Goniec

Register Login

Reportaże

W sobotnie popołudnie spotykam w bibliotece cztery panie bibliotekarki: Marię Żłobicka, Elę Kimont, Renatę Kurcewicz, Jadwigę Ganowską. – Pracują z nami jeszcze dwie inne panie, ale ich akurat nie ma – mówi p. Maria.

– Dlaczego Pani to robi? – pytam p. Żłobicką.


– Bo kocham książki!


– Skąd ta miłość?


– Kocham polski, człowiek się urodził w Polsce, wychował, to był mój zawód, bo już nie jest – tutaj to nie jest praca zawodowa – ja sobie nie wyobrażam życia bez polskiego.


– Na jakich zasadach jest prowadzona biblioteka?


– Pracujemy po dwie godziny. Biblioteka podlega pod Centrum Kultury im. Jana Pawła II. Cieszymy się, że mamy to pomieszczenie. Centrum do tej pory dawało pieniądze na książki.


– Czy gdy ktoś ma ochotę uczynić jakąś dotację, to można?


– Bardzo chętnie, ale wyłącznie polskie książki; mamy 20 tys. wolumenów. Naprawdę są to dobre pozycje, bo do tej pory cały czas kupowałyśmy nowości.


– Ile osób korzysta?


– Mamy ponad 2000 czytelników, ale też są wśród nich martwe dusze. Naszym problemem jest też to, że część ludzi, którzy kiedyś wypożyczyli, nie zwraca książek. Brakuje nam ok. 2,5 tys. egzemplarzy.


– Czy korzystają ludzie młodsi?


– Z reguły są to ci, którzy przyjechali z Polski.


– Nasze drugie pokolenie nie czyta tutaj?


– Są wyjątki – ale to są wyjątki.

– Pani czyta książki na czytnikach elektronicznych?


– Nie, potrzebuję "normalnej" książki, dopiero przy takiej pracuje wyobraźnia – no nie, ja kocham książki. To jest tak, jakby przyjaciel usiadł naprzeciwko, człowiek czuje tę atmosferę.


– Co daje czytanie książek? Przy dzisiejszym tempie życia ludzie coraz rzadziej czytają dłuższe teksty, chcą mieć na tacy, w pigułce to, "o czym autor chciał powiedzieć".


– Ja bym się nie zgodziła. Mamy tutaj ponad 2,5 tysiące czytelników.


– I są wierni?


– Są ludzie, którzy sobie nie wyobrażają życia bez książki i my jesteśmy tą grupą. To jest największa biblioteka polonijna w Kanadzie i sporo ludzi przychodzi te trzy razy w tygodniu; czyli zapotrzebowanie na książkę jest.


– Czy ono nie słabnie, czy nie jest związane z jednym pokoleniem?


– Nasze dzieci też czytają, może nie będą czytać po polsku, ale na pewno będą czytać po angielsku. To zależy od poziomu człowieka, od wychowania.


– Czy Panie nie uważają, że książki po angielsku o Polsce mają sens – właśnie dla naszej młodzieży?


– Mają.


– Tu nie ma takich książek? Na przykład Adama Zamoyskiego?


– Nastawiłyśmy się tylko na język polski, bo uważamy, że nie ma sensu dublować.


– Czy Paniom pomagają polskie władze?


– Szukamy sponsorów, pukamy do drzwi, w najbliższym czasie ma się u nas zjawić konsul. Raz dostałyśmy pieniądze, p. konsul obiecał, że coś pomyśli; nie w formie pieniężnej, ale książkowej.


– Czy zdarza się że Panie dostają cenne książki?


– Są w książkach wzruszające dedykacje. Najbardziej przykre jest to, że ludzie dają nam książki, kiedy ktoś z rodziny odchodzi. I dla nas jest to smutne. Apeluję też do Czytelników: dajcie teraz, bo wasze dzieci mogą potem wyrzucić to na śmietnik.
Wie pan, ja mówię, że to nie jest biblioteka, tylko klub interesującej książki, tu przychodzą ludzie, którzy kochają książki – nasi czytelnicy. To jest to ciepło, które płynie w dwie strony. Zapraszam wszystkich, którzy lubią książki.
Ale powiem też panu, że gdy zaczynałyśmy, były dwa regały harlequinów – ludzie to brali, czytali, a później zaczynałyśmy dawać poważniejsze rzeczy. Można wyrabiać smak.


– Sądzi Pani, że od złej literatury można dojść do dobrej?


– Oczywiście, że tak; pamiętam, co czytałam, mając 20 lat, a co w tej chwili czytam. Człowiek się wyrabia, jeśli tylko chce. Czasami się śmiejemy, że to jest najbardziej kulturalne miejsce w Centrum, bo trzeba mówić "przepraszam", gdy się przeciska między regałami. Pomieszczenie jest trochę małe.


– Kiedy biblioteka jest czynna?


– Trzy razy w tygodniu: w poniedziałki i czwartki od 19 do 21, a w soboty od 14 do 16. Zapraszamy wszystkich czytelników "Gońca".

--------------------

042

 

W drzwiach spotykam p. Henriettę: – Dlaczego Pani tu przychodzi? Skąd się Pani dowiedziała, że tutaj działa biblioteka?


– Przychodzę już wiele lat, nie pamiętam skąd się dowiedziałam. Przychodzę, bo praktycznie nie ma innego źródła polskich książek.


– Ale są też działy z polskimi książkami w bibliotekach publicznych.


– Tam jest tylko trochę książek, nie ma nowości, a tutaj jednak od czasu do czasu są. Tak że po prostu jest lepiej; jeśli chcę angielską książkę, idę do angielskiej biblioteki, po polską książkę idę tutaj. Tutaj jak mam pytania, to panie zapytam.


– Czytanie to nawyk?


– Czytam polskie i angielskie książki, w czasie wakacji czytam angielskie, bo ta biblioteka jest zamknięta.


– Musi Pani czytać?


– Czytam bardzo dużo. Czytam polskie nie tylko dlatego, żebym się bała, że zapomnę języka, ale w pewnym sensie...


– Inna optyka?


– Tutaj po polsku jest też wiele tłumaczeń.


– Czyta Pani tłumaczenia literatury angielskiej!? Woli Pani w oryginale, czy po polsku?


– Gdy są książki bardziej specjalistyczne, to wolę po polsku, ale przy beletrystyce to nie ma znaczenia.


– Co Pani daje czytanie książek, że zapytam brutalnie, czemu Pani czyta?


– Bo lubię.


– Lubi się Pani zanurzyć w książce, czytanie daje Pani głębsze przeżycie niż na przykład film?


– Filmy też lubię oglądać, ale książki zawsze dla mnie pozostaną. Jeżeli coś czytam, lubię na przykład trzymać to w ręku. Nie lubię czytać z czytników, nie wyobrażam sobie książki internetowej, absolutnie mi to nie odpowiada, to jest zupełnie inne uczucie, jeżeli czyta się książkę, która jest prawdziwa.

piątek, 14 grudzień 2012 15:47

Kanada otwiera drzwi

Napisał

W miniony poniedziałek w największej firmie polonijnej produkującej na potrzeby przemysłu lotniczego, Cyclone Manufacturing, odbyła się konferencja ministra imigracji i obywatelstwa Jasona Kenneya, który poinformował o powołaniu do życia nowego programu imigracyjnego dla robotników wykwalifikowanych. Program ten daje szansę również robotnikom nieudokumentowanym, którzy przebywają nielegalnie w Kanadzie.

Minister Kenney stwierdził, że według wszystkich ekspertów, mamy w Kanadzie poważne niedobory wykwalifikowanej kadry w wielu zawodach.
– Wedle szacunków kanadyjskiej Izby Handlowej, w ciągu najbliższych dziesięciu lat zabraknie 163 tys. pracowników budowlanych, 130 tys. pracowników naukowych i sześćdziesiąt tysięcy innych specjalistów wykwalifikowanych w zawodach.
Właściciel firmy, w której się znajdujemy, Cyclone Manufacturing, p. Sochaj, powiedział, że ma tutaj 400 pracowników i ciągle szuka nowych – ok. 20 osób. To samo dotyczy firm wydobywczych, zaspokajających wielki boom światowego popytu na surowce; firmy wydobywcze na północy Ontario w desperacji szukają pracowników, rekrutując w całym kraju. Oczywiście, jest rzeczą bardzo istotną, by państwo pomogło wyszkolić czy przeszkolić bezrobotnych Kanadyjczyków, aby mogli podejmować dostępne zatrudnienie. Gdy chodzi o zapełnianie stanowisk pracy, Kanadyjczycy muszą być traktowani pierwszoplanowo. W naszym społeczeństwie są grupy, które stoją w obliczu nieproporcjonalnie wysokiego bezrobocia. – Młodzi czy ludność autochtoniczna; musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, aby zapewnić im zatrudnienie.
To jest bardzo ważne zadanie rządów prowincyjnych, aby w większym stopniu inwestować w szkolenie zawodowe czy programy stażów. Jest to również odpowiedzialność pracodawców – inwestowanie w staże i szkolenie zawodowe. Ale mimo że wielu pracodawców znacznie zwiększyło swoje inwestycje, wciąż doświadczają poważnych braków w zatrudnieniu.
Dlatego postanowiliśmy dokonać zasadniczej zmiany w kanadyjskiej polityce imigracyjnej.
Po raz pierwszy od czterdziestu lat, od 2 stycznia 2013 roku, w naszym programie imigracyjnym powstanie oddzielny podprogram przeznaczony wyłącznie dla robotników wykwalifikowanych; ludzi potrafiących utrzymać się z pracy swych rąk; ludzi, którzy w sposób zasadniczy mogą się przyczynić do sukcesu kanadyjskiej gospodarki.
Z wielką przyjemnością ogłaszam zatem, że wypełniamy zobowiązania podjęte w naszym Economic Action Plan i od 2 stycznia 2013 roku zaczniemy przyjmować podania w ramach nowo utworzonego federalnego programu Skilled Trades Program. Program kładzie nacisk przede wszystkim na doświadczenie zawodowe i wyszkolenie praktyczne, a nie wykształcenie formalne. To powinno bardzo ułatwiać wykwalifikowanym robotników imigrację do Kanady.
Aby móc złożyć podanie, kandydaci powinni spełniać cztery wymogi:
1. posiadać ofertę pracy lub uzyskać świadectwo kwalifikacyjne prowincji lub terytorium, poświadczające, że zaraz po przybyciu mogą podjąć pracę w swym zawodzie.
2. Składający podania muszą mieć minimum dwa lata doświadczenia zawodowego jako robotnicy wykwalifikowani.
3. Ubiegający się o imigrację powinni pokazać, że wykonywali już podobne czynności, jakie będą mieli do wykonania w Kanadzie.
4. Wszyscy będą musieli spełniać podstawowe kryterium znajomości języka.
Podkreślam podstawowe, ponieważ wielu robotników wykwalifikowanych za granicą nie ma wykształcenia uniwersyteckiego czy ponadśredniego i nie miało okazji nauki języka angielskiego czy francuskiego. Dlatego nie kwalifikują się w ramach obecnego programu imigracyjnego dla robotników wykwalifikowanych i dlatego obniżamy próg językowy do całkiem podstawowego, wystarczającego do podjęcia bezpiecznej pracy w kanadyjskim środowisku i by móc się integrować w społeczeństwie, ale nie wymagamy wyższych poziomów znajomości języka w tym programie.
Jak pewnie Państwo wiedzą, nasz rząd podejmuje kroki w celu zmniejszenia kolejek w systemie imigracyjnym, uelastycznienia całego systemu i przyspieszenia czasu rozpatrywania podań, w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku pracy.
W pierwszym roku programu dla robotników wykwalifikowanych przyjmiemy 3000 podań. Ale spodziewamy się wzrostu tej liczby.
Zawody, które będą się kwalifikować, to elektrycy, spawacze, mechanicy sprzętu ciężkiego. Pełna lista zostanie opublikowana jeszcze przed uruchomieniem programu, 2 stycznia.
Kończąc, powiem tylko, że jestem bardzo zadowolony, że udało się nam do tego doprowadzić; jest to rzecz, nad którą pracowałem od czterech lat, od kiedy zostałem ministrem imigracji.
Słyszałem wiele opinii Kanadyjczyków, którzy mówili, weźmy tych, którzy przyjechali do tego kraju w latach 50. czy 60., którzy potrafili budować, pracowali w fabrykach, dlaczego tacy ludzie nie mogą dzisiaj zakwalifikować się na imigrację. I słyszałem opinię pracodawców, którzy zdesperowani szukali odpowiednich osób.
Dlatego dzisiaj podejmujemy reformy. Chodzi nam o system imigracyjny, który sprawdzi się dla Kanady, sprawdzi się dla naszej gospodarki i sprawdzi się dla nowych imigrantów, dając impuls do wzrostu i dobrobytu.


•••


Korzystając z okazji, "Goniec" zapytał ministra Kenneya, czy z nowego programu będą mogli skorzystać tzw. pracownicy nieudokumentowani?
– Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że istnieje pewna liczba tzw. nieudokumentowanych pracowników, zwłaszcza w przemyśle budowlanym w aglomeracji torontońskiej. Oczywiście, zawsze zachęcamy wszystkich, by stosowali się do przepisów imigracyjnych, które są sprawiedliwe i otwarte dla wszystkich. To jest porada dla osób, które być może pracują tutaj, nie mając statusu, że jeśli będą przestrzegać zasad, mogą uzyskać właściwy status imigracyjny.
Dlatego zachęcałbym każdego nieudokumentowanego pracownika, aby postarał się o dobrą poradę od uczciwego eksperta czy licencjonowanego konsultanta imigracyjnego lub prawnika, w jaki sposób mógłby wykorzystać programy takie jak ten, do unormowania swego statusu. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale może to wiązać się z uzyskaniem oferty pracy od kanadyjskiego pracodawcy, wyjazdem z Kanady i powrotem jako legalny imigrant ze stałym pobytem, to mogłoby być remedium na ich problemy.
Minister podkreślił, że nowy program umożliwia wjazd poza kolejką podań, zatem pierwsza osoba powinna znaleźć się w Kanadzie w ciągu najbliższych kilku miesięcy.
- Chciałbym też przypomnieć wszystkim, że w ramach obowiązujących programów imigracyjnych mamy możliwość szybkiej ścieżki dla pracowników, którzy mają ofertę pracy w Kanadzie – tłumaczył.
Wiele osób, które pracują już w Kanadzie, w oparciu o tymczasowe pozwolenie na pracę będzie mogło zamieszkać tu na stałe.
Notował Andrzej Kumor

sobota, 03 listopad 2012 00:23

Zastrzyk kultury wysokiej

Napisane przez

 

W zimny sobotni wieczór, 27 października, aż się nie chce ruszać z domu. Mamy jednak w planach koncert "Kilar the Best". Gdy dochodzimy do Living Arts Centre jesteśmy przemarznięci. Do rozpoczęcia koncertu jest jeszcze około 15 minut, mamy więc czas odtajać.


Nasze miejsca znajdują się na balkonie, z prawej strony w pierwszym rzędzie. To dobrze, będzie można zrobić zdjęcia. Ustawiam wszystkie parametry w aparacie, tymczasem mój mąż czyta program. Na dzisiejszy wieczór wybrano rzeczywiście najbardziej znane kompozycje Wojciech Kilara. Czeka nas więc podróż sentymentalna. Taki zestaw utworów na pewno przypadnie do gustu zgromadzonej publiczności.
Ludzie dopiero się schodzą. Na początku na balkonie jest sporo miejsc, które jednak powoli się zapełniają. W końcu zostaje tylko kilka po bokach. Zerkam na dół. Są jeszcze wolne miejsca, ale co chwila ktoś wchodzi. Zastanawiam się, gdzie będzie tańczył zespół "Biały Orzeł", bo na scenie nie ma zbyt wiele miejsca. Orkiestra już jest. Powoli gasną światła, zaczyna się.


Wraz z pierwszymi taktami poloneza z filmu "Pan Tadeusz" pojawia się wspomniany "Biały Orzeł". Tancerze wchodzą wejściem dla publiczności, przechodzą przez widownię i wchodzą na scenę. Ubrani są w stroje z epoki, mężczyźni u pasa mają zawieszone szable. Nie był to chyba jednak najlepszy pomysł, bo szable obijają im się w tańcu. Na telebimie zawieszonym nad sceną wyświetlane są fragmenty filmu.
Dopiero po pierwszym utworze przychodzi czas na przywitanie gości. Na parterze widać, jak przy świetle latarek są wprowadzani ostatni spóźnialscy. Następnie głos zabiera konsul Grzegorz Murawski. Częściowo mówi po polsku, częściowo po angielsku, jednak muszę przyznać, że trochę brakuje mu swobody wypowiedzi. Moją uwagę zwraca też silny polski akcent, którego bym się nie spodziewała, wiedząc, że pan Morawski już od jakiegoś czasu pracuje na kontynencie amerykańskim.
Następnie ponownie rozbrzmiewa muzyka. Słuchamy walca z "Trędowatej", a następnie tematu z "Pianisty". Stopniowo zanurzamy się w muzyce Kilara.
W czwartym utworze na scenie pojawia się Justyna Steczkowska pokazywana na plakatach jako gwiazda tego koncertu. Muszę przyznać, że akurat w tej kwestii byłam najbardziej sceptyczna. Pani Steczkowska, którą wielokrotnie miałam okazję oglądać w telewizji, delikatnie mówiąc mnie drażni. Może to raczej kwestia jej zachowania i wypowiedzi niż głosu. Tutaj na szczęście nie miała okazji zrobić na mnie złego wrażenia i w wokalizie z "Dziewiątych Wrót" Romana Polańskiego świetnie zaprezentowała swoje możliwości głosowe. W pierwszej części koncertu zaśpiewała jeszcze raz utwór z "Portretu Damy".
Następnie rozbrzmiały tematy z "Rodziny Połanieckich" i "Kroniki wypadków miłosnych". Przed przerwą na scenie pojawił się też 17-letni Marcel Sokalski, który wykonał znaną pieśń z "Przygód Pana Michała". Był to pierwszy występ Marcela z orkiestrą i widać było, że chłopak jest zdenerwowany. Ma przed sobą jeszcze dużo czasu, żeby oswoić się ze sceną, zwłaszcza że w przyszłym roku wybiera się na uniwersytet. Warto wspomnieć, że Marcel był w grupie młodzieży, która z maestro Rozbickim zwiedzała w tym roku kilka krajów europejskich, oczywiście także Polskę. Właśnie podczas tego wyjazdu młodzi ludzie mieli okazję spotkać się z Wojciechem Kilarem podczas katowickiej "Nocy Kilara" organizowanej z okazji 80. urodzin kompozytora. Maestro już planuje przyszłoroczny wyjazd dla młodych. Tym razem program ma być jeszcze bogatszy.
Pierwszą część zakończyła pełna napięcia i dramatyzmu suita z filmu "Drakula". W czasie krótkiej przerwy mieliśmy okazję rozprostować nogi. Spragnieni ustawiali się w kolejce do baru. Tłum wypełnił cały parter.
Druga część rozpoczęła się tangiem "Zazdrość i medycyna". Następnie dwa utwory miała wykonać Justyna Steczkowska. Tutaj wkradła się chwila niepewności, gdy po ostatnich taktach tanga maestro odwrócił się w kierunku widowni. Po chwili odwrócił głowę w kierunku kulis... Publiczność oczekiwała w napięciu. Gdy napięcie się przedłużało, maestro Rozbicki zniknął za kulisami po lewej stronie. Wrócił jednak sam. Ale po chwili z prawej strony wśród oklasków wyszła gwiazda wieczoru. Przeprosiła za spóźnienie i opowiedziała, jak to z siostrami śpiewała na ślubach, m.in. "Ave Maria", który to utwór miała wykonać teraz, pierwszy raz z orkiestrą. Drugim utworem była piosenka "Wracam do domu" z własnego repertuaru piosenkarki.
Następnie przyszła kolej na trzy utwory instrumentalne, z "Pana Tadeusza", "Ziemi obiecanej" i "Bilansu kwartalnego". Wszystkim towarzyszyły projekcje na telebimie. Zwróciłam uwagę, że niestety czas projekcji był nie do końca dobrze obliczony – często film kończył się parę sekund po ucichnięciu muzyki. Albo to orkiestra grała za szybko...
Justyna Steczkowska zaśpiewała jeszcze "Grande Valse Brillante" z repertuaru Ewy Demarczyk i tango "La Cumparsita" Rodrigueza. Przyznam, że to tango było w moim odczuciu lekkim zgrzytem – nie z racji samego śpiewu, ale wyzywającej sukienki i tańca Steczkowskiej. Nie do końca to wykonanie pasowało mi do konwencji koncertu.
Całość zamykał marsz kawalerii z "Kroniki wypadków miłosnych". Publiczność doceniła artystów gromkimi oklaskami. Po wręczeniu wykonawcom kwiatów był jeszcze czas na bis. Niestety później trzeba było z powrotem wyjść na zimno – tym razem jednak z sercem pokrzepionym porcją wspaniałej muzyki.

 

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Jak to na wojence ładnie, kiedy…

czekajewskiCzas leci i prawie dobijamy do następnych wyborów prezydenckich. Mój kandydat, na którego uprzednio głosowałem, Barack Obama, zawiódł moje oczekiwania. Wkrótce po wyborach otoczył się doradcami z wielkich banków, odpowiedzialnych w dużej mierze za kryzys, który trwa do dzisiaj i którego końca nie widać. Także moje oczekiwania, że prezydent szybko wycofa się z dwu wojen zaczętych przez jego poprzednika, spaliły na panewce. Co prawda, jakoby nie mamy już żołnierzy w Iraku, ale mamy bazy i żołnierzy w Kuwejcie, w którym rządy tam panujące są pod znakiem zapytania z uwagi na wielkie demonstracje tubylców, o których nie pisze nasza prasa. Po wycofaniu wojska z Iraku kraj ten, który winien być nam "wdzięczny" za wyzwolenie, zaczyna być coraz bardziej niezależny.


Amerykanie także tracą kontrolę nad rządem w Bagdadzie, który nawet pozwala sobie na flirt z Iranem i sprzedaje ropę za pół ceny zrewoltowanej Syrii. Podobnie stało się w Afganistanie. Prezydent Obama wysłał tam dodatkowe 30 tysięcy żołnierzy, aby ich następnie wycofać.
Społeczeństwo uzależnione od telewizji jak od narkotyku daje się łatwo manipulować. Dziesięć lat temu w USA 80 proc. samochodów miało przyklejone naklejki z napisem "Popieramy naszych żołnierzy", a dzisiaj nie zauważyłem żadnego. Nie znaczy to, że żołnierze nie umierają, tylko społeczeństwo przestało się przejmować ich śmiercią. Badanie opinii publicznej wykazuje, że tylko 3 proc. populacji uważa wojny, jakie prowadzimy, za ważny element w wyborach prezydenckich. Okazuje się, że kura w garnku albo hamburger w garści jest ważniejszy niż śmierć młodych ludzi, którzy zapisali się do wojska z braku innej pracy. Oczywiście, jeśli śmierć naszych chłopców jest bolesna, to śmierć setek tysięcy ludzi innej wiary i kultury jest jeszcze bardziej obojętna.


Wydawałoby się, że przewlekłe dwie wojny, w Iraku i Afganistanie, dały nauczkę rządowi, że należy dobrze pomyśleć, zanim się wdamy w następną "interwencję". Niestety, wypadki w Afryce Północnej, tak zwana Wiosna Arabska, nie obeszły się bez naszego udziału w Libii. W konsekwencji reżym Kadafiego został zastąpiony przez różne uzbrojone bandy, które są bardziej wrogie Ameryce niż uprzedni rząd. Partie wrogie "Zachodowi" przejmować zaczęły władzę od Libii, przez Maroko i Tunezję, Mali, do Egiptu. Nasze koło "przyjaciół" się kurczy i, wedle mnie, tylko kwestia czasu, jak upadnie Królestwo Arabii Saudyjskiej i Zjednoczone Emiraty zasobne w ropę. Wtedy, niestety, Ameryka nie będzie miała wyjścia i wplącze się w wielką wojnę o ochronę zasobów ropy naftowej, której wynik trudno przewidzieć.
W jednym z artykułów opublikowanych na popularnym portalu internetowym, America On Line (AOL), autor sugeruje, że koszt galonu benzyny w USA nie wynosi 4 dol. (około 1 dol. za litr), ale dwa razy drożej, jeśli się policzy koszty naszego zaangażowania w wojny w Iraku i Afganistanie. Autor nie owija w bawełnę faktu, że w gruncie rzeczy nie chodzi nam w tych wojnach o demokrację, ale o ropę.
Jest to duże uproszczenie, bo inne elementy polityczne także wchodzą w rachubę, między innymi zagrożenie dla Izraela ze strony fanatyków islamskich. Koszty wojny w Afganistanie same w sobie są olbrzymie. W informacji dostępnej z raportów Pentagonu, koszt wykrywania prowizorycznych min, jakie stosują nagminnie talibowie w walce z żołnierzami "koalicji", wynosi około miliarda dolarów. Min takich talibowie produkują podobno 16-19 tysięcy rocznie. Nie potrzeba być wielkim strategiem, aby policzyć, że Stany Zjednoczone zostaną pokonane nie na polu walki, ale na polu ekonomicznym, gdyż dla talibów koszt produkcji takich prowizorycznych ładunków wybuchowych nie może być większy niż 100 dolarów za sztukę.

Prawdziwe życie Mahometa (The Real Life of Muhammad)
Ostatnio rozpowszechniony przez Internet antyislamski film szkalujący Mahometa jest na rękę fundamentalistom islamskich, jak i wrogim im syjonistom, w których interesie jest wciągnięcie Stanów Zjednoczonych w antyislamski konflikt. Scenariusz do tego filmu był napisany przez Egipcjanina, chrześcijanina wyznania koptyjskiego. Nazywał się on Mark Basseley Youssef, który także używał pseudonimu "Sam Bacile", był jednak finansowany, wedle brytyjskiego dziennika "The Daily Telegraph", przez "syjonistów". Dotacje na produkcję tego filmu wynosiły 5 milionów dolarów. Niestety, nic nie wiemy, jacy to "syjoniści" finansowali ten film.
Marne w swej istocie wideo, w języku arabskim, umieszczone w Internecie, spełniło zamierzone zadanie. W interesie fundamentalistów i terrorystów islamskich film ten wywołał zamierzone skutki. Poderwał masy młodych muzułmanów do walki przeciwko znienawidzonemu imperializmowi "zachodniemu". Stojący za nimi przywódcy znaleźli przekonujący powód, aby poderwać do rewolty masy fanatyków. Nic lepszego dla nich niż obrona dobrego imienia świętego Mahometa.


W rezultacie film ten jest odpowiedzialny jak dotychczas za śmierć około 75 ludzi w różnych krajach. Rząd amerykański nie miał wyboru, potępiając ten film, aczkolwiek skazanie producenta napotyka na trudności z uwagi na konstytucyjnie zagwarantowaną "wolność słowa". Wsadzono więc Marka Basseleya Youssefa za uprzednie przestępstwa, za które był on skazany na więzienie, ale w zawieszeniu. Miał on podobno 60 kont bankowych i 600 kart kredytowych. Rząd jest więc na rozdrożu, czy skazać go za uprzednie winy, czy też za nowe. Na razie więc Mark siedzi w Kalifornii w więzieniu i czeka na wyrok, a sędziowie i rząd z zakłopotaniem drapią się w głowę.
A jakie korzyści wyciągnęli z zaistniałej sytuacji "syjoniści"? Śmierć amerykańskiego ambasadora wywołała, z jednej strony, wzrost wrogości wobec terrorystów, ale z drugiej strony, postawiła wielu Amerykanów przed pytaniem, czy warto się wplątywać w wewnętrzne rozrachunki świata muzułmańskiego i może zostawić ich własnemu losowi.
Na razie sytuacja jest niejasna i nie wiadomo, jaki będzie miała wpływ na dalsza politykę Stanów Zjednoczonych w stosunku do krajów objętych tak zwaną Wiosną Arabską, której końca nie widać.

Prezydenckie wybory
My tu gadu-gadu, a mamy przecież zbliżające się wybory prezydenckie, czyli widowisko na cztery fajerki i tysiące fajerwerków. Najmądrzejszy z kandydatów, Ron Paul, który mówił, że na wojny nas nie stać, bo jesteśmy bankrutami, został zablokowany przez własnych "przyjaciół" z Partii Republikańskiej. Nic dziwnego, bo przecież nikt nie lubi, aby wytykać mu prawdę.
Został "konserwatystom" enigmatyczny mormon, Romney. Trudno uwierzyć, że w kraju, w którym 40 proc. ludzi wierzy w każde słowo pisane w Starym (i Nowym) Testamencie, jest możliwość, że mormon, którego religia nie ma nawet 200 lat, może wygrać wybory. Z drugiej strony barykady mamy urzędującego prezydenta, Baracka Obamę, który stara się wykorzystać ostatni kryzys i bezrobocie do podniesienia własnej pozycji.
Kraj, wedle Obamy, został podzielony na trzy grupy; około 50 proc. podatników, którzy nie płacą żadnych federalnych podatków, bo albo są za biedni, zarabiając poniżej 50.000 dol. na rodzinę rocznie i mają różnego rodzaju odliczenia, albo są na zasiłkach lub emeryturach. Następną grupę stanowi 47 proc. ludzi, którzy zarabiają więcej niż 50.000 dol. i mniej niż milion. Na końcu jest 3 proc. ludzi, którzy zarabiają więcej niż 1.000.000 dol. rocznie.


Rzecz w tym, że liczba podatników, którzy nie płacą legalnie żadnego podatku, wzrosła między rokiem 1970 i 2009 czterokrotnie z 12 do 49 proc.Także liczba ludzi na zasiłkach chorobowych wzrosła z 1,8 proc. za czasów prezydentury Nixona do 6 proc. za czasów Obamy. Wzrost ten miał miejsce niezależnie od wybranego prezydenta. Miał on miejsce za czasów prezydentury Busha, Clintona i ostatnio Obamy. Czyżby ludzie nagle zaczęli więcej chorować i stali się bardziej ułomni? Bynajmniej, jest to cecha ukrytego bezrobocia, które zepchnęło ludzi pracujących na pozycje inwalidów z powodu eksportu miejsc pracy do krajów Trzeciego Świata, głównie Chin. Kto jest temu winny?
Ano, wszyscy po trochu: menedżerowie wielkich firm, których kariera zależy od dochodów firmy, przekonali administrację kraju, że eksport przemysłu jest z korzyścią dla kraju. Przeciętni obywatele cieszący się z tanich produktów w domach towarowych. Związki zawodowe, które spowodowały, że wysokie płace nie są konkurencyjne z płacami w Chinach. Internet, który spowodował szybkość przekazu informacji, i automatyzacja, która spowodowała, że jakość produktów wytwarzanych w Chinach równa się jakości w USA, rząd, aby obniżyć poziom pracowniczej rewolucji, postanowił kosztem zadłużenia przesunąć część pracowników z grupy aktywnie poszukujących pracy do grupy inwalidów. Niektórym to się nawet podoba. To jest tylko początek czynników odpowiedzialnych za bieżący kryzys.
O te 47 proc. ludzi płacących podatki walczy Obama z Romneyem. Obama, reprezentujący klasę "ludzi zamożnych", ale nie "bogatych" (milionerów), przekonuje, że kontynuacja jego prezydentury będzie korzystna dla nich. Wiedząc, że kraj jest zadłużony po uszy, krytykuje milionerów, że nie płacą większych podatków. Rzecz jednak w tym, że zadłużenie kraju jest tak potężne, że nawet konfiskata całego dochodu "milionerów" nie rozwiąże na dłuższą metę problemu zadłużenia. Jest to jednak dobry chwyt psychologiczny, bo społeczeństwo amerykańskie, które kiedyś patrzyło z podziwem na ludzi, którzy się wybijali ponad przeciętność, stało się bardziej zawistne i "socjalistyczne". Stało się bardziej zależne od rządowej pomocy. Być może, że Obama, stosując "walkę klasową" jako argument polityczny, wygra wybory.
Po części jest to wina magików z Wall Street, którzy zarabiali krocie, kiedy ich banki sięgały po rządową, czyli podatników, jałmużnę. Bankierzy stracili na popularności, a z nimi także drobni biznesmeni, którzy zarabiają pieniądze własną pomysłowością i ciężką pracą, i którzy tworzą nowe miejsca pracy.


W pewnej mierze kraj jest gotowy do rewolucji, może nie jutro, ale kiedyś, pojutrze, bo jak wiadomo, kryzysu nie da się pokonać ani przez drukowanie pieniędzy, ani przez konfiskatę majątków. Drukowanie pieniędzy w wariancie QE3, jaki szykuje nam nasz rząd, zapowiada inflację. Inflacja natomiast prowadzi nie tylko do zaburzenia cen, ale też do rozprzężenia społecznego, które z kolei prowadzi do rozwiązań totalitarnych i walki klasowej, religijnej lub mniejszościowej.
Na kanwie inflacji w Niemieckiej Republice Weimarskiej wypłynął "zbawca narodu niemieckiego" Hitler. Czy wygra nasze wybory Obama, czy Romney, nie widzę wielkiej różnicy. Niestety, nikt nie jest w stanie powiedzieć narodowi przykrej prawdy, że trzeba żyć na miarę swoich możliwości.


Jan Czekajewski – Columbus, Ohio

piątek, 19 październik 2012 13:56

Kanada-Polska: Zróbmy razem dobry biznes (2)

Napisał

 


W minionym tygodniu miał miejsce polsko-kanadyjski szczyt gospodarczy, w którym wzięli udział przedstawiciele władz gospodarczych oraz przedsiębiorcy z Polski i Kanady, obecnie publikujemy drugą cześć relacji z tego ciekawego wydarzenia – rozmowy z jego polskimi uczestnikami.

Wiceminister gospodarki Ilona Antoniszyn-Klik

"Goniec" – Pani minister, takie kraje jak Polska często postrzega się stereotypowo – że mniej bezpieczne są w nich inwestycje, że prawo mniej skuteczne, że ochrona inwestycji zagranicznych nie jest tak dobra jak w Niemczech czy w USA, jak by Pani skomentowała tego rodzaju głosy?


Ilona Antoniszyn-Klik – Jesteśmy teraz w punkcie przełomowym, jeśli chodzi o ocenę Polski w oczach inwestorów zagranicznych. Tak naprawdę przemawiają za nami przede wszystkim dane makroekonomiczne.
To pierwszy kierunek, na który patrzą inwestorzy, również ci zupełnie nowi, bo wbrew temu co nam się wydaje, Polska w ogóle nie jest, czy nie była do tej pory tematem dla większości inwestorów zagranicznych i dopiero zaczynamy mieć jakąś pozycję; prześwitywać między naszymi sąsiadami czy partnerami, zarówno w Europie jak i na innych kontynentach, bo przecież musimy konkurować globalnie.


– Zwłaszcza tu, w Kanadzie, gdzie istnieje silny kierunek azjatycki.


– No właśnie i to jest bardzo ciekawa sprawa - mieliśmy na ten temat kilka ciekawych rozmów, w jaki sposób Kanadyjczycy zdobywają rynki wschodnie i odwrotnie, jak są zdobywani przez rynki wschodnie. Muszę powiedzieć, że możemy się o Kanadyjczyków wiele nauczyć w skutecznym zdobywaniu inwestycji azjatyckich. To jest kierunek, który teraz zaczęliśmy i są to grube dziesiątki miliardów dolarów, które Azja inwestuje w Kanadzie. To kierunek, który Polskę bardzo interesuje.


– No, nas tutaj w Kanadzie nie zawsze cieszy.


– Nas bardzo interesuje, uczmy się od najlepszych.


– Pani minister, inwestycje inwestycjom nierówne, są takie, gdzie firma przyjeżdża, eksploatuje bogactwa, tworzy 5 miejsc pracy, wywozi nieprzetworzony surowiec; jakimi inwestycjami Polska jest zainteresowana?


– Patrzyłem, jakiego rodzaju inwestycje Kanada oferuje innym – a oferuje przede wszystkim technologię, nie tylko wydobywanie surowców. To jest nasz cel, który sobie dawno temu założyliśmy. Powinniśmy się stać krajem proponującym technologie, potrzebne na świecie.


– Polska ma te technologie?


– Powoli właśnie zaczyna mieć, powoli zaczynamy budować taki system, tworzenia innowacji w kraju, a jak wiemy, innowacja to pomysł przełożony na prawdziwe pieniądze. Chcemy, aby nasi naukowcy i firmy tworzyli technologie, które będą na tyle konkurencyjne, żeby kraje bardzo mocno zaawansowane i bardzo bogate się tym zainteresowały.


Czy to się dzieje? Bo spotykam naukowców z Polski tutaj, którzy...


– Którzy tutaj odnaleźli się w systemie, a w naszym systemie się nie odnaleźli?


– No właśnie, często są to młodzi ludzie, bardzo twórczy i trudno nie odnieść wrażenia, że jest to drenaż mózgów.


– Może zabrzmi to banalnie, ale właśnie ten system unijnych pieniędzy, jaki do nas przyszedł, spowodował w ostatnich 5 – 7 latach powoli dobre zmiany.
Tylko nazwijmy sprawę po imieniu, jesteśmy krajem, który jest w przedsionku w stosunku do tych krajów, które potrafią technologię sprzedawać, ale już jesteśmy. I będziemy coraz lepsi, bo to się tworzy. Nasze firmy miały najpierw etap absorbowania obcej technologii, a teraz już zaczynamy tworzyć nowe.
Wybraliśmy nasze najważniejsze branże wzrostowe; tego wcześniej nie było, i promujemy teraz konkretnie te branże, które są w stanie konkurować na światowych rynkach eksportowych.


– Kanadyjski minister finansów kilkakrotnie ostrzegał Europę i nas tutaj, że główne zagrożenie dla stabilizacji i rozwoju to kryzys w strefie euro, kryzys w Europie; jak Pani postrzega to z polskiej perspektywy, no bo wszyscy się obawiamy, co będzie? Euro się rozpadnie? Unia Europejska się rozpadnie? Są różne zagrożenia, jak Pani to widzi?


– Długa droga do tego, żeby euro się rozpadło.


– Warto w Polsce włożyć pieniądze?


– Po pierwsze, Polska ma bardzo dobrą sytuację, bo ma własną walutę. Ta waluta wyratowała nas z dużej części opresji kryzysowej – przez to że mogliśmy dewaluować, byliśmy bardziej konkurencyjni.


– Przepraszam, że tak wchodzę w słowo, ale to może warto nie mieć wspólnej waluty w Europie, może warto mieć waluty narodowe?


– Nie, nie, popatrzmy na to, jakie są główne argumenty. Główne argumenty są takie, że ta strefa nie jest wystarczająco zharmonizowana, żeby to euro działało skutecznie. To jest główny argument. Nie jest to argument, że euro jest niepotrzebne, bo jest potrzebne; bo zostało stworzone po to, żeby być jedną z trzech najważniejszych walut na świecie.


– No ale wie Pani. Grecy się burzą, gdy Niemcy im narzucają, co mają robić i jaki mają mieć budżet, więc ta harmonizacja, o której Pani mówi...


– Każdy by się burzył. Proszę sobie przypomnieć, jaką my mieliśmy sytuację od roku 1989. Wszystkie zmiany w naszej gospodarce były robione pod warunkiem conditionality – pomoc, za wykonanie określonych zmian strukturalnych. Nic innego nie dzieje się teraz w Grecji. Zostali tak samo potraktowani, jak była traktowana Polska i kraje Europy Środkowej i Wschodniej przez ostatnie 20 lat. Patrząc na te doświadczenia, w gruncie rzeczy wyszliśmy z tego obronną ręką.


– Gdyby Grecja nie miała euro, to może też wyszłaby obronną ręką, mogliby wówczas jak Polska, dewaluować swoją walutę, a rynki oceniałyby realnie wartość ich inwestycji; bo nie stać by ich było na mercedesy produkowane w Niemczech i kupowane za pożyczki z niemieckich banków.


– Duża część handlu szła na południe Europy. Niemcy i inne kraje północy Europy zyskały na handlu z południem Europy.
To pierwsza sprawa, która nie podlega dyskusji. Po drugie, Grecja otrzymała bardzo dużo pomocy m.in. przez to, że bardzo szybko została zintegrowana z Unią. Mówiono od dawna, że nie została wystarczająco starannie zintegrowana – na etapie integracji nie stawiano jej wystarczających wymagań.
Ale proszę sobie przypomnieć, jaka była sytuacja; to był stosunkowo mały europejski kraj, który jak wschodnie Niemcy został włączony z powodów bardziej politycznych niż gospodarczych. Była to polityczna potrzeba tamtej chwili, było to przecież – odchodzenie od dyktatury.


– Wróćmy do Polski, Polska nie jest Grecją, a czy może się stać Grecją?


– Między nami mówiąc, nie ma takiej możliwości. Żadnej!


– Jest Pani w Kanadzie pierwszy raz?


– Jestem pierwszy raz. Mamy tym razem bardzo dużą delegację wielu firm polskich najróżniejszych branż. Ciekawy stół energetyczny, rozmawialiśmy także o technologiach wydobywczych.


– Gazu łupkowego?


– Nie tylko. Chodzi też o wydobywanie innych surowców.


– Czymby Pani zachęcała Polaków do Kanady, co się Pani tutaj podoba?


– Chciałabym, żeby nasze firmy przyjeżdżały tutaj zdobywać doświadczenie, chciałabym, by nasz rząd korzystał bardzo intensywnie z doświadczeń kanadyjskich w zakresie budowania potencjału firm wydobywczych. Chciałabym, żebyśmy mieli taki sam system, a nasze firmy z kolei, żeby uczyły się sprzedaży technologii.


•••

Dr. Iwona Sroka – prezes i dyrektor Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych – instytucji centralnej odpowiedzialnej za prowadzenie i nadzorowanie systemu depozytowo rozliczeniowego


"Goniec" – Pani prezes, mam jedno, proste pytanie, jak bezpieczny jest polski rynek finansowy?


Dr Iwona Sroka – Jeżeli patrzymy na problemy globalne gospodarcze i fnansowe zwłaszcza krajów strefy euro, to nigdy nie możemy powiedzieć, że nasz kraj, Polska, będzie poza problemami w Europie, bo to wszystko już od wielu lat funkcjonuje jak system naczyń połączonych.
Oczywiście, trochę inne oddziaływanie jest na Polskę, która ma nadal polską złotówkę i nie przyjęła waluty euro, natomiast te implikacje, na pewno gdyby tam działy się jakieś groźne rzeczy – będą również na nasz kraj. Póki co, Polska rozwija się w sposób stabilny. Mamy spowolnienie gospodarcze i wiemy, że na przykład w przyszłym roku rząd zakłada wzrost gospodarczy na poziomie 2,2 proc. PKB natomiast jest to ciągle bardzo piękny wynik, w stosunku do innych krajów Unii Europejskiej, która niestety jest pogrążona w głębokiej recesji i tego wzrostu albo nie ma, albo jest ujemny.
Wracając do samego rynku finansowego, nasze banki nie mają i nigdy nie posiadały toksycznych "assetów". System finansowy jest dosyć silnie regulowany przez nadzór nad rynkiem finansowym, z punktu widzenia rynku kapitałowego również te instytucje, które organizują czy rozliczają obrót na giełdzie papierów wartościowych w Warszawie, są od strony infrastrukturalnej i prawnej bardzo dobrze przygotowane do "defaultów"; do sytuacji kryzysowych. Dodam, że firma, którą kieruję Krajowy Depozyt i Izba Rozliczeniowa, posiada wszelkie linie obrony na wypadek upadku jakiegoś banku czy domu maklerskiego.


– Ale słyszmy o wielu aferach, słyszymy o aferze Amber Gold, o parabankach, może to są małe...


– Patrząc na skalę tego biznesu, są to małe, incydentalne sytuacje. Amber Gold był firmą, nie był bankiem. Ukuło się, że był parabankiem – to jest takie dziennikarskie słowo. Trzeba jednak uszczelnić regulację, trzeba bardziej pilnować; są ludzie poszkodowani, jak w każdym oszustwie, w każdej piramidzie finansowej, która czy to w Polsce, czy w innym kraju mogłaby rozpocząć działalność. To są drobniejsze incydentalne sprawy, natomiast patrząc z punktu widzenia banków, dużych instytucji finansowych, domów maklerskich, które są nadzorowane przez taki polski FSA, Polską Komisję nadzoru finansowej regulacji wewnętrznej, w mojej ocenie możemy czuć się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej w Europie.


•••


Andrzej Malinowski, Prezes Pracodawcy Rzeczpospolitej Polskiej

"Goniec" – Jest wiele stereotypów w Polsce dotyczących Kanady i w Kanadzie na temat Polski, jak by Pan to określił, jak polscy przemysłowcy postrzegają Kanadę?


– Jeśli chodzi o polskich biznesmenów, to postrzegają bardzo dobrze, ja zresztą chcę dzisiaj o tym mówić. Podziwiamy to, że sytuacja gospodarcza Kanady jest stabilna, tego amerykańskiego i europejskiego kryzysu jakby się nie widzi, i doszliśmy do wniosku, że dwa kraje, które są stabilne – bo jeśli pan spojrzy na wzrost gospodarczy, to Polska ma zdecydowanie od 2 – 3 lat najlepszą pozycję w Europie, dzisiaj to już jest tam ok. 3 proc., ale w stosunku do innych krajów cały czas jesteśmy na plusie, więc doszliśmy do wniosku, patrząc na to zupełnie biznesowo, trzeba zastanowić się, czy nie można pewnych rzeczy robić wspólnie.
Wczoraj byliśmy w Calgary i rozmawialiśmy o energetyce. Podejrzewamy, że mimo tego iż Kanada ma duży procent swoich interesów ulokowany w Stanach Zjednoczonych, to z uwagi na kryzys w USA rozgląda się za innymi. 


– Kanada szuka innych rynków, ale tutaj Polska konkuruje z Azją, który to kierunek Kanada postrzega coraz bardziej jako strategiczny.


– Tak, ale Kanada nie może patrzeć tylko i wyłącznie na Azję, dlatego że Kanada ma też swoje interesy w Europie, co obserwowałem w Brukseli, kiedy trwały negocjacje umowy z UE – widziałem, jak się Kanada zachowuje; zależy jej na tej Europie.


– Kanada ma surowce, Azja jest nimi zainteresowana.


– Jest ileś elementów, które powodują, że trzeba zacząć rozmawiać.


– Wczoraj rozmawiali Państwo o energetyce, mówi się cały czas o gazie łupkowym, który może dać Polsce niezależność energetyczną – jak to wygląda, czy jest zainteresowanie? Wiemy, że w Polsce obecny jest Talisman...


– Jest zainteresowanie, przede wszystkim polskie firmy potrzebują partnera do współpracy, dlatego że u nas nie ma takiego doświadczenia, więc polskie firmy orientują się na Kanadę, jeśli chodzi o partnera do współpracy. Bo to niekoniecznie chodzi o indywidualną koncesję. Nam – prawdopodobnie w ramach jakiegoś joint venture łatwiej będzie tutaj współpracować, bo dobrze wiemy, jak trzeba się poruszać na naszym rynku, Kanada natomiast spojrzy na to od strony technologicznej i od strony ochrony środowiska, co w przypadku gazu łupkowego jest dosyć ważnym elementem.
Mamy tutaj przedstawicieli tych wszystkich naszych koncernów, m.in. PGNiG, które ma największą liczbę koncesji w tej chwili. Wczoraj rozglądali się za dodatkowymi możliwościami.


– Czy nie przeszkadza w tym postrzeganie Polski jako kraju, który w pewnym sensie jest skorumpowany...


– To nie jest prawda.


– Że koszt prowadzenia biznesu jest wyższy ze względu na korupcję.


– Nie ma, proszę Pana. Moim zdaniem, jesteśmy krajem, który nie powinien być tak postrzegany. Odpowiadam panu, bo wiem, że tutaj są bardzo duże naciski lobby ukraińskiego. To ja życzę szczęścia jeżeli chodzi o Ukrainę, to my jesteśmy – nie wiem – jakimś 1 – 2 procent tego, co się tam dzieje. Świadczy o tym to, że mamy bardzo mało przypadków korupcji.


– Jeśli chodzi o inwestycje w Polsce, jest standard europejski?


– Myślę, że to jest standard europejski.


– Standard niemiecki?


– Powiedziałbym, że może nawet i lepiej, dlatego że nam zależy na ściągnięciu inwestorów dlatego nimi szczególnie się opiekujemy, Niemcy już się tak nie opiekują inwestorami jak my...


(ak)

piątek, 12 październik 2012 19:48

Od lutego LOT zaprasza do Dreamlinera

Napisał

W piątek w budynku polskiego konsulatu przy Lakeshore Blvd odbyła się konferencja prasowa kierownictwa polskich linii lotniczych LOT. Okazja była dwojaka: 40-lecie uruchomienia bezpośredniego połączenia LOT-u z Warszawy do Toronto, a także zapowiedź obsługi tego połączenia przez nowo dzierżawione, nowoczesne samoloty Boeing 787 Dreamliner.

LOT jest pierwszą europejską linią lotniczą, która eksploatować będzie ten samolot, i pierwszą, która oferować będzie loty do Kanady na ich pokładzie, poinformowała Karen Evans, menedżer LOT-u na Kanadę, przedstawiając jednocześnie głównego gościa konferencji – dyrektora generalnego przedsiębiorstwa, Marcina Piróga (wcześniej w Carlsberg Polska i Ruch SA), który specjalnie z tej okazji przybył do Toronto. W swym przemówieniu szef LOT-u skupił się na reklamowaniu zalet nowego samolotu.
B-787 to maszyna rewolucyjna – poszycie z włókien węglowych, wielkie okna w kabinie pasażerskiej, 30 proc. większe od tych w Boeingu 767, wyższe ciśnienie w kabinie podczas podróży – znośniejsze i mniej męczące dla ludzi, zwiększenie wilgotności powietrza z 10 do 20 proc. Wszystko to razem sprawi, że podróż dreamlinerem będzie wygodniejsza i zdrowsza.
Linie LOT w dreamlinerach oferować będą trzy klasy: ekonomiczną – 213 miejsc; ekonomiczną premium – 21 miejsc i biznesową – 18 miejsc. Łącznie samolot weźmie na pokład 252 pasażerów. W klasie biznesowej podróżni będą mogli rozłożyć fotel do pozycji horyzontalnej, tworząc łóżko długości 190 cm.


Od 1 lutego wszystkie loty do Warszawy z Toronto i z powrotem obsługiwane będą przez dreamlinery. Mimo niższych kosztów eksploatacyjnych, paliwa i obsługi, samoloty te kosztują LOT mniej więcej tyle samo co stare boeingi, ponieważ wzrastają opłaty za dzierżawę maszyn. Mimo to LOT spodziewa się wzrostu obłożenia samolotów i obrotów ze względu na większą atrakcyjność przelotu nowymi samolotami.
Odpowiadając na pytania "Gońca", dyrektor Piróg zapewnił, że w trakcie opóźnień w dostawie samolotów – łącznie samolot wchodzi w liniach LOT do eksploatacji po czterech latach od zapowiadanej pierwszej dostawy – kontrakt był kilkakrotnie renegocjowany i lotowskie samoloty "są najtańsze". Nie chciał jednak zdradzić, ile Boeing spuścił z ceny lub też jakie wypłacił odszkodowania. Wyraził jednocześnie opinię, że przytoczony przez dziennikarza "Gońca" przykład linii Air India nie jest właściwy, ponieważ to, co mówią na ten temat Hindusi, mija się z prawdą. (Air India miała zgodzić się na odbiór dostarczonych jej dreamlinerów dopiero po wynegocjowaniu od Boeinga odszkodowania w wysokości 500 mln dol. – kwotę taką podał indyjski minister transportu). Odpowiadając na kolejne pytanie "Gońca", czy z uwagi na niższe koszty eksploatacyjne nowe samoloty pozwolą na uruchomienie bezpośredniego połączenia Toronto z Krakowem, dyrektor Piróg odpowiedział krótko "nie", ponieważ strategia LOT-u skupia się obecnie na budowie połączeń w oparciu o hub w Warszawie oraz rozwijanie połączeń azjatyckich – w najbliższych trzech latach do Tokio, Seulu i Szanghaju. Wskazał, że z Warszawy do Krakowa LOT oferuje 7 lotów dziennie. Z perspektywy finansowej latanie z Toronto do Krakowa nie ma sensu – powiedział – ale czas transferu na lotnisku w Warszawie jest bardzo dobry – zazwyczaj poniżej godziny.


Obecnie otrzymane 5 samolotów posłuży do prostego zastąpienia wysłużonych boeingów, natomiast kolejne trzy umożliwią otwieranie nowych połączeń i zwiększanie częstotliwości obsługi istniejących. I tak, już od lutego połączenie na trasie Warszawa-Toronto wzbogaci się o jeden lot dodatkowy tygodniowo. Dyrektor Piróg zapewnił, że docelowo LOT zainteresowany jest codziennymi lotami na tej i każdej innej trasie – licząc zwłaszcza na obsługę ruchu biznesowego. Nie wyklucza się dodatkowych połączeń tak w Kanadzie, jak USA, np. do Miami.
Na pytanie "Gońca", czy LOT w obecnej sytuacji jest otwarty na "przyjazne" przejęcie, dyrektor Piróg przyznał, że de facto LOT jest na sprzedaż, czyli trwają poszukiwania strategicznego inwestora, który zagwarantuje zachowanie misji oraz marki LOT-u. Dyrektor uznał, że LOT to obecnie bardzo dobra inwestycja, ponieważ jest dzisiaj tani, zaś już niebawem, po wprowadzeniu dreamlinerów, sytuacja firmy może się poprawić, obroty wzrosną i wówczas cena będzie inna.


W konferencji prasowej uczestniczyli dziennikarze polonijnych środków przekazu, a także prasy bułgarskiej i węgierskiej diaspory w Kanadzie. Więcej o zaletach dreamlinera w barwach LOT-u można się dowiedzieć na stronach internetowych www.lot.com.


Dreamliner wydaje się być na wskroś nowoczesnym samolotem oferującym znaczną poprawę wygody podróżowania. Reporterowi "Gońca" nie przypadła do gustu tylko jedna innowacja – mianowicie to, że okna w kabinie pasażerskiej pozbawione są mechanicznych zasłon, a ich ściemnianie odbywa się elektronicznie poprzez naciśnięcie guzika. Umożliwia to załodze jednoczesne zatrzaśnięcie okien wszystkim pasażerom, co w niektórych sytuacjach awaryjnych może nie być najlepszym rozwiązaniem. (ak)