Goniec

Register Login

Ubezpieczenia

piątek, 02 listopad 2012 18:39

Twoje pieniądze: Sprawiedliwość w sprawach drobnych

Napisane przez

jacekNajlepiej byłoby, gdyby wszyscy w terminie spłacali swoje długi, także nam, gdy komuś pożyczyliśmy jakieś pieniądze lub z innej racji jest on nam coś winien. Niestety, ten idealny stan nie istnieje w rzeczywistości i czasami trzeba nieźle nachodzić się, zanim odzyskamy swoje pieniądze. Warto wówczas pamiętać o wielce pożytecznej instytucji, jaką jest sąd do spraw drobnych, czyli "small claims court".

Reguły działania takiego sądu są różne w każdej prowincji. W Ontario na przykład limitem wysokości sprawy, jaką można wnieść przed ów sąd, jest 25 tysięcy dolarów. Jeżeli należy nam się więcej – nie unikniemy sprawy przed "normalnym" sądem.
Szczegółowe informacje na temat zasad funkcjonowania takiego sądu można bez trudu znaleźć w lokalnej bibliotece publicznej. Dlatego też przytoczę tutaj tylko mniej oczywiste cechy charakterystyczne tej instancji. Najistotniejszą jest fakt, iż jest to tak zwany w języku prawniczym "court of equity", co oznacza, że zasady prawne regulujące przebieg spraw są nieco bardziej elastyczne. Więcej zależy od uznania sędziego, a naczelnym celem rozprawy jest nie tyle zbadanie, czy prawo było przestrzegane, co określenie i decyzja, czy sprawiedliwości stało się zadość. A jeżeli nie – określenie, co można zrobić, by stan sprawiedliwości przywrócić.
Oznacza to zarazem, iż sąd "small claims court" ma swoje własne zasady postępowania, odmienne od procedury obowiązującej w "normalnym" sądzie, i że będzie on trzymał się tych reguł. Innymi słowy – nieco inaczej wyglądają tu reguły dowodowe i osoby występujące przed tym sądem (obojętnie w jakim charakterze) mogą liczyć na nieco większą elastyczność sądu, jeśli chodzi o przyjęcie czy odrzucenie materiału dowodowego.
Elastyczność, jaka obowiązuje w "small claims court", pozwala stronom na samodzielne reprezentowanie swoich spraw, bez kosztownej pomocy prawników. "Small claims court" jest w istocie specjalnym forum o charakterze mediacyjnym, a nie tylko sądem. Dlatego też, zanim dojdzie do ostatecznej rozprawy, sędzia prawdopodobnie usiłował będzie rozwiązać spór finansowy drogą nieformalnej rozmowy z oboma stronami. Konferencja z udziałem mediatora ma przy okazji pokazać stronom sporu ewentualne luki w ich materiale dowodowym i – jeśli to możliwe – doprowadzić do rozstrzygnięcia sporu drogą polubowną.
Niemniej jednak, "small claims court" jest sądem w całym tego słowa znaczeniu i jego orzeczenia mają moc prawną. Kto więc przegra rozprawę w takim sądzie, ten musi liczyć się, że wygrywająca strona może uciec się do wszelkich przewidzianych prawem pociągnięć, by odzyskać przyznane fundusze, łącznie z zajęciem wynagrodzenia czy własności.
Najistotniejsze jednak jest to, że nawet "small claims court" działa jak prawdziwy sąd, a nie telewizyjny spektakl. Wszystko zabiera odpowiednią ilość czasu, a sukces na tym forum nie oznacza jeszcze odebrania czeku od dłużnika.
Najlepiej więc wiedzieć, komu pożycza się swoje pieniądze. I lepiej jest mieć do czynienia z wielką firmą, która rzadko kiedy pokusi się o naginanie sprawiedliwości na swoją stronę w stosunkowo drobnych sprawach, niż z pojedynczym indywiduum, nawet dobrze znanym i lubianym.

piątek, 26 październik 2012 19:21

Twoje pieniądze: Bariery rozwoju

Napisane przez

jacekZdaniem ekonomistów, jednym z ważniejszych czynników ograniczających zatrudnienie i wzrost płac, a w ogóle – rozwój gospodarki, są cła. Czasem przypominamy sobie, iż żyjemy w kraju o wysokich barierach celnych – gdy na przykład stwierdzimy z zaskoczeniem, iż jakiś produkt kupiony w sklepie o 50 km na południe, za amerykańską granicą, kosztuje dwie trzecie tego, co w pobliskim kanadyjskim punkcie sprzedaży detalicznej. Na co dzień jednak mało nas obchodzi wysokość ceł nakładanych na import zagranicznych artykułów konsumpcyjnych i półproduktów. A jest ona istotnym elementem kształtującym poziom cen, jakie co dzień przychodzi nam płacić.


Niedawny komunikat ministra finansów Kanady Jima Flaherty'ego szczycił się redukcją kilku barier celnych, co – jak stwierdzono w piśmie – ma obniżyć koszty produkcji między innymi dla producentów karetek pogotowia. W sumie, kosztem nieco ponad 1,7 miliona dolarów rocznie, obniżono cła o 4 do 14 procent nakładane na pięć asortymentów. Od 2009 roku rząd premiera Harpera obniżył w sumie cła nakładane na importerów niemal 1800 pozycji asortymentowych. Bić brawo?


Powoli, spokojnie. Obniżenie ceł na olej palmowy ograniczy wpływy Ottawy o 888 tysięcy dolarów. Tymczasem, nadal pozostaje w mocy – na przykład – cło na import koszul męskich i chłopięcych o wartości 42 miliony dolarów rocznie. Albo na określone rodzaje obuwia skórzanego i gumowego. Wartość – 156 milionów dolarów. Oraz cło na sweterki – 179 milionów dolarów rocznie. A na import dla przemysłu motoryzacyjnego? Skromne 542 miliony dolarów każdego roku.


W sumie cła nakładane na importerów tysięcy artykułów dają Ottawie co roku ponad 4 miliardy dolarów dochodu. Efekt? Jasny do przewidzenia. Jeśli sweterek zostanie wyprodukowany w Kanadzie – jego cena może wahać się w sklepie w granicach 20 dolarów. Taki sam sweterek wyprodukowany – dajmy na to – w Indonezji i sprowadzony do kanadyjskiego sklepu musi kosztować dwa razy drożej, bo jego cenę podnosi nie tylko koszt transportu i honorarium pośredników, ale i cło.


Przeciętna wartość cła na produkty importowane do Kanady to aż 17 proc. Innymi słowy – o tyle są droższe artykuły pochodzenia zagranicznego w porównaniu do produkcji krajowej.


Jak tu się dziwić, że Kanadyjczycy uwielbiają przekraczać granicę z USA w ramach wycieczek zakupowych. Mniejsza o atrakcje Nowego Jorku, Waszyngtonu czy Las Vegas. Dobrze zorganizowana wyprawa na zakupy może przynieść oszczędności rzędu kilkuset dolarów. Nawet po uwzględnieniu kosztów przejazdu. Wszak benzyna w USA także jest tańsza.
I w tym miejscu należy zastanowić się, na czym nam bardziej zależy: na niższych cenach artykułów w sąsiednim sklepie, czy też na tym, by administracja w Ottawie dysponowała odpowiednim zasobem gotówki, by spieszyć z pomocą chorym, wyrzuconym z pracy, emerytom. By stać nas wszystkich razem było na zapewnienie mieszkańcom kraju owej "siatki bezpieczeństwa", która chroni nas w razie czego przed finansową katastrofą.
To prawda, że każdego roku Ottawa zgarnia ponad 102 miliony dolarów od importerów opon samochodowych. Ale pieniędzy tych nie przejada premier Harper i jego ministrowie. Wracają one do konsumenta chociażby w postaci napraw szos i autostrad, po których jeżdżą owe opony. Bo jedynej w kraju płatnej autostrady 407 nikt nie lubi i w miarę możliwości nikt nie używa.

piątek, 19 październik 2012 17:09

Finanse: Dopieszczone pokolenie

Napisane przez

jacekAnalizując nasze potrzeby w wieku emerytalnym, patrzymy zazwyczaj na takie aspekty, jak wartość portfolio, opodatkowanie, sytuacja na rynku inwestycyjnym. Zdaniem specjalistów, pomijamy tym samym sprawę, która ma wielce istotne, jeżeli nie najważniejsze, znaczenie dla zasobów gotówki, jakimi dysponować będziemy w okresie "złotego wieku". Mam na myśli nasze dzieci.


Pokolenie "baby boomers" dopieściło swoje pociechy. Według niektórych opinii – tak dopieszczonej generacji nie znają dzieje naszej cywilizacji. A system finansowy jest bezwzględny i nie bierze pod uwagę rodzicielskich sentymentów.
Mało, że dopieszczamy nasze niekiedy już dwudziesto- (i więcej) letnie pociechy iPhone'ami i hondami accord (albo przynajmniej ubezpieczeniem takowych), najpoważniejszym zagrożeniem dla stanu naszej kasy i dla naszej emerytury jest fakt, iż dzieci nadal uprzyjemniają nam rodzinny dom, rezydując na rodzicielskiej kanapie.


Dane Statistics Canada za rok 2006 wykazują, iż 42 proc. młodych dorosłych w wieku 20-29 lat nadal mieszka z rodzicami. Dane za rok 2011 potwierdzają tę tendencję. A tymczasem w roku 1991 z rodzicami mieszkało tylko 32,1 proc. młodych ludzi w tej kategorii wiekowej, a dziesięć lat wcześniej, w 1981 roku – zaledwie 26,9 proc. Jak na ironię, nieco ponad 2 procent z tych młodych ludzi nie tylko pozostało lub wróciło do domu rodziców, ale jeszcze wprowadziło tam swojego partnera.

Trzy czynniki utrudniają młodym ludziom proces przechodzenia "na swoje": wydłużenie się procesu kształcenia i wzrost jego kosztów, trudności w znalezieniu pracy i wysokie ceny wynajmu czy kupna domu.
Można to analizować jako zjawisko kulturowe, bowiem w określonych społecznościach do normy należy przytrzymanie młodych ludzi dłużej w zasięgu domu rodzinnego, albo też tworzenie rodziny wielopokoleniowej. Zjawisko kulturowe ma jednak przede wszystkim swój wymiar finansowy i każde kilka lat opieki nad dorosłymi dziećmi opóźnia o co najmniej tyle samo lat moment, w którym rodzice będą mogli spokojnie zażywać rozkoszy życia na emeryturze. I z tym mniejszym zasobem zgromadzonej gotówki.
Rządowa decyzja o wydłużeniu okresu pracy zawodowej i opóźnieniu wieku emerytalnego wywołała tu i ówdzie krytyczne głosy o rzekomym zamachu rządu na swobodę odpoczynku po pracy. Tymczasem, opóźnienie wieku emerytalnego ma miejsce niezależnie od decyzji administracyjnych i decyzję tę podejmujemy sami.


Mniejsza o społeczne i psychologiczne konsekwencje zaistniałej sytuacji. Warto przede wszystkim dokładnie i starannie przeanalizować jej aspekt finansowy. Jeśli chcemy uniknąć trudności (lub wręcz katastrofy) w wieku emerytalnym, nie do utrzymania jest sytuacja, w której mieszkające z rodzicami dzieci 80 – 90 proc. swoich mizernych dochodów wydają na elektronikę, kolacje w drogich restauracjach i wycieczki po świecie.
Jak i z innymi sprawami finansowymi – można i tak, można i tak, ale najpierw proszę policzyć się z konsekwencjami decyzji.

piątek, 12 październik 2012 16:40

Finanse: Lekcje opodatkowania

Napisane przez


jacekZostało jeszcze trochę czasu, zanim przyjdzie nam znowu myśleć o uregulowaniu spraw z kanadyjskim urzędem podatkowym. Dlatego też dzisiaj chciałem namówić do zastanowienia się nad podatkami z nieco innej perspektywy. A mianowicie – gdzie idą nasze podatkowe pieniądze. I co można zrobić, by zmniejszyć ten ciężar.


Czy zdają sobie państwo sprawę z faktu, iż istnieje całkiem liczna grupa pracowników sektora uspołecznionego w Ontario, która jest opłacana według stawki ok. 78 dol. za godzinę pracy? Aż trudno w to uwierzyć, ale tak jest. Weterynarz może liczyć na 38 dol./h, komputerowiec zatrudniony przy projektowaniu internetowych witryn – coś ok. 25 dol./h. Mniej więcej tyle, co dziennikarz.
To kto ma tak wysokie stawki? Ktoś o bardzo stresującej i szkodliwej pracy? Ktoś, kto musi latami zdobywać wiedzę, by wypełnić wymogi swego zatrudnienia? Ktoś, kto uzyskał dostęp do zawodu w rywalizacji z setkami podobnie wysoko wykwalifikowanych konkurentów?
Nie. Stawka 78 dol./h obowiązuje w zawodzie nauczyciela szkoły podstawowej w Ontario. Tak wynika z podzielenia przeciętnego wynagrodzenia przez liczbę dni pracy i minimum przepracowanych godzin. Tak administracja prowincji wynagradza 70 tysięcy nauczycieli szkół podstawowych. Nauczyciele szkół średnich (coś ok. 40 tysięcy osób) mają się nieco gorzej i ich stawka godzinowa kształtuje się na poziomie 68 dol./h.
Poza samym wynagrodzeniem, nauczyciele szkół podstawowych Ontario korzystają z licznych dodatkowych "benefitów" wynegocjowanych przez związki zawodowe. Dni chorobowe, które można kolekcjonować (jeśli zdrowie akurat dopisuje), niczym rzadkie znaczki pocztowe. Emerytura w wieku 55 lat płatna jako 60-proc. ostatniej stawki do końca życia. Nie objęta tym wyliczeniem możliwość dalszych zarobków.
Przy tak hojnym wynagrodzeniu za jakże potrzebną pracę, należałoby oczekiwać, iż Ontario ma najlepszy system edukacji szczebla podstawowego na świecie. Dlaczego więc z roku na rok rośnie liczba (i wskaźnik statystyczny) rodziców, którzy za własne ciężko zarobione pieniądze usiłują ulokować swoje pociechy w szkołach prywatnych? Edukacja dziecka w prywatnej szkole podstawowej może kosztować niekiedy nawet i 29 tysięcy dolarów rocznie. A jednak – widać opłaca się.


Innymi słowy – tysiące podatników Ontario płaci dwukrotnie za przywilej wyedukowania dziecka: raz, uiszczając opłatę za prywatną szkołę, a ponownie – gdy przyjdzie rozliczać się z urzędem podatkowym.
Każdy chciałby coś zaoszczędzić w relacjach z fiskusem. Najskuteczniejszą metodą jest redukcja opodatkowania. Ale jest to możliwe jedynie, gdy administracja prowincji (i kraju) ograniczy wydatki tam, gdzie są one astronomiczne i nieusprawiedliwione.

piątek, 05 październik 2012 18:01

W szponach manii

Napisane przez


jacekW sferze finansów obowiązuje zasada, iż niemal każdy plan, konsekwentnie realizowany, daje mniejsze lub większe korzyści. I druga – plan musi być konsekwentnie realizowany. Tak mówi teoria, a praktyka?


Większość Kanadyjczyków, w tym także pochodzenia polskiego, cierpi na fatalną dla rodzinnej kasy dolegliwość – manię zakupów, i to – zakupów tak naprawdę wcale nam niepotrzebnych. Niedawny sondaż przeprowadzony przez Bank of Montreal wykazał, że przeciętny Kanadyjczyk wydaje co roku aż 3720 dolarów na rzeczy, bez których mógłby się doskonale obejść. Po prostu – dla rozrywki. Pod naciskiem wszechpotężnej reklamy. Albo po prostu dla rozbarwienia szarości egzystencji.
W zakres zbędnych zakupów wchodzą nie tylko takie artykuły, jak odzież czy buty. Bank wliczył w tę kategorię także na przykład wydatki na lokale gastronomiczne bez specjalnej okazji. Ot, po prostu, bo komuś nie chce się przygotowywać pożywienia we własnej kuchni. Tak więc oczywiście można i należy trochę z tych "niepotrzebnych" wydatków usprawiedliwić: wszak nie samym chlebem człowiek żyje. Niemniej trzysta dolarów miesięcznie to poważny wydatek w domowym budżecie. Szczególnie, gdy budżet ten obciążony jest spłatami zadłużenia czy koniecznością oszczędzania na uregulowanie przeszłych długów.
Zjawisko nabrało już charakteru chronicznego; jak wynika z danych finansowych, Kanadyjczycy wydają więcej niż oszczędzają od co najmniej dziesięciu lat. Deklarowana motywacja niepotrzebnych zakupów to najczęściej chęć poprawienia samopoczucia. Nie muszę nikogo przekonywać, że jest to działanie nieskuteczne, typowy podręcznikowy przykład leczenia raka plastrem. Wcześniej czy później kończy się to poważnymi kłopotami finansowymi, poczuciem rozpaczy i beznadziejności, depresją.
Z drugiej strony – jedynym wyjściem, jaki gospodarka wolnorynkowa znalazła dla recesji, jest zwiększenie wolumenu i wartości zakupów. Nic więc dziwnego, że żyjemy w gęstej mazi reklamy i zapewnień, że oto nadarza się wyjątkowa okazja kupna tego czy owego artykułu po obniżonej cenie. Jak tu oprzeć się pokusie, skoro trąbią nam do uszu, iż taka okazja już się nie nadarzy?
Po kilkudziesięciu latach spędzonych w warunkach gospodarki rynkowej niemal każdy wie, że wbrew zapewnieniom handlowców – taka okazja nadarzy się jeszcze co najmniej kilka razy, albo że będzie nadarzać się regularnie, bo takie są warunki działania handlu detalicznego. Niemniej trudno oprzeć się pokusie i większość z nas nie opiera się. Co oczywiście prowadzi do trudności ze spłaceniem kolejnego rachunku karty kredytowej.
Cóż, zakupy, o jakich mówimy, to działanie sterowane emocjami, a plany finansowe to zakres aktywności myślenia racjonalnego. Na duszę klienta działają więc dwie różnorodne siły. Banki i firmy finansowe usiłują wspomóc racjonalną stronę tego konfliktu, udostępniając w Internecie rozmaite narzędzia finansowe ułatwiające radzenie sobie z długami. By jednak odnieść z tego odpowiednie korzyści, trzeba panować nad emocjami.
Z sondażu wynikają zaskakujące konkluzje: mężczyźni ponoszą większą niż kobiety winę za zaistniałą sytuację, ale – co gorsza – zjawisko to występuje znacznie częściej u ludzi młodych. Perspektywy nie są więc różowe.

piątek, 28 wrzesień 2012 20:10

mniej to lepiej

Napisane przez

jacekPrzed tygodniem pisałem w tym miejscu o alternatywnych rozwiązaniach dla kupna domu i próby odniesienia z tego finansowych korzyści. Podejmując decyzję o inwestowaniu w nieruchomość, która jest zarazem naszym dachem nad głową, należy sprawdzić, czy jest to rzeczywiście opłacalne i czy nie ma innego, lepszego rozwiązania. Dodatkowym argumentem przemawiającym za wynajmowaniem zamiast kupna są też poboczne, pozornie niewielkie koszty operacyjne, które można zredukować. Zawarcie umowy o najem lokalu czy budynku jest sprawą w Ontario prostą i niekosztowną. Kupno nieruchomości wiąże się ze znacznie większymi nakładami. I tutaj jednak można nieco uszczuplić wydatki, zwracając uwagę na opłaty, które wcale nie muszą być aż tak wysokie.


Zacznijmy od najpoważniejszego wydatku – honorarium dla agenta "real estate". Tu pierwsze poważne zastrzeżenie: raz za razem pojawiają się informacje o możliwości kupna czy sprzedaży domu bez pośrednictwa agenta. Tego żaden zaznajomiony z operacjami finansowymi specjalista nie będzie doradzał. Wszak, ostatecznie, znane są w medycynie przypadki samodzielnej amputacji kończyny i przeżycia przez pacjenta takiej operacji. Ale nie jest to przez nikogo rozsądnego zalecane.


Tak samo z zakupem domu: można operację przeprowadzić i zaoszczędzić coś ok. 5 proc. ceny, ale każdy znający się na rzeczy agent przytoczy państwu dowolnej długości listę błędów, jakie taka amatorszczyzna wywołuje.
Można natomiast spróbować wynegocjować od agenta niższe honorarium niż owe zwyczajowe pięć procent. Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie jest to komisowe ustalone przepisami prawnymi, lecz zaledwie zwyczaj. Jeżeli agent prowadzi obie transakcje – sprzedaży dotychczas zajmowanego lokalu i kupna nowego – może zgodzić się na redukcję swego komisowego o ok. 1 proc. Niby niedużo, ale przy przeciętnej cenie nieruchomości w Kanadzie w granicach 375 tysięcy dolarów ów jeden procent rabatu to 3750 dolarów, które zostają nam w kieszeni.
Tyle, że należy postępować tu bardzo ostrożnie. Jak zawsze i we wszystkich operacjach finansowych – dostajemy to, za co płacimy. Tańsza usługa agenta może okazać się usługą niższej jakości. To trochę tak, jak z własnoręcznym naprawianiem swojego samochodu. Koncepcja korzystna i atrakcyjna – pod warunkiem, że człowiek wie, co robi. W przeciwnym razie…
Do dalszych oszczędności prowadzi podwyższenie tzw. własnego wkładu. Już wpłata 20 proc. ceny zakupu prowadzi do sporych oszczędności w zakresie obowiązkowego ubezpieczenia pożyczki hipotecznej.


No i oczywiście pozostaje najistotniejszy aspekt całej operacji, a mianowicie wskaźnik stopy oprocentowania pożyczki hipotecznej, czyli "mortgage". To najpoważniejszy koszt w całej operacji. Dla przykładu – pożyczając 300 tysięcy dolarów z 25-letnim okresem amortyzacji na 5,24 proc., płacimy w ciągu pierwszych pięciu lat aż 73.675 dol. w kosztach oprocentowania. Naprawdę więc warto szukać jak najniższego oprocentowania hipoteki. Nawet jeden procent obniżki daje w efekcie korzyść rzędu tysięcy dolarów.


I tak dolar do dolara rozwaga pozwoli zaoszczędzić na kosztach transakcji i przeznaczyć te pieniądze albo na coś atrakcyjnego, albo na korzystną inwestycję. Jak zwykle w sprawach finansowych – nawet niewielki zysk jest lepszy od straty.

piątek, 21 wrzesień 2012 13:26

Twoje pieniądze: Cena własnego dachu

Napisane przez

jacekKonwencjonalna mądrość finansowa każe – przede wszystkim – zastanowić się nad kupnem własnego domu, jako drogi do poprawy rodzinnych finansów. Pomijając już takie aspekty sprawy, jak spokój, iż zawsze jest gdzie się schronić, na rzecz kupna przemawia wiele innych argumentów, łącznie z poczuciem bezpieczeństwa, bowiem na stare lata własny dom (spłacony) to podobno najlepsze zabezpieczenie finansowe. No i przekonanie, iż jesteśmy na swoim i spłacamy swoją pożyczkę hipoteczną, zamiast pomagać właścicielowi budynku w spłaceniu jego pożyczki na jego korzyść.
Jak do wielu konwencjonalnych finansowych mądrości, także i do tejże należy podchodzić ostrożnie i dobrze wszystko policzyć. Wbrew bowiem pozorom, może okazać się, że kupno własnego domu wcale nie jest najlepszym, najkorzystniejszym rozwiązaniem.


Kupno własnego domu jest zawsze związane z poczuciem bezpieczeństwa. Niemal zawsze jednak jest to wydatek, którego lepiej byłoby nie ponosić. Nawet w tak niepewnej jak obecnie sytuacji na rynku papierów wartościowych. Weźmy bowiem do ręki kalkulator i policzmy.
Najpoważniejszy wydatek przy kupnie nieruchomości to opłacenie "land transfer tax". W rejonie Toronto sięga on obecnie prawie 4 proc. ceny zakupu. Innymi słowy – jest to mniej więcej tyle, ile trzeba byłoby zapłacić za wynajem podobnego budynku przez cały rok.
Dalej – prowizja agenta. Zazwyczaj około 5 proc. Jeśli do tego doliczyć koszty przeprowadzki i opłaty prawne, wychodzi na to, że coś około 10 proc. ceny zakupu domu to koszty, których można uniknąć, wynajmując identyczną posiadłość. Co więcej, są to wszystko koszty płacone w gotówce, jaka zostaje nam po opłaceniu podatków.


Spójrzmy na kalkulację z przeciwnej strony. Załóżmy, że kupujemy dom o wysokiej cenie 800 tysięcy dolarów, bo na takich najlepiej się zarabia. Nawet jeśli w pięć lat później sprzedamy go za 950 tysięcy, po uwzględnieniu wspomnianych powyżej kosztów pozostanie nam w ręku zarobek w wysokości około 80 tysięcy dolarów. Na zainwestowanych pieniądzach zarobiliśmy coś około półtora procent. Może lepiej byłoby je wpłacić do banku, kupując rządowe obligacje? Bo na pewno (chociaż jest tu jakieś ryzyko) lepiej byłoby zainwestować tę sumę w najbardziej bezpieczne nawet fundusze powiernicze. Mało który osiągnął przez pięć lat zarobek zaledwie półtora procent.


Jeżeli ta podstawowa kalkulacja nie przekonuje państwa – proszę jeszcze rozważyć kwestię tzw. kosztów okolicznościowych. Zamiast zainwestować pieniądze na rynku finansowym, włożyliśmy je w dom. Teraz trzeba płacić podatek od nieruchomości, oprocentowanie pożyczki hipotecznej, ponosić koszty utrzymania budynku (zależnie od jego wieku mogą być niekiedy całkiem pokaźne) i całą serię drobnych kosztów incydentalnych. Jeżeli – oczywiście – oprzemy się pokusie poważniejszego remontu i związanych z nim wydatków.
Cała powyższa kalkulacja oparta jest na bardzo ogólnych danych. Jeżeli ktoś chce przeanalizować swoją własną sytuację nieco dokładniej, sieć Internetu daje wiele ciekawych możliwości. Jedną z nich jest prosty, ale bardzo skuteczny kalkulator przygotowany przez CanadaMortgage.com. Inny oferuje bank RBC. Jeszcze inny – Google czy Yahoo.


Najpierw policz, a potem podejmuj decyzję. Konwencjonalna mądrość nie zawsze jest przejawem największej mądrości.

piątek, 07 wrzesień 2012 15:09

Mało czasu

Napisane przez

jacekW sporach z urzędem skarbowym Kanady (Canada Revenue Agency) dobrze jest mieć dobrego doradcę finansowego i prawnika, ale przede wszystkim – należy zadbać o dobry zegarek i kalendarz. Cóż nam z tego, że wygramy spór z CRA i urząd (aczkolwiek niechętnie) przyzna nam rację, jeśli i tak stanie na urzędu z powodu niedotrzymania przez petenta odpowiedniego terminu.

Podobnie jak wiele innych aspektów działalności urzędu skarbowego, terminy wyznaczone przepisami na odwołania i reklamacje wobec decyzji CRA zostały ustalone mocą przepisu administracyjnego (w dawnej Polsce nazywało się to prawem powielaczowym i było powszechnie krytykowane). Innymi słowy – to CRA zadecydowało, ile czasu ma klient na przygotowanie odwołania i co się będzie działo, jeśli termin ten nie zostanie dotrzymany.
W odróżnieniu od władz szczebla prowincyjnego, federalny urząd skarbowy ograniczył prawo do złożenia wniosku o ponowne rozpatrzenie sprawy (notice of reassessment) do 90 dni, a termin składania prośby o wydłużenie czasokresu regulacji – do jednego roku. Prowincje dają swoim klientom czas dwóch lat, ale urząd w Ottawie skrócił ten okres o połowę i…
Ano właśnie. Jak dowodzi opublikowana treść decyzji sądu podatkowego (Tax Court) w sprawie Hewstan vs. The Queen, nie ma na te przepisy rady. "Prawo jest w tym przypadku niesprawiedliwe" – stwierdził w orzeczeniu rozpatrujący odwołanie petenta sędzia, "nie leży jednak w mojej jurysdykcji zmiana tego przepisu".


Pewne ograniczone możliwości zmiany istniejącego stanu rzeczy ma minister skarbu. Przepis zastrzega jednak, że minister musi uznać, iż sprawiedliwość może ucierpieć, jeśli prolongata terminu nie zostanie przyznana petentowi. Czy minister uzna to, czy nie – pozostaje w jego gestii i zależy od okoliczności każdego przypadku. Trudno więc radzić komukolwiek, by liczył na wyrozumiałość i poczucie naturalnej sprawiedliwości ottawskiego ministra.


Co może klient zrobić, by w miarę dokładnie i skutecznie bronić swoich interesów? Przede wszystkim – starannie pilnować terminów składania wszelkiego rodzaju dokumentów. Czy się spór z urzędem skarbowym wygra czy przegra na mocy meritum sprawy – jest już wyraźnie głupotą przegrać batalię z powodu spóźnienia na pole bitwy. Dwa najważniejsze terminy to – po pierwsze: 90 dni od daty wysłania powiadomienia o decyzji przez urząd CRA. Pamiętajmy: od daty wysłania, a nie od daty doręczenia. Urzędu skarbowego nie interesują trudności z doręczaniem listów, jakie napotyka kanadyjska poczta. Drugi ważny termin to rok, jaki może upłynąć od terminu, w jakim podatnik miał uregulować należność. Oba te terminy ulegają prolongacie, ale należy o nią zabiegać możliwie szybko, gdy tylko będzie to możliwe, nie czekając na ostateczny wynik batalii z urzędem. Lepiej mieć przedłużony termin, i go nie wykorzystać, niż przegrać potyczkę z biurokratycznych przesłanek.

piątek, 31 sierpień 2012 12:21

Finansowy dach nad głową

Napisane przez

jacekDla większości emerytów lub zbliżających się do wieku emerytalnego własny spłacony dom stanowi najistotniejszy element gospodarowania pieniędzmi w ostatniej fazie życia. Rosnące ceny domów dają poczucie, że skoro już mamy dach nad głową, całkowicie pozostający naszą własnością, którą możemy dysponować zgodnie z wolną wolą – nie ma powodu do zmartwień. Za lata wyrzeczeń i spłacania pożyczki hipotecznej system finansowy wynagrodzi nas zapewnionymi dochodami emerytalnymi.

System finansowy wypracował kilka sposobów zaczerpnięcia gotówki z wartości zawartej w naszym domu. Najpopularniejsza jest oczywiście zamiana na gotówkę, z której następnie opłacamy koszty skromniejszej rezydencji, a nadwyżkę konsumujemy. Rosnącą popularnością cieszą się także tzw. "reverse mortgages", czyli swoiste odwrócenie kota ogonem – teraz to bank płaci nam w zamian za przejęcie tytułu własności budynku w określonym i wyliczonym momencie.


Każde z rozwiązań jednak wiąże się zarówno z zaletami, jak i zagrożeniami. "Reverse mortgage" wygląda najbardziej atrakcyjnie, ale tego rodzaju umowa opatrzona jest licznymi zastrzeżeniami co do wieku kontrahenta i ilości gotówki, jaką bank jest skłonny wyasygnować na cele pożyczki. Co gorsza – jest to pożyczka dość wysoko oprocentowana. Pięcioletnia pożyczka hipoteczna nosi dzisiaj obciążenie 2,99 proc., ale "reverse mortgage" Canadian Home Income Plan – już 5,5 proc.


Linia kredytowa pod zastaw domu (HELOC, czyli Home Equity Line of Credit) wygląda obiecująco, ale jest znacznie bardziej ryzykowna. Nadzorujące rynek biuro Office of Superintendent of Financial Institutions ostrzega przed pospiesznym zawieraniem takich umów i zaleca redukcję zakresu pożyczki z 80 do 65 proc. wartości domu.
Nie należy także zapominać o wliczeniu do całości kalkulacji sprawy podatków. Dodatkowy dochód z tytułu tych operacji podlega opodatkowaniu i może zredukować dochody wypłacane emerytowi z tytułu rządowego zabezpieczenia seniorów Kanady.


Część ekspertów finansowych sugeruje także zaciągnięcie pożyczki hipotecznej pod zastaw spłaconego domu po to, by uzyskane pieniądze zainwestować w pakiet akcji czy udziałów w funduszach. Tu ocena takiego kroku jest już bardzo różna – zależnie chyba od tolerancji na ryzyko. Są zwolennicy takich rozwiązań, ale i oni zastrzegają się, że płynność rynku sprawia, iż może taka decyzja przynieść zupełnie niekorzystne efekty. Najrozsądniejszym rozwiązaniem wydaje się tu zacząć od stosunkowo niewielkich sum i sprawdzić, jak to się udaje w praktyce. Za najpoważniejszy błąd eksperci uważają podjęcie takiej decyzji na sumę znacznie wyższą niż to, na co nas byłoby stać, gdyby efekty inwestowania okazały się niemiłe.
W sumie – każde rozwiązanie ma swoje wady i zalety, a klientowi pozostaje usiąść z doradcą finansowym, przeanalizować wszelkie opcje, starannie policzyć konsekwencje każdego z rozwiązań i podjęcie decyzji w oparciu o fakty, a nie marzenia czy przeczucia. W tej sytuacji dom, który przez lata budowaliśmy (dosłownie lub w przenośni), faktycznie staje się schronieniem na stare lata.

piątek, 24 sierpień 2012 17:14

Wiedza kosztuje

Napisane przez

jacekPomijając politycznie motywowane protesty quebeckich studentów, pozostaje faktem, iż wiedza kosztuje, i to coraz więcej. Każdego roku rosnąca liczba studentów kanadyjskich uczelni poświęca sporo czasu i energii nie tyle na zdobywanie wiedzy, co na poszukiwanie sposobu sfinansowania nauki przez kolejny rok akademicki. Część z nich opuści uczelnie z dyplomem w ręku i poważnym zadłużeniem na koncie. Student rozpoczynający w Ontario trzeci rok pracy na uczelni ma już zazwyczaj około 10 tysięcy dolarów długu; zanim zakończy proces sięgania po podstawowy tytuł naukowy, zadłużenie to zazwyczaj wzrasta do ok. 30 tysięcy dolarów.


Jak wynika z najnowszego raportu BMO opublikowanego przed tygodniem, sprawa uiszczenia wszystkich opłat i zapewnienia sobie odpowiednich zapasów gotówki na czynsz i zakupy żywnościowe to najpoważniejszy czynnik wywołujący stres u akademickiej młodzieży Kanady. I nie dotyczy to jedynie młodych ludzi zabiegających o wiedzę na uniwersytetach; niewiele tańsze jest – jak się okazuje – zdobywanie wiedzy na mniej pozornie kosztownych college'ach.


Według raportu, jedna trzecia młodych ludzi napotka poważne trudności w procesie finansowania nauki po ukończeniu szkoły średniej. Połowa studentów musi korzystać z pożyczek. Większość absolwentów kanadyjskich uczelni opuści je z zadłużeniem w wysokości ponad 20 tysięcy dolarów. Jedna piąta musi liczyć się z wejściem w dorosłe życie zawodowe z długiem przekraczającym 40 tysięcy dolarów.
Nie ma co liczyć na to, że koszty te ulegną redukcji w wyniku jakiejś nieokreślonej bliżej reformy finansów wyższych uczelni. Żądania quebeckiej młodzieży, aczkolwiek spektakularne i zmieniające oblicze polityczne prowincji, są skazane na porażkę. Wiedza kosztuje, kosztować będzie, a koszt ten będzie tylko rósł.


Przygotowując oceny stanu finansów moich klientów, zawsze podkreślam wagę oszczędzania na kontach RESP. To najlepszy sposób wykorzystania pieniędzy, jaki znam. W większości przypadków, do zgromadzonych sum i wyników inwestycyjnych, obok dopłat oferowanych przez skarb państwa, prowadzące programy RESP firmy i instytucje finansowe dodają swoje własne dopłaty – często o znaczącej wysokości.
Znaczenie tych decyzji jest kapitalne. Znam przypadki, kiedy samotna matka, wychowująca dwójkę dzieci, jest w stanie zapewnić obojgu możliwość kontynuowania nauki powyżej szczebla szkoły średniej dzięki oszczędnościom zgromadzonym na kontach RESP. Jest to metoda niewątpliwie bardziej skuteczna – a nie tylko bezpieczniejsza – niż zaciąganie pożyczek z kont OSAP. I likwiduje to podstawową wątpliwość, jaka pojawia się coraz częściej w umysłach młodych ludzi: czy aby naprawdę warto zabiegać o możliwość dalszego kształcenia się, skoro to tak dużo kosztuje i wiąże się z takim obciążeniem finansowym na początku życiowej drogi.


Brutalne prawa rynku finansowego skutecznie uczą młodych ludzi gospodarowania własnymi pieniędzmi oraz wad i zalet inwestowania poważnych sum we własne wykształcenie. Jest to jednak wiedza zdobywana wysokim kosztem. Młodzi ludzie ograniczają swoje wydatki w trakcie studiów, przyzwyczajają się do oszczędności i rozwagi w wydatkach, ale zarazem – ograniczają swoje możliwości poznawcze w okresie, kiedy ma to największe znaczenie, kiedy umysł jest najbardziej chłonny. Bywa, że ograniczają też swoje wybory życiowe (odkładanie małżeństwa, by nie rozpoczynać wspólnego życia z poważnym zadłużeniem).


A wszystko dlatego, że rodzice nie uznali za stosowne odłożyć 50 czy 100 dolarów miesięcznie – gdy szkrab był jeszcze blisko podłogi – na cel kształcenia pociechy, gdy już podrośnie.