Goniec

Register Login

Prawo imigracyjne

Prawo imigracyjne

piątek, 20 lipiec 2012 13:50

Dobrana czwórka

Napisane przez

Ten układ przypominał ten z "Trzech muszkieterów" Dumasa, tylko ten jeden (w odróżnieniu od D'Artagnana) w tym wypadku był najstarszy z nich, najbardziej doświadczony i najmniej wyrywny. On był ich cichym doradcą, nie ryzykował, czekał ciągle na swoją szansę. Gdy pozostali zamieszkiwali w jednym pokoju, to ten jeden w innym i kiedy doszło do wpadki, to on był poza podejrzeniem. Co ich głównie łączyło? Otóż wszyscy byli muzułmanami.


Pierwszy, niski, około 25-letni, pochodził z Pakistanu. On też był najbardziej z nich religijny. Bił głową o podłogę w przepisanych porach dnia, nie jadł w ogóle mięs. Była to jego pierwsza podróż zagraniczna. Nie mówił po angielsku. Liczył z początku na pomoc dalekich krewnych zamieszkałych od kilku lat w Kanadzie. Kiedy jednak na kolejnych dwóch rozprawach uzyskał decyzję odmowną ws. wyjścia na wolność, nawet za kaucją, to zdecydował się partycypować we wspólnym przedsięwzięciu. Zdecydowany był nie wracać do swojego miejsca zamieszkania. Wykształcenie uzyskał w szkole religijnej na pograniczu Pakistanu i Afganistanu. Świat zachodni przedstawiany był uczniom tego typu szkół jako siedlisko diabła. Mimo słabej postury był zdecydowany walczyć dla swoich zbożnych celów, ale z uwagi na słabość fizyczną uznał, że może to robić poprzez własny przykład religijności, a być może poprzez uzyskanie stanowiska mułły w którejś ze świątyń muzułmańskich. Wybrał Kanadę, bo uzyskał informację, że w kraju tym jest duże środowisko muzułmańskie i panuje duża tolerancja dla wyznawców tej religii.


Drugi pochodził z Indii, ale też był wyznawcą Allaha. Znał dość dobrze angielski, który stanowi oficjalny język używany w administracji publicznej, tak więc dzieci uczą się go w szkołach. Ukończył inżynierską szkołę pomaturalną i pragnął wyrwać się z biedy, w której wyrastał. To znaczy nie była to ta skrajna nędza "niedotykalnych" czy innych warstw społecznych w jego rodzinnym kraju, bo wszak rodziców było stać na opłacenie mu szkoły w kraju, w którym ciągle spory procent dzieci w ogóle nie uczęszcza do szkoły, ale właśnie uzyskane wykształcenie gnało go do ułożenie sobie lepszego życia. Zachęcany był też do tego przez rodziców i pozostałe rodzeństwo. Liczyli na to, że podobnie jak niektórzy ich znajomi i oni podążą za nim, kiedy już uzyska prawo stałego pobytu w Kanadzie.

O kanadyjskim systemie imigracyjnym oczywiście niewiele wiedziano w tym przeludnionym miasteczku. Tylko tyle, że wielu z wylatujących do Kanady już z powrotem nie wraca. Mimo że przyleciał oficjalnie z wizytą do Kanady, to na pytanie, co chciałby zwiedzać, nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Nie miał tu krewnych, a jedynie znajomych rodziców, u których miał się na początku zatrzymać. Wyrazili oni zgodę na to i telefonicznie oświadczyli oficerowi imigracyjnemu z lotniska, że są gotowi utrzymywać swojego krajana w okresie jego jednomiesięcznej wizyty w Kanadzie. On jednak prosił o prawo pobytu przez trzy miesiące. Tego strony jakoś wcześniej nie uzgodniły i wzbudziło to podejrzenie oficera imigracyjnego co do prawdziwych zamiarów przesłuchiwanego i na wszelki wypadek odesłał go do aresztu. Przebywał w tym areszcie już trzy tygodnie i uzyskiwał kolejne odmowy wypuszczenia go na wolność, mimo że znajomi rodziców gotowi byli zapłacić kaucję.


Trzeci z tej trójki był najmłodszy, bo 21-letni, i pochodził z Afganistanu. Był to osiłek, ciągle ćwiczący swoje ciało. Był świetnie zbudowany. Mówił trochę po angielsku, bo wcześniej przebywał przez kilka miesięcy w Anglii, gdzie mieszkał u swojego starszego brata, który uzyskał w tym kraju prawo stałego pobytu. Odwiedzał też inne kraje europejskie, gdzie wszędzie miał krewnych lub znajomych, którzy gościli go i załatwiali mu różne dorywcze prace. W Kanadzie nie miał bliskich znajomych. Przyleciał tu, bo ciągle w miejscach swojego kolejnego postoju dowiadywał się, że tam są duże problemy z uzyskaniem stałego pobytu, ale jest kraj, gdzie jest to zupełnie proste, to… Kanada. Mimo że pochodził z kraju muzułmańskiego, mimo że pochodził z rodziny o tym wyznaniu, to był najmniej religijny z tej grupy, a w zasadzie można go określić jako ateistę. Jego wykształcenie zostało zakończone na kilku klasach szkoły podstawowej. Później wałęsał się i w końcu trafił do jakiegoś ugrupowania partyzanckiego. Tam przeszedł krótkie przeszkolenie. Twierdził, że sam osobiście zabił sześciu Amerykanów. Prawdopodobnie taki "sukces" odniósł cały jego oddział, a przypisanie sobie tego miało wzbudzać w pozostałych muzułmanach podziw dla jego wyczynów. Bo ani wiedzą, ani religijnością nie mógł im zaimponować. A jednak to on stał się ich przywódcą, to on zainicjował próbę ucieczki.


Choć całą konstrukcję planu przedstawił im ten czwarty. Pochodził z Iranu. Twierdził, że przesiedział w irańskim więzieniu kilka lat. Kanadyjskie władze imigracyjne, mimo wielomiesięcznych starań, nie wyrażały zgody na wypuszczenie go na wolność. Nie do końca było wiadomo, za co siedział w więzieniu. Sam twierdził, że za działalność opozycyjną, ale wydawało się to mało prawdopodobne. Drugą ewentualnością było popełnienie zwykłych czynów kryminalnych, a to już nie stanowiło okoliczności ułatwiających uzyskanie statusu uciekiniera politycznego. Mimo "prześladowań" ze strony reżimu ajatollahów pozostał wyznawcą islamu, ale o średnim stopniu natężenia: nie bił głową o podłogę, ale modlił się czasami przy użyciu czegoś w rodzaju różańca.


Był on bardzo popularny w areszcie. Tryskał humorem i dowcipem. Często określał swoich współaresztantów "garbage", czyli "śmieciu", bo według utartego poglądu, aresztanci dla kanadyjskich służb imigracyjnych byli niepotrzebnym śmieciem. Czasami grając w piłkę nożną na boisku, krzyczał, kiedy coś mu nie wyszło, "k…a" po polsku, bo tego popularnego słowa nauczyli go, przebywający z nim w areszcie przez pewien czas Polacy.
Miał ponad 35 lat, tak więc z uwagi na wiek i doświadczenie aresztanckie stanowił dla wspomnianej trójki desperatów autorytet. Podzielił się z pozostałymi swoją wiedzą na temat wcześniejszej udanej ucieczki trzech aresztantów. Wprawdzie zostali oni po kilku tygodniach wyłapani przez policję, ale o tym już aresztanci nie wiedzieli.
Obserwacja terenu, systemu zabezpieczeń i sposobu kontroli ze strony strażników określały jeden możliwy kierunek ucieczki: przez okno. Areszt imigracyjny bowiem nie miał wówczas w oknach krat. Sprzeciwiano się ich założeniu, aby nie stwarzać wrażenia dla odwiedzających ten areszt przedstawicieli licznych organizacji, że jest to obiekt podobny do więzienia. Na lotnisku nawet oficerowie imigracyjni, odsyłający przybyszy do tego obiektu, określali go jako hotel. Faktycznie był to hotel wynajęty przez władze imigracyjne od prywatnego właściciela i przerobiony częściowo na potrzeby aresztu. Ale tylko w minimalnym stopniu. Okna zabezpieczono dodatkowo przykręcając śrubkami od wewnątrz dodatkowe, przeźroczyste płytki plastikowe. Zapobiegało to wybiciu szkieł okiennych i utrudniało ucieczkę tą drogą.


Problemem było więc wyjęcie jednej z płytek plastikowych. Należało tego dokonać tak, aby strażnicy, często kontrolujący okna, niczego nie zauważyli. Problemem było też uzyskanie czegoś, co pozwoliłoby na odkręcenie specjalnych śrubek. Podjął się tego i zaczął wykonywać tę trudną pracę Afgańczyk. Wykonywał to jednak niedokładnie maskując to co robi. Jednemu ze strażników wydało się, że jedna ze śrubek za nadto wystaje. Złapał za łepek i śrubka wyszła. Uderzył w plastik i jeszcze dwie śrubki wypadły. Strażnik natychmiast powiadomił o swoim odkryciu swoich zwierzchników, a ci nadzorującego oficera imigracyjnego, który dokonał przesłuchań wszystkich trzech mieszkańców tego pokoju o numerze 333 (ciągle powtarzający się system trójkowy w tym wydarzeniu). Żaden z nich nie przyznał się do odkręcania śrubek (trzech), żaden też nie wskazał na współmieszkańca jako sprawcę. Tak więc solidarnie wszyscy wysłani zostali do więzienia o maksymalnym zabezpieczeniu. Nawet cień szans na uzyskanie prawa stałego pobytu w Kanadzie prysnął; stamtąd po kilku tygodniach wszyscy zostali odesłani do ich rodzinnych krajów.


A co z czwartym? Ten pozostał na miejscu. Trochę jakby przycichł, bo inni muzułmanie przebywający na tym oddziale wiedzieli, że stale odbywał narady z tymi trzema, którzy zostali odesłani do więzienia. Trochę się obawiał, czy któryś, za cenę może zwiększenia swoich szans na pozostanie w Kanadzie, nie zdradzi go, nie doniesie, że był w bliskiej komitywie z konspiratorami. Ale nic takiego się nie stało. Solidarność wzięła górę i Irańczyk spokojnie oczekiwał na kolejne swoje rozprawy. Trwało to jeszcze kilka miesięcy. Był najstarszy stażem aresztanckim, kiedy w końcu odesłano go do Iranu. Nie potrafił wskazać wiarygodnych dowodów swojej działalności opozycyjnej. Nawet jeśli przebywał w więzieniu w tym kraju, to został z niego legalnie wypuszczony, a więc nie groziło mu za to ponowne aresztowanie.


Aleksander Łoś
Toronto

Ostatnio zmieniany piątek, 20 lipiec 2012 13:53
piątek, 20 lipiec 2012 06:51

Nakaz deportacyjny

Napisane przez

Izabela EmbaloWielu emigrantów nie zdaje sobie sprawy z tego, że decyzja deportacyjna może zostać wydana bez poinformowania osoby otrzymującej nakaz. Zazwyczaj tak się dzieje w przypadku osób, które zgłosiły status azylanta w Kanadzie. Imigranci decyzjami deportacyjnymi są zaskoczeni. Niekiedy dowiadują się o nich po powrocie do kraju rodzimego, w ich kartotece pojawił się nie tylko nakaz deportacyjny DEPORTATION ORDER (mimo że dobrowolnie opuścili Kanadę), posiadają także dożywotni zakaz powrotu do Kanady.


Dlaczego tak się dzieje? Otóż każda osoba zgłaszająca status uchodźcy (refugee), musi, rozpoczynając sprawę, podpisać zgodę na własną deportację. W stercie różnych dokumentów podanych imigrantowi do podpisania, rozpoczynając sprawę, jest biała karteczka, którą wielu podpisuje, nie mając świadomości, co na niej widnieje i jakie są prawne konsekwencje. Zazwyczaj imigrant nie zna na tyle angielskiego, a nawet jeśli zna, trudno coś z dokumentu zrozumieć, gdyż widnieją tam paragrafy kanadyjskiego kodeksu prawa imigracyjnego i żeby tak naprawdę zrozumieć zawartość " białej karteczki", trzeba raczej być znawcą prawa. Nie wszyscy też adwokaci czy konsultanci dokładnie wyjaśniają swoim klientom, jakie są procedury i dlaczego ich klienci muszą podpisać w początkowej fazie różne dokumenty. Z dokumentem "zawieszonej deportacji" imigrant otrzymuje także inne dokumenty, takie jak kartę ubezpieczenia medycznego czy dokument tożsamości azylanta.
Niektóre agencje pomagające imigrantom bezpłatnie także nie potrafią odpowiednio zinterpretować i wyjaśnić swoim klientom konsekwencji prawnych niektórych procedur, nie dlatego że nie chcą pomóc zgłaszającym się tam osobom, zwyczajnie dlatego, że pracownicy tych agencji, podejrzewam, nie są dokładnie szkoleni w zakresie prawa imigracyjnego, opierając się jedynie na instrukcjach dołączonych do aplikacji. Spotkałam ostatnio kilka klientek, którym zalecono w takich właśnie agencjach, by złożyć podanie o azyl, co obecnie stawia te kobiety w bardzo trudnej prawnie sytuacji deportacyjnej.


W przypadku przegranej sprawy, a zazwyczaj takiego wyniku może się spodziewać osoba z polskim paszportem Unii Europejskiej, należy opuścić Kanadę w czasie 30 dni. Przedłużanie spraw, odraczanie deportacji, składanie następnych podań w rezultacie może być przyczyną wydania zaocznego nakazu deportacyjnego i dożywotniego zakazu powrotu do Kanady bez poinformowania imigranta. Dopiero po powrocie, składając podanie na przykład o wizę pracowniczą czy pobyt stały, nawet posiadając małżonka-sponsora w Kanadzie, osoba dowiaduje się o tym.
Na szczęście, prawo pozwala osobie z dożywotnim zakazem powrotu ubiegać się o specjalne zezwolenie na ponowny wjazd, należy jednak odpowiednio uargumentować wniosek, na przykład łączeniem rodzin. Zwykła wizyta turystyczna w celu zwiedzenia wodospadu Niagara zazwyczaj nie jest wystarczająca.
Izabela Embalo
licencjonowany doradca
prawa imigracyjnego

OSOBY ZAINTERESOWANE
IMIGRACJĄ PROSIMY O KONTAKT
416 515 2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www.emigracjakanada.net

piątek, 13 lipiec 2012 18:12

Sponsorowanie

Napisane przez

isauraDuża część nowych imigrantów, w tym Polaków, dostała się do Kanady dzięki sponsorowaniu przez osoby prywatne, głównie krewnych, Kościoły czy organizacje etniczne. Ten program nakłada na te osoby czy organizacje sponsorujące obowiązek zadbania o sponsorowanych, w znacznym stopniu ograniczając obowiązki państwa w tym zakresie. Generalnie jest to korzystne dla Kanady, choć zdarzają się w tym zakresie nadużycia, czy wręcz działania pewnych osób mają charakter przestępczy.


    Lin urodziła się w Pekinie w rodzinie inżyniera zatrudnionego w firmie państwowej i pracownicy biurowej, zatrudnionej w szpitalu państwowym. Może, gdyby w tamtych czasach dostępne było w Chinach badanie płodu, z możliwością określenia płci, to być może Lin by się w ogóle nie urodziła, gdyż jej rodzice by podjęli decyzję o aborcji. Oboje chcieli mieć synka. Będąc zatrudnieni w instytucjach państwowych, i to w stolicy, mieli świadomość, że kolejne dziecko stworzy dla nich wiele problemów, wynikających z rządowej polityki ograniczania urodzeń w tym przeludnionym państwie.


    Ale kiedy Lin miała 10 lat, rodzice zdecydowali się na drugie dziecko. Tym razem, będąc bardziej uświadomieni i mając już dostęp do badań płodu, byli pewni, że urodzi się upragniony chłopiec. Już w trakcie ciąży z bratem matka Lin miała problemy, a po urodzeniu dziecka oboje zostali wezwani do odpowiedniego biura, gdzie określono im kary za niesubordynację.


    Trwało to pięć lat. Kiedy Lin miała 15 lat, do fabryki, w której pracował ojciec Lin, przybył inżynier z Kanady, który miał pomagać we wdrożeniu produkcji maszyn na rynek azjatycki według projektu kanadyjskiego. Właściciel firmy, w której pracował ten inżynier, kupił udziały w firmie chińskiej. Obaj inżynierowie zaprzyjaźnili się (ojciec Lin mówił dość dobrze po angielsku) i kiedy Chińczyk zwierzył się Kanadyjczykowi ze swoich kłopotów, ten zaproponował, aby przysłał córkę do niego do Kanady.
    Faktycznie, kanadyjski inżynier wysłał zaproszenie do odwiedzenia go przez Lin i ta po około trzech miesiącach przyleciała do Toronto. Najpierw zamieszkała u starszego od siebie o około 15 lat Kanadyjczyka, który traktował ją jak córkę, posłał do szkoły języka angielskiego, złożył dokumenty o sponsorowanie jej w urzędzie imigracyjnym, opłacając agenta imigracyjnego, który wszystko przygotował. Po mniej więcej pół roku zawiązał się między nimi romans. Kanadyjczyk w pełni utrzymywał Lin i ta nie miała nic przeciwko utrzymywaniu z nim intymnych stosunków. Nie informowali oni rodziców Lin o ich związku. Trwało to kilka lat. Lin prowadziła inżynierowi dom, ukończyła kanadyjską szkołę średnią i dwuletni college ze specjalnością biznesową. Nie orientowała się dokładnie, jak on to załatwiał, że władze imigracyjne jej się nie czepiały. Po ośmiu latach inżynier wynajął Lin samodzielne, jednosypialniowe mieszkanie, za które płacił. Dawał też jej kilkaset dolarów miesięcznie na utrzymanie, choć podjęła pracę jako kelnerka, zarabiając wystarczająco na zaspokojenie minimum potrzeb. Przeciętnie raz w tygodniu  inżynier odwiedzał ją w celach seksualnych. Obie strony były zadowolone z tego układu.
    Czasami wychodzili razem na kolację. Któregoś wieczora do ich stolika podeszła młoda kobieta i inżynier przedstawił ją Lin jako koleżankę z pracy. Po kilku miesiącach inżynier oświadczył Lin, że ta kobieta, którą poznała tamtego wieczora, jest jego nową dziewczyną. Lin orientowała się, że oprócz niej inżynier miał i inne kobiety, ale nie robiła mu żadnych zarzutów. Nie miała też żadnych problemów z tymi kobietami, bo nigdy nie była w ich towarzystwie. Uznawała, że sama musi odwdzięczać się swojemu sponsorowi, nie kwestionując ustalonych przez niego relacji.
    Tym razem okazało się, że związek inżyniera z tą nową partnerką jest poważniejszy. Ona wiedziała o roli Lin w życiu inżyniera i postawiła mu warunek, aby na zawsze zerwał z nią stosunki. Inżynier zwodził przez pewien czas, przez pół roku opłacał jeszcze mieszkanie Lin, ale już jej nie odwiedzał w wiadomych celach. Dzwonił tylko albo spotykał się z nią na mieście. Przesyłał jej czeki pocztą. W końcu oświadczył Lin, że zamierza zawrzeć związek małżeński z poznaną przez nią przed dwoma laty kobietą, ale ta postawiła warunek, że Lin jeszcze przed ich ślubem wyjedzie na stałe z Kanady. Inżynier zaprosił Lin do restauracji i poprosił ją, aby udała się do biura imigracyjnego i zadeklarowała chęć wybycia z Kanady. Zaoferował też, że kupi jej bilet na samolot i wyłoży dwa tysiące dolarów tytułem rekompensaty i na zagospodarowanie się w Chinach.
    Lin uznała, że będzie to dobre rozwiązanie. Była wdzięczna swojemu sponsorowi. Początkowo go pokochała, ale później, kiedy zamieszkała sama, zrozumiała, że służy mu tylko do zaspokajania potrzeb seksualnych. Była ładną kobietą, podobała się innym mężczyznom, ale nie zdradzała swojego sponsora. Mając jednak 27 lat, uznała, że najwyższy czas, aby pomyśleć poważnie o sobie. Odrzuciła możliwość jakiegoś szybkiego szukania nowego sponsora czy kandydata na męża.
    Tęskniła za rodzinnym domem, rodzicami, bratem. Nie widziała ich dwanaście lat. Teraz, kiedy była już dorosła i jej brat prawie też już wydoroślał, nie stanowiło to już problemów dla rodziców, że mieli o jedno dziecko za dużo. Nie spodziewali się oni, że władze mogą mieć do nich jakiekolwiek pretensje. Sami tęsknili za Lin, doradzali jej, aby wróciła. Uważali, że z płynną znajomością angielskiego, kanadyjskim wykształceniem i doświadczeniem ekonomicznym, ma warunki do dobrego startu w szybko rozwijającym się kraju rodzinnym. Bo Lin przez ostatnie pięć lat pobytu w Kanadzie pracowała solidnie w biurze średniej wielkości firmy (pracę załatwił jej sponsor), głównie zajmując się księgowością i zaopatrzeniem.


    Lin wylatywała dobrowolnie z Kanady, nie zamykała sobie możliwości powrotu tutaj. Była uśmiechnięta. Jeszcze w ostatniej chwili w sklepie bezcłowym kupowała rodzicom i bratu prezenty. Miała na koncie około trzydziestu tysięcy dolarów w banku mającym główną siedzibę w Hongkongu, którymi mogła dysponować, żyjąc w Chinach. Ta ładna kobieta o wyglądzie rodowitej Kanadyjki, z lekko tylko zaznaczonymi "chińskimi" oczami, z manierami "zachodnimi", nie czuła się pokrzywdzona przez los, a wręcz odwrotnie, uważała, że los był dla niej łaskawy, bo nie musiała się prostytuować, jak wiele jej rodaczek, które musiały opuścić, z takich czy innych przyczyn, swój rodzinny kraj.


    Inny rodzaj "sponsoringu" zaliczała Maria, urodzona w Brazylii, a wyglądem przypominająca "niewolnicę Isaurę" ze słynnego brazylijskiego serialu. Była szczuplutka, dość niska, a tylko twarz zdradzała, że miała już 27 lat, kiedy była deportowana z Kanady do Stanów.


    Najpierw, po wyjechaniu z Brazylii, przebywała przez kilka lat z rodzicami i dwiema młodszymi siostrami w Stanach. Kiedy rodzina ta nie uzyskała tam prawa stałego pobytu, udała się do Kanady. Nie było jeszcze wówczas umowy między tymi obydwoma krajami o jednorazowym wszczynaniu procesu imigracyjnego w jednym lub drugim kraju. Tak więc rodzice Marii, po kilku latach nielegalnego pobytu w Kanadzie, wszczęli taki proces.
    Maria w tym czasie poznała swojego krajana, który miał obywatelstwo amerykańskie, wyszła za niego za mąż i przeniosła się do niego, tak więc pozytywna decyzja o przyznaniu prawa stałego pobytu w Kanadzie jej rodzicom i dwóm siostrom jej nie objęła. Po krótkim czasie ten związek się rozpadł i Maria wróciła do rodziców do Kanady, nie mając prawa stałego pobytu w Stanach.


    Wówczas wszczęła proces imigracyjny w Kanadzie, chcąc uzyskać taki sam status stałego rezydenta jak jej rodzice i siostry. Ale tu natrafiła na istotną barierę. Była już dorosła i argumenty, którymi posługiwali się jej rodzice, jej już nie dotyczyły. Brazylia wyrastała na demokratycznie rządzony, coraz bogatszy kraj. Tak więc po kilku latach starań (teczka z kanadyjskiego urzędu imigracyjnego jej dotycząca była dość gruba) uzyskała ostateczną decyzję odmowną. Groziła jej zatem deportacja do kraju urodzenia, czyli Brazylii.
    Aby ubiec tę decyzję władz, Maria uzyskała dokument świadczący o tym, że ma wyjść za mąż za obywatela amerykańskiego, który ją sponsorował. Kupiła bilet do jego miejsca zamieszkania na Florydzie i przedstawiła to w kanadyjskim urzędzie imigracyjnym. Stawiła się w przewidzianym terminie na lotnisku torontońskim, gdzie amerykański urzędnik imigracyjny wydał zgodę na jej wjazd do Stanów pod warunkiem, że w ciągu dwóch lat zalegalizuje swój związek małżeński z obywatelem tego kraju. Czy miał to być związek faktyczny, czy fikcyjny (jak to często bywa, za pieniądze), trudno powiedzieć. Faktem jest, że "sponsoring" to dość powszechna metoda uzyskiwania prawa stałego pobytu w Kanadzie ale nie zawsze jest to uczciwie uzyskiwane i  wykorzystywane.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 13 lipiec 2012 17:34

Imigracja: Zbyt wielu chętnych

Napisane przez


   Izabela Embalo Kanada jest jednym z najatrakcyjniejszych i najbogatszych krajów świata i dlatego setki tysięcy imigrantów stara się każdego roku o pobyt stały w Kanadzie.
    Jednak by otrzymać pobyt, należy wybrać odpowiedni program imigracyjny i spełnić wymogi prawne. Niestety, nie każdy może zostać tu przyjęty. Zresztą gdyby rząd kanadyjski zezwolił wszystkim osiedlić się na stałe, nie byłoby już tej samej Kanady, dlatego należy zrozumieć, dlaczego państwo ogranicza liczbę przyjęć i określa reguły imigracyjne. Zresztą podobnie jest także w Polsce, która staje się powoli miejscem zainteresowania emigrantów z różnych stron globu, jako kraj Unii Europejskiej.
    W porównaniu z innymi popularnymi krajami imigracyjnymi, Kanada stwarza możliwości przyjazdu do pracy, na studia czy na pobyt stały. Wymogi prawne systemu imigracyjnego nie są zbyt łatwe (zależy od programu i prowincji), ale nadal potrzebujemy w tym kraju imigrantów, zwłaszcza w mniej zaludnionych prowincjach, gdzie brakuje rąk do pracy.
    Jeśli popatrzymy z dystansu na cały system imigracyjny, składa się on z kilku grup: azylanci, członkowie rodziny, wykwalifikowani i niewykwalifikowani pracownicy, biznesmeni i inwestorzy.To tak ogólnie.
    W grupie imigrantów ekonomicznych, starających się o imigrację na punkty (program zawodowy), od lipca minister zapowiedział zawieszenie programu i przyjmowanie jedynie podań wspartych ofertą pracy.
    Poprzednio można było składać wnioski o imigrację bez posiadania zaaranżowanego zatrudnienia, pod warunkiem że osoba spełniła inne kryteria: posiadanie deficytowego w Kanadzie zawodu, znajomość języka itp.
    Program imigracji zawodowej nie jest jedynym programem, jaki został czasowo wstrzymany. Nie ma obecnie możliwości złożenia podania, by zasponsorować rodziców lub dziadków.
    Ministerstwo tłumaczy tę decyzję zbyt dużą liczbą otrzymanych podań, z którymi najpierw trzeba się uporać. Rząd obiecuje jednak przywrócenie dawnych opcji (łączenie rodzin rodziców i dziadków, składanie podania zawodowego bez oferty pracy).            
    Jak Państwo widzą, należy śledzić dokładnie zmiany w prawie imigracyjnym, są one naprawdę częste i zależne od ekonomiczno-społecznych potrzeb Kanady z uwzględnieniem międzynarodowych zobowiązań wobec azylantów z całego świata.
Izabela Embalo
licencjonowany doradca 
prawa imigracyjnego
   
OSOBY ZAINTERESOWANE
IMIGRACJA PROSIMY O KONTAKT
416 515 2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
    www.emigracjakanada.net

To słynne miejsce na granicy Stanów Zjednoczonych i Kanady, gdzie w przeszłości zwyczajowo nowożeńcy z co najmniej średnio zamożnych rodzin z obu państw musiały odbyć przynajmniej część podróży poślubnej, stało się miejscem przełomowym w życiu Petera. 

Był on Czechem zamieszkałym na pograniczu z Polską. Mówił nawet dość dobrze po polsku, ale ani w ząb po angielsku. Ten 54-letni, przystojny mężczyzna był z zawodu stolarzem, z tym że głównie zajmował się stolarką związaną z budową domów, tzn. konstrukcjami drewnianymi dachów.
Mieszkał na wsi. Miał żonę, dwoje dorosłych dzieci i dwie wnuczki. Wiodło mu się średnio jak na standardy czeskie. W życiu swoim odwiedził dwa kraje: Polskę i Rosję, w którym to kraju pracował cztery lata (z przerwami co pół roku na odwiedzenie rodziny) w okolicach Uralu. A tu przyszło mu przeskoczyć Atlantyk i odwiedzić starszego brata w Kanadzie.
Brat jego wybył z kraju po wydarzeniach z 1968 roku (pomoc "bratnia" wojsk Układu Warszawskiego w uśmierzeniu zrywu wolnościowego ówczesnej Czechosłowacji) i mieszkał najpierw w Południowej Afryce. Kiedy i w tym kraju zawitały zmiany i pozytywne, ale i negatywne, przeniósł się do Kanady. Najpierw zamieszkał w London w Ontario, a później przeniósł się do Calgary, gdzie pracował jako technik w szpitalu. Brat odwiedził rodzinę w Czechach dopiero po zmianach ustrojowych w tym kraju i od tego czasu odwiedzał ją w odstępach co dwa lata. W czasie ostatniego spotkania zaproponował Peterowi, aby ten go odwiedził w Kanadzie. Ten się zgodził.
Cofnijmy się jednak trochę w czasie. Petera rodzice zmarli i zostali pochowani w ich miejscu zamieszkania na Morawach w odległości około 100 kilometrów od wsi, w której mieszkał Peter. Po ich śmierci Peter corocznie na dzień Wszystkich Świętych (2 listopada) jechał swoją wysłużoną skodą na groby rodziców. Przed około ośmiu laty, kiedy jechał z tą misją, został zatrzymany przez autostopowicza, którym okazał się mieszkaniec miejscowości, w której był cmentarz rodziców Petera. Anton był o około dwudziestu lat młodszy od Petera. Z wdzięczności za podwiezienie go, zaprosił Petera na piwo do miejscowego baru po wizycie na cmentarzu. Zaproponował też, aby Peter w czasie corocznych odwiedzin grobów rodziców wstępował do niego i zostawiał swój samochód na jego podwórzu. Tak się też działo. Przed około trzema laty Anton odwiedził raz Petera w jego miejscu zamieszkania. Była to dość luźna znajomość, ale systematyczna.
W czasie ostatniej swojej bytności w miejscu swojego urodzenia i na grobach rodziców Peter powiedział Antonowi, że zamierza odwiedzić brata w Kanadzie, ale ma trochę obaw, czy da sobie radę, bo nie zna języka ani kraju. Wówczas Anton powiedział mu, że zna angielski, bo przed laty był w Stanach Zjednoczonych, i że chętnie poleci z Antonem do Kanady, jeśli otrzyma zaproszenie od jego brata. Peter zgodził się na to i zwrócił się do brata o przysłanie jemu i jego koledze zaproszeń. Po ich otrzymaniu uzyskali obaj wizy kanadyjskie.
Zaczęły się jednak problemy z zakupem biletów. Podjął się tego Anton. Któregoś dnia zadzwonił do Petera i powiedział, że bilet do Calgary kosztuje znacznie drożej niż do Toronto. Zaproponował, że kupi bilety do Toronto, że obaj przez dwa dni zwiedzą Niagarę (ze słynnym wodospadem), a następnie pojadą do Calgary autobusem. Peter przystał na to. Kiedy spotkali się w porcie lotniczym w Pradze, Anton wręczył mu bilet lotniczy, a Peter oddał mu za to równowartość w dolarach amerykańskich. Otrzymał na cele tej wyprawy pieniądze od brata z Kanady. Po zapłaceniu za bilet pozostało mu jeszcze ponad dwa tysiące dolarów amerykańskich.
Po wylądowaniu w Toronto udali się obaj autobusem do Niagary. Przewodnikiem był Anton, którego propozycjom Peter w pełni się podporządkowywał. Przyjechali nad wodospad późnym wieczorem. Pospacerowali trochę i wynajęli pokój w motelu. Wszystkie rachunki płacił Peter. Na drugi dzień chodzili wokół wodospadu i wzdłuż rzeki w dolnej części wodospadu. Później Anton kupił bidon do picia z szerokim zamknięciem, ale z lejkiem do picia. Wyjaśnił Peterowi, że jest to bardzo przydatne w drodze. Peter jeszcze nic nie podejrzewał.
Wieczorem Anton zaprowadził Petera nad zarośnięty krzewami brzeg rzeki granicznej między Kanadą i Stanami i oświadczył mu, że nie jedzie do Calgary, ale postanowił dostać się wpław przez rzekę do Stanów Zjednoczonych. Zaproponował Peterowi, aby zrobił to samo. Peter kategorycznie odmówił. Jego zamiarem nie było pozostawanie ani w Kanadzie, ani tym bardziej nielegalnie w Stanach. Po miesięcznym urlopie chciał wracać do rodziny w Czechach. Zaczął chodzić nerwowo wzdłuż brzegu, paląc papierosy i intensywnie myśląc, jak się wydostać z tej trudnej dla niego sytuacji.
Kiedy zawrócił z jednego z takich spacerów, zastał Antona rozebranego do spodenek. Ten oświadczył, że płynie na drugi brzeg. Nadto okazał Peterowi wcześniej zakupioną butelkę plastikową i oświadczył mu, że umieścił w niej swój i jego paszport oraz wszystkie pieniądze, jakie miał Peter w swoim plecaku. Powiedział, że zrobił tak, aby być pewnym, że Peter nie powiadomi szybko policji i że przekaże mu na drugi brzeg jego walizkę.
Okazało się, że Anton wyposażył się w długi sznurek. Powiedział Peterowi, że jak przepłynie na drugi brzeg, to odeśle mu w tej butelce paszport i pieniądze, jeśli Peter przywiąże do sznurka i odeśle mu jego walizkę. Nie dał Peterowi czasu na przemyślenie tego, tylko wszedł do wody i zniknął, bo była zupełna ciemność.
Sznurek rozwijał się systematycznie w ręku Petera. Po pewnej chwili usłyszał gdzieś z kierunku, gdzie zniknął Anton, dwa razy wołanie o pomoc, a później nastąpiła cisza. Peter zaczął ciągnąć sznurek. Początkowo stawiał opór, a później lekko nawijał się na kłębek. W końcu wyciągnął jego końcówkę, do której nie było nic przymocowane. Peter stał jeszcze chwilę, a następnie zarzucił swój plecak na plecy, wziął w ręce swoją i Antona walizkę i zaczął się wspinać po wysokiej skarpie.
Kiedy wyszedł na górę, machając rękoma zatrzymał jakiś samochód. Znał tylko jedno słowo po angielsku: "help" i dodał do tego "policja". Właściciel zatrzymanego samochodu zadzwonił gdzieś ze swojego telefonu komórkowego i już po chwili nadjechał samochód policyjny. Peter tłumaczył, co się wydarzyło, po czesku, ale nikt go nie rozumiał. W końcu policjant połączył się z kimś i okazało się, że był to policjant mówiący po polsku. Peter wytłumaczył mu, co się stało. Policjant z kolei przetłumaczył to swojemu koledze, który był koło Petera.
Po jakimś czasie nadjechały dalsze radiowozy, w tym w jednym z nich policjant polskiego pochodzenia, któremu Peter dokładnie wytłumaczył, co się stało, i pokazał miejsce, z którego Anton wszedł do wody. Peter został zabrany do aresztu, a na drugi dzień został dowieziony do sądu, gdzie otrzymał karę siedmiu dni więzienia. Odbywał tę karę wraz z mętami i alkoholikami. Po tym został przewieziony do aresztu imigracyjnego.
Po czterech dniach, będąc w więzieniu w Niagara Falls, został powiadomiony, że zostało znalezione ciało Antona. Powiadomiono go też, że Anton w czasie swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych dopuścił się na terenie tego kraju jakichś przestępstw. Znaleziono też butelkę plastikową i okazano mu jego paszport, który był w tej butelce. Peter zapytał, gdzie są jego pieniądze, które też znajdowały się w tej butelce. Otrzymał odpowiedź, że pieniędzy nie znaleziono. Zrozumiał, że dwa tysiące dolarów trafiło do kieszeni nieuczciwych policjantów.
Peter musiał czekać w areszcie na odlot do kraju dwa tygodnie, bo wcześniej nie zdołano znaleźć mu miejsca w samolocie. Odleciał więc w dniu, w którym kończył się jego zaplanowany urlop w Kanadzie. Był kompletnie bez pieniędzy. Nie wiedział, jak będzie mógł opłacić bilet na autobus z Pragi do swojej wsi. Pomógł mu w tym współtowarzysz niedoli pochodzenia ukraińskiego, który pożyczył mu piętnaście dolarów kanadyjskich.
Peter nie powiadomił swojej rodziny w Czechach o perturbacjach, jakie go spotkały i gdzie się znajduje. Nie powiadomił też swojego brata w Calgary. Brat nie wiedział o terminie jego planowanego przyjazdu. Chciał mu sprawić niespodziankę swoim przyjazdem.
Peter powiedział, że wiele przeżył przez te dni, że nikt go jeszcze tak nie oszukał w życiu jak nieżyjący Anton.
Ale jednocześnie wylatywał do kraju z satysfakcją, że dokładnie obejrzał sobie ten słynny wodospad, którego nie widział nikt z jego wioski i nikt z jego znajomych w Czechach, a więc będzie miał o czym opowiadać.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 06 lipiec 2012 19:01

Co nowego

Napisane przez

Ministerstwo Imigracji zapowiedziało wiele zmian w nowym imigracyjnym prawodawstwie. Jesteśmy na ostatnim etapie wdrażania reformy imigracyjnej "Balanced Refugee Reform Act". Jakie nastąpią zmiany? Ogólnie, nowe prawo drastycznie zaostrzy kwestię wydalania osób z przeszłością kryminalną, karanie przemytników i przewozicieli nielegalnych imigrantów oraz wprowadzi znaczne zmiany dla tych, którzy nie pochodzą z krajów azylanckich i nadużywają programu dla azylantów. Ich podania będą znacznie przyspieszone, łącznie z procedurami deportacyjnymi, natomiast możliwości apelacyjne ograniczone. Rząd chce także przyspieszyć podania azylantów, którzy zasługują na prawną ochronę w Kanadzie, np. imigranci z krajów, gdzie toczą się wojny i gdzie prawa człowieka są nieprzestrzegane.

Rząd zapowiada zmniejszenie wydatków na obsługę uchodźców i zaoszczędzenie około 1,65 miliarda dolarów w nadchodzących pięciu latach.
Osoby, które dostaną się w sposób nielegalny do Kanady, także z pomocą imigracyjnych przemytników, mogą być już aresztowane w wieku 16 lat. Osoby te będą miały szansę na uwolnienie po specjalnym przesłuchaniu w ciągu 14 dni lub następnie dopiero po 6 miesiącach. Do tej pory wielu imigrantów z różnych zakątków świata w relatywnie prosty sposób przedostawało się do Kanady, uzyskując sfałszowane dokumenty lub przekraczając granicę nielegalnie. Wprowadzenie utrudnień dla tych osób może znacznie zmniejszyć lukratywny biznes wszelkiego rodzaju przemytników i fałszerzy, którzy także surowiej zostaną pociągnięci do odpowiedzialności.
Rząd kanadyjski wprowadzi także biometryczne imigracyjne dokumenty, utrudniając możliwości ich fałszowania, w 2013 roku.
Nowa reforma imigracyjna wzbudza niezadowolenie wśród imigracyjnych adwokatów i konsultantów, zwłaszcza w kwestii znacznego przyspieszenia rozpatrywania podań o azyl i procesów deportacyjnych. Znaczne przyspieszenie czasu rozpatrywania podań o azyl nie zawsze daje szanse dobrego i przekonywającego przygotowania odpowiedniego podania i dokumentacji. A zatem, wiele osób, które kwalifikują się na kanadyjski azyl, otrzyma decyzję negatywną tylko dlatego, że nie jest w stanie zaprezentować swojej sprawy w odpowiedni sposób. Podkreślam, że dotyczy to jedynie podań o azyl (refugee claim).


Niestety, spora rzesza polskich imigrantów zgłasza praktycznie bezpodstawnie status azylanta w Kanadzie, otrzymując w konsekwencji nakaz deportacyjny.


OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ PROSIMY O KONTAKT: 416- 515-2022, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.. ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY WWW.EMIGRACJAKANADA.NET
Izabela Embalo MA, RCIC
Canadian Immigration Practitioner
Licencjonowany Doradca
Prawa Imigracyjnego

Ostatnio zmieniany piątek, 06 lipiec 2012 19:03

Ta trójka pewnego dnia odlatywała w różne kierunki świata, choć ich korzenie były nad Wisłą. Byli jakże różni, wiele ich dzieliło, ale mieli bliższe lub dalsze związki z Polską.

Dwójka pięćdziesięciolatków to kobieta i mężczyzna różniący się nie tylko płcią, ale i miejscem na ziemi. Ona zawitała do Kanady już siódmy raz. Pochodziła z Pomorza. Wcześniej nie miała problemów na lotnisku torontońskim. Przylatywała na 3-5 miesięcy i wracała w przewidzianym terminie. Zaskoczeniem dla niej było tym razem zatrzymanie i osadzenie w areszcie imigracyjnym. Oficer imigracyjny miał intuicję, zatrzymując ją z podejrzeniem, że jej intencją nie jest po raz n-ty odwiedzać Niagarę, i to przez sześć miesięcy, ale że jest ona sezonową pracownicą, chcącą zająć miejsce stałej rezydentce Kanady, która poszukuje podobnej pracy, a w między czasie pobiera zasiłek dla bezrobotnych.
Faktycznie, Maria, w Polsce rencistka, przylatywała po raz siódmy na okres letni, aby prowadzić dom swojemu dalekiemu, zapracowanemu kuzynowi. To on opłacał jej podróż, dawał jej utrzymanie i niewielkie kieszonkowe. Ona zajmowała się prowadzeniem dla jego rodziny (żona i dwoje dzieci) "polskiego domu". Trudno uznać to za przestępstwo, a nawet za naganne społecznie, ale ochrona kanadyjskiego rynku pracy przecięła te plany.
Najpierw Maria trafiła do aresztu imigracyjnego. Długa podróż (pociągiem do Warszawy i wielogodzinne siedzenie w samolocie), stres wywołany kilkugodzinnym przesłuchaniem, transport w kajdankach do aresztu, wszystko to spotęgowało u Marii jej dolegliwości. Miała nadciśnienie, ale kiedy z rana pielęgniarka aresztu rutynowo, jak w stosunku do wszystkich nowo przybyłych, zmierzyła jej ciśnienie, to natychmiast zwróciła się do kierownika zmiany w areszcie o wezwanie karetki, bo ciśnienie było bardzo wysokie. Maria miała problemy z oddawaniem moczu. Nogi jej stały się "słoniowate". Czuła kłucie w okolicy serca.


W szpitalu doprowadzono do obniżenia jej wysokiego ciśnienia, co było najgroźniejsze. Wróciła do aresztu. Potem została odesłana na lotnisko na kontynuację przesłuchania. Oficer imigracyjny zadzwonił do kuzyna Marii, pytając, czy wpłaci kaucję za nią w kwocie czterech tysięcy dolarów. Kuzyn odmówił. Wówczas oficer imigracyjny podjął decyzję o odesłaniu Marii najbliższym samolotem do Polski. Znalazło się wolne miejsce w samolocie LOT-u na następny dzień. Tak więc Maria wróciła jeszcze na jedną dobę do aresztu imigracyjnego. Odwiedził ją tam jej kuzyn. Tłumaczył jej, że wpłacanie kaucji nie miałoby sensu, bo i tak dostałaby prawo pobytu tylko na dwa – trzy tygodnie. Obiecał jej (choć ona powątpiewała w jego szczerość), że spróbuje zaprosić ją na następny okres letni. Wieczorem Maria odleciała do Warszawy.
W tym mniej więcej czasie pojawił się na lotnisku wspomniany wcześniej Polak. Był to mężczyzna średniego wzrostu, ale o sportowej sylwetce, tryskający zdrowiem. On nie był eskortowany w kajdankach z aresztu na lotnisko. Przybył tu dobrowolnie, sam kupił bilet na samolot odlatujący do Anglii. Był bowiem również obywatelem brytyjskim. Urodził się na południu Polski, tam skończył studia i uzyskał doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim z biochemii. Pracując na uczelni, zarabiał grosze. Wprawdzie dorabiał sobie ucząc w filiach, ale była to prawdziwa szarpanina.
Jego kolega, tuż po doktoracie wyjechał na stałe do Anglii. Tam wkręcił się do pracy do instytutu badawczego. Zachęcił Jarka do przylotu do niego. Kiedy Jarek przyleciał do Londynu, kolega zaprowadził go do instytutu, w którym pracował i przedstawił szefowi tego instytutu. Ten rozpytał Jarka, czym się zajmuje. Rozmowa doprowadziła do tego, że szef instytutu zaproponował Jarkowi pracę na okres próbny półroczny, posyłając go do kadr, aby zalegalizować jego pracę w Anglii, bo był to jeszcze okres, kiedy nie było swobody zatrudniania Polaków w Anglii. Po pół roku Jarek dostał stały kontrakt i rozpoczął kroki zmierzające do uzyskania obywatelstwa brytyjskiego, co nastąpiło po dwóch latach. Po czterech latach pracy w Londynie szef instytutu zaproponował mu wylot do pracy do filii instytutu w Toronto. Pracownicy londyńscy rotacyjnie odbywali staże w Toronto, a torontońscy na analogiczne okresy pracy przylatywali do Londynu.


Jarek zgodził się, uznając to za dobrą przygodę, a nadto wiązało się to ze wzrostem wynagrodzenia. Już po kilku tygodniach pracy w Toronto poznał pracującą również w instytucie, ale w innym dziale, Polkę z pochodzenia, wykształconą w Kanadzie. Była od niego o kilkanaście lat młodsza i zajmowała w hierarchii niższe stanowisko niż Jarek. Zawiązała się między nimi nić sympatii. Ona stała się przewodniczką dla Jarka w nowym dla niego kraju. Po dwóch miesiącach byli już parą i Jarek wprowadził się do jej segmentu.
Był bardzo zazdrosny o swoją piękną dziewczynę. Zalecał się do niej jej szef, Kanadyjczyk z urodzenia. Skarżyła się Jarkowi, a ten przy jakiejś okazji ostrzegł tego faceta, aby odczepił się od jego dziewczyny. Ten tylko wzruszył ramionami. Któregoś dnia odbyła się impreza z jakiejś okazji w dziale dziewczyny Jarka. Szef działu upił ją, sam też był dość wstawiony i w swoim gabinecie odbył z nią stosunek płciowy. Nie oskarżyła go o gwałt, a tylko powiedziała o tym Jarkowi. Ten na drugi dzień wszedł do gabinetu szefa swojej dziewczyny i walnął go pięścią w twarz. Złamał mu kość policzkową. Wezwana została policja. Jarek został aresztowany i odstawiony do aresztu. Sędzia wymierzył mu karę 60 dni więzienia, którą odbywał w weekendy.
Po pewnym czasie od zawiązania związku wystąpił do władz o przyznanie mu prawa stałego pobytu w Kanadzie. Procedura trwała, ale po skazaniu za pobicie Jarek otrzymał decyzję odmowną. Nakazano mu opuszczenie Kanady po odbyciu kary. Zgodził się na to, uzgadniając ze swoją dziewczyną, że ta przyleci do niego do Londynu, gdzie miał wystarać się dla niej o pracę. Bo po tym wszystkim została zwolniona z pracy, a jej szef pozostał na swoim stanowisku z pensją trzystu tysięcy dolarów rocznie.
W innym kierunku, tego samego dnia odlatywał 15-letni Sam. Jego kierunek deportacji to Nowy Jork. Stawił się dobrowolnie na lotnisko w towarzystwie matki. Jego polskie korzenie sięgały do pradziadków. Dwaj z nich zamieszkiwali na polskich Kresach. W 1940 roku zostali zesłani, wraz z rodzicami i rodzeństwem, na Syberię, skąd dostali się do armii Andersa. Przeszli wojskowe przeszkolenie i odbyli z II Korpusem szlak do Palestyny. Tam, wraz z kilkuset innymi żołnierzami pochodzenia żydowskiego, zdezerterowali i zasilili oddziały partyzanckie walczące z Brytyjczykami, sprawującymi mandat Ligi Narodów nad tym terytorium. Po zakończeniu wojny i uzyskaniu niezależności przez Izrael, jako byli kombatanci, urządzili się dobrze, zakładając firmy handlowe. Ich dzieci zawarły związki małżeńskie, z których zrodziły się dzieci, m.in. ojciec i matka Sama.
Kiedy ci się pobrali, to już po roku zdecydowali się na osiedlenie w Stanach Zjednoczonych. Ojciec Sama zatrudniony został na stanowisku kierowniczym w filii firmy swojego ojca w Nowym Jorku. Tu urodził się Sam jako najmłodszy syn oraz dwie jego starsze siostry i brat. Wszyscy oni, przez urodzenie na terytorium Stanów, uzyskali automatycznie obywatelstwo amerykańskie. Sam nie pamiętał swojego ojca, bo kiedy miał dwa lata, związek jego rodziców się rozpadł. Ojciec, po śmierci swojego ojca, wrócił do Izraela i objął w posiadanie jego majątek i kierowanie całą firmą. Matka Sama została w Stanach, opiekując się czwórką dzieci. Ich ojciec nie skąpił pieniędzy na ich utrzymanie i wykształcenie.


Kiedy Sam miał dwanaście lat, jego matka poznała żydowskiego biznesmena, który przyleciał z Izraela do Nowego Jorku w interesach. Romans ten doprowadził do tego, że ona, nigdy nie mając obywatelstwa amerykańskiego, ale zachowując izraelskie, poleciała na stałe do Izraela i zamieszkała ze swoim nowym mężem. Sam został w Nowym Jorku pod opieką starszych sióstr (22 i 25 lat), które były już zamężne.


Po roku zdecydował, że musi odmienić swój los. Fizycznie rozwijał się normalnie, natomiast w psychice nastąpiło rozwarstwienie. W zakresie wiedzy ogólnej był nawet bardziej rozwinięty niż jego rówieśnicy, a w pewnej części swojego rozwoju był opóźniony o kilka lat. W tym czasie poznał przez Internet swojego rówieśnika zamieszkałego w Toronto. Pewnego dnia kupił bilet lotniczy i bez wiedzy matki i rodzeństwa poleciał do Toronto.
Rodzice kolegi natychmiast powiadomili o przybyciu tego niespodziewanego gościa jego matkę i rodzeństwo. Uzgodniono, że Sam pozostanie u nich w Kanadzie, tu będzie chodził do szkoły, a jego rodzice pokryją w pełni koszty pobytu Sama w tej żydowskiej rodzinie.
Po kilku tygodniach, na wyraźne żądanie Sama wystąpiono o uzyskanie przez niego statusu stałego rezydenta Kanady.


Proces trwał dwa lata. W końcu zapadła decyzja odmowna i polecono Samowi opuszczenie Kanady. Powiadomiona o tym jego matka przyleciała z Izraela do Toronto i tu dopilnowała, aby powrót jej syna do Nowego Jorku odbył się bez przeszkód. Miał zamieszkać ze swoim starszym, obecnie 22-letnim bratem, już usamodzielnionym, a rodzice Sama mieli nadal łożyć na utrzymanie tego "trudnego" dziecka, aż do jego usamodzielnienia się.
Tego samego wieczoru, trójka jakże różnych osób, o polsko brzmiących nazwiskach, odleciała z Toronto w różnych kierunkach globu ziemskiego.
Aleksander Łoś
Toronto

piątek, 29 czerwiec 2012 16:51

Cena

Napisane przez


Izabela EmbaloUsługi prawne nie są tanie, wie to prawie każdy. Często słyszę od naszych ziomków czy klientów, najczęściej przychodzących z innych firm, że konsultanci imigracyjni czy także adwokaci pobierają wysokie prowizje, "wyrywają dużą kasę" w potocznym słowa brzmieniu, ale jak to wygląda tak naprawdę? Rzeczywiście, nie wszyscy pośrednicy działają z uprawnieniami i etycznie, nie bronię tu wszelkiego rodzaju imigracyjnych oszustów, którzy świadomie krzywdzą imigrantów, jednak zależy mi na wyjaśnieniu wyceny spraw prawnych.


Oczywiście cena powinna być fair dla profesjonalisty i dla klienta, ale warto uświadomić sobie, co się składa na wycenę usługi prawnej.
Każda profesjonalna licencjonowana firma musi najpierw wiele wydać, by należycie obsłużyć klienta. Konsultant czy adwokat musi najpierw opłacić studia, egzaminy, biuro, personel, wymagane obowiązkowo materiały edukacyjne (seminaria), licencje, ubezpieczenie, nie wspominając już o reklamie, Internecie, telefonach, komórkach do użycia biznesowego czy podatkach. Sama licencja i koszt obowiązkowych szkoleń i ubezpieczenia to wydatek kilku tysięcy rocznie.


Ponadto sprawy imigracyjne niekiedy trwają rok, dwa lata lub dłużej. Jeśli rozbijemy cenę na czas pracy prawnego profesjonalisty, okaże się, że stawka nie jest aż tak wysoka. Nie jest też do końca prawda, że obsługa sprawy imigracyjnej to jedynie wypełnienie i złożenie podania. Sporo włożonego czasu, może nawet niedocenianego przez wielu klientów, to czas, jaki profesjonalista prawny przeznacza na prawne analizy, opracowanie strategii, argumentacji, dokumentacji czy chociażby wybór odpowiedniego programu.


Nie należy się zatem dziwić, że adwokaci czy konsultanci nie udzielają informacji i porad przez telefon czy elektronicznie. Niektórzy nawet tekstują obszerne pytania, oczekując porady. Po pierwsze, nie zawsze można ocenić sprawę i ją przeanalizować w krótkiej rozmowie czy e-mailu. Należy przeegzaminować dokumentację itp. Po drugie, każdy chciałby za swoją wiedzę i pracę być wynagrodzony, bo jeśli ktoś z Państwa poszedłby do pracy i nie otrzymał wynagrodzenia, nie będzie zadowolony, prawda? Jednak w przypadku profesjonalistów prawnych, najczęściej opłaty pobierane za konsultacje przeznaczane są na pokrycie kosztów biura, nie jest to nawet zarobek firmy. Mam nadzieję, że to jest teraz dla Państwa zrozumiałe.
Nasze biuro często udziela wstępnych informacji telefonicznie, choć muszę przyznać, że wiele osób docenia czas i wiedzę innych i od razu umawia się na konsultacje. Opłata za wstępną konsultację jest kredytowana, jeśli klient zatrudnia nas do pomocy imigracyjnej, a zatem dla naszych klientów jest ona praktycznie BEZPŁATNA.


Izabela Embalo MA, RCIC
Canadian Immigration Practitioner
Licencjonowany Doradca Prawa Imigracyjnego

piątek, 22 czerwiec 2012 11:53

DWIE WIZY IMIGRACYJNE DO OTWORZENIA BIZNESU W USA

Napisane przez


E2visaOtworzenie nowego biznesu w Stanach Zjednoczonych przez obcokrajowca to złożone przedsięwzięcie, którego sukces zależy między innymi od właściwych decyzji imigracyjnych. Przez decyzje imigracyjne rozumiemy nie tylko staranie się o stały pobyt (Zielona Karta), co często jest zamiarem docelowym inwestora, lecz przede wszystkim (ponieważ droga do Zielonej Karty jest długa i skomplikowana) sprawy związane z legalnym pobytem i możliwością pracy dla inwestora oraz otrzymaniem odpowiednich wiz umożliwiających pracę pracownikom, których przeniesienie może być warunkiem sukcesu biznesu na rynku amerykańskim.

      W dzisiejszej rzeczywistości imigracyjnej Stanów Zjednoczonych utrzymywanie legalnego statusu przez wszystkich związanych z taką operacją jest bardzo istotne, gdyż złamanie amerykańskiego prawa imigracyjnego ma daleko idące reperkusje, włącznie z całkowitym lub kilkuletnim zakazem wjazdu (tzw. inadmissibility) do tego kraju. W przypadku inwestora utrudniłoby to mu bardzo kontynuację działalności na tamtejszym rynku (przynajmniej do czasu załatwienia tzw. waiver of inadmissibility, co jest czasochłonne i co trzeba odnawiać co kilka lat) oraz skomplikowało (a w poważniejszych przypadkach wręcz uniemożliwiło) wystąpienie o Zieloną Kartę w przyszłości.

      Obywatele kanadyjscy mogą wykonać wiele kroków w kierunku "przygotowania gruntu" na otwarcie biznesu bez żadnej wizy, a obywatele krajów, które wymagają wizy, na wizie B1. Należy jednak być uważnym, gdyż ani w jednym, ani w drugim przypadku nie można pracować, to znaczy nie można wykonywać czynności, które wychodzą poza reprezentowanie zagranicznego biznesu na rynku amerykańskim (tj. reklama, prezentacje biznesowe, negocjowanie i podpisywanie kontraktów itp.).

      Dwie wizy najczęściej stosowane w celu otworzenia nowego biznesu w Stanach Zjednoczonych to wizy E2 (dla inwestorów) i L1 (dla przenoszenia pracowników przedsiębiorstw strukturalnie ze sobą powiązanych, z których jedno znajduje się w Stanach Zjednoczonych). Są to wizy umożliwiające pobyt w celu dokonania (a raczej sfinalizowania) wszystkich niezbędnych czynności związanych z otwarciem biznesu i potem legalną pracę w nim. Wiza E2 umożliwia pobyt i pracę obcokrajowcom pragnącym zainwestować własne środki i doświadczenie w otworzenie lub przejęcie już istniejącego biznesu. Wiza L1 umożliwia natomiast przenoszenie najpotrzebniejszych pracowników do pracy na określony czas – 7 lat w przypadku menedżerów i 5 lat w przypadku specjalistów.

      Wiza E2 jest jedną z najbardziej użytecznych i jednocześnie najmniej używanych amerykańskich wiz pracowniczych. Jest ona dostępna dla tych, którzy mają doświadczenie biznesowe, trochę kapitału i chcą przenieść lub rozszerzyć swój biznes na rynek amerykański. Mogą się o nią starać również ci, którzy chcą zainwestować w istniejące już biznesy amerykańskie. Wiza ta posiada tę przewagę nad innymi wizami pracowniczymi, że nie podlega wymogowi otrzymania oferty pracy od amerykańskiego pracodawcy. Jest ona idealna dla ludzi przedsiębiorczych, którzy nie chcą być uzależnieni od kaprysów pracodawców. Po rozpoczęciu działalności biznesowej to oni stają się pracodawcami w przeciwieństwie do bycia aplikantami o miejsca pracy. Wiza E2 nie jest również ograniczona czasowo na konkretną liczbę lat, jak inne wizy pracownicze. Czasem jest ona nazywana "nieoficjalną Zieloną Kartą" – aczkolwiek nie prowadzi bezpośrednio do stałego pobytu w Stanach Zjednoczonych, to praktycznie daje ten sam efekt, jako że można ją przedłużać tak długo, jak długo przedsiębiorstwo funkcjonuje na rynku amerykańskim.

      Jakie inne warunki trzeba spełniać, aby kwalifikować się na wizę E2? Po pierwsze, warunkiem otrzymania wizy E jest wymóg posiadania obywatelstwa kraju, który ma popisany odpowiedni traktat komercjalny ze Stanami Zjednoczonymi. I tak, Kanadyjczycy mogą ubiegać się o wizy w obu kategoriach, tj. dla handlowców i inwestorów. Polacy tylko dla inwestorów. Po drugie, należy udowodnić, że jest się w stanie skutecznie poprowadzić biznes w Stanach Zjednoczonych, to znaczy że ma się odpowiednie doświadczenie, kwalifikacje (co niekoniecznie oznacza posiadanie dyplomów i tytułów, aczkolwiek ten sposób udokumentowania kwalifikacji jest najłatwiejszy) i wystarczające środki finansowe na jego otwarcie. Po trzecie, należy wykazać, że przeznaczyło się i już ulokowało w Stanach Zjednoczonych odpowiednie fundusze niezbędne do rozpoczęcia biznesu oraz poczyniło większość kroków administracyjnych związanych z jego otworzeniem. Po czwarte, w przypadku przenoszonych pracowników, muszą oni mieć to samo obywatelstwo co inwestor.

      Ile trzeba zainwestować? Odpowiedź na to pytanie jest trudna, nie wiedząc, o jaki biznes chodzi, gdyż zależy to od rodzaju proponowanej działalności, lokalizacji biznesu, wymogów lokalnego rynku itp. Generalnie, im większy jest wymóg nakładu kapitału dla rozwoju lub sukcesu danego przedsięwzięcia, tym proporcjonalnie mniejsza jest wymagana suma do początkowego zainwestowania i, oczywiście, im mniej kapitału wymaga uruchomienie danego rodzaju przedsięwzięcia, tym mniej trzeba zainwestować.

      Dużą trudnością, którą napotykają drobni inwestorzy, jest przygotowanie realnego planu biznesowego. Jest to jeden z najważniejszych elementów nie tylko aplikacji o wizę, lecz również poprawnej oceny sensowności proponowanego przedsięwzięcia. Dla tych, którzy nie planują lub nie mogą zainwestować dużo, ważne jest również takie zaplanowanie inwestycji, aby wykorzystać posiadane środki, niekoniecznie w postaci gotówki. Wiza E2 jest dostępna również dla pracowników o tym samym obywatelstwie co posiadacze przynajmniej większości funduszu inwestycyjnego w biznesie.

      Najczęściej popełnianie błędy, które powodują, że aplikacje są odrzucane, to, poza ewidentnym brakiem kwalifikacji i doświadczenia, słaby plan biznesowy, złe udokumentowanie proponowanych inwestycji, niewystarczające przedstawienie kwalifikacji i doświadczenia osoby biznesmena oraz mało klarowna, niespójna i zła dokumentacja, nie będąca w stanie sprostać wymaganiom oficerów konsularnych, wyćwiczonych w wychwytywaniu "naciąganych" danych i nieracjonalnych konkluzji.

      Czym charakteryzuje się wiza L1? Po pierwsze, przedsiębiorstwo, do którego pracownik będzie przeniesiony, musi być strukturalnie powiązane z przedsiębiorstwem kanadyjskim. Po drugie, pracownicy, którzy mają uruchomić biznes w Stanach Zjednoczonych, muszą kwalifikować się do spełnienia tej funkcji, a zatem muszą to być menedżerowie lub pracownicy mający specjalistyczną wiedzę w zakresie funkcjonowania danej firmy. Po trzecie, biznes pozostawiony poza granicami Stanów Zjednoczonych musi w dalszym ciągu działać, a zatem musi pozostawić wystarczającą kadrę menedżerską i liczbę pracowników. Po czwarte, pracownicy przenoszeni do Stanów Zjednoczonych muszą wykazać, że pracowali dla macierzystej firmy zagranicznej przynajmniej przez rok w ciągu ostatnich trzech lat, jak również muszą oni otrzymać wynagrodzenie porównywalne do wynagrodzenia pracowników amerykańskich na podobnych stanowiskach w podobnych firmach.

      Niestety, wizy L1 są obwarowane wieloma ograniczeniami i aplikacje o nie poddane są ścisłej analizie przez oficerów imigracyjnych i konsularnych. Są one również ograniczone czasowo – nie można na nich przebywać dłużej niż 5-7 lat, w zależności czy jest się zatrudnionym jako menedżer, czy jako specjalista.

Janusz Puźniak

Barrister and Solicitor (Ontario, Canada)

Attorney at Law (Missouri and New York, USA)

905-890-2112

416-999-3023

Ostatnio zmieniany piątek, 22 czerwiec 2012 15:50
piątek, 22 czerwiec 2012 11:36

Opowieści z aresztu imigracyjnego: Za kółkiem

Napisane przez

W Kanadzie armia kierowców wielkich ciężarówek, zwanych z polska "trakowcami", systematycznie się powiększa, bowiem gros zaopatrzenia tak krajowego, jak i zagranicznego na kontynencie północnoamerykańskim, odbywa się właśnie w oparciu o transport drogowy. Kolejnictwo coraz bardziej spychane jest na margines. W południowym Ontario, a szczególnie w Wielkim Toronto jedną z dominujących grup w zawodzie kierowców ciężarówek są imigranci z Polski. Mają tutaj nawet dwie organizacje i dwa periodyki, w których sami piszą i które służą im radą i pomocą.

      Sytuacja Marka była specyficzna, bo pracował w tym zawodzie w Kanadzie nielegalnie. O pracujących nielegalnie polskich pracownikach budownictwa czy opiekunkach do dzieci chyba każdy w Toronto słyszał, ale żeby kierowca wielkiej ciężarówki? Jak to mogło być możliwe, przy dość ścisłej kontroli uprawnień w tym zawodzie i systematycznej kontroli policji? A jednak było to możliwe przez szereg lat. Ale zacznijmy od początku.

      Marek urodził się i mieszkał do trzynastego roku życia w kolebce "Solidarności" Gdańsku. Z kolei jego rodzice, wraz z trojgiem nastoletnich dzieci wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Miała to być niby wizyta u dość już licznej rodziny, która przeniosła się za ocean. I faktycznie, pierwsze dwa tygodnie poświęcone były na odwiedziny krewnych w Nowym Jorku i New Jersey. Punktem wypadowym był dom brata matki Marka, który już od kilku lat mieszkał legalnie w Stanach. Już po dwóch tygodniach rodzice Marka podjęli decyzję o pozostaniu w Stanach. Najpierw był to pobyt nielegalny, ale już po dwóch latach rodzice wygrali loterię o zieloną kartę, czyli prawo stałego pobytu, i od tego czasu pobyt rodziny był już legalny. Po nich przybyli jeszcze dalsi krewni i też uzyskali zieloną kartę. Tak że kilkudziesięciu członków bliższej i dalszej rodziny Marka zamieszkuje w Stanach.

      On sam ukończył szkołę średnią, a równocześnie uzyskał zawodowe prawo jazdy. Bo amatorskie uzyskał dokładnie, kiedy ukończył piętnasty rok życia. Samochody pociągały go bardzo. W szesnastym roku życia już miał na własność używany pierwszy samochód.     Kupił go z własnych oszczędności, bo już od roku pracował w weekendy. Później pracował, rozwożąc towary do klientów. Poznał Nowy Jork jak własną kieszeń. Po uzyskaniu zawodowego prawa jazdy zatrudnił się jako kierowca wielkich ciężarówek. Przez kilka miesięcy jeździł jako zmiennik z drugim kierowcą, a później już zaczął jeździć sam. Przejechał Stany wzdłuż i wszerz wielokrotnie, poznał większość wielkich miast amerykańskich i pewnego dnia uznał, że to wszystko, a szczególnie ten kraj mu się nie podoba. Zdecydował wybrać się na północ.

      Bez problemu, bez jakiegokolwiek przewodnika przeszedł granicę na terenie rezerwatu indiańskiego w okolicach Ottawy. Widział nawet oświetlony mały punkt graniczny i kręcących się tam strażników, ale nikt mu nie przeszkadzał w przejściu leśną ścieżką do Kanady. Kpił z tych, którzy płacą ciężkie pieniądze za ich przemyt w jedną lub drugą stronę. A jednocześnie wiedział również o tym, że zawodowo przemytem przez granicę kanadyjsko-amerykańską trudnią się też polscy imigranci.

      W Kanadzie przebywał przez pięć lat. Najpierw nielegalnie, później legalnie, a jeszcze później ponownie nielegalnie. Przybył do Toronto, gdzie zamieszkał u poznanego na terenie Stanów kierowcy ciężarówki, z pochodzenia Polaka. On też załatwił mu pierwszą pracę. Na początek licencja amerykańska wystarczała. Po pewnym czasie Marek poradził się konsultanta imigracyjnego polskiego pochodzenia, co ma robić, aby zalegalizować swój pobyt w Kanadzie. Ten mu poradził, aby zwrócił się do władz imigracyjnych. I tak zrobił. W urzędzie imigracyjnym wypełnił jakieś dokumenty, wydano też mu jakiś dokument, który uprawniał go do starań o uzyskanie zezwolenia na pracę. Takie zezwolenie uzyskał, jak również uzyskał kanadyjskie zawodowe prawo jazdy.

      Już teraz zupełnie legalnie pracował jako kierowca ciężarówek. Przejeżdżał Kanadę wzdłuż i wszerz wielokrotnie, ale w końcu skoncentrował się na jedno-dwudniowych, niezbyt odległych trasach w granicach Ontario. Za każdy kurs otrzymywał czek na konkretną kwotę, zwykle czterysta dolarów. A że nie płacił żadnych podatków ani innych obciążeń, więc jego tygodniówka wynosiła zwykle 1200. Jak na dwudziestolatka to nieźle.

      Po dwóch latach pobytu w Kanadzie został poproszony do urzędu imigracyjnego, gdzie powiedziano mu, że jego starania o uzyskanie stałego pobytu w tym kraju zostały definitywnie załatwione odmownie. Wyznaczono mu dzień odlotu i urząd imigracyjny zakupił mu bilet lotniczy do Polski. Marek nie stawił się na lotnisku. Od tego czasu przebywał już w Kanadzie nielegalnie. Nic to nie zmieniło w jego trybie życia. Pracował i korzystał z życia.

      Był przystojnym, wysokim, ciemnoblond młodym mężczyzną. Miał pieniądze, dobrą pracę. Dziewczyny za nim szalały. Korzystał z tego powodzenia z umiarem. Mógł z łatwością załatwić sobie stały pobyt w Kanadzie tą drogą, czyli ożenić się z którąś gotową do tego, stałą mieszkanką Kanady. Jednak w tym młodzieńcu było sporo romantyzmu. Może był on wcieleniem nowego rzutu odkrywców Nowego Świata, może zawód, jaki wykonywał – kierowcy wielkich ciężarówek, porównywany do zawodu "kowboj" z pogranicza, kazał mu szukać prawdziwej miłości. Takiej nie znalazł i stąd stan niepewności i późniejsze kłopoty.

      Rodzice Marka, po wędrówkach po Stanach, osiedli w końcu na Florydzie. Mama, po uzyskaniu uprawnień lekarskich i podjęciu pracy anestezjologa, dawała oparcie finansowe i prestiż rodzinie. Ojciec zajmował się biznesem, w tym wymianą handlową na skalę hurtową między Stanami i Polską. Młodsza siostra kończyła medycynę, młodszy brat pracował i studiował biznes. Marek mógł bez problemu do nich wrócić, ale nie lubił Stanów, pokochał Kanadę. Po nielegalnym przekroczeniu granicy, już nigdy nie stanął nogą na terytorium Stanów. To do niego przyjeżdżali jego bliscy i dalsi krewni. Obwoził ich po najpiękniejszych zakątkach Kanady, czuł się tu gospodarzem.

      Cieszył się z wizyty siostry i brata, którzy przylecieli do niego z Florydy. Marek wynajmował ładne mieszkanie nad jeziorem Ontario. Po tygodniowym pobycie u niego rodzeństwo wyruszyło na drugi kraniec Kanady autobusem. Postanowili odbyć tę podróż, aby poczuć ogrom tego kraju. Mieli zamiar zakończyć swoją podróż w Vancouverze. Stamtąd siostra miała wracać samolotem do rodziców na Florydę, a brat miał lecieć na dalsze wakacje do Polski.

      Podróż ich się już prawie kończyła. Autobus zatrzymał się na ostatnim przystanku. Pasażerowie wyszli z autobusu, aby rozprostować kości. Siostra Marka stała tuż za autobusem odwrócona do niego tyłem. Kierowca autobusu gwałtownie cofnął, wykonując manewr zmierzający do przygotowania się do wyjazdu z parkingu. Autobus uderzył stojącą w martwym polu siostrę Marka i przejechał tylnym kołem po jej miednicy. Siostra kilka dni walczyła w szpitalu ze śmiercią. Po odzyskaniu przytomności leżała ciągle w szpitalu. Kiedy przyleciała tam jaj matka, brat wyleciał do Polski. Ale jeszcze przed tym policja rozpytywała go o to, gdzie był z siostrą przed wyjazdem z Toronto. Ten nie myśląc wiele powiedział, że byli u brata w Toronto, podając jego dane i adres.

      Po kilku dniach, kiedy Marek wyjeżdżał samochodem spod swojego mieszkania, został zatrzymany przez policjantów. Zapytali o jego dane i natychmiast oświadczyli mu, że jest aresztowany w związku z nielegalnym pobytem w Kanadzie. Policja z Kolumbii Brytyjskiej, po sprawdzeniu jego danych, przekazała informacje o nim policji torontońskiej. Marek został osadzony w areszcie imigracyjnym. Nie przejmował się tym za bardzo. Był wyznawcą teorii heglowskiej o wolności, której poczucie jest związane ze zrozumieniem konieczności. Był gotowy do wylotu do Polski. Wiedział, że nie ma szans na starania o wypuszczenie z aresztu po niestawieniu się do odlotu przed trzema laty. Wiedział, że po decyzji o deportacji nie ma szans na powrót do Kanady.

      Przygotował się wcześniej na taką ewentualność. Kupił mieszkanie w Gdańsku, miał solidne konto, zaaranżował przewóz kontenerem swojego jeepa do Polski, myślał już, gdzie podejmie studia z angielskim jako językiem wykładowym. Tygodniowy pobyt w areszcie przeżył pogodnie, bez stresów, a odlot z Kanady traktował jako normalną kolej rzeczy. Ten młody, pogodny człowiek zaczynał nowy rozdział życia w miejscu, z którego wybył przed jedenastoma laty.

Aleksander Łoś

Toronto