Goniec

Switch to desktop Register Login

Reportaże

sobota, 06 kwiecień 2013 00:38

Pogawędki Pana Z.: Harcerska dola

Napisane przez

Hufiec 1957

W październiku 1956 roku zapanowała tak wielka radość, jakbyśmy znowu jakąś wojnę wygrali. Ludzie gromadzili się na placach, stale ktoś przemawiał i otrzymywał gromkie brawa, po czym wszyscy śpiewali mu "Sto lat". Na wszelki wypadek razem z chłopakami z podwórka zbudowaliśmy za miastem bunkier, który miał nam służyć w razie inwazji sowieckiej. Wygrzebaliśmy z naszego tajnego schowka znalezione na gruzach i starannie wyczyszczone dwa poniemieckie pistolety, co prawda bez amunicji, ale zawsze można ją było gdzieś zdobyć. Przygotowaliśmy też butelki, które miały być napełnione łatwo wybuchającym płynem, a w bunkrze zgromadziliśmy koce i kilka chlebów. Byliśmy gotowi.

Tęskniliśmy do harcerstwa. Pojawiło się nagle, jakby drzemało tylko w ukryciu i dodawało nam animuszu w przygotowaniach do nowego powstania. Byliśmy znowu Szarymi Szeregami, gotowymi do obrony Ojczyzny. Mieliśmy poczucie, że jesteśmy wciąż na wojnie, którą dopiero co harcerstwo toczyło z Niemcami. Teraz zamierzaliśmy przegonić Ruskich.

W pięćdziesiątym siódmym roku miasta były pełne kilkunastoletnich weteranów, a ja i moi rówieśnicy przebrani w te same mundury, jakie harcerze nosili przed wojną, byliśmy znowu gotowi na wszystko. Nikt nie pytał, ile mieliśmy lat, kiedy skończyła się wojna. Miałem pięć lat, gdy harcerstwo zostało zakazane, po raz ostatni widziałem je w pochodzie 3-majowym w czterdziestym dziewiątym. Mogli go sobie zakazywać, a myśmy i tak rośli i rozwijali się z harcerskim duchem, który trwał lata i pod moją siwą czupryną pozostał do dzisiaj. 

Mieliśmy niedawno 50-lecie mojej drużyny harcerskiej. Był zlot, była uroczystość, a przybyliśmy "ze wszystkich świata stron" na to swoje, może już ostatnie jamboree. I – uważajcie! – komendantem uroczystości był ten sam harcerz, który 50 lat temu tę drużynę zakładał. Siedemdziesięciopięcioletni harcerz. Trochę tylko starszy od nas. Wielu nas tam przyjechało i tylko na początku były trudności z rozpoznaniem, kto jest kto. W większości przypadków – udało się.

Moje harcerstwo 1957

1957. Przez parę lat mundurki były pochowane po szafach, rogatywki harcerskie też. Piosenki harcerskie, milcząc, wyczekiwały w śpiewnikach. Też były zakazane.

I duch nie upadł – kiedy wyciągaliśmy stare, brezentowe namioty, zrolowane i ukryte na strychu przed siedmiu laty, kurz się unosił nad nami, że aż nie było czym oddychać. Okienka strychowe były zawsze otwarte, dzięki temu namioty nie zgniły, ale wszystko co wleciało tu z ulicy, okrywało skrzętnie namiotowe płachty, kosze ze sprzętem i – ukryte w głębi – sztandar hufca wraz z uratowanymi sztandarami kilku drużyn. Nikt nie wypaplał!

To był radosny rok. Zaczął się w październiku '56 i ogłoszono go jako odwilż, co miało znaczyć, że to wszystko dzieje się na razie. Tymczasem wszyscy uwierzyli, że ta odwilż to na zawsze. Trwała przez całą zimę i uwierzyliśmy, że nie przeminie i że ugruntowuje się na lata. Ale była radocha!

Zwiastunem nowego były prywatne piekarnie z bułeczkami o nieznanym dotąd smaku. Do szkoły wróciła religia. W radiu mówili o błędach i wypaczeniach, które się już nigdy nie powtórzą. Dlaczego mieliśmy nie wierzyć? Rodzice wierzyli.

Paradowałem po mieście w harcerskim mundurze i w harcerskiej rogatywce z lilijką i miałem poczucie bohaterstwa. Zanim oficjalnie ogłoszono, że już wolno, że w Łodzi odbył się zjazd odrodzonego harcerstwa (grudzień 1956), drużynowi, przyboczni, zastępowi gotowi byli do działania. Odnalazły się harcerskie rogatywki i już na pierwszym wiosennym hufcowym ognisku, rozpalonym na placu Wolności, wszyscy śpiewaliśmy piosenki, których przez siedem lat głośno nikt nie powtarzał, ale wszyscy znali je na pamięć. Do dziś je pamiętam. A to już sporo lat. Odkrywanie sekretnego harcerskiego magazynu na strychu było swoistym świętem. Kończyła się konspiracja namiotów, uratowane cudem trzeszczały przy rozwijaniu, a już po pierwszym obozowym deszczu kapało z nich wszędzie. Ale były nasze i dawały dach nad głową dla całego zastępu. Dziurawe to dziurawe. Ba, służyły jeszcze przez lata, bo na nowe nie było pieniędzy i chyba czasu, żeby je szyć – harcerstwo odrodziło się zimą, a obozy harcerskie ruszyły już w najbliższe lato 57 roku. Jeszcze pachnie mi lasem i ogniskiem.

Przyrzeczenie harcerskie złożyłem 27 listopada 1957 roku na uroczystym ognisku ostródzkiego hufca. Moja Książeczka Harcerska ma numer 148505, sporo nas było!

Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim i być posłusznym Prawu Harcerskiemu. Taka była wersja mówiona Przyrzeczenia i, o ile pamiętam, obowiązywała do roku 1959.

W początkach lat sześćdziesiątych zaczęła się wymiana instruktorów, komend hufców, chorągwi. Nowa Kwatera Główna ZHP wprowadziła zmienioną wersję: Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Polsce Ludowej, walczyć o prawdę i sprawiedliwość społeczną, nieść chętnie pomoc każdemu człowiekowi, być posłusznym prawu harcerskiemu. Manipulowano harcerstwem i chyba w znacznym stopniu się to powiodło.

Po 1989 roku znowu powróciły "szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce". Nie ma "służby Polsce Ludowej", to już tylko historia.
Wciąż niemal niezmienny trwa Dekalog Harcerski, do którego w 1964 roku (pamiętam!) dobrał się niejaki Jacek Kuroń ze swoimi "walterowcami". Ich marzenia o harcerstwie miała ziścić nowa formacja, nazwali ją "Czerwone Harcerstwo". Wyrzucali harcerski krzyż, lilijkę, zamierzali zmienić hymn i całą strukturę harcerstwa. Byłem na tym zjeździe, uczestniczyłem w ratowaniu w harcerstwie tego co najświętsze.

Nie osiągnęli wszystkich "światłych celów", napsuli jednak sporo.

Co jest złego w Prawie Harcerskim?

1. Harcerz służy Bogu i Polsce i sumiennie spełnia swoje obowiązki.
2. Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy.

I dalej o pomocy bliźnim, o harcerskim braterstwie, o szlachetności i posłuszeństwie, o wystrzeganiu się nałogów. Łącznie dziesięć. Harcerski Dekalog. Zupełnie niedzisiejszy. Prawie moherowy, zacofany. Wręcz – wsteczny.

Nie lubią harcerstwa. Nigdy nie lubili. Jest silnie przywiązane do tradycji i to wystarczy, żeby go nie lubić. Ofiaruje swoją służbę Bogu i Ojczyźnie. Nie po drodze mu z liberałami wszelkiej maści, dlatego nie jest popularyzowane.

Dopiero co, parę dni temu poprowadzili akcję: Tropem Wilczym – pamięci Żołnierzy Wyklętych. "Jest to przedsięwzięcie edukacyjne, upamiętniające żołnierzy antykomunistycznego podziemia zbrojnego działającego na terenie Polski w latach 1944 – 1963" – piszą w Biuletynie Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Udało się znakomicie, o czym wiedzą uczestnicy, ich rodziny i przyjaciele.

W styczniu tego roku, gdy okazało się, że polskie państwo nie będzie się pochylać nad 150. rocznicą Powstania Styczniowego, zajęli się tym sami. "Noc Styczniowa 1863–2013 to propozycja dla harcerzy w wieku powyżej 16 roku życia, wędrowników, harcerzy starszych i instruktorów ZHR, ale również osób spoza Organizacji, mająca na celu przybliżenie jego uczestnikom przebiegu Powstania Styczniowego. Całość wydarzenia rozegra się w nocy z 18 na 19 stycznia 2013 roku..." W inscenizacji powstańczych wydarzeń uczestniczyło setki harcerskich grup w wielu rejonach Polski i poza jej granicami.

Mało kto o tym wie.

W roku 2012 harcerze sięgnęli do tradycji polskiego żeglarstwa. Rejsem przez Bałtyk i Morze Północne, odwiedzając 18 portów, głosili sławę pierwszego polskiego żeglarza, Władysława Wagnera, który w latach 1932–39 opłynął świat pod żaglami. W rejsie pod nazwą "Podług Słońca i Gwiazd" na pokładzie harcerskiego jachtu "Zjawa IV" (ZHP) płynęły załogi z obu harcerskich organizacji.

Pamiętam ich z Pielgrzymek Jana Pawła II do Polski.

Pamiętam, jak zbudowali "miasteczko zniczy" 10 kwietnia 2010 roku na Krakowskim Przedmieściu, jak ustawili tam krzyż. Harcerz służy Bogu i Polsce i sumiennie spełnia swoje obowiązki.

Pan Z.
Do usłyszenia za tydzień

piątek, 29 marzec 2013 15:22

Opowieści Pana Z.: Zmiana warty

Napisane przez

Byli naiwni jak dzieci, wciąż przekonani, że wiodą za sobą legendę partyzancką i w regularnym wojsku to im wystarczy. Chwałę wojenną przejmowała Armia Czerwona i Gwardia Ludowa, o której nikt podczas wojny nie słyszał. Nadal stanowili poczet sztandarowy podczas uroczystej zmiany warty. Byli pewni, że jakoś to przetrwają... Mój ojciec i jego trzej przyjaciele. Stanowili poczet sztandarowy na każdą, bardziej uroczystą zmianę warty. 

Zmiana warty jest szczegółowo opisana w " Regulaminie Służby Wartowniczej" , ona kończy i rozpoczyna 24-godzinną służbę wartowniczą w koszarach albo przy innych, niekoniecznie wojskowych obiektach.

W Wielki Piątek warta stawała w kościele i przy Grobie Chrystusa czuwała aż do rezurekcji. Jeszcze w 1949 roku Wielkanoc była w wojsku celebrowana uroczyście.

Pierwszy, tuż za orkiestrą i pocztem sztandarowym, ustawiał się świeży pododdział wartowniczy, dalej stali żołnierze kończący wartę, naprzeciw nich dowódcy obu wart i oficer dyżurny jednostki, oficerowie z paskami pod brodą. Cały ceremoniał. Każdy szczegół opracowany i celebrowany, komendy krótkie i głośne, hejnał "Służba wartownicza", hymn Polski i krótka defilada. Sto razy to oglądałem. Powtarzaliśmy wszystko jeszcze raz na podwórku, też pewnie ze sto razy. Dowodził pocztem ojciec Bartka, mojego podwórkowego przyjaciela od zawsze, od tego dnia, gdy obaj ojcowie przywieźli swoje rodziny do koszar. Wywodzili się, on i mój ojciec ,z Rzeczypospolitej Szóstowieckiej – niewielkiego, wyzwolonego w 1943 roku spod okupacji niemieckiej, obszaru wschodniej Polski. Obaj tam kończyli podchorążówkę, stamtąd w 1944 roku trafili do regularnego wojska. Dowódcę pocztu aresztowali w przeddzień pułkowej uroczystości i tylko my, nasz podwórkowy oddział, wiedzieliśmy, gdzie go zabrali, i zamierzaliśmy go odbić. Liczyliśmy na pomoc reszty wojska, ale zawiedliśmy się. Ojciec Bartka i poczet przestali być potrzebni, gdy aresztowali sztandar pułku. Nieodpowiedni był na nim napis: "Bóg Honor Ojczyzna". Miał być nowy, ale nikt się tym nie zajął.

1956/57. To była, druga w moim życiu, wielka zmiana warty. Odbyła się w wielkiej radości i wszyscy byli przekonani, że teraz będzie jak dawniej, zwyczajnie, po polsku. Odnalazł się pułkowy sztandar i parę razy pułk pomaszerował do kościoła. W Wielki Piątek przy Grobie stanęła warta, ale tylko raz – w pięćdziesiątym siódmym. Potem sztandar znowu przestał być właściwy. Poczet sztandarowy nie należał już do naszych ojców, nikt ich nie zawołał, wałęsali się gdzieś w cywilu, czasami blisko koszar. I pili. Słyszeli o rehabilitacji i wierzyli głęboko, że wszystko będzie jak dawniej. Na tę cześć pili jeszcze więcej. Chyba dzięki temu zakonserwowani doczekali trzeciej zmiany.


•••


1980. Nadeszła latem tym razem była gigantyczna. Mój ojciec dorabiał do renty w szpitalnej kotłowni. Wydawało się, że dobrze się trzymał, ale coraz więcej czasu spędzał na ławeczce przed domem, tam odwiedzali go koledzy. Przynosili ze sobą ćwiarteczkę, rozmawiali o bólu w kościach i tym, że trzeba się wybrać do lekarza. Mówili potem, że narzekał na ból w piersi, ale każdy z nich to miał. Spotkaliśmy się w początkach stanu wojennego. Cieszył się, że wojsko wzięło władzę. "Będzie porządek" – mówił – " w wojsku wszystko ma swoje miejsce, wszystko jest napisane w regulaminach. Wystarczy to przenieść na życie państwa."

Wierzył, że wystarczy zmienić wartę a wszystko samo się uporządkuje. Żałował tylko, że tylu jego przyjaciół pozbawiono godności, że wielu nie dożyło. Teraz wojsko upomni się o swoje – przekonywał mnie. I niebawem odszedł, nie doczekawszy kolejnego rozczarowania.


•••


1989. Podczas kolejnej zmiany warty mieszkałem już w Kanadzie. Z daleka widać było, jak zmianę warty prowadzą znowu ci sami. Faktem jest, że w rogatywkach. Nie wiem, czy odnaleziono sztandar pułku mojego ojca. W sobotę przed Niedzielą Palmową w podwarszawskich lasach odbył się bieg "Tropem Wilczym", zorganizowany przez harcerzy z 24 Szczepu Harcerskiego "Watra" Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Już od początku marca wspominano w Polsce Żołnierzy Wyklętych. Przypomniał mi się ojciec Bartka i oni wszyscy, mój ojciec, jego frontowi koledzy, ci wszyscy, których armia pozbyła się, odsuwając ich w niebyt. Upomnieli się o nich harcerze. Jest nadzieja, że teraz będzie prawdziwa zmiana warty.


Pan Z.
Kolejna pogawędka za tydzień

piątek, 22 marzec 2013 20:07

Opowieści Pana Z.: Orkiestra, koń i rogatywka

Napisane przez

1949. Kto miał takie podwórko jak my? Dwa olbrzymie place defiladowe, regularne boisko do piłki nożnej, dwie hale widowiskowo-sportowe, dwa place apelowe, place ćwiczebne z transzejami i dwupiętrowymi lochami z wieżami wentylacyjnymi i z labiryntem korytarzy komunikacyjnych. Do tego codziennie zmiana warty z orkiestrą i co rusz jakieś święto pułkowe z przemówieniami, pocztem sztandarowym i defiladą pododdziałów.
Na placu rysowaliśmy linie kolejowe łączące miasta, a ich ilość rosła wraz z naszą wiedzą o miastach w Polsce. A potem na świecie. Jechaliśmy po tych liniach. Po jakimś czasie rozbudowaliśmy je poza plac apelowy, pojechaliśmy za puste budynki, dotarliśmy do jakichś lochów, miały to być nasze tunele, dopóki nie pogubiliśmy się w nich i, odnalezieni przez żołnierzy, otrzymaliśmy surowy zakaz chodzenia w tamte rejony.
Nasi ojcowie wciąż byli jakby na wojnie. My też. Całymi dniami toczyliśmy boje, a oni chodzili po tych swoich koszarach, właściwie niczym się nie zajmowali, tylko stawali grupkami na skrzyżowaniach koszarowych uliczek i rozmawiali w obłokach papierosowego dymu. Palili i gadali, mój ojciec miał od tego brązowe palce i zęby. Przerywali tylko wtedy, gdy pędem mijaliśmy ich, gnając w boju przeciwko tamtym z drugiego budynku. Patrzyli tak, jakby też chcieli ruszyć.


Czasami biliśmy Niemców pod Budziszynem, wtedy trzeba było zasięgnąć ich rady i bywało, że któryś z ojców coś tam podpowiedział. Niemcy zawsze przegrywali. Nigdy nie powiedzieli nam, jak dostali pod Budziszynem w skórę, jak Niemcy przejechali Drugą Armię WP, pozostawiając jej strzępy po lasach. Gdyby wojna się nagle nie skończyła, nawet tych strzępów by nie było. Ale nasza bitwa pod Budziszynem kończyła się zawsze zwycięstwem.
Przerywali te swoje gadanie i palenie papierosów na chwilę, żeby spojrzeć na nasze zacięcie. Lubiłem to: pędziliśmy z krzykiem tam, gdzie stali, mijaliśmy ich, miażdżąc naszym rozpędem i powodowaliśmy, że przez chwilę milczeli. Nawet nie ćwiczyli wojska. Tym zajmowali się młodzi oficerowie, którymi dowodził ojciec Bartka, najbliższy przyjaciel mojego taty. Obaj wraz ze wszystkimi oddziałami partyzanckiej Rzeczypospolitej Szóstowieckiej latem 1944 roku poszli do Chełma, do regularnego wojska, żeby dalej bić Niemców.
W pierwszym bloku, zaraz przy bramie, mieszkały rodziny frontowców. W drugim – samotni i z rodzinami oficerowie świeżego narybku, niekoniecznie młodsi wiekiem, ale na pewno stażem wojskowym. Po dwuletniej szkole oficerskiej, bez jakiejkolwiek innej szkoły. Pisać potrafili. Nasi tatowie różnili się sposobem chodzenia, zawsze maszerowali. Tamci – łazili. Nasi byli ważniejsi. Dzieciaki tamtych w bitwie musiały być Niemcami.
Mieliśmy swoje karabiny, w ich wycięciu z desek pomagali nam wojskowi stolarze, mieliśmy granaty i niewielką, ale liczącą się artylerię, zbudowaną na poniemieckich taczkach. Tamci strugali karabiny sami. Dział w ogóle nie mieli.
Nasi ojcowie nie zatrzymywali się, żeby z tamtymi pogadać. Chodzili w butach z cholewami, zawsze elegancko wyczyszczonymi, świecącymi. Tamci nosili długie spodnie i trzewiki. Wszystko u naszych tatów było lepsze. Nawet wojnę wygrali. Niepokoiło tylko, że tych nowych mundurów było coraz więcej. Czapki nosili okrągłe, jakby rogatywek w magazynie zabrakło.


Każda najlepsza gonitwa albo bijatyka kończyła się nagle, gdy z placu apelowego dochodził do nas głos orkiestry pułkowej. Wszystko przestawało być ważne. Gnaliśmy tam, żeby nie uronić ani jednego taktu, zobaczyć, jak maszerują i grają, słuchać rytmu bębna i głosu złotych trąb, który też był chyba złocisty – tak wspaniały. Szli po placu, tamburmajor szedł z przodu albo przyglądał się orkiestrze z boku, czasami przerywał marsz, orkiestra przestawała grać, coś im tłumaczył i zaczynali od początku. Przepadałem za tym, dla mnie to było zawsze najpiękniejsze widowisko świata.
Na święto pułku szykowała się defilada. Od wielu dni trwało futrowanie koszar, a na plac wychodziły pododdziały piesze i ćwiczyły przy orkiestrze równy marszowy krok. Ćwiczyły też oddziały konne, choć nieliczne, ale prezentowały się bardzo okazale. Na początku maszerowała konna formacja zwiadowców, którą prowadził mój tato. Jechał na koniu prawie czarnej maści; była to jego klacz z czasów wojny – Germanka – na pewno przez mojego tatę zdobyta. Bywało, że siedziałem na jej grzbiecie, a czasami nawet w siodle. Wysoka, smukła i bardzo wyćwiczona w marszu, szczególnie gdy grała orkiestra. Inne konie w zaprzęgach ciągnęły działa, które też przywędrowały z frontu i były szczególnie pielęgnowane, należały do tradycji pułku; armaty większego kalibru ciągnięte były przez odkryte samochody i gąsienicowe ciągniki.
Wszystko co na koniach było w pułku najważniejsze. Zwiad był pododdziałem szwoleżerów armii, wychodził przed artylerią i niósł własny, jeszcze wojenny, proporzec. Zwykle przed paradą widziałem go w domu, stał oparty o szafę, kiedy mój tato glansował buty, przypinał do munduru ordery i zakładał na głowę rogatywkę, patrząc w lustro. Lekko przechylał ją na lewo, co go od reszty żołnierzy zawadiacko wyróżniało. Mama była zachwycona.
Pędziliśmy całą zgrają chłopaków na plac, zanim jeszcze wkroczyły tam pododdziały. Wprowadzała je wojskowa orkiestra. Dla mnie najważniejsza część armii. Byłem zafascynowany. Tak dokładnie znałem na pamięć wszystkie marszowe utwory, że kiedy nasza podwórkowa armia maszerowała, wydymając poliki, grałem sam za całą orkiestrę. I nie popełniałem błędów.
Tamburmajor był kolegą mojego taty, moim trochę też, od niego wiedziałem, że byłem niezły. W czasie wieczorowych imprez w domu, gdy nasi ojcowie tęgo popijali, graliśmy obaj, tamburmajor i ja, za całą orkiestrę. Warszawiankę, Marsz generalski, Okę. Nawet Pierwszą Brygadę, dopóki nam nie zabronili.


Plac był na tyle wielki, że mieścił się tam cały pułk, chyba z dziesięć kompanii, poczet sztandarowy, trybuna i orkiestra, czasami nawet dwie, kiedy na uroczystość przyjeżdżało wielu generałów. Tak było tym razem.
Święto pułku w 1949 roku było najważniejsze z dotychczasowych. Kiedy orkiestra zaczęła grać Marsza generalskiego, na plac wjechał na koniu marszałek Rokossowski. Znałem go ze zdjęć. Wjechał na koniu mojego taty. Może nie miało to dla nikogo znaczenia, ale ja znałem tego konia. I byłem pewien, że ani tacie, ani Germance wcale się to nie podoba. Nieraz widziałem, jak zrzucała innego jeźdźca. Bałem się, że zrzuci marszałka, ale potem tato powiedział, że to dobry jeździec. Widziałem, jak poklepywał Germankę, i trochę mnie to niepokoiło.
Marszałek przejechał przed pododdziałami i kiedy poszedł na trybunę, jakiś żołnierz przeprowadził konia do plutonu zwiadowców. Obaj się ucieszyliśmy, a tato mrugnął do mnie, zanim wskoczył na siodło.
Orkiestra zagrała hymn Polski. Marszałek Rokossowski i wszyscy oficerowie salutowali do rogatywek. Tato pochylił proporzec. Germanka również stała na baczność, tak była nauczona. Potem z trybuny kapelan pułku pobłogosławił wojsko. Oficerowie nadal salutowali. Tych z okrągłymi czapkami w ogóle nie było widać, stali gdzieś z tyłu.
Druga orkiestra zagrała hymn ZSRS. Salutowali nadal.
W krótkim czasie rogatywki zniknęły. Należąca do taty przez lata leżała na półce w szafie, przymierzałem ją przed lustrem i wciąż była za duża. Pachniała potem i papierosami.


Pluton zwiadowców przestał być komukolwiek potrzebny i Germankę gdzieś zabrali. Tacie powiedzieli, że jeśli ją zostawią, pójdzie do prac gospodarczych i będzie ciągnęła wóz ze zlewkami ze stołówki do świniarni, gdzieś za koszary. Odpowiedział, że osobiście ją zastrzeli. I chyba miał taki zamiar, bo chodził wieczorem do stajni i widziałem, jak do kabury wkładał pistolet. Nie mogłem się napatrzeć, jak dokładnie go przedtem czyścił i oliwił. Któregoś dnia Germanki już tam nie zastał.
Pojawił się tamburmajor, żeby się pożegnać. Powiedział, że dzisiaj wieczorem możemy zagrać razem Pierwszą Brygadę, ale żebym potem sam tego nigdy nie robił. Obiecałem. I więcej już orkiestry w pułku nie było. Mówili, że przenieśli ją do dowództwa garnizonu, do jakiegoś innego miasta.
I kapelana też gdzieś przenieśli...
Wszystkie rodziny dostały mieszkania w mieście. Nie było tam żadnego placu, jedynie gruzy dookoła. Prędko potem mojego ojca skierowali do innego pułku, a po roku zwolnili do cywila. W tym sobie już nie poradził.


Pan Z.
Kolejna pogawędka za tydzień

Podróż do Ziemi Świętej – ziemi proroków, patriarchów i samego Boga – to przeżycie niepowtarzalne i jedyne. Znaleźć się w miejscu, z którego wywodzą się korzenie kilku ważnych religii, obejmujących połowę ludzkości, gdzie teraźniejszość i przeszłość zapisują świadectwo wiary, która przetrwa i pozostanie przez wszystkie czasy – ta myśl zaprzątała mnie od dawna. I oto przybywamy najpierw do Netanii, by zakwaterować się w tym kurorcie izraelskim, malowniczo położonym nad samym Morzem Śródziemnym.

Nazajutrz stanęliśmy na Górze Oliwnej, która wznosi się majestatycznie wśród surowych wzgórz Judei, we wschodniej części Jerozolimy, dając wspaniały widok na Święte Miasto, Góry Moabu, a nawet przy dobrej widoczności – i na Morze Martwe… Wielkość Królowej Miast polega na tym, ze została ona wybrana przez Boga: "bo prawo wyjdzie z Syjonu, Słowo Pańskie z Jeruzalem" – czytamy u Izajasza. Słowo Jerozolima oznacza "Pokój", a przecież była ona w swych dziejach oblegana ponad 50 razy, zdobyta – 26 razy, a zburzona przynajmniej 10-krotnie. Tak ironia losu sprawdza się w dziejach narodów... Także i obecnie, gdyż przedłużający się konflikt palestyńsko-izraelski nie oznacza prawdziwego pokoju...
A przecież mimo burzliwych dziejów trwa Święte Miasto z całym bogactwem swej tradycji i jawi się nam teraz z Góry Oliwnej opromienione słońcem, niczym jakaś wyśniona wizja starodawnego grodu z Tysiąca i jednej nocy. Uderzają swą wspaniałością potężne mury, obwarowane 34 wieżami i 8 bramami, jaśnieją w słonecznym blasku kopuły kościołów, synagogi, cerkwie, meczety... Przekonamy się niebawem, że Stare Miasto składa się z czterech dzielnic: żydowskiej, chrześcijańskiej, muzułmańskiej i ormiańskiej, a ludność podzielona jest na co najmniej trzy religie.
Dla nas, chrześcijan, jest to ziemia szczególne droga i bliska sercu, po której niemal 2 tysiące lat temu: "On szedł w spiekocie dnia i w szarym pyle dróg, a idąc uczył kochać i wybaczać...".


***


Tradycja żydowska czyni Górę Oliwną miejscem pochówku proroków: Aggeusza, Zachariasza, Malachiasza. Tutaj Jezus nauczył apostołów modlitwy "Ojcze Nasz", stąd wstąpił do nieba, a przed swą męką zapłakał nad Jerozolimą, zapowiadając jej przyszły upadek i zniszczenie, co upamiętnia kościółek w kształcie łzy, noszący nazwę "Łza Pana"...
U naszych stóp, na zboczach Góry Oliwnej znajduje się najstarszy cmentarz żydowski, liczący ok. 70 tys. grobów. Przepowiednie proroków wskazują dolinę Cebronu, oddzielającą Górę Oliwną od Starej Jerozolimy, jako miejsce Sądu Ostatecznego, toteż pobożni Żydzi chcą być pochowani tu, najbliżej owego terenu... Można na tym starym cmentarzu jeszcze dziś wykupić miejsce na grób, ale oczywiście za ogromne pieniądze...
Słynna świątynia żydowska króla Salomona, odbudowana przez Heroda Wielkiego i zburzona wraz z Jerozolimą w 70 r. n.e., stała właśnie tam, gdzie widnieje dziś ogromna, przykuwająca uwagę złota Kopuła Skały – starej arabskiej świątyni, zwanej niesłusznie meczetem Omara, wzniesionej po opanowaniu tych stron przez muzułmanów – na cześć Proroka Mahometa, który ponoć właśnie stąd został wzięty do nieba wraz ze swym skrzydlatym koniem. A wcześniej, na gruzach świątyni Salomona Rzymianie zbudowali obiekt ku czci Jowisza, ale nie przetrwał on do naszych czasów. Jak widać, przepychanka religii trwała przez wieki... Ale Bóg przemawia do wszystkich tym samym głosem...


***


Wieczernik szarym napełniał się mrokiem (...)
I cisza była, a w tej ciszy głuchej
Przez kratę okna powiew coraz rzadszy
Gnał z pól zielonych wiośniane podmuchy.
Pośród rybaków tych ubogich siadłszy,
Chleb w obie ręce wziął i kielich wina….
(L. Rydel)
Do Wieczernika, wzniesionego przez krzyżowców w XII wieku na pierwotnych fundamentach, zajdziemy na zakończenie Drogi Krzyżowej, ale zacząć należy od wizyty w tym pamiętnym dla chrześcijan miejscu, w obecnym kształcie bardzo skromnym i surowym, z białego kamienia... Tu odbywała się Ostatnia Wieczerza, a po Zmartwychwstaniu Chrystus ukazał się jeszcze dwa razy apostołom i w Dniu Pięćdziesiątnicy zesłał na nich Ducha Świętego, by szli nauczać wszystkie narody o nowej wierze.
Ponieważ dla muzułmanów Jezus też jest postacią proroka , gdy później teren Wieczernika zaczął należeć do nich – również uznali to miejsce za święte. Ciekawe, że w przylegającej komnacie znajduje się uznany przez tradycję okazały grób króla Dawida – dla Żydów jedno z bardziej czczonych miejsc świętych. W 1167 roku opisał je niejaki Beniamin z Tudeli – i to jest jedyny dokument, że Dawid spoczywa tutaj.
Kamienny grobowiec króla okryty jest czerwonym jedwabnym suknem, a nad nim widnieją srebrne korony, którymi zazwyczaj okrywa się zwoje Tory. Część rzeczoznawców jest skłonna uznać ten grób Dawida ze względu na ów ogromny grobowiec, ale badania naukowe wykazują, że jest to miejsce późniejsze.. Z dylematu najlepiej wybrnął profesor historii i archeologii naszej przewodniczki Szoszany, który tak skwitował tę sprawę: "Nauka nie ma żadnego dowodu, że jest to grób króla Dawida, ale tradycja tysięcy lat uznania tego miejsca jest tak silna, że jeśli nawet nie byłby to jego grób, to on tu się przeniósł".


***


Via Dolorosa-09-

Jerozolimska Droga Krzyżowa, w której niebawem uczestniczymy – to upamiętnienie autentycznej drogi cierniowej Jezusa. Przejście jej uczy nas, że dziś odrębne religie potrafią tu współegzystować na pewnej płaszczyźnie, a pozostałości rzymskie, arabskie i chrześcijańskie przenikają się wzajemnie, tworząc barwny konglomerat stylów i postaw. Znamienne, że trasa tej pięknej i przejmującej jerozolimskiej "Via Dolorosa" uznana została przez wszystkie wyznania chrześcijańskie. Z 14 stacji smutnego pochodu dziewięć jest wspomnianych w Ewangelii, pięć pochodzi z tradycji. Stajemy więc najpierw przy stacji 1.: "Jezus skazany na śmierć", wymownie znaczonej przez kościółek katolicki z cierniową koroną w kopule i wyobrażoną kroplą kapiącej krwi...

Jerozolimskie ulice Via Dolorosa
na zakrętach ulic – zgroza...
Tu bili. Tu padł, szedł dalej
Drzewo dźwigając z bólem
Znów bili i pytali:
Kto był Żydowskim Królem...?
W. Broniewski: "Via Dolorosa"

Trzecia stacja: "Jezus po raz pierwszy upada pod krzyżem" – nosi nazwę polskiej nie bez powodu. Budowali ją w 1943 roku nasi dzielni żołnierze Andersa (rzeźbę wykonał Tadeusz Zieliński), a we wnętrzu, w miejscu, gdzie Pan Jezus po raz pierwszy upadł pod krzyżem, andersowcy umieścili ten sam krzyż, pod którym szli w Niedzielę Palmową owego pamiętnego 1943 roku...
Obok 3. stacji jest maleńka bramka i mała płaskorzeźba, oznaczająca 4. stację: "Jezus spotyka swą Matkę", niestety wejścia tam nie ma, teren należy bowiem do patriarchy Ormian. Wiadomo, że na posadzce mozaikowej tej stacji wyobrażone są dwa sandały w miejscu, gdzie stała Matka Boska, patrząc na Syna niosącego krzyż. Stąd nazwa: Stacja Marii, Matki Bolesnej. Z kolei 5. stacja przypomina Szymona z Cyreny. Pochodził on z miejscowości, która dziś znajduje się na terenie Tunezji, a przybył do Jerozolimy w owym Chrystusowym czasie, bo trzy razy do roku cały naród żydowski z najbardziej nawet odległych stron zbierał się wówczas w Świątyni. Szymon pomógł Jezusowi nieść krzyż, który był tak ogromny i ciężki (żeby potem mógł udźwignąć ludzkie ciało), iż jak głosi podanie, pod jego ciężarem Szymon zachwiał się i oparł dłonią o mur. W tym miejscu w ścianie powstało wgłębienie, którego dziś dotyka większość zwiedzających. Ja też...


***


Mijamy "Stację Weroniki", tej biblijnej młodej niewiasty, która podbiegła i otarła pot z twarzy Chrystusa utrudzonego niesieniem krzyża, a On odbił swoje oblicze na jej chuście. Pozostała kobietą bezimienną, słowa: "Vera-ikon", od których wywodzi się później nadane jej imię, znaczą bowiem tylko "prawdziwe oblicze". Dalej stacja 7., gdzie Jezus w pyle drogi upadł pod dojmującym ciężarem krzyża po raz drugi, cały w ranach i cierpieniu...
Stopy – stopy – piachy – kamień –
Nie prostujesz ramion, bo – krzyż…
W górę – w dół – słonecznym żarem
stopy
błękit,
kamienie,
żwir znów do piersi przypadła ziemia –
tęcza w kroplach potu znad brwi
i kamienie o twarz, kamienie…
( M.J. Kononowicz: "Etiudy z Wielkiego Tygodnia") 


***


Wszędzie, od stacji do stacji, przepychamy się przez wielobarwny i wielojęzyczny tłum z jego kramikami i sklepikami, usytuowanymi po obu stronach wąskich uliczek i zaułków Starego Miasta. Nasza przewodniczka, Szoszana, mówi, iż specjalnie nie stworzono miejsc wydzielonych wokół "Via Dolorosa", bo przecież gdy blisko dwa tysiące lat temu szedł tędy Jezus z krzyżem na Golgotę, też było wokół żywe, tętniące miasto, trwał gwar pobliskiego rynku i bazaru... Obojętność tłumu wobec cierpienia Boga-Człowieka tak ujęta została przez poetę: "wokół pluskot tysiąca stóp, poświst przekleństw i szum rozgwaru…".
Ten doświadczany przez nas tu dziś rozgardiasz wokół kolejnych stacji Męki Pańskiej kryje w sobie jakiś uwierający, głęboki smutek…


***


Idziemy cały czas pod górę, zbliżamy się bowiem do Golgoty, która była wówczas poza murami miasta, ale potem Jerozolima rozrastała się i teren ten znalazł się wewnątrz miejskich murów. Ostatnie stacje wraz z Golgotą ulokowane są obecnie we wnętrzu Bazyliki Bożego Grobu. Ten potężny kościół jednoczy w sobie wszystko, co przetrwało z biblijnej Golgoty: wzgórze, na którym Chrystus był ukrzyżowany, oraz grób, gdzie Go złożono. Wprawdzie w tym miejscu, jak wspomniałam, imperator Hadrian, chcąc zniszczyć religię żydowską i chrześcijańską, wybudował potem świątynię poświęconą Jowiszowi, ale w ten sposób, chcąc, nie chcąc, przyczynił się tylko do utrwalenia w świadomości pokoleń miejsca najważniejszego dla chrześcijaństwa.
Bazylikę, którą Konstantyn Wielki ze swą matką św. Heleną kazał tu zbudować po zburzeniu owej pogańskiej świątyni, obrócili w proch Persowie. Zaczęto ją odbudowywać podczas wypraw krzyżowych, a wykańczano przez długie wieki, aż do czasu, gdy w 1852 r. na mocy porozumienia z Turcją, została ona oddana do dyspozycji czterech wyznań: prawosławnych, katolików, grekokatolików i Ormian. Współistnienie nie jest łatwe. Nam np. wydaje się, że katolikom poświęcono tu za mało miejsca (jedynie skromna kaplica – Stacja Zdjęcia Szat), natomiast cały splendor posiadania Kalwarii i Bożego Grobu spadł na prawosławnych i grekokatolików. Łapiemy się na tym, że nasze podejście jest małostkowe, w takich kategoriach nie można myśleć o Kościele Grobu Pańskiego, który należy do najważniejszego dziedzictwa kulturowego ludzkości.
W ciszy i skupieniu dotykamy skały Kalwarii, wkładamy rękę w miejsce, gdzie wbity był w nią krzyż... Grzegorz z Narek, który żył tysiąc lat temu (umarł w 1010 roku), pisał:

Ty Sam obarczyłeś się drzewem cierpienia,
Jakbyś był winny
Na swych ramionach
niosłeś broń życia, jakby kwiat lilii, co rośnie w dolinie
Rozciągnęli Cię na ołtarzu krzyża jakby ofiarę
Przybito Cię, jakbyś był złoczyńcą…


***


Potem, będąc ciągle wewnątrz ogromnej Bazyliki Bożego Grobu, pełnej krużganków, sklepień, kolumn – schodzimy na dół tej wielkiej rotundy, gdzie w centrum usytuowany jest mały budynek kryjący Chrystusowy Grób. Mijamy po drodze w dużej gablocie ów Kamień Namaszczenia, na którym położono martwego Chrystusa po zdjęciu z krzyża, by Go namaścić wonnościami przed zawinięciem w całun...
Grób Jezusa pozostał nietknięty do roku 1009, gdy zburzył go kalif Hakim. Na szczęście wcześniej wspomniana św. Helena, matka Konstantyna Wielkiego, oddzieliła grób od reszty wzniesienia, zabudowując go specjalną rotundą. Obecny, monumentalny i przeładowany ozdobami kultu prawosławnego sarkofag wzniesiony został przez Rosjan w 1810 r. Car podobno dał na to bardzo dużo złota...
Warto przypomnieć, że sarkofag Chrystusa – to podarunek rodziny Józefa z Armatei. Jak groby żydowskie tamtego czasu był ogromny: dwa pokoje wyciosane w skale. W pierwszym na płycie kamiennej układano namaszczone, zawinięte w całun ciało i zgodnie z rytuałem żydowskim pozostawiano je na okres mniej więcej roku, przywalając ciężkim kamieniem otwór wejściowy. Po roku, gdy ciało już się rozpadło, otwierano grób, zbierano kości i wkładano je do małej urny kamiennej w drugim pokoju, w którym na ten cel wyżłobione były w ścianach specjalne nisze, by mogło stać więcej urn w rodzinnych grobach. Do dzisiejszego dnia Żydzi zachowali o tyle ten obyczaj, że chowani są bez trumny, jedynie żołnierze, polegli na polach bitwy, których zmaltretowane ciała mogą sprawić dodatkowy ból rodzinom, wkładani są do zwykłej, drewnianej skrzynki, okrytej flagą...
Jak wiemy, w wypadku Chrystusa ów tradycyjny rytuał z grzebaniem urny nie mógł zostać spełniony…


***


Wejścia do grobowca strzegą prawosławni mnisi, którzy wpuszczają nas do środka kolejno, w maleńkich, kilkuosobowych grupkach, przyglądając nam się bacznie. Ogromne, przejmujące wrażenie robi biały wielki kamień pod ochronnym szkłem – tym kamieniem przywalono grób Pana, ale został on odsunięty, a pieczęć, którą arcykapłani i faryzeusze zabezpieczyli grób (stawiając też straż) – została złamana…

Gdzież jest zwycięstwo twe, o śmierci?
Gdzie jest, o śmierci, oścień twój?
Zerwał trzeciego dnia pieczęcie
Koronowany cierniem Król.
Gdzież jest zwycięstwo twe, o śmierci?
Światłością powalona straż –
Głaz odepchnięty. Krzyż na wietrze...(...)
A ten anioł w bieli świetlistej
Żaglem skrzydeł światu zaszumiał:
Nie masz Go tu, bowiem zmartwychwstał!
Kononowicz

...Pozostała tylko biała płyta marmurowa wewnątrz kaplicy – tu złożone było ciało Chrystusa (skała oryginalna znajduje się dopiero pod tą płytą). Tamtego pamiętnego dnia 33 r. n.e. niewiasty przybyłe do grobu zastały kamień odwalony i usłyszały te znamienne słowa: "Dlaczego szukacie żywego wśród umarłych?".
Stoimy oto nieporuszeni na miejscu, gdzie przez Zmartwychwstanie zwyciężona została śmierć… "To niezniszczalna nadzieja, utrzymująca przy życiu chrześcijan poprzez wszystkie arlekinady historii" – powiedział Malcolm Meggeridge.
"Mówić o zmartwychwstaniu Jezusa to tyle, co próbować zamknąć w dłoniach światło" – napisał ks. Niewęgłowski. Milczenie silniejsze od słów, dlatego i my zamilknijmy. Zresztą kończy się nasz exodus po Jerozolimie – ziemi proroków, patriarchów i samego Boga, a ta Królowa Miast, gdzie Chrystus przeszedł najważniejszą dla nadziei świata Via Dolorosa, by umrzeć jako Człowiek, a zmartwychwstać jako Bóg – żegna nas blaskiem kopuł swych świątyń, zaklętych w panoramie starodawnego grodu.
Pozostaje tylko myśl, tak pięknie wyrażona przez Andrzeja Roztockiego, o naszej ludzkiej kondycji: "Stoimy w ciemności otoczeni światłem". Wystarczy zrobić jeden krok, by stanąć w jego blasku...
Tym światłem jest dla nas zmartwychwstały Chrystus...


***


Dlaczego zatem wolimy przebywać w ciemności naszych wzajemnych konfliktów, nienawiści i podjazdowych walk między ludźmi i narodami?
Zapamiętałam znamienne zdanie Amos Ozy, cytowane wówczas podczas pożegnalnej kolacji w Netanii przez pisarkę izraelską, Irit Amiel, zgłębiające ten problem z innej perspektywy:
"Nasza ludzka kondycja, nasza samotność na powierzchni bezbronnej planety, osaczonej zimnym kosmicznym milczeniem, nieuchronna ironia życia oraz bezlitosna obecność śmierci – to wszystko powinno w końcu obudzić w nas poczucie ludzkiej solidarności, przebijające przez wściekłość i wrzask naszej odrębności".
Właśnie: czy nie lepiej budować mosty porozumienia, solidarności między ludźmi i narodami – niż wyniszczać się wzajemnie na oczach świata, na czym cierpią nie tylko ludzie, ale i wspaniała wielowiekowa kultura – duchowe dziedzictwo ludzkości...


Krystyna Starczak-Kozłowska

sobota, 23 luty 2013 09:08

Błąd w sztuce lądowania

Napisane przez

Moje ambitne plany na nadchodzący czas uległy pewnej zmianie. Przyczyna tkwi w tym, że umiem już latać, ale nie umiem lądować…
To było w sobotę, 19 stycznia, o godzinie 15.30. Lot był krótki, raptem od krawędzi dachu na chodnik przed domem. A więc za krótki, żeby go dobrze zaplanować, a ponadto ekonomicznie niedopracowany, zważywszy na to, ilu ludzi trzeba było zaangażować, żeby potem jakoś zakończyć to przedsięwzięcie.

Najpierw przestraszona sąsiadka (od tego momentu przestałem się przejmować, zgodnie z menedżerską zasadą deligate on, sprawa poszła w czyjeś ręce, na pewno na tym etapie bardziej odpowiedzialne). Potem, chyba za chwilę, pojawił się sąsiad z Szóstej Ulicy (co robił na naszej, Siódmej?), który doskonale wiedział, co należy zrobić. Poprosił najpierw, żebym mu się przedstawił (sam mi się nie przedstawił), po czym kazał mi zrobić to jeszcze raz, głośno i wyraźnie. Jednocześnie wysłał sąsiadkę po pled, zabronił mi się poruszać i trzymając mnie za rękę (czułem się trochę pewniej, nie do końca przekonany, że ten lot już się zakończył), drugą wystukiwał trzycyfrowy numer telefonu. Zanim mnie okryli pledem, zjechała ekipa elegancko umundurowanych pań i panów, wszyscy chcieli obejrzeć bohatera z bliska. Ludzie na ogół boją się latać.


Portfel ze wszystkimi dokumentami miałem w tylnej kieszeni, co komplikowało, a zarazem ułatwiało sprawę. Trudno było tam się dostać, ale innego wyjścia, żeby się dowiedzieć, kim jestem i czy mam numer państwowego ubezpieczenia, nie było. Mogłem na przykład być złodziejem, który pod nieobecność gospodarzy wkradał się do środka i zleciał. Mało jest takich przypadków?
Nagle przestało być łatwo: policja chciała wiedzieć, gdzie jest moja żona. Pewnie nie mają żon. No powiedzcie sami, gdzie może być w sobotnie popołudnie żona faceta, który w piątek regularnie wręcza jej tygodniówkę. Podałem mu numer komórki do Miluszki, niech sam pyta, gdzie ona jest i dlaczego nie przy fruwającym mężu. A ten znowu: "A jak ma żona na imię?" "Miluszka", odpowiedziałem i za chwilę bardzo tego pożałowałem, gdy usłyszałem, jak kanadyjski policjant zwrócił się do niej po imieniu. Nie do powtórzenia. Boki zrywać. Moja żona nie rozmawia z obcymi mężczyznami, tym bardziej, kiedy zaczynają od imienia, wypowiadając je w sposób zbyt poufały. Domyśliłem się, że padło gniewne: "Wrong number" i połączenie przerwano.
Policjant powtórzył.
Sytuacja się powtórzyła.


Za trzecim razem Miluszka nie odebrała, a on zostawił wiadomość, wyjaśniając, o co chodzi. Ale moja żona nie rozmawia z obcymi mężczyznami, tym bardziej gdy zostawiają wiadomość. Wiadomości też nie przesłuchuje.
Co było robić – przywódca policyjno-medyczno-strażopożarnej ekspedycji wsiadł do czołgu, wysunął się z wieżyczki i wskazując ręką przed siebie, zawołał: "Wpierod!". Czy jakoś tak.


W tak zwanym międzyczasie założyli mi piękny, śnieżnobiały gorsecik, przeturlali mnie na nosze, mimo że spokojnie sam mogłem przelecieć, poopinali pasami, żebym im nie odfrunął po drodze (skąd mogli wiedzieć, że nigdzie się dzisiaj nie wybieram) i nosze z moim "body" wsunęli do pojazdu, w którym było miejsca na kilku jeszcze lotników. Widać – byłem jedynym w okolicy do podwiezienia.
Przechytrzyłem ich: lewą ręką (bo prawa miała jakieś problemy) z kieszeni wyciągnąłem mój Iphone. Nie działał. Rymsnął razem ze mną. No to wyłączyłem i włączyłem. Zadziałał. Stuknąłem na numer Miluszki. Włączyła się poczta głosowa. Stuknąłem na numer Arka. Poczta głosowa. To już nie wiedziałem, czy dzwonić do Barrie (Monika), do Kitchener (Inka) czy do Warszawy (Ola). Arek odezwał się za moment. Przyznałem się do błędów pilotażu. Nie był zadowolony.


Izba przyjęć w naszym Trillium Health Centre jest jak lotnisko Pearsona: tłum ludzi, wszyscy gadają, wiszą jakieś tablice i wszystko w ruchu. Po odprawie paszportowej podwieźli mnie na odprawę bagażową i żebym niczego nie mataczył, natychmiast rozebrali do naga. Pierwszy raz w życiu rozbierały mnie trzy dziewczyny i wcale mi nie było miło. Ubrali w bardzo twarzowy, szaro-niebieski fartuch, podłączyli kroplówkę, ukłuli paroma zastrzykami i pojechaliśmy na MRI i prześwietlenie. Widocznie nie uwierzyli w moje deklaracje, że niczego nie przemycam. Sportowo zacięci prześwietlacze przerzucali co nieco moje ledwie zipiące "body" i odwieźli z powrotem na lotnisko. Zauważyłem, że zaczyna ich dziwić, że jeszcze żyję.


Dwóch panów doktorów stało nade mną, patrzyli na klisze i w jakieś papiery i nad czymś się ciężko zastanawiali. Domyśliłem, że ich dylemat sprowadza się do pozytywnej odpowiedzi na jedno z dwóch pytań: odwieźć do piwnicy i od razu odstrzelić czy poeksperymentować. Zdziwiło mnie, że w pewnej chwili, nagle uśmiechnęli się i patrząc tak trochę nade mną, oświadczyli, że wyjdę z tego. Obejrzałem się i zobaczyłem przy łóżku mojego syna Arka (wzrost 1,80 m) i mojego wnuka Maćka (wzrost 2,00 m). Obaj spokojnie akceptowali zamiary obu panów doktorów. Chłopaki robią wrażenie.


I na to dotarło do nas zapłakane moje słoneczko. Kazałem jej natychmiast wytrzeć nos i przestać beczeć, a potem, już słodkim głosem zapewniłem, że następnym razem bardziej dopracuję lądowanie. Bardzo się ucieszyła.
Byście widzieli jej minę, jak się dowiedziała o tych telefonach policjanta. Nie miała o nich pojęcia, a o moich akrobacjach dowiedziała się po powrocie do domu, od sąsiadki. Wzięła więc tę swoją komórkę i na jej ekraniku znalazła numer policjanta. Zadzwoniła i o czymś tam gadali, nawet chyba niepotrzebnie tak długo. Wcale mi się nie podobało, że się uśmiechała.


Noc spędziłem na lotnisku. Pasażerów przybywało, ale "traffic" do wnętrza naszego Trillium Health Centre zablokował się aż do niedzielnego południa. I wtedy nastąpiło już samo dobre. Otrzymałem apartament w pięciogwiazdkowym kurorcie, gdzie umeblowanie może nie było specjalnie wymyślne, ale obok mojego łóżka składającego się z dziesiątków mechanizmów i guzików, którymi należy te mechanizmy uruchamiać (za dużo, żeby się miało nie zepsuć!), otrzymałem do dyspozycji niezbędne dla mojego samopoczucia trzy fotele, szafki, stolik z wysuwanymi blatami oraz własną, przygotowaną na takich połamańców, łazienką. W pokoju były okna na Queensway Ave., przez które mogłem obserwować mocne uderzenie zimy, a mnie tu było ciepło. Tylko, że to wszystko było dla oczu. Moje mechanizmy nie działały. A w niedzielę nikt w kurorcie nie był kompetentny, żeby wyjaśnić, co mi jest i co zamierzają zrobić. Karmili mnie przez kroplówkę, więc pachniało operacją. Wiedziałem, że biodra. Ból uśmierzali tabletkami. I zapobiegając, Bóg wie czemu – kłuli dożylnie lub domięśniowo.


Nurses. Pielęgniarki i pielęgniareczki. Każda od innej sprawy. Starsze obserwowały, co młodsze wyprawiały. Miluszka kontrolnie przejrzała personel, ale na nic się to zdało, bo nazajutrz już był inny "staff". A mnie się jakoś dziwnie nawet nie chciało na nie gapić. Oswajałem się z myślą, że w najbliższym czasie nic tu nie zrobię sam. Nawet siku. Co rusz opanowywała mnie wola snu. Byłem ciekaw, co się może przyśnić przy wspomaganiu morfiną.


Zbigniew Turkiewicz
Za tydzień ciąg dalszy

W sobotnie popołudnie spotykam w bibliotece cztery panie bibliotekarki: Marię Żłobicka, Elę Kimont, Renatę Kurcewicz, Jadwigę Ganowską. – Pracują z nami jeszcze dwie inne panie, ale ich akurat nie ma – mówi p. Maria.

– Dlaczego Pani to robi? – pytam p. Żłobicką.


– Bo kocham książki!


– Skąd ta miłość?


– Kocham polski, człowiek się urodził w Polsce, wychował, to był mój zawód, bo już nie jest – tutaj to nie jest praca zawodowa – ja sobie nie wyobrażam życia bez polskiego.


– Na jakich zasadach jest prowadzona biblioteka?


– Pracujemy po dwie godziny. Biblioteka podlega pod Centrum Kultury im. Jana Pawła II. Cieszymy się, że mamy to pomieszczenie. Centrum do tej pory dawało pieniądze na książki.


– Czy gdy ktoś ma ochotę uczynić jakąś dotację, to można?


– Bardzo chętnie, ale wyłącznie polskie książki; mamy 20 tys. wolumenów. Naprawdę są to dobre pozycje, bo do tej pory cały czas kupowałyśmy nowości.


– Ile osób korzysta?


– Mamy ponad 2000 czytelników, ale też są wśród nich martwe dusze. Naszym problemem jest też to, że część ludzi, którzy kiedyś wypożyczyli, nie zwraca książek. Brakuje nam ok. 2,5 tys. egzemplarzy.


– Czy korzystają ludzie młodsi?


– Z reguły są to ci, którzy przyjechali z Polski.


– Nasze drugie pokolenie nie czyta tutaj?


– Są wyjątki – ale to są wyjątki.

– Pani czyta książki na czytnikach elektronicznych?


– Nie, potrzebuję "normalnej" książki, dopiero przy takiej pracuje wyobraźnia – no nie, ja kocham książki. To jest tak, jakby przyjaciel usiadł naprzeciwko, człowiek czuje tę atmosferę.


– Co daje czytanie książek? Przy dzisiejszym tempie życia ludzie coraz rzadziej czytają dłuższe teksty, chcą mieć na tacy, w pigułce to, "o czym autor chciał powiedzieć".


– Ja bym się nie zgodziła. Mamy tutaj ponad 2,5 tysiące czytelników.


– I są wierni?


– Są ludzie, którzy sobie nie wyobrażają życia bez książki i my jesteśmy tą grupą. To jest największa biblioteka polonijna w Kanadzie i sporo ludzi przychodzi te trzy razy w tygodniu; czyli zapotrzebowanie na książkę jest.


– Czy ono nie słabnie, czy nie jest związane z jednym pokoleniem?


– Nasze dzieci też czytają, może nie będą czytać po polsku, ale na pewno będą czytać po angielsku. To zależy od poziomu człowieka, od wychowania.


– Czy Panie nie uważają, że książki po angielsku o Polsce mają sens – właśnie dla naszej młodzieży?


– Mają.


– Tu nie ma takich książek? Na przykład Adama Zamoyskiego?


– Nastawiłyśmy się tylko na język polski, bo uważamy, że nie ma sensu dublować.


– Czy Paniom pomagają polskie władze?


– Szukamy sponsorów, pukamy do drzwi, w najbliższym czasie ma się u nas zjawić konsul. Raz dostałyśmy pieniądze, p. konsul obiecał, że coś pomyśli; nie w formie pieniężnej, ale książkowej.


– Czy zdarza się że Panie dostają cenne książki?


– Są w książkach wzruszające dedykacje. Najbardziej przykre jest to, że ludzie dają nam książki, kiedy ktoś z rodziny odchodzi. I dla nas jest to smutne. Apeluję też do Czytelników: dajcie teraz, bo wasze dzieci mogą potem wyrzucić to na śmietnik.
Wie pan, ja mówię, że to nie jest biblioteka, tylko klub interesującej książki, tu przychodzą ludzie, którzy kochają książki – nasi czytelnicy. To jest to ciepło, które płynie w dwie strony. Zapraszam wszystkich, którzy lubią książki.
Ale powiem też panu, że gdy zaczynałyśmy, były dwa regały harlequinów – ludzie to brali, czytali, a później zaczynałyśmy dawać poważniejsze rzeczy. Można wyrabiać smak.


– Sądzi Pani, że od złej literatury można dojść do dobrej?


– Oczywiście, że tak; pamiętam, co czytałam, mając 20 lat, a co w tej chwili czytam. Człowiek się wyrabia, jeśli tylko chce. Czasami się śmiejemy, że to jest najbardziej kulturalne miejsce w Centrum, bo trzeba mówić "przepraszam", gdy się przeciska między regałami. Pomieszczenie jest trochę małe.


– Kiedy biblioteka jest czynna?


– Trzy razy w tygodniu: w poniedziałki i czwartki od 19 do 21, a w soboty od 14 do 16. Zapraszamy wszystkich czytelników "Gońca".

--------------------

042

 

W drzwiach spotykam p. Henriettę: – Dlaczego Pani tu przychodzi? Skąd się Pani dowiedziała, że tutaj działa biblioteka?


– Przychodzę już wiele lat, nie pamiętam skąd się dowiedziałam. Przychodzę, bo praktycznie nie ma innego źródła polskich książek.


– Ale są też działy z polskimi książkami w bibliotekach publicznych.


– Tam jest tylko trochę książek, nie ma nowości, a tutaj jednak od czasu do czasu są. Tak że po prostu jest lepiej; jeśli chcę angielską książkę, idę do angielskiej biblioteki, po polską książkę idę tutaj. Tutaj jak mam pytania, to panie zapytam.


– Czytanie to nawyk?


– Czytam polskie i angielskie książki, w czasie wakacji czytam angielskie, bo ta biblioteka jest zamknięta.


– Musi Pani czytać?


– Czytam bardzo dużo. Czytam polskie nie tylko dlatego, żebym się bała, że zapomnę języka, ale w pewnym sensie...


– Inna optyka?


– Tutaj po polsku jest też wiele tłumaczeń.


– Czyta Pani tłumaczenia literatury angielskiej!? Woli Pani w oryginale, czy po polsku?


– Gdy są książki bardziej specjalistyczne, to wolę po polsku, ale przy beletrystyce to nie ma znaczenia.


– Co Pani daje czytanie książek, że zapytam brutalnie, czemu Pani czyta?


– Bo lubię.


– Lubi się Pani zanurzyć w książce, czytanie daje Pani głębsze przeżycie niż na przykład film?


– Filmy też lubię oglądać, ale książki zawsze dla mnie pozostaną. Jeżeli coś czytam, lubię na przykład trzymać to w ręku. Nie lubię czytać z czytników, nie wyobrażam sobie książki internetowej, absolutnie mi to nie odpowiada, to jest zupełnie inne uczucie, jeżeli czyta się książkę, która jest prawdziwa.