Goniec

Register Login

Prawo imigracyjne

Prawo imigracyjne

piątek, 24 sierpień 2012 16:48

Nowy Program federalny

Napisane przez

Izabela EmbaloJednym z najbardziej popularnych programów imigracji do Kanady jest program Federal Skilled Worker (emigracja punktowa).
Na podstawie właśnie tego programu emigranci z całego świata mogli osiedlać się w Kanadzie, pod uwagę brane było wykształcenie, zawód, wiek (dodatnie punkty do 49 lat), znajomość angielskiego, posiadanie rodziny w Kanadzie, posiadanie odpowiednich początkowych funduszy lub oferty pracy, staż pracy za granicą i inne. Program zmieniał się już kilkakrotnie, ostatnio ministerstwo wprowadziło zmiany 1 lipca, przyjmując jedynie kandydatów posiadających oferty pracy.


Obecnie zapowiedziane są zmiany. Program dostosowuje się do nowej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej, oparty jest także na prowadzonych statystykach i badaniach odnośnie do procesu integracyjnego nowych imigrantów. Pierwsza zmiana, na jaką zwróciłam uwagę, to zmiana kryterium wieku, za jaki dostaje się dodatkowe punkty. Otóż z wieku preferowanego do 49 lat w starym prawie, zmieniono obecnie wiek preferowany na wiek do 35 roku życia. Domyślam się, że zbyt mały przyrost naturalny Kanady zmusza rząd do sprowadzania młodych imigrantów. Ponadto młodzi łatwiej przystosowują się do nowego otoczenia i mają większe szanse przekwalifikowania się zawodowo.


Nowy program federalny wymaga, by znać język angielski lub francuski. Za znajomość pierwszego języka punktacja będzie większa.
Jest to jeden powód, dla którego nasi rodacy często nie mogą przeskoczyć imigracyjnej poprzeczki, natomiast inne narodowości, jak Hindusi, Filipińczycy, Afrykanie, Jamajczycy nie mają z tym większych problemów, ponieważ od dziecka uczą się anielskiego i angielski jest w tych państwach urzędowym językiem. Punkty będą także przyznawane za znajomość języków partnera/współmałżonka.


Nowy program będzie także preferował kandydatów z kanadyjskim stażem-doświadczeniem, a nie zagranicznym. Zapowiada się także zniesienie procedury Arranged Employment Opinion, każdy kandydat chcący wykazać się ofertą w Kanadzie będzie musiał przedstawić w zamian Labour Market Opinion. Osoby wtajemniczone wiedzą, że otrzymanie LMO jest trudniejszą, bardziej skomplikowaną procedurą.
Oczywiście program federalny FSW nie jest jedynym programem, wiele możliwości imigracyjnych można znaleźć w imigracyjnej jurysdykcji prowincji, np. program z Quebecu lub Alberty.


Pomagamy naszym klientom imigrować w programach prowincji (Quebec, Alberta).



Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca 
Prawa Imigracyjnego
Commissioner of Oath
UWAGA! Oferujemy również usługi notarialne (Commission of Oath)
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMT O KONTAKT:
416-515-2022,  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." style="margin: 0px; padding: 0px; border: 0px; outline: 0px; vertical-align: baseline; background-color: transparent; text-decoration: none; ">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." style="margin: 0px; padding: 0px; border: 0px; outline: 0px; vertical-align: baseline; background-color: transparent; text-decoration: none; "> Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." style="margin: 0px; padding: 0px; border: 0px; outline: 0px; vertical-align: baseline; background-color: transparent; text-decoration: none; ">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY:
www.emigracjakanada.net

środa, 22 sierpień 2012 20:01

Opowieści z aresztu imigracyjnego: Asyryjczyk

Napisane przez

asyryjczykGdzie leży Syria i kim są Syryjczycy, prawie każdy wie. Ale Asyryjczycy? Jakże zmienne są koleje losu i jak ci, którzy byli u szczytu, po wiekach czy tysiącleciach, są tylko śladem. Jeśli mówimy, że Polska to zlepek różnych plemion słowiańskich, to musimy mieć świadomość, że nasi praprzodkowie przybyli skądś na te tereny, prawdopodobnie już zamieszkane, i albo poprzednich mieszkańców wyparli, albo spowodowali ich asymilację z dominującymi przybyszami.


W podręcznikach historii starożytnej można znaleźć podobizny wojowników asyryjskich: surowych, mężnych, w hełmach. Faktycznie, na przestrzeni kilku wieków to bitne plemię podporządkowało sobie znaczne terytoria z ludnością je zamieszkującą. Byli groźnymi przeciwnikami nawet dla ówczesnego imperium egipskiego. Można ich bowiem porównywać do późniejszych Spartan, którzy byli doskonałymi wojownikami lądowymi, gdy Ateńczycy byli lepsi na morzu. W czasach "asyryjskich" flota i kupiectwo to domena Fenicjan, z którymi identyfikują się dzisiejsi Libańczycy.
Ale skąd dzisiaj Asyryjczyk, wszak nie ma obecnie takiego państwa. Otóż pewna liczba ludności o tych starożytnych korzeniach żyje obecnie na terenie Iraku. I w morzu arabskich muzułmanów zachowali oni swoją odrębność religijną – ortodoksyjne chrześcijaństwo, przyjęte w pierwszych wiekach naszej ery. Może ta odmienność religijna spowodowała, że mimo nacisków i prześladowań ze strony dominujących w całym regionie muzułmanów, zachowali swoją odrębność.


Adam, który stawił się na torontońskie lotnisko celem powrotu tam, skąd przybył, mimo typowych dla Europejczyka czy Kanadyjczyka ubioru i manier, miał rysy twarzy podobne do tych ze starożytnych rycin jego praprzodków. Nadto, gdy większość Arabów ma smagłą cerę, on był, jak to się określa, "caucasian", czyli białym człowiekiem. Tak jakby palące słońce Bliskiego Wschodu tak jego, jak i jego protoplastów nie przyciemniało.
Mimo dość surowego wyglądu, ten około 50-letni, postawny mężczyzna był pełen humoru, optymizmu, mimo że był na zakręcie swego życia. Był bowiem deportowany z Kanady. Wprawdzie miało to łagodny przebieg, bo sam dobrowolnie stawił się na lotnisko, przez nikogo nieeskortowany, to jednak musiał opuścić Kanadę po dwóch latach tutaj pobytu.


Zbiegł z kraju rządzonego przez Saddama Husajna tuż przed inwazją Amerykanów z terytorium Kuwejtu, który syryjski satrapa wcześniej najechał, twierdząc, że to jest jego prowincja, którą przyłącza "do macierzy". Chodziło mu głównie o dodatkowe złoża ropy naftowej.
Adam, z wykształcenia programista komputerowy, zbiegł najpierw do Szwajcarii, gdzie zabawił tylko kilka miesięcy. Stamtąd dostał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał przez następne kilkanaście lat. Po latach uzyskał obywatelstwo tego kraju, miał niezłą pracę, ale ciągle czuł się samotny, wyizolowany, obcy. Nigdy się nie ożenił, nie miał stałej partnerki, nie miał dzieci.


Trochę inaczej potoczyły się losy jego rodziny. Ojciec jego zmarł niedługo po ucieczce Adama z Iraku. W zawierusze wojennej brak było właściwej opieki lekarskiej i z powodu choroby uleczalnej w normalnych, cywilizowanych warunkach, ten około 60-letni kupiec zmarł. Był dobrym mężem i ojcem, zadbał o wykształcenie wszystkich czworga dzieci: dwóch synów i dwóch córek. Adam był wśród nich najstarszy. Nie mógł przylecieć na pogrzeb ojca z powodu trwającej wojny.


Matka Adama, przy pomocy trójki dzieci, prowadziła przez jakiś czas rodzinny sklep, ale to nie było to samo jak wówczas, gdy wszystkimi poważniejszymi sprawami związanymi z biznesem zajmował się jej zaradny mąż. Po kilku latach tej "łataniny" postanowiła, przy dość mocnych naciskach dzieci, wyemigrować z Iraku. Był to ciągle okres niespokojny w tym kraju. Udało im się dotrzeć do Turcji, a stamtąd przylecieć do Kanady.
W Toronto zaopiekowała się nimi rodzina kuzynki zmarłego męża, która wraz z mężem i gromadką dzieci już wcześniej uzyskała prawo stałego pobytu w Kanadzie. Matka Adama i jego rodzeństwo już na lotnisku torontońskim wyrazili wobec oficera imigracyjnego, który ich przesłuchiwał, zamiar pozostania tutaj na stałe, w charakterze uciekinierów z kraju ogarniętego wojną domową.
Fakt, że byli mniejszością etniczną i wyznawcami religii ledwo tolerowanej przez obie zwalczające się muzułmańskie grupy religijne, chyba pomógł im w uzyskaniu dość szybko pozytywnej decyzji i prawa stałego pobytu, a w konsekwencji, po kilku latach, obywatelstwa Kanady. Rodzeństwo Adama szybko się adaptowało, w czym pomogła im dość dobra znajomość języka angielskiego. Dokształcali się i dość szybko uzyskali dość dobre stanowiska pracy.


Matce Adama marzyła się jednak możliwość prowadzenia własnego biznesu. Namówiła do tego najmłodszą córkę i wspólnie z nią i z jej mężem prowadzą w Toronto orientalny sklep spożywczy. Brat i druga siostra Adama też pozakładali rodziny i mają potomstwo. Tylko Adam był sam, jakby na wygnaniu w kraju dobrobytu, gdzie niczego mu nie brakowało, tylko ciepła rodzinnego.
Adam kilkakrotnie odwiedzał matkę i rodzeństwo w Toronto w czasie swoich urlopów. Każdy powrót do Stanów był dla niego trudny. W końcu postanowił zmienić tę swoją samotność w radość życia rodzinnego. Zwolnił się z pracy, zlikwidował mieszkanie i przybył z dwoma walizkami i dość pokaźnym kontem bankowym do Toronto, najpierw jako turysta. Po dwóch miesiącach postanowił załatwić wszystko legalnie. Wynajął adwokata, który miał kompleksowo poprowadzić jego sprawę, za dość sowitą opłatą.


Najpierw były sukcesy. Adam dostał czasowe prawo pobytu w Kanadzie i prawo do pracy. Skorzystał z tego skwapliwie i już po dwóch tygodniach dostał dość dobrą pracę w swoim zawodzie. Amerykańskie doświadczenie okazało się korzystne dla niego i firmy, która go zatrudniła.
Adam zamieszkał w domu młodszej siostry, gdzie również mieszkała ich matka. Dom był obszerny, stanowił ich własność. Adam, po pracy, często służył pomocą przy prowadzeniu sklepu, tak więc siostra i szwagier odmówili pobierania od niego jakiejkolwiek opłaty za mieszkanie u nich. Adam jednak robił dość często zakupy produktów żywnościowych dla całej rodziny. Rozpieszczał też sześcioro dzieci swojego rodzeństwa, kupując im upragnione zabawki i sprzęt sportowy. Kupił też vana i często zabierał dzieci na wypady za miasto. Czuł, że żyje.
Problemem był tylko jego status w Kanadzie. Użył w swoim podaniu o prawo stałego tutaj pobytu podobnych argumentów jak jego matka i rodzeństwo, kiedy oni przybyli do Kanady. Ale to co stanowiło dobre uzasadnienie dla nich, w ich sytuacji, kiedy szukali schronienia po ucieczce z kraju targanego wojną domową, w sytuacji Adama już nie przemawiało. On wszak już uzyskał takie schronienie w Stanach. Nic mu tam nie groziło. A tęsknota za rodziną? To nie znalazło uznania w oczach decydentów w jego sprawie.


Po pierwszej odmowie Adam się odwołał, tym razem kładąc większy nacisk na względy humanitarne. Wszak cała jego najbliższa rodzina zamieszkiwała w Kanadzie, a on mieszkał i żył w osamotnieniu. To też nie trafiło do przekonania decydentów. Uzyskał odmowę i poproszono go o opuszczenie jak najszybciej Kanady. Adam postanowił nie zadzierać. Sam kupił bilet do swego stałego miejsca zamieszkania na południu Stanów. Wcześniej odtworzył najem mieszkania w domu, w którym wcześniej mieszkał. Uzyskał też zapewnienie od właściciela firmy, w której wcześniej pracował, że ponownie go zatrudni na poprzednich warunkach.


Ale dość dobry humor Adama przy wylocie z Kanady był związany jeszcze z czymś innym. Otóż właściciel kanadyjskiej firmy, w której Adam pracował, wszczął postępowanie zmierzające do uznania Adama za niezbędnego dla tej firmy i o tak wyjątkowych kwalifikacjach, że nikt inny jego zakresu zadań, a mający stały pobyt w Kanadzie, tego nie potrafi wykonywać. Świadczy to o tym, że Adam był naprawdę dobrym pracownikiem, dającym firmie dobre dochody, tak że opłacało się właścicielowi tej firmy zaangażować w dość skomplikowany proces pracowniczo-imigracyjny.
Potomek asyryjskich wojowników walczył więc o swoje współczesnymi metodami. Zawierał też, tak jak oni, sojusze, kiedy to było korzystne dla jego sprawy. Znał swoją wartość i dziwił się, że jest niedoceniany w Kanadzie. Porównywał siebie do rzeszy akceptowanych przybyszy, którzy przybywają tu bez znajomości języka angielskiego, bez przydatnych dla tutejszego rynku zawodów. Wierzył, że w końcu osiągnie to, czego pragnął najbardziej, czyli życie rodzinne.


Aleksander Łoś
Toronto

idnianmodelTen okołotrzydziestoletni przybysz z Indii mógłby być modelem, czy to wojownika sikhijskiego, czy aktorem grającym niezwykle przystojnego kochanka w jednym z kilkuset corocznie kręconych romansów w wytwórniach indyjskich. Był sikhem i mieszkał w jednym z miasteczek Pendżabu. Jego czerwony turban odcinał się wyraźnie od smagłej twarzy i kruczoczarnego zarostu. Był on od dziesięciu lat żonaty i miał parkę dzieci. Z zawodu był kierowcą.


Przed kilkoma laty wywędrował do Kanady wraz ze swoją rodziną jego starszy brat, który został do tego zachęcony przez wuja, który przybył tu przed nim kilka lat wcześniej. Tamtego też ktoś namówił i pomógł w zasiedleniu się. Trudno dociec, kto był pierwszy w tym ciągu rodzinnych powiązań, które spowodowały, że tak z tej rodziny, jak i szeregu innych spora część młodzieży sikhijskiej rozjechała się po świecie. To podobnie jak z polskimi góralami, którzy podążali za ocean w nadziei na lepsze życie, zachęcani przez tych, którzy przybyli tu wcześniej i dość dobrze dawali sobie radę.


Kiedy jednak przed obywatelami Polski po zmianach ustrojowych zamknięto prawie granicę Kanady, to z Indii, Pakistanu czy Chin ciągną ciurkiem obywatele tych krajów, a w zasadzie całymi rzekami. Sikhowie indyjscy skarżą się w swoich wnioskach o przyznanie im statusu uciekiniera politycznego, że rząd indyjski nie pozwolił im utworzyć samodzielnego Kalistanu, że Hindusi patrzą na nich krzywo i przed laty nawet doszło między nimi do krwawej jatki. Ale było to przed laty.


W kolejnych latach premierem Indii został sikh, a wojsko i policja tego kraju jest zdominowana przez ludzi w turbanach, którzy stanowią tylko 2 proc. populacji w tym ponad miliardowym kraju. Mimo to władze imigracyjne Kanady masowo akceptują tych przybyszy, ale trzeba też powiedzieć, że wielu z nich jest zawracanych wobec ogromu kłamstw, których wysłuchują ciągle z ich ust kanadyjscy oficerowie imigracyjni.
Ten negatywny stereotyp zadziałał w przypadku Gurnama. Przybył do Kanady, wraz ze swoją żoną, w pierwsze odwiedziny, na zaproszenie swojego starszego brata, który miał tu już status stałego rezydenta. Na lotnisku torontońskim został odesłany wraz z żoną na dokładniejsze przesłuchanie do oficera imigracyjnego. Ten już miał przybić stemple wizowe do paszportów, ale jeszcze postanowił zadzwonić do brata Gurnama, aby upewnić się, czy oczekuje on na niego. Faktycznie, zgłosił się brat tego przybysza. Oficer imigracyjny zapytał, czy oczekuje on na przybycie swojego brata. Ten odpowiedział, że tak. Wówczas oficer imigracyjny zapytał, jak ma na imię jego brat. Wówczas usłyszał jakieś imię indyjskie. Poprosił o powtórzenie i usłyszał tę samą odpowiedź. Podziękował i rozłączył się, a Gurnama i jego żonę zatrzymał i odesłał do aresztu imigracyjnego.
Kiedy Gurnam znalazł się w areszcie, natychmiast po zakwaterowaniu zadzwonił do brata, pytając o przyczynę takiego potraktowania go w Kanadzie. Brat też był zdziwiony. Gurnam zapytał się jeszcze, co brat powiedział oficerowi na lotnisku, że ten natychmiast podjął decyzję o aresztowaniu. Wówczas brat Gurnama powiedział, że pytał o imię przybysza i brat podał to imię. Okazało się, że podał on nie oficjalne imię Gurnama, które widniało w paszporcie, ale jakieś zdrobnienie, którego używano w rodzinie, w domu, nieoficjalnie. Nałykany łgarstwami od innych przybyszy z tego regionu, oficer imigracyjny uznał, że ma do czynienia z kolejną próbą oszustwa.


Gurnam (i jego żona, na żeńskim oddziale) przebywał w areszcie ponad miesiąc. Kolejne próby uwolnienia go za kaucją nie dawały pozytywnego rezultatu. Początkowy raport oficera imigracyjnego kazał kolejnym oficerom i sędziom imigracyjnym patrzeć na niego jako na oszusta.
Po miesiącu Gurnam poczuł się źle. Poprosił o wizytę u lekarza. Ten z początku zlekceważył ten sygnał. Kiedy Gurnam poczuł się gorzej, po dwóch tygodniach lekarz nakazał umieścić go w izolatce i dokonać gruntownych badań, w tym prześwietlenia płuc. Badania te wykazały, że Gurnam ma początkowe stadium gruźlicy. Kiedy mu o tym powiedziano, był zdumiony, bo wszak jako dziecko był zaszczepiony przeciw gruźlicy. Okazało się, że szczepionka nic nie pomogła wobec faktu pozostawania przez dwa tygodnie z osobnikiem, który był siewcą zarazków gruźlicy.
Był to przybysz z Chin, a konkretnie z Tybetu. Przebywał w areszcie imigracyjnym dokładnie siedemnaście dni, do czasu, aż został zwolniony za kaucją. Pochodząc z prześladowanego rejonu zagarniętego i rządzonego przez reżim komunistycznych Chin, wzbudzał z miejsca współczucie i dano mu możliwość starań o status uciekiniera politycznego w Kanadzie, bez badania stanu jego zdrowia. Ile osób, tak w areszcie, jak i poza nim, pozarażał do czasu ustalenia, że to on zaraził Gurnama, trudno powiedzieć. Faktem jest, że w tym samym pokoju zamieszkiwał również innych sikh i jego też umieszczono w izolatce i poddano gruntownym badaniom i okazało się, że on, mimo że był co najmniej dwa razy starszy od Gurnama i schorowany, to nie został zarażony gruźlicą.


Gurnama natychmiast przewieziono na oddział przeciwgruźliczy jednego ze szpitali torontońskich. Tam czekała go kilkumiesięczna kuracja kosztująca ponad tysiąc dolarów dziennie. Wszystko to na koszt kanadyjskiego podatnika, bo będąc aresztantem, Gurnam nie ponosił jakichkolwiek kosztów swojego pobytu w Kanadzie. Dodać należy, że jeśli będzie na tyle sprytny, to może jeszcze wytoczyć rządowi kanadyjskiemu proces sądowy o znaczną sumę odszkodowania za narażenie go na utratę zdrowia, cierpienia itd., wobec umieszczenia go w jednym pokoju w areszcie imigracyjnym z niezbadanym pod względem zdrowia człowiekiem.


Oddział przeciwgruźliczy, w którym znalazł się Gurnam, przypominał trochę kategorią swoich pacjentów populację aresztu imigracyjnego. Dominowali w nim przybysze z Azji: Indii, Pakistanu i Chin. Było sporo Murzynów tak z Karaibów, jak i z Afryki, było kilku potomków dumnych Inków, Majów czy Azteków z Ameryki Południowej. Jedynym białym był przybysz z Rosji. Na tym jednym oddziale byli oczywiście i mężczyźni, i kobiety. Wszyscy ci pacjenci byli nowymi imigrantami. Nie było na tym oddziale ani jednej osoby urodzonej w Kanadzie. Ale tylko Gurnam był aresztantem imigracyjnym. Pozostali byli tu "z wolności", czyli przeszli już sito wstępnych przesłuchań i zostali wstępnie dopuszczeni do dalszych starań o uzyskanie statusu stałego rezydenta Kanady, lub też, niektórzy z nich, już taki status uzyskali. I to z aktywną gruźlicą. Świadczy to ewidentnie o zaniedbaniach w kontroli medycznej, bądź w krajach, z których ci nowi przybysze uzyskali zgodę na przybycie do Kanady, lub też już tu, w Kanadzie.
Ale nie ma się czemu dziwić. Wszak ci kandydaci na imigrantów są badani przez "zaufanych" lekarzy w swoich rodzinnych krajach. Pewien sikh z całą szczerością powiedział, że kraj jego jest przeżarty łapówkarstwem i korupcją. Opisał sytuację, w jakiej się sam znalazł, kiedy przyleciał na pierwszą wizytę do Indii, po wyjeździe przed laty z tego kraju. Na lotnisku kontroler powiedział mu, że czegoś mu brakuje w dokumentach. Kiedy ten oświadczył, że jest obywatelem Kanady i ma wszystkie niezbędne dokumenty, został zapytany, ile przywiózł ze sobą pieniędzy. Przybysz udzielił zgodnej z prawdą odpowiedzi. Został poproszony o pokazanie tych pieniędzy. Wówczas kontroler wyjął z pliku kanadyjską studolarówkę i schował ją do swojej kieszeni. Z kolei oddał paszporty kanadyjskie przybyszowi i jego żonie i oświadczył, że teraz wszystko jest w porządku. Przybysz pogodził się z losem i wiedział nadto, że ten skorumpowany urzędnik graniczny mógł tak otwarcie kpić sobie z przepisów "największej demokracji świata", bo uzyskaną dolą dzielił się ze swoim zwierzchnikiem, a ten ze swoim, aż do samej góry. Tenże sikh z troską też mówił o tym, że w Indiach można za łapówki otrzymać każde świadectwo, jakie się chce, i to z autentycznie istniejących wyższych uczelni. Powiedział też, że wielu przybyszy z Indii, legitymując się takimi dokumentami, nostryfikuje dyplomy i uzyskuje intratne stanowiska rządowe w Kanadzie.


Wróćmy jednak do Gurnama. Przebywając na oddziale przeciwgruźliczym, wystąpił, przy pomocy agenta imigracyjnego zaangażowanego przez jego brata, o zmianę jego statusu z turysty na uciekiniera politycznego. Tak więc, mimo pewnego radykalizmu w postępowaniu, oficer imigracyjny na lotnisku miał dobre wyczucie co do faktycznych zamiarów Gurnama i jego żony. Teraz Gurnam posługiwał się dodatkowym argumentem zarażenia go na terenie Kanady gruźlicą, w staraniach o prawo pozostania w tym kraju. To spowodowało, że jeszcze kilka miesięcy po zwolnieniu go ze szpitala przebywał w areszcie, aż w końcu zapadła ostateczna decyzja o jego wydaleniu wraz z żoną.


Jego prawie dziesięciomiesięczny pobyt w Kanadzie zakończył się niepowodzeniem. Ale tysiące jego ziomków, powołując się na bzdurne argumenty, ale z naiwnością akceptowane przez władze imigracyjne, corocznie powiększa getta sikhijskie na terenie Kanady.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 17 sierpień 2012 15:11

Imigracja: Zmiana nazwiska w Ontario

Napisane przez

Izabela Embalo
Osoby zawierające związek małżeński nie muszą dokonywać formalnej, legalnej zmiany nazwiska w prowincji Ontario, co oznacza otrzymanie nowego, zmienionego dokumentu aktu urodzenia.


Po zawarciu związku małżeńskiego, bez wprowadzenia zmian na dokumencie aktu urodzenia, można prawnie posługiwać się nazwiskiem współmałżonka. Niektórzy wybierają opcję używania dwóch nazwisk (hyphenated last name).
Ponadto wystarczy okazać się prawidłowym aktem małżeństwa, by dokonać zmian na kanadyjskich dokumentach tożsamości: numerek socjalny (SIN), karty bankowe, prawo jazdy, karta ubezpieczenia zdrowotnego OHIP).


Większość osób korzysta z tej prawnej możliwości, gdyż jest ona dogodna, osoba zmieniająca nazwisko nie musi wypełniać i składać żadnych podań, w dodatku można także powrócić bez większych komplikacji do poprzedniego nazwiska, np. w sytuacji rozwodu.
Nie ma obowiązkowych opłat dla osób zmieniających nazwisko po współmałżonku na podstawie aktu małżeńskiego. Dokumenty ze zmienionym nazwiskiem można otrzymać w terminie 4 – 6 tygodni.


W przypadku podań imigracyjnych, warto zmienić nazwisko w paszporcie oraz innych dokumentach tożsamości przed uzyskaniem wizy stałego pobytu. Urząd imigracyjny wyda wówczas kartę rezydenta z nazwiskiem preferowanym (współmałżonka).
Jednak w przypadku formalnej procedury zmiany nazwiska (bez zawarcia małżeństwa), o jaką mogą wystąpić osoby powyżej 16. roku życia, które rezydują od roku w Ontario, wnioskodawca otrzyma specjalny certyfikat zmiany nazwiska oraz nowy akt urodzenia (jeśli osoba urodziła się w Ontario).


Osoby urodzone poza naszą prowincją lub poza Kanadą, by formalnie zmienić nazwisko, powinny złożyć specjalny wniosek o wydanie zmienionego aktu urodzenia do odpowiednich instytucji prowincji lub innego kraju na podstawie certyfikatu wydanego w Ontario. Procedura wymaga zazwyczaj niewielkich opłat administracyjnych (w zależności od wydającej dokument instytucji).
Osoby zainteresowane procedurą formalnej zmiany nazwiska mogą kontaktować się z Office of the Registrar General, tel. 1 800 4612165 lub w Toronto 416 325 8305.

 

Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca 
Prawa Imigracyjnego
Commissioner of Oath
UWAGA! Oferujemy również usługi notarialne (Commission of Oath)
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMT O KONTAKT:
416-515-2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." style="margin: 0px; padding: 0px; border: 0px; outline: 0px; vertical-align: baseline; background-color: transparent; text-decoration: none; ">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY:
www.emigracjakanada.net

piątek, 10 sierpień 2012 11:39

opowieści z aresztu imigracyjnego: Z dawnej Polski

Napisane przez

Nie tylko w starszym, polskim pokoleniu pozostały dobre wspomnienia po dawnych ziemiach Rzeczypospolitej. Ta świadomość tkwi również wśród obecnych mieszkańcach tych ziem, czyli Ukraińcach i Białorusinach. W odróżnieniu od Litwinów, zdecydowanie nastawionych nacjonalistycznie i często wrogo do Polski, pozostali często wyrażają dobre opinie o czasach przedwojennych, kiedy znaleźli się w granicach odrodzonej Rzeczpospolitej. Szczególnie kiedy wspominają czasy sowieckie, to czasy "polskie" wypadają w ich opinii znacznie korzystniej.
Pewnego dnia na lotnisku torontońskim stawiły się dwie panie: matka i córka. Po matce widać było ciągle dawną urodę, a córka, około 40-letnia kobieta, była prawdziwą "krasawicą". Pochodziły z Tarnopola, czyli jak to określiła starsza pani "z dawnej Polski". Mówiła trochę po polsku, ze śpiewnym kresowym akcentem, ale jej ojczystym językiem był ukraiński.


Matka dzieliła się chętnie dobrymi wspomnieniami, przekazanymi jej przez rodziców i ich rówieśników, z czasów wspólnej z Polską państwowości. Jej rodzina bardzo ucierpiała w czasach sowieckich, kilku członków rodziny zmarło z głodu, wyczerpania, chorób, których nikt nie leczył, bo nie było lekarstw. Część rodziny znalazła się na wschodzie, albo wywiezieni przez Sowietów, albo sami uciekając przed Niemcami.
Rodzice Marii poznali się w Ufie na Uralu, gdzie pracowali w fabryce zbrojeniowej. Później jej ojciec został powołany do wojska w ostatniej fazie wojny, z której nigdy nie wrócił. Ale tuż przed jego wyjazdem poczęta została Maria. Jej matka podążała za frontem, aż dotarła do rodzinnego Tarnopola. Tu odszukała jakichś krewnych, którzy przeżyli wojnę, tu urodziła córeczkę, której dała na imię Maria. Została ona, mimo agresywnej sowietyzacji, do końca życia wierną wyznaniu unickiemu, czyli prawosławiu uznającemu zwierzchnictwo Watykanu.
Sama wychowywała córkę, która wyrastała na piękną pannę. I oto pewnego dnia ta wychuchana córka przyprowadziła do domu kawalera, który poprosił o jej rękę. Matce też ten młodzian się podobał. Kiedy zapytała o jego imię i nazwisko, to natychmiast zrozumiała, że będą kłopoty. Było to tak imię, jak i nazwisko typowo żydowskie. Maria, mimo perswazji matki, nie zmieniła swojego zdania i wyszła za mąż za ukochanego.
Okazał się ona dobrym, zaradnym człowiekiem. Swojego pochodzenia nie eksponował i był ateistą. Uchował się dzięki temu, że wraz z rodzicami i rodzeństwem, jeszcze przed wkroczeniem Niemców, wyjechali do Kazachstanu, a po zakończeniu wojny cała rodzina wróciła do Tarnopola.
Ze związku tego urodziła się córeczka, dali jej na imię Tania, która odziedziczyła po matce urodę. Była nawet jeszcze piękniejsza, tak więc, kiedy dorosła i poszła na studia, miała wokół siebie krąg wielbicieli. Wybrankiem jej został inżynier, kilka lat od niej starszy, który już się usamodzielnił, tak więc państwo młodzi nie musieli koczować u jednych lub drugich rodziców.
Ale tuż po tym nastąpiły zmiany ustrojowe. Stary porządek się walił, a co do nowego nie było jasnych perspektyw. Mąż Marii wydobył wówczas swoje dokumenty i zdecydował, że lepsze warunki cała rodzina będzie miała w Izraelu. I znowu, syn Tani został poczęty jeszcze w Tarnopolu, ale urodził się już w Izraelu. Mieszkali razem w Tel Awiwie. Na początku było ciężko, ale potem jakoś się ułożyło.
Po dziesięciu latach pobytu w Izraelu zmarł mąż Marii. Mimo, początkowo, braku znajomości języka, dzięki swojej zaradności, dość dobrze zabezpieczył rodzinę. Mąż Tani też dostosował się do nowych warunków. Ich syn po ukończeniu szkoły średniej musiał odbyć trzyletnią, obowiązkową służbę wojskową. W tym czasie rozpadł się związek małżeński Tani. Jej mąż, po śmierci teścia, poczuł się panem sytuacji i się rozpił i roztrwonił częściowo zgromadzony majątek. Tania miała dość. Nawiązała kontakt z koleżanką, która osiedliła się w Kanadzie, i na jej zaproszenie przyleciała wraz z synem na rekonesans.


Już po kilku tygodniach zamieszkiwania w North York w Toronto wiedziała, że tu jest jej miejsce i z niego się nie ruszy. To nie tylko rozpad związku z mężem, ale trzy lata bojaźni o życie syna, odczuwana odrębność od osiadłych Żydów, szczególnie wobec braku związków religijnych z nimi, spowodowały, że Tania rozpoczęła kilkuletnią walkę o pozostanie na stałe w Kanadzie. Najłatwiej byłoby, przy jej urodzie, załatwić to przez związek małżeński ze stałym rezydentem Kanady, ale ona była ciągle mężatką. Wprawdzie złożyła wniosek rozwodowy, ale mąż tworzył trudności, deklarując poprawę i chęć kontynuacji ich związku. Tania postanowiła wyzwolić się od wszelkiej bojaźni, konfliktów, niepewności.
I dopięła swego. Wynajęła adwokata, poświęcając na jego gażę ostatnie pieniądze, które zostały jej po ojcu. Adwokat tak zgrabnie poprowadził jej sprawę, że wraz synem dostali oni prawo stałego pobytu w Kanadzie. Syn już po pół roku tutaj pobytu rozpoczął studia na York University. Studiował biznes i był już na ostatnim roku, kiedy matka z babcią wylatywały do Izraela.
Ostatnim bowiem poważnym problemem Tani był los jej matki. Po śmierci swojego męża prowadziła ona dom Tani i jej rodziny. Kiedy została sama, korzystając z emerytury po mężu i mając jeszcze oszczędności z okresu, kiedy mąż żył, nie miała problemów finansowych. Ale Tania pragnęła mieć matkę przy sobie. Zaprosiła ją do odwiedzenia Kanady. I tutaj ponownie rozpoczęła walkę, tym razem o prawo stałego pobytu matki przy niej.
Niestety, nie miała już środków finansowych na dobrego adwokata. Powierzyła sprawę tańszemu agentowi imigracyjnemu i ten nie dał sobie rady z tą sprawą. Zaistniała też okoliczność negatywna po stronie Tani. Ona nie miała przez jakiś czas pracy, korzystała z zasiłków, a później, kiedy już pracę uzyskała, to była ona nie na tyle dobrze płatna, aby według kalkulacji oficera imigracyjnego, mogła sama utrzymać swoją matkę. Tak więc, po dwóch latach walki i pobytu matki u niej Tania musiała przyjąć do wiadomości, że jej matka musi opuścić Kanadę. Nie chciała dopuścić do tego, aby matka była aresztowana i pod przymusem odstawiona na lotnisko.


Kupiła dwa bilety do Tel Awiwu, spakowała matkę i razem z nią przybyła na lotnisko. W roztargnieniu zapomniała leków i ciśnieniomierza matki. W ostatniej chwili zadzwoniła do koleżanki, która jej odwiozła na lotnisko, aby pojechała szybko do ich mieszkania i przywiozła zapomniane rzeczy. Udało się. Obie, po sprawdzeniu przez oficerów bezpieczeństwa El Al, udały się w drogę powrotną do Izraela: matka jako deportowana, a córka dla jej bezpieczeństwa i załatwienia spraw życiowych starszej matki, która, mimo wieloletniego pobytu w Izraelu, języka hebrajskiego się nie nauczyła. Nie czuła ona związku z tym krajem. Nie była Żydówką, chodziła do kościoła unickiego w Tel Awiwie. Tania leciała z matką, aby głównie usadowić ją w pokoju w domu spokojnej starości. Emerytura Marii powinna była wystarczać na opłacenie pobytu w tym domu.
Plany Tani sięgały dalej. Teraz już była mądrzejsza. Wiedziała, że będąc jedynym dzieckiem swojej matki, która była wdową, miała duże szanse uzyskać zgodę od władz imigracyjnym Kanady na sprowadzenie matki do siebie. Tania dostała też lepiej płatną pracę. Syn jej już kończył studia. Nadto jej serdeczna koleżanka deklarowała pomoc, gdyby trzeba było złożyć się na sponsorstwo dla Marii.
Tak więc dwie eleganckie panie urodzone w Tarnopolu i mające sentymentalne wspomnienia z tego miasta, leciały w przymusową podróż do Izraela z nadzieją, że po roku Maria już na stałe przyleci do Tani. Wiedziała też ona, że Tania, po zarzekaniu się, że nie zwiąże się łatwo z mężczyzną, aby nie być od niego uzależnioną, poznała pana w swoim wieku, bez obciążeń, kawalera, dobrze sytuowanego, który poważnie się nią interesował, a i ona, co zaobserwowała Maria, "odtajała" i była gotowa na nowy rozdział swojego życia.


Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 10 sierpień 2012 09:45

Po latach

Napisane przez

Izabela EmbaloMagda nie widziała swojego ojca przez kilka lat, była jeszcze dość małą dziewczynką, kiedy ich trudna sytuacja materialna zmusiła ojca do emigracji. Jakimś sposobem udało mu się zdobyć kanadyjską turystyczną wizę wjazdową, zapłacił komuś za zaproszenie, nie znając nawet zapraszającej osoby, i tak pozostał za oceanem latami. Do Polski nie podróżował, ponieważ nigdy nie uregulował swojego statusu w Kanadzie.

Gdyby opuścił Kanadę, może nigdy by do niej nie mógł ponownie wrócić, dlatego że złamał kanadyjskie prawo, bał się zaryzykować. Z pracy ojca w Kanadzie rodzina jakoś egzystowała, więc wszyscy doceniali jego poświęcenie i ciężki emigracyjny los.
Zniesienie wiz dla polskich obywateli dało Magdzie szansę odwiedzin ojca. Naradzali się, jak to najlepiej zrobić, by nie ujawniać nielegalnego zamieszkania taty w Kanadzie. Nie posiadali tam żadnych krewnych, więc wspólnie doszli do wniosku, że Magda przyleci jedynie jako turystka w celu zwiedzenia Toronto i jego okolic. Ojciec wykupił jej bilet na trzy miesiące, zarezerwowano hotel na dwa tygodnie, niezmierna była ich radość na myśl o spotkaniu po latach.


Na lotnisku zatrzymali Magdę urzędnicy. Od razu nie spodobało się oficerowi to, że młoda Polka prosi o wizę pobytu czasowego na trzy miesiące. Wzbudziło to wielkie podejrzenie intencji nielegalnego zatrudnienia. Młoda dziewczyna, która praktycznie nic nie zostawiła w Polsce – nie studiuje, nie ma dobrej pracy, męża, dzieci, w dodatku posiada dość skromne oszczędności jak na trzymiesięczny pobyt turystyczny. Nie przekonała urzędnika co do celów wizyty, no bo jak się jedzie na wakacje turystycznie do jakiegoś kraju, to zazwyczaj na 1–2 tygodnie... W dodatku w Kanadzie nikt z jej bliskich krewnych nie zamieszkuje. Natychmiast Magdę aresztowano. Dziewczyna, zupełnie zaskoczona sytuacją, spędziła kilka dni w areszcie. Jej ojciec szukał osoby, która wystawiłaby za Magdę kaucję, ponieważ bez kaucji uwolnienie nie było możliwe, ale nikt ze znajomych nie chciał poręczyć, w grę wchodziło 5000 dolarów. Ponadto, jak wytłumaczyłby się poręczyciel z tego, że zakłada za Magdę kaucję, skoro na granicy oświadczyła ona, że nikogo w Kanadzie nie zna.


Po kilku dniach Magda odleciała z aresztu imigracyjnego do Polski, podpisała dobrowolną zgodę na opuszczenie Kanady. Nigdy się z ojcem nie widziała, nawet przez chwilę. Obawiali się nawet rozmawiać przez telefon, ktoś im podpowiedział, że rozmowy są tam nagrywane. Przebywający bez ważnego statusu ojciec nie odwiedził nawet córki w imigracyjnym więzieniu, obawiał się deportacji.

piątek, 03 sierpień 2012 16:14

Opowieści z aresztu imigracyjnego: Ucieczki i powroty

Napisane przez

Ta siedząca przed gabinetem lekarskim młoda, 23-letnia kobieta, cierpiała nie tylko fizycznie, ale głównie psychicznie. Jej ładna buzia była cała w czerwonych wypryskach. Był to efekt jakiegoś schorzenia wewnętrznego, które objawiało się wypryskami na całym ciele, ale głównie na twarzy. Wcześniej już była badana przez tego samego lekarza, którzy przepisał jej maść, ale Tania jej nie wykupiła, bo nie miała czterdziestu dolarów na ten lek.

Bo wszystko to działo się w kanadyjskim areszcie imigracyjnym. W czasie drugiej wizyty lekarz polecił pielęgniarce, aby dała Tani zestaw leków, które miały być powtarzane przez kolejne dni. Wcześniej schorzenie to mogło być usunięte przez oddziaływanie zewnętrzne maścią, a wobec braku zastosowania tej terapii musiała być zastosowana ostrzejsza, mniej korzystna dla organizmu, ale za to skuteczna i prowadzona na koszt podatnika kanadyjskiego. Skąd ta ładna, zgrabna kobieta znalazła się w tej trudnej dla niej sytuacji?


Pochodziła z małego miasteczka koło Kijowa. Była Ukrainką, ale zruszczoną. Nie mówiła w ogóle po ukraińsku ani nie czuła jakiegoś silnego związku ze swoim krajem rodzinnym. Raczej, mimo młodego wieku i upływu pewnego okresu od usamodzielnienie się Ukrainy, po rozpadzie Związku Sowieckiego, czuła silniejsze związki z kulturą i obyczajami rosyjskimi niż ukraińskimi. Ale w areszcie zarejestrowana była jako Ukrainka, bo i paszport tego kraju posłużył jej do dostania się do Kanady.


Ale prześledźmy kilka lat z dość krótkiego, ale już dość bogatego życiorysu Tani. Była jedynym dzieckiem jej rodziców, którzy rozwiedli się, kiedy miała pięć lat. Po dalszych pięciu latach matka jej wyszła ponownie za mąż, a po dalszych pięciu Tania została zgwałcona przez pijanego ojczyma. Powtarzało się to jeszcze kilkakrotnie, i to chyba w końcu za wiedzą matki Tani.
Po dwóch latach Tania uciekła z domu. Znalazła się w kręgu podobnych do niej dziewcząt, które szybko wprowadziły ją w nowy nurt życia. Sprzedawała się, aby żyć. Szczęśliwie nie spotkało jej nic bardzo złego w tym okresie, poza kilkoma przypadkami pobicia przez klientów i przez "opiekuna", który traktował ją jak swoją własność i korzystał z jej usług seksualnych, kiedy chciał. Oczywiście gros dochodów z nierządu trafiało do rąk tegoż opiekuna.
Po roku Tania została namówiona przez trochę starszą koleżankę po fachu do ucieczki i spróbowania szczęścia w Polsce. Myślały o znalezieniu porządnej pracy, czy to w szklarniach, czy przy pracach domowych. Kiedy jednak znalazły się na terenie Polski, szybko zostały odkryte przez rodzimych alfonsów. Trafiły obie w ręce jednego z nich, który nawet zachowywał się wobec nich dość przyzwoicie. Traktował to profesjonalnie. Grupę trzech kobiet (dodatkowo jeszcze jedną Rumunkę) wywoził codziennie w pobliże szosy warszawsko-katowickiej i tam świadczyły one usługi według cennika. Podział dochodu też był dość uczciwy: po pięćdziesiąt procent. To już stawiało Tanię, jak i pozostałe dziewczęta, finansowo na nogi.
Pracowała w tym zespole przez jeden sezon letnio-jesienny. Zimą dochody były marniejsze, choć opiekun starał się znajdować swoim podopiecznym klientów w ich ciepłych domach. W kolejnym sezonie Tania została wymieniona na Bułgarkę i znalazła się w zespole innego opiekuna. Tym razem jej partnerkami była Rumunka i Rosjanka. Tania w tym zespole grała rolę jakby jeszcze nastolatki, bo i fizycznie nie dorównywała dojrzałym i dobrze rozwiniętym koleżankom, a i doświadczenie w zawodzie też miała z nich najkrótsze. Jednak nie narzekała na brak powodzenia. Różni byli klienci: jedni wybierali bardziej biuściaste jej koleżanki, a inni gustowali w jej młodzieńczej figurze. Pracowała w tym zespole cały sezon.


Z kolei w następnym została sprzedana nabywcy z Niemiec. Był to Turek – właściciel taniego domu publicznego w Hamburgu. Mieścił się on nie w ekskluzywnym St. Paulo, ale w dzielnicy portowej, gdzie swoje potrzeby seksualne załatwiali głównie wygłodzeni marynarze różnej maści. Tania nie narzekała na złe traktowanie. Twierdziła, że opowieści niektórych dziewcząt o porwaniach, trzymaniu jakby w więzieniu może się zdarzają, ale to zupełny margines. Każda z jej współtowarzyszek życia wiedziała, w jakim celu jest zatrudniana i gdzie jest jej miejsce. Po kilku miesiącach intensywnej pracy Tania miała dość i postanowiła wrócić do ojczyzny. Dowiedziała się nadto, że jej ojczym zapił się na śmierć i jej matka jest sama.
Wróciła do swojego zapyziałego miasteczka. Wydało się jej jeszcze biedniejsze niż przed kilkoma laty, kiedy je opuszczała. Wróciła wprawdzie z jakby złą sławą (choć nikt nie wiedział dokładnie o uprawianiu przez nią prostytucji w Polsce i w Niemczech), ale też uzyskała status osoby raczej dobrze sytuowanej. Niejeden próbował uzyskać od niej pożyczkę, niejeden też próbował zawrzeć z nią bliższą znajomość z propozycją małżeństwa włącznie. Tania jednak była ostrożna. Jej ziomkowie płci odmiennej wydali się jej jeszcze mniej atrakcyjni niż w jej czasach szkolnych, a większość z nich piła w nadmiarze.


Tania wyremontowała mieszkanie matki, kupiła meble, nowy telewizor i zaczęła rozglądać się za normalną pracą.
Było to prawie niemożliwe wobec 30-proc. bezrobocia. W końcu jednak uzyskała pracę sprzedawczyni. Spodobała się właścicielowi sklepu, który przejął na własność były sklep państwowy. Miał on wpływy i pozycję w miasteczku. Był żonaty i miał dwoje dzieci, ale już po tygodniu zaczął czynić Tani niedwuznaczne propozycje. Oganiała się przez miesiąc, aż w końcu uległa. Pracowała i była kochanką właściciela sklepu przez kilka miesięcy. Rzecz stała się publiczną tajemnicą. Matka czyniła jej wyrzuty. Mimo szczególnej pozycji w sklepie, to jednak dochody Tani nie były zbyt duże w porównaniu z tymi, które uzyskiwała wcześniej, wykonując inny zawód. Zaczęło jej brzydnąć życie w tych warunkach. Przyschły trochę w pamięci problemy z pobytem w Polsce i Niemczech i "dusza rwała się do wolności". Chociaż Tania przyrzekła sobie, że już nie będzie wykonywała zawodu prostytutki.


Postanowiła dokonać skoku przez Atlantyk. Odświeżyła znajomość z koleżanką z czasów szkolnych, która wysłała jej list zapraszający. Tania załatwiła sobie nowy paszport i wizę kanadyjską i pewnego dnia wylądowała na lotnisku torontońskim. Koleżanka przywitała ją serdecznie. Ugościła, pokazała okolice, wzięła na kilka spotkań towarzyskich. Tania dostała wizę na dwa miesiące. Ale już po kilku dniach pobytu oświadczyła koleżance, że nie ma zamiaru wracać do kraju. Opisała jej warunki życia w ich rodzinnym miasteczku i koleżanka zadeklarowała pomoc Tani. Ta opowiedziała częściowo koleżance o dotychczasowych swoich losach, nie ukrywając, że trudniła się przez pewien czas prostytucją. Oświadczyła jednak, że nie chciałaby wracać do tego zawodu.


Powstał problem załatwienia pracy dla Tani. Koleżanka jej uzyskała w Kanadzie dyplom masażystki i pracowała w swoim zawodzie. Rozejrzała się wokoło i poleciła Tanię w jednym z gabinetów masażu. Tania została przyjęta na próbę. Już po pierwszym dniu pracy zorientowała się, że jest to gabinet masażu erotycznego. Klientami byli głównie mężczyźni, którzy przychodzili tam dla relaksu. Tania wyraziła zgodę na wykonywanie tej pracy. Wydawało się, że wszystko ułoży się pomyślnie.
Po dwóch miesiącach jednak na gabinet, w którym pracowała Tania, został dokonany nalot policyjny. Wylegitymowane zostały wszystkie pracownice i będący wówczas w gabinecie dwaj klienci. Okazało się, że kilka dni wcześniej do gabinetu nasłany został agent policyjny, który skorzystał w pełni z usług erotycznych gabinetu. Tak więc policja działała bez pudła, organizując akcję nakrycia właścicielki na gorącym uczynku świadczenia niedozwolonych prawem usług.


Tania została aresztowana, kiedy wyszło na jaw, że przebywa nielegalnie w Kanadzie. Prawie nic nie rozumiała po angielsku. Jedynym jej kontaktem ze światem była koleżanka, która jak mogła ją pocieszała, ale cóż mogła zrobić. Tania kilkakrotnie stawała przed sędzią imigracyjnym, który ciągle odmawiał wypuszczenia jej na wolność za kaucją. Rozważała możliwość starania się o pobyt stały w oparciu o przepisy o uciekinierach, ale dość szybko straciła nadzieję na możliwość stałego pozostania w Kanadzie.
Po kilku dniach leczenia wypryski na twarzy zeszły, twarz uzyskała dawną gładkość, wróciło też lepsze samopoczucie i pragnienie powrotu do domu rodzinnego. Wracała do matki na wschodnią Ukrainę z nadzieją, że jeszcze nie wszystko stracone, że znajdzie gdzieś swoje miejsce, choć nie wiązała tego z miejscem swojego urodzenia.


Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 03 sierpień 2012 00:08

Jedyna szansa

Napisane przez

Izabela EmbaloIstnieje tendencja wśród polskich emigrantów, by przybywać do Kanady i dopiero potem myśleć o rozwiązaniu problemu imigracyjnego – otrzymaniu wizy pracy czy pobytu. Jednak na terenie Kanady można skorzystać tylko z nielicznych programów – podania o łączenie rodzin, azylu czy humanitarnego.


Program humanitarny (nie mylić z azylem), z którego skorzystało wiele osób w trudnych sytuacjach imigracyjnych, bardzo często już nieposiadających ważnego statusu imigracyjnego, jest dość popularnym rozwiązaniem, zwłaszcza dla osób, które w Kanadzie się zasiedziały. Osoby te pokazują wkład w gospodarkę i społeczeństwo lub mogą przedstawić dość poważne powody humanitarne pozostania.
Prawo humanitarne pozwala na otrzymanie pobytu w różnych okolicznościach, na przykład posiadania rekordu kryminalnego czy niespełnienia warunków sponsorstwa, ale pod warunkiem, że osoba starająca się o pobyt przekona urzędnika o istniejącym cierpieniu, które będzie rezultatem opuszczenia Kanady (hardship). W sprawach humanitarnych powinna być przede wszystkim brana pod uwagę sytuacja osoby ubiegającej się o rezydencję.


Nadal jednak podstawą przyznania pobytu ze względów humanitarnych jest dobro dziecka. Jednak samo posiadanie i wychowywanie dzieci nie jest wystarczające, należy jeszcze przekonać, że w najlepszym interesie dziecka jest jego pozostanie w Kanadzie.
Ogólna zasada ubiegania się o pobyt stały to prawny nakaz, by złożenie podania odbyło się poza Kanadą, według artykułu 11 kodeksu prawa imigracyjnego Kanady.


Liczni imigranci, którym udało się do Kanady wjechać, nie chcą opuszczać jej granic w obawie, że ponownie nie będzie możliwy ich wjazd. Dotyczy to także obywateli krajów bez wymogu wizowego, czyli Polaków, licznie obecnie zawracanych z kanadyjskiej granicy. Niektórzy podejmują ryzyko wylotu z Kanady, składając podania niezależne (punktowe) oraz wnioski o pracę i "sponsorstwo" pracodawcy, umożliwiające pozostanie na stałe. Zależy to jednak od wyboru odpowiedniego programu imigracyjnego i intencji imigranta.
Domyślam się, że jednym z powodów trudności uzyskania pobytu stałego jest popularność emigracyjna Kanady, rząd nie może zatwierdzić pozytywnie i przyjąć zbyt wielu podań. Ponadto decyzje humanitarne są w dużej mierze zależne od samego urzędnika, który ma dużą swobodę decydowania i wybiera jego zdaniem zasługujące na pobyt aplikacje.
Największe jednak szanse mają, z mojego doświadczenia i analiz prawnych, osoby wychowujące w Kanadzie dzieci, nie tylko urodzone w Kanadzie. Warto zatem w ich przypadku rozważyć opcję podania humanitarnego, może to być jedyna szansa rozwiązania problemu pobytowego.

Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca
Prawa Imigracyjnego
Commissioner of Oath
UWAGA! Oferujemy również usługi notarialne (Commission of Oath)
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMT O KONTAKT:
416-515-2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY:
www.emigracjakanada.net

piątek, 27 lipiec 2012 15:23

Opowieści z aresztu imigracyjnego: Michał

Napisane przez

airetipiaOtwarcie nowego połączenia między Addis Abebą a Toronto odbyło się z wielką pompą. Był poczęstunek, występy oficjeli, zespołów folklorystycznych z Etiopii, poświęcenie samolotu przez ortodoksyjnego biskupa, latająca chmara dziennikarzy i fotoreporterów. Jest to pierwsze i jedyne bezpośrednie połączenie lotnicze między Toronto i Afryką. Na ten pierwszy lot czekało wielu Etiopczyków, nawet odkładając wcześniej planowane podróże, które jednak musiałyby być z przesiadką w Amsterdamie, Brukseli czy Frankfurcie.


W takiej też sytuacji znalazł się Michał, bo tak kazał się nazywać, mimo że zapisano jego imię z angielska Michael. Był wyznania chrześcijańsko-ortodoksyjnego. Pochodził z przedmieść Addis Abeby, gdzie dorastał, chodził do szkoły i skończył studia uniwersyteckie. Mając ponad 40 lat, zaliczył dość długą wędrówkę po świecie. W swoim rodzinnym kraju nie był ponad dziesięć lat.


Pierwszą swoją wyprawę zagraniczną odbył do Izraela. Miał tam kolegów, którzy zabrali się za przerzut zorganizowany przez lotnictwo Izraela dla wyznawców judaizmu zamieszkałych w Etiopii. Większość faktycznie wyznawała wiarę opartą na Starym Testamencie, ale niektórzy skorzystali z okazji i też się zabrali. Wśród nich byli koledzy Michała. Kiedy ich odwiedził, dowiedział się, że prawie wszyscy, po szybkiej nauce języka i adaptacji, musieli odbyć obowiązkową służbę wojskową. Byli zazwyczaj szeregowcami pełniącymi służbę na pierwszej linii frontu.
Ale jak to w armii, co jakiś czas propagandziści organizowali grupowe oddawanie krwi. Kiedy cały pluton szedł do punktu krwiodawstwa, to w tym również ciemnoskórzy pochodzący z Etiopii. Później dowiedzieli się, że ich krew była wylewana do rynsztoka. Kiedy stało się to publiczną tajemnicą, pracownicy służby zdrowia tłumaczyli to tym, że obawiali się, że krew ta może być zainfekowana wirusem i narażać pacjentów, którym by się tę krew podało, na zachorowanie na AIDS. Z góry zakładano, bez przeprowadzania indywidualnych badań, że ci nowo przybyli i ledwo tolerowani obywatele mogą być zarażeni, a biali nie.


Michał z dużą nostalgią wspominał swój siedmioletni pobyt w Niemczech. Pracował tam głównie w gospodarstwie rolnym, położonym w pobliżu Norymbergi, gdzie uprawiano i zbierano zioła na potrzeby farmacji. Tam też zrodziła się przyjaźń Michała z wieloma pracownikami sezonowymi pochodzącymi z Polski, którzy stanowili trzon pracowników najemnych w tym rozległym gospodarstwie. Przyjeżdżali wiosną i odjeżdżali jesienią do Polski, a Michał pozostawał, wykonując prace porządkowe w czasie zimy. Mówił dość dobrze po polsku, choć jak powiedział, już sporo zapomniał, bo od tamtego czasu minęło prawie pięć lat. Z jednym z Polaków utrzymywał systematycznie kontakt i listowny, i telefoniczny. Rozmawiał z nim po polsku, z wtrącaniem zwrotów niemieckich, kiedy nie mógł znaleźć odpowiedniego polskiego słowa. Bo chociaż obaj mówili dość płynnie po niemiecku, to ambicją Michała było to, aby rozmawiać ze swoim przyjacielem w jego ojczystym języku.
Na farmie tej Michał poznał krajankę, z którą zamieszkiwał przez ostatnie trzy lata pobytu w Niemczech. Ze związku tego urodziło się dwoje dzieci na ziemi niemieckiej. Ale, po latach starań, wszyscy oni otrzymali decyzję odmowną co do możliwości stałego pobytu. Dostali polecenie opuszczenia Niemiec. Partnerka Michała wyleciała z dziećmi do Stanów Zjednoczonych, gdzie miała wsparcie ze strony swoich krewnych, którzy uzyskali tam wcześniej stały pobyt. Po latach również ona i dzieci otrzymali prawo stałego pobytu w tym kraju.
Michał nie chciał osiedlać się w Stanach. Miał uraz do tego kraju wyniesiony jeszcze z okresu studiów, kiedy tak wykładowcy, jak i studenci skłaniali się do poglądów lewicowych, a nawet lewackich. Stany Zjednoczone były postrzegane przez to środowisko jako strażnik "krwiożerczego" kapitalizmu. Nadto jego związek uczuciowy z konkubiną osłabł. Już po rozstaniu tęsknił za dziećmi (chłopiec i dziewczynka) i skłonił ich matkę do odwiedzania go z dziećmi w Toronto, kiedy uzyskali już prawo stałego pobytu w Stanach. Za każdym razem pokrywał koszty ich podróży, utrzymania 1-2-tygodniowego tutaj, kupował im prezenty i dawał matce za każdym razem okrągłą sumkę na utrzymanie ich wspólnych dzieci.
Michał, po kilku miesiącach pobytu w Toronto, uzyskał pracę w największej ubojni świń. Jak twierdził, codziennie ubijano tam około sześciu tysięcy świń. Wymagało to oczyszczenia, podzielenia, spakowania i zmagazynowania mięsa w chłodni. Tam czekało na odbiorców. Michał zaliczył wszystkie działy i w końcu dostał pracę tam, gdzie najbardziej mu to odpowiadało, czyli przy wydawaniu towaru odbiorcom. Zarobki miał niezłe i pracę pewną. Był cenionym pracownikiem.


Michał przyleciał do Kanady z Niemiec jako turysta z paszportem etiopskim. Po roku od przybycia tutaj, poprzez agenta imigracyjnego, złożył dokumenty o udzielenie mu statusu uciekiniera politycznego. W kraju jego urodzenia ciągle nie utrwaliła się demokracja, ciągle trwał konflikt z Erytreą, zbuntowaną prowincją, wcześniej etiopską. Obaj przywódcy tych krajów, dawniej przyjaciele, walczący ramię w ramię z ówczesną dyktaturą wspieraną przez Związek Sowiecki, stali się śmiertelnymi wrogami, wciągając swoje narody w wykańczającą obie strony wojnę graniczną. To wszystko Michał zawarł w swoim wniosku i czekał. Dopiero po dwóch latach otrzymał odpowiedź –negatywną. Odwołał się od tego i po kolejnym roku znowu otrzymał decyzję negatywną. Faktycznie, jego kraj rodzinny okrzepł, zdemokratyzował się częściowo, rozwijał się intensywnie. Dowodem na to było choćby otwieranie nowych połączeń lotniczych.
Trwające długo oczekiwanie na przejście do samolotu skłaniało tego inteligentnego człowieka do refleksji nad sobą i swoim krajem. Znał książkę Ryszarda Kapuścińskiego "Cesarz", stanowiącą w sposób dość wierny, choć trochę karykaturalny, opis życia elit jego kraju jeszcze w niedalekiej przeszłości. Choć nie był w kraju od ponad dziesięciu lat, to wiedział z opisu tych, którzy przybyli do Kanady niedawno, a nadto z publikatorów, że znajdzie z łatwością pracę, bo choćby znajomość angielskiego i niemieckiego dawała mu możliwość łatwiejszego znalezienia pracy niż jego niewykształconym rodakom.


Michał planował jednak i dalszą przyszłość. Uważał, że najlepszym miejscem na ziemi jest Kanada, a szczególnie Toronto. Był on szczerze zakochany w tym mieście. Odpowiadało mu poczucie bezpieczeństwa tutaj, brak rasizmu, wolność wyboru wyznania, łatwość znalezienia pracy. Lubił tutejszych mieszkańców, obojętnie jakiego koloru skóry, pochodzenia, wykształcenia czy statusu społecznego.
Wiązał nadzieję na powrót do Kanady z tym, że poznana przez niego Kanadyjka, z którą utrzymywał stałe kontakty, choć mieszkali osobno, zadeklarowała zawarcie z nim związku małżeńskiego i sponsorowanie go.


Jedno tylko umknęło uwagi Michała. Otóż oczekując na możliwość odlotu do swojego kraju rodzinnego etiopskimi liniami lotniczymi, przekroczył limit czasu dany mu na opuszczenie Kanady. Tak więc status jego zmienił się z "wydalonego" na "deportowanego". To w znacznym stopniu utrudniało ponowny powrót do Kanady, nawet po zawarciu związku małżeńskiego z Kanadyjką. Cały proces komplikował się i wydłużał.
Michał dość dokładnie śledził zmieniającą się kanadyjską politykę imigracyjną. Wiedział, że stworzono program finansowania imigrantów, którzy dobrowolnie wyrazili chęć opuszczenia Kanady. Każda taka osoba od pierwszego lipca może otrzymać na pierwsze wydatki po dotarciu do swojego kraju rodzinnego do dwóch tysięcy dolarów. Michał nawet zapytał oficera, który prowadził jego sprawę i przygotował dokumenty deportacyjne, o możliwości otrzymania gotówki wraz z opuszczaniem Kanady. Okazało się, że jego sprawa została zamknięta przed pierwszym lipca, a nadto nie spełniał podstawowego kryterium gotowości opuszczenia Kanady w ciągu miesiąca od momentu wydania ostatecznej decyzji imigracyjnej.
Michał odlatywał jednak z uśmiechem na twarzy. Był dumny z tego, że leci etiopskimi liniami, i to pierwszym samolotem tej linii, który odlatywał z Kanady.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 27 lipiec 2012 14:01

Zatrzymanie

Napisane przez

Izabela EmbaloOsoby przebywające w Kanadzie bez ważnej wizy czy osoby zatrudnione bez zezwolenia na zatrudnienie powinny wiedzieć, jakie są konsekwencje złamania prawa imigracyjnego, jak się zachować w przypadku aresztu i jakie cudzoziemiec ma w Kanadzie prawa.
    W kanadyjskich imigracyjnych więzieniach zamyka się cudzoziemców, którzy w pewien sposób naruszyli prawo imigracyjne, oraz tych, którzy unikają deportacji.
    Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że urząd kanadyjski nie musi przyłapać kogoś na gorącym uczynku, to znaczy w sytuacji pobierania wypłaty, samo miejsce przebywania osoby (budowa), spracowane ręce czy robocze ubranie mogą być już przyczyną zatrzymania. Tłumaczenia, że się pomaga komuś  za darmo lub przyucza się do zawodu, rzadko brane są pod uwagę jako wiarygodne argumenty. Aresztowani mogą być także imigranci, których tożsamości nie można ustalić. Podobnie w przypadku osób, które w jakiś sposób stanowią zagrożenie dla kanadyjskiego społeczeństwa i złamały nie tylko prawo imigracyjne, ale także karne.
    Areszt i deportacja grozi także osobom posiadającym pobyt stały w Kanadzie, a nawet w bardzo rzadkich przypadkach obywatelstwo. Stała rezydencja jest także odbierana za rekord kryminalny-wykroczenia karne. I tu przestrzegam wszystkich stałych rezydentów, by unikali jakiejkolwiek sytuacji konfliktu z prawem, często pobyt stały anulowany jest na przykład za  jazdę w stanie nietrzeźwym. Zezwolenie na stałe zamieszkanie może być zabrane, jeśli osoba zdobyła prawo stałego zamieszkania w nieuczciwy sposób, na przykład poprzez fałszywe zeznania czy nieprawdziwy związek małżeński.


    W sytuacji aresztowania należy działać naprawdę szybko. W ciągu 48 godzin można wynegocjować z urzędem imigracyjnym warunkowe uwolnienie na przykład na podstawie wpłaty kaucji pieniężnej. Kaucję powinna wpłacić osoba, która zna aresztowanego i która jest wiarygodna w oczach władz imigracyjnych. Nie jest możliwe, by osoba sama się z aresztu wykupiła lub użyła własnych funduszy.


    Władze imigracyjne mogą wymagać kaucji w postaci gotówki (cash bond) lub w postaci obietnicy-gwarancji zapłacenia określonej kwoty na wypadek, jeśli osoba uwolniona z aresztu nie dostosuje się do określonych warunków, na przykład okresowych meldunków lub nie stawi się w urzędzie podczas finalnej procedury deportacyjnej, o ile taka będzie wymagana.


    Jeśli uwolnienie nie nastąpi w czasie dwóch dni, sprawę kieruje się na specjalne przesłuchanie w ciągu 7,  następnie 30 dni. Prawnik czy inny reprezentant ma niekiedy prawo do poproszenia o wcześniejsze przesłuchanie, na przykład jeśli osoba została zatrzymana za brak dokumentów tożsamości, a są one już w jej posiadaniu.
    Ważne, by nie podawać nieprawdziwych informacji policjantom i innym przedstawicielom prawa, warto także w tej przykrej sytuacji wykazać pełną kooperację, wtedy łatwiejsza jest w późniejszym etapie procedura uwolnienia.


    Warto także wiedzieć, iż każde przesłuchanie aresztowanego jest jakby nową procedurą, hearing de novo, dlatego w swojej obronie osoba może użyć tych samych i nowych argumentów. Aresztowany cudzoziemiec ma także pewne prawa, na przykład do prawnej obrony i reprezentacji, może kontaktować się z najbliższym konsulatem lub ambasadą swojego kraju, w celu uzyskania pomocy.


    Warto też pamiętać, by nie podpisywać żadnych dokumentów, dopóki nie zna się ich zawartości i ewentualnych konsekwencji złożenia na tym dokumencie własnego podpisu. Późniejsze tłumaczenia, że podpisało się dokument w języku angielskim, nie znając jego treści, nie są przez władze respektowane i dzieje się tak, że niekiedy nieświadomi swoich praw czy procedur prawnych aresztowani cudzoziemcy podpisują zgodę pod własną deportacją.
    W Toronto osoby aresztowane są najczęściej przetrzymywane pod adresem: Toronto Immigration Holding Center, 385 Rexdale Blvd., Toronto, Ontario, M9W 1R9. Znajomi i rodzina mogą zostawić wiadomość telefoniczną pod numerami 416-401-8509 lub 416-401-8508. Numer kontaktowy z oficerami policji imigracyjnej – Canada Border Services Agency to 416-401-8516 lub 416-410-8517.


Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca
Prawa Imigracyjnego
Commissioner of Oath
UWAGA! OFERUJEMY RÓWNIEŻ USŁUGI NOTARIALNE
(Commission of Oath)
OSOBY ZAINTERESOWANE
IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMY
O KONTAKT: 416 515 2022,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY:
WWW.EMIGRACJAKANADA.NET