem poważnym problemem Tani był los jej matki. Po śmierci swojego męża prowadziła ona dom Tani i jej rodziny. Kiedy została sama, korzystając z emerytury po mężu i mając jeszcze oszczędności z okresu, kiedy mąż żył, nie miała problemów finansowych. Ale Tania pragnęła mieć matkę przy sobie. Zaprosiła ją do odwiedzenia Kanady. I tutaj ponownie rozpoczęła walkę, tym razem o prawo stałego pobytu matki przy niej.
Niestety, nie miała już środków finansowych na dobrego adwokata. Powierzyła sprawę tańszemu agentowi imigracyjnemu i ten nie dał sobie rady z tą sprawą. Zaistniała też okoliczność negatywna po stronie Tani. Ona nie miała przez jakiś czas pracy, korzystała z zasiłków, a później, kiedy już pracę uzyskała, to była ona nie na tyle dobrze płatna, aby według kalkulacji oficera imigracyjnego, mogła sama utrzymać swoją matkę. Tak więc, po dwóch latach walki i pobytu matki u niej Tania musiała przyjąć do wiadomości, że jej matka musi opuścić Kanadę. Nie chciała dopuścić do tego, aby matka była aresztowana i pod przymusem odstawiona na lotnisko.


Kupiła dwa bilety do Tel Awiwu, spakowała matkę i razem z nią przybyła na lotnisko. W roztargnieniu zapomniała leków i ciśnieniomierza matki. W ostatniej chwili zadzwoniła do koleżanki, która jej odwiozła na lotnisko, aby pojechała szybko do ich mieszkania i przywiozła zapomniane rzeczy. Udało się. Obie, po sprawdzeniu przez oficerów bezpieczeństwa El Al, udały się w drogę powrotną do Izraela: matka jako deportowana, a córka dla jej bezpieczeństwa i załatwienia spraw życiowych starszej matki, która, mimo wieloletniego pobytu w Izraelu, języka hebrajskiego się nie nauczyła. Nie czuła ona związku z tym krajem. Nie była Żydówką, chodziła do kościoła unickiego w Tel Awiwie. Tania leciała z matką, aby głównie usadowić ją w pokoju w domu spokojnej starości. Emerytura Marii powinna była wystarczać na opłacenie pobytu w tym domu.
Plany Tani sięgały dalej. Teraz już była mądrzejsza. Wiedziała, że będąc jedynym dzieckiem swojej matki, która była wdową, miała duże szanse uzyskać zgodę od władz imigracyjnym Kanady na sprowadzenie matki do siebie. Tania dostała też lepiej płatną pracę. Syn jej już kończył studia. Nadto jej serdeczna koleżanka deklarowała pomoc, gdyby trzeba było złożyć się na sponsorstwo dla Marii.
Tak więc dwie eleganckie panie urodzone w Tarnopolu i mające sentymentalne wspomnienia z tego miasta, leciały w przymusową podróż do Izraela z nadzieją, że po roku Maria już na stałe przyleci do Tani. Wiedziała też ona, że Tania, po zarzekaniu się, że nie zwiąże się łatwo z mężczyzną, aby nie być od niego uzależnioną, poznała pana w swoim wieku, bez obciążeń, kawalera, dobrze sytuowanego, który poważnie się nią interesował, a i ona, co zaobserwowała Maria, "odtajała" i była gotowa na nowy rozdział swojego życia.


Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 10 sierpień 2012 09:45

Po latach

Napisane przez

Izabela EmbaloMagda nie widziała swojego ojca przez kilka lat, była jeszcze dość małą dziewczynką, kiedy ich trudna sytuacja materialna zmusiła ojca do emigracji. Jakimś sposobem udało mu się zdobyć kanadyjską turystyczną wizę wjazdową, zapłacił komuś za zaproszenie, nie znając nawet zapraszającej osoby, i tak pozostał za oceanem latami. Do Polski nie podróżował, ponieważ nigdy nie uregulował swojego statusu w Kanadzie.

Gdyby opuścił Kanadę, może nigdy by do niej nie mógł ponownie wrócić, dlatego że złamał kanadyjskie prawo, bał się zaryzykować. Z pracy ojca w Kanadzie rodzina jakoś egzystowała, więc wszyscy doceniali jego poświęcenie i ciężki emigracyjny los.
Zniesienie wiz dla polskich obywateli dało Magdzie szansę odwiedzin ojca. Naradzali się, jak to najlepiej zrobić, by nie ujawniać nielegalnego zamieszkania taty w Kanadzie. Nie posiadali tam żadnych krewnych, więc wspólnie doszli do wniosku, że Magda przyleci jedynie jako turystka w celu zwiedzenia Toronto i jego okolic. Ojciec wykupił jej bilet na trzy miesiące, zarezerwowano hotel na dwa tygodnie, niezmierna była ich radość na myśl o spotkaniu po latach.


Na lotnisku zatrzymali Magdę urzędnicy. Od razu nie spodobało się oficerowi to, że młoda Polka prosi o wizę pobytu czasowego na trzy miesiące. Wzbudziło to wielkie podejrzenie intencji nielegalnego zatrudnienia. Młoda dziewczyna, która praktycznie nic nie zostawiła w Polsce – nie studiuje, nie ma dobrej pracy, męża, dzieci, w dodatku posiada dość skromne oszczędności jak na trzymiesięczny pobyt turystyczny. Nie przekonała urzędnika co do celów wizyty, no bo jak się jedzie na wakacje turystycznie do jakiegoś kraju, to zazwyczaj na 1–2 tygodnie... W dodatku w Kanadzie nikt z jej bliskich krewnych nie zamieszkuje. Natychmiast Magdę aresztowano. Dziewczyna, zupełnie zaskoczona sytuacją, spędziła kilka dni w areszcie. Jej ojciec szukał osoby, która wystawiłaby za Magdę kaucję, ponieważ bez kaucji uwolnienie nie było możliwe, ale nikt ze znajomych nie chciał poręczyć, w grę wchodziło 5000 dolarów. Ponadto, jak wytłumaczyłby się poręczyciel z tego, że zakłada za Magdę kaucję, skoro na granicy oświadczyła ona, że nikogo w Kanadzie nie zna.


Po kilku dniach Magda odleciała z aresztu imigracyjnego do Polski, podpisała dobrowolną zgodę na opuszczenie Kanady. Nigdy się z ojcem nie widziała, nawet przez chwilę. Obawiali się nawet rozmawiać przez telefon, ktoś im podpowiedział, że rozmowy są tam nagrywane. Przebywający bez ważnego statusu ojciec nie odwiedził nawet córki w imigracyjnym więzieniu, obawiał się deportacji.