Goniec

Register Login

Reportaże

piątek, 19 październik 2012 13:56

Kanada-Polska: Zróbmy razem dobry biznes (2)

Napisał

 


W minionym tygodniu miał miejsce polsko-kanadyjski szczyt gospodarczy, w którym wzięli udział przedstawiciele władz gospodarczych oraz przedsiębiorcy z Polski i Kanady, obecnie publikujemy drugą cześć relacji z tego ciekawego wydarzenia – rozmowy z jego polskimi uczestnikami.

Wiceminister gospodarki Ilona Antoniszyn-Klik

"Goniec" – Pani minister, takie kraje jak Polska często postrzega się stereotypowo – że mniej bezpieczne są w nich inwestycje, że prawo mniej skuteczne, że ochrona inwestycji zagranicznych nie jest tak dobra jak w Niemczech czy w USA, jak by Pani skomentowała tego rodzaju głosy?


Ilona Antoniszyn-Klik – Jesteśmy teraz w punkcie przełomowym, jeśli chodzi o ocenę Polski w oczach inwestorów zagranicznych. Tak naprawdę przemawiają za nami przede wszystkim dane makroekonomiczne.
To pierwszy kierunek, na który patrzą inwestorzy, również ci zupełnie nowi, bo wbrew temu co nam się wydaje, Polska w ogóle nie jest, czy nie była do tej pory tematem dla większości inwestorów zagranicznych i dopiero zaczynamy mieć jakąś pozycję; prześwitywać między naszymi sąsiadami czy partnerami, zarówno w Europie jak i na innych kontynentach, bo przecież musimy konkurować globalnie.


– Zwłaszcza tu, w Kanadzie, gdzie istnieje silny kierunek azjatycki.


– No właśnie i to jest bardzo ciekawa sprawa - mieliśmy na ten temat kilka ciekawych rozmów, w jaki sposób Kanadyjczycy zdobywają rynki wschodnie i odwrotnie, jak są zdobywani przez rynki wschodnie. Muszę powiedzieć, że możemy się o Kanadyjczyków wiele nauczyć w skutecznym zdobywaniu inwestycji azjatyckich. To jest kierunek, który teraz zaczęliśmy i są to grube dziesiątki miliardów dolarów, które Azja inwestuje w Kanadzie. To kierunek, który Polskę bardzo interesuje.


– No, nas tutaj w Kanadzie nie zawsze cieszy.


– Nas bardzo interesuje, uczmy się od najlepszych.


– Pani minister, inwestycje inwestycjom nierówne, są takie, gdzie firma przyjeżdża, eksploatuje bogactwa, tworzy 5 miejsc pracy, wywozi nieprzetworzony surowiec; jakimi inwestycjami Polska jest zainteresowana?


– Patrzyłem, jakiego rodzaju inwestycje Kanada oferuje innym – a oferuje przede wszystkim technologię, nie tylko wydobywanie surowców. To jest nasz cel, który sobie dawno temu założyliśmy. Powinniśmy się stać krajem proponującym technologie, potrzebne na świecie.


– Polska ma te technologie?


– Powoli właśnie zaczyna mieć, powoli zaczynamy budować taki system, tworzenia innowacji w kraju, a jak wiemy, innowacja to pomysł przełożony na prawdziwe pieniądze. Chcemy, aby nasi naukowcy i firmy tworzyli technologie, które będą na tyle konkurencyjne, żeby kraje bardzo mocno zaawansowane i bardzo bogate się tym zainteresowały.


Czy to się dzieje? Bo spotykam naukowców z Polski tutaj, którzy...


– Którzy tutaj odnaleźli się w systemie, a w naszym systemie się nie odnaleźli?


– No właśnie, często są to młodzi ludzie, bardzo twórczy i trudno nie odnieść wrażenia, że jest to drenaż mózgów.


– Może zabrzmi to banalnie, ale właśnie ten system unijnych pieniędzy, jaki do nas przyszedł, spowodował w ostatnich 5 – 7 latach powoli dobre zmiany.
Tylko nazwijmy sprawę po imieniu, jesteśmy krajem, który jest w przedsionku w stosunku do tych krajów, które potrafią technologię sprzedawać, ale już jesteśmy. I będziemy coraz lepsi, bo to się tworzy. Nasze firmy miały najpierw etap absorbowania obcej technologii, a teraz już zaczynamy tworzyć nowe.
Wybraliśmy nasze najważniejsze branże wzrostowe; tego wcześniej nie było, i promujemy teraz konkretnie te branże, które są w stanie konkurować na światowych rynkach eksportowych.


– Kanadyjski minister finansów kilkakrotnie ostrzegał Europę i nas tutaj, że główne zagrożenie dla stabilizacji i rozwoju to kryzys w strefie euro, kryzys w Europie; jak Pani postrzega to z polskiej perspektywy, no bo wszyscy się obawiamy, co będzie? Euro się rozpadnie? Unia Europejska się rozpadnie? Są różne zagrożenia, jak Pani to widzi?


– Długa droga do tego, żeby euro się rozpadło.


– Warto w Polsce włożyć pieniądze?


– Po pierwsze, Polska ma bardzo dobrą sytuację, bo ma własną walutę. Ta waluta wyratowała nas z dużej części opresji kryzysowej – przez to że mogliśmy dewaluować, byliśmy bardziej konkurencyjni.


– Przepraszam, że tak wchodzę w słowo, ale to może warto nie mieć wspólnej waluty w Europie, może warto mieć waluty narodowe?


– Nie, nie, popatrzmy na to, jakie są główne argumenty. Główne argumenty są takie, że ta strefa nie jest wystarczająco zharmonizowana, żeby to euro działało skutecznie. To jest główny argument. Nie jest to argument, że euro jest niepotrzebne, bo jest potrzebne; bo zostało stworzone po to, żeby być jedną z trzech najważniejszych walut na świecie.


– No ale wie Pani. Grecy się burzą, gdy Niemcy im narzucają, co mają robić i jaki mają mieć budżet, więc ta harmonizacja, o której Pani mówi...


– Każdy by się burzył. Proszę sobie przypomnieć, jaką my mieliśmy sytuację od roku 1989. Wszystkie zmiany w naszej gospodarce były robione pod warunkiem conditionality – pomoc, za wykonanie określonych zmian strukturalnych. Nic innego nie dzieje się teraz w Grecji. Zostali tak samo potraktowani, jak była traktowana Polska i kraje Europy Środkowej i Wschodniej przez ostatnie 20 lat. Patrząc na te doświadczenia, w gruncie rzeczy wyszliśmy z tego obronną ręką.


– Gdyby Grecja nie miała euro, to może też wyszłaby obronną ręką, mogliby wówczas jak Polska, dewaluować swoją walutę, a rynki oceniałyby realnie wartość ich inwestycji; bo nie stać by ich było na mercedesy produkowane w Niemczech i kupowane za pożyczki z niemieckich banków.


– Duża część handlu szła na południe Europy. Niemcy i inne kraje północy Europy zyskały na handlu z południem Europy.
To pierwsza sprawa, która nie podlega dyskusji. Po drugie, Grecja otrzymała bardzo dużo pomocy m.in. przez to, że bardzo szybko została zintegrowana z Unią. Mówiono od dawna, że nie została wystarczająco starannie zintegrowana – na etapie integracji nie stawiano jej wystarczających wymagań.
Ale proszę sobie przypomnieć, jaka była sytuacja; to był stosunkowo mały europejski kraj, który jak wschodnie Niemcy został włączony z powodów bardziej politycznych niż gospodarczych. Była to polityczna potrzeba tamtej chwili, było to przecież – odchodzenie od dyktatury.


– Wróćmy do Polski, Polska nie jest Grecją, a czy może się stać Grecją?


– Między nami mówiąc, nie ma takiej możliwości. Żadnej!


– Jest Pani w Kanadzie pierwszy raz?


– Jestem pierwszy raz. Mamy tym razem bardzo dużą delegację wielu firm polskich najróżniejszych branż. Ciekawy stół energetyczny, rozmawialiśmy także o technologiach wydobywczych.


– Gazu łupkowego?


– Nie tylko. Chodzi też o wydobywanie innych surowców.


– Czymby Pani zachęcała Polaków do Kanady, co się Pani tutaj podoba?


– Chciałabym, żeby nasze firmy przyjeżdżały tutaj zdobywać doświadczenie, chciałabym, by nasz rząd korzystał bardzo intensywnie z doświadczeń kanadyjskich w zakresie budowania potencjału firm wydobywczych. Chciałabym, żebyśmy mieli taki sam system, a nasze firmy z kolei, żeby uczyły się sprzedaży technologii.


•••

Dr. Iwona Sroka – prezes i dyrektor Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych – instytucji centralnej odpowiedzialnej za prowadzenie i nadzorowanie systemu depozytowo rozliczeniowego


"Goniec" – Pani prezes, mam jedno, proste pytanie, jak bezpieczny jest polski rynek finansowy?


Dr Iwona Sroka – Jeżeli patrzymy na problemy globalne gospodarcze i fnansowe zwłaszcza krajów strefy euro, to nigdy nie możemy powiedzieć, że nasz kraj, Polska, będzie poza problemami w Europie, bo to wszystko już od wielu lat funkcjonuje jak system naczyń połączonych.
Oczywiście, trochę inne oddziaływanie jest na Polskę, która ma nadal polską złotówkę i nie przyjęła waluty euro, natomiast te implikacje, na pewno gdyby tam działy się jakieś groźne rzeczy – będą również na nasz kraj. Póki co, Polska rozwija się w sposób stabilny. Mamy spowolnienie gospodarcze i wiemy, że na przykład w przyszłym roku rząd zakłada wzrost gospodarczy na poziomie 2,2 proc. PKB natomiast jest to ciągle bardzo piękny wynik, w stosunku do innych krajów Unii Europejskiej, która niestety jest pogrążona w głębokiej recesji i tego wzrostu albo nie ma, albo jest ujemny.
Wracając do samego rynku finansowego, nasze banki nie mają i nigdy nie posiadały toksycznych "assetów". System finansowy jest dosyć silnie regulowany przez nadzór nad rynkiem finansowym, z punktu widzenia rynku kapitałowego również te instytucje, które organizują czy rozliczają obrót na giełdzie papierów wartościowych w Warszawie, są od strony infrastrukturalnej i prawnej bardzo dobrze przygotowane do "defaultów"; do sytuacji kryzysowych. Dodam, że firma, którą kieruję Krajowy Depozyt i Izba Rozliczeniowa, posiada wszelkie linie obrony na wypadek upadku jakiegoś banku czy domu maklerskiego.


– Ale słyszmy o wielu aferach, słyszymy o aferze Amber Gold, o parabankach, może to są małe...


– Patrząc na skalę tego biznesu, są to małe, incydentalne sytuacje. Amber Gold był firmą, nie był bankiem. Ukuło się, że był parabankiem – to jest takie dziennikarskie słowo. Trzeba jednak uszczelnić regulację, trzeba bardziej pilnować; są ludzie poszkodowani, jak w każdym oszustwie, w każdej piramidzie finansowej, która czy to w Polsce, czy w innym kraju mogłaby rozpocząć działalność. To są drobniejsze incydentalne sprawy, natomiast patrząc z punktu widzenia banków, dużych instytucji finansowych, domów maklerskich, które są nadzorowane przez taki polski FSA, Polską Komisję nadzoru finansowej regulacji wewnętrznej, w mojej ocenie możemy czuć się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej w Europie.


•••


Andrzej Malinowski, Prezes Pracodawcy Rzeczpospolitej Polskiej

"Goniec" – Jest wiele stereotypów w Polsce dotyczących Kanady i w Kanadzie na temat Polski, jak by Pan to określił, jak polscy przemysłowcy postrzegają Kanadę?


– Jeśli chodzi o polskich biznesmenów, to postrzegają bardzo dobrze, ja zresztą chcę dzisiaj o tym mówić. Podziwiamy to, że sytuacja gospodarcza Kanady jest stabilna, tego amerykańskiego i europejskiego kryzysu jakby się nie widzi, i doszliśmy do wniosku, że dwa kraje, które są stabilne – bo jeśli pan spojrzy na wzrost gospodarczy, to Polska ma zdecydowanie od 2 – 3 lat najlepszą pozycję w Europie, dzisiaj to już jest tam ok. 3 proc., ale w stosunku do innych krajów cały czas jesteśmy na plusie, więc doszliśmy do wniosku, patrząc na to zupełnie biznesowo, trzeba zastanowić się, czy nie można pewnych rzeczy robić wspólnie.
Wczoraj byliśmy w Calgary i rozmawialiśmy o energetyce. Podejrzewamy, że mimo tego iż Kanada ma duży procent swoich interesów ulokowany w Stanach Zjednoczonych, to z uwagi na kryzys w USA rozgląda się za innymi. 


– Kanada szuka innych rynków, ale tutaj Polska konkuruje z Azją, który to kierunek Kanada postrzega coraz bardziej jako strategiczny.


– Tak, ale Kanada nie może patrzeć tylko i wyłącznie na Azję, dlatego że Kanada ma też swoje interesy w Europie, co obserwowałem w Brukseli, kiedy trwały negocjacje umowy z UE – widziałem, jak się Kanada zachowuje; zależy jej na tej Europie.


– Kanada ma surowce, Azja jest nimi zainteresowana.


– Jest ileś elementów, które powodują, że trzeba zacząć rozmawiać.


– Wczoraj rozmawiali Państwo o energetyce, mówi się cały czas o gazie łupkowym, który może dać Polsce niezależność energetyczną – jak to wygląda, czy jest zainteresowanie? Wiemy, że w Polsce obecny jest Talisman...


– Jest zainteresowanie, przede wszystkim polskie firmy potrzebują partnera do współpracy, dlatego że u nas nie ma takiego doświadczenia, więc polskie firmy orientują się na Kanadę, jeśli chodzi o partnera do współpracy. Bo to niekoniecznie chodzi o indywidualną koncesję. Nam – prawdopodobnie w ramach jakiegoś joint venture łatwiej będzie tutaj współpracować, bo dobrze wiemy, jak trzeba się poruszać na naszym rynku, Kanada natomiast spojrzy na to od strony technologicznej i od strony ochrony środowiska, co w przypadku gazu łupkowego jest dosyć ważnym elementem.
Mamy tutaj przedstawicieli tych wszystkich naszych koncernów, m.in. PGNiG, które ma największą liczbę koncesji w tej chwili. Wczoraj rozglądali się za dodatkowymi możliwościami.


– Czy nie przeszkadza w tym postrzeganie Polski jako kraju, który w pewnym sensie jest skorumpowany...


– To nie jest prawda.


– Że koszt prowadzenia biznesu jest wyższy ze względu na korupcję.


– Nie ma, proszę Pana. Moim zdaniem, jesteśmy krajem, który nie powinien być tak postrzegany. Odpowiadam panu, bo wiem, że tutaj są bardzo duże naciski lobby ukraińskiego. To ja życzę szczęścia jeżeli chodzi o Ukrainę, to my jesteśmy – nie wiem – jakimś 1 – 2 procent tego, co się tam dzieje. Świadczy o tym to, że mamy bardzo mało przypadków korupcji.


– Jeśli chodzi o inwestycje w Polsce, jest standard europejski?


– Myślę, że to jest standard europejski.


– Standard niemiecki?


– Powiedziałbym, że może nawet i lepiej, dlatego że nam zależy na ściągnięciu inwestorów dlatego nimi szczególnie się opiekujemy, Niemcy już się tak nie opiekują inwestorami jak my...


(ak)

piątek, 12 październik 2012 19:48

Od lutego LOT zaprasza do Dreamlinera

Napisał

W piątek w budynku polskiego konsulatu przy Lakeshore Blvd odbyła się konferencja prasowa kierownictwa polskich linii lotniczych LOT. Okazja była dwojaka: 40-lecie uruchomienia bezpośredniego połączenia LOT-u z Warszawy do Toronto, a także zapowiedź obsługi tego połączenia przez nowo dzierżawione, nowoczesne samoloty Boeing 787 Dreamliner.

LOT jest pierwszą europejską linią lotniczą, która eksploatować będzie ten samolot, i pierwszą, która oferować będzie loty do Kanady na ich pokładzie, poinformowała Karen Evans, menedżer LOT-u na Kanadę, przedstawiając jednocześnie głównego gościa konferencji – dyrektora generalnego przedsiębiorstwa, Marcina Piróga (wcześniej w Carlsberg Polska i Ruch SA), który specjalnie z tej okazji przybył do Toronto. W swym przemówieniu szef LOT-u skupił się na reklamowaniu zalet nowego samolotu.
B-787 to maszyna rewolucyjna – poszycie z włókien węglowych, wielkie okna w kabinie pasażerskiej, 30 proc. większe od tych w Boeingu 767, wyższe ciśnienie w kabinie podczas podróży – znośniejsze i mniej męczące dla ludzi, zwiększenie wilgotności powietrza z 10 do 20 proc. Wszystko to razem sprawi, że podróż dreamlinerem będzie wygodniejsza i zdrowsza.
Linie LOT w dreamlinerach oferować będą trzy klasy: ekonomiczną – 213 miejsc; ekonomiczną premium – 21 miejsc i biznesową – 18 miejsc. Łącznie samolot weźmie na pokład 252 pasażerów. W klasie biznesowej podróżni będą mogli rozłożyć fotel do pozycji horyzontalnej, tworząc łóżko długości 190 cm.


Od 1 lutego wszystkie loty do Warszawy z Toronto i z powrotem obsługiwane będą przez dreamlinery. Mimo niższych kosztów eksploatacyjnych, paliwa i obsługi, samoloty te kosztują LOT mniej więcej tyle samo co stare boeingi, ponieważ wzrastają opłaty za dzierżawę maszyn. Mimo to LOT spodziewa się wzrostu obłożenia samolotów i obrotów ze względu na większą atrakcyjność przelotu nowymi samolotami.
Odpowiadając na pytania "Gońca", dyrektor Piróg zapewnił, że w trakcie opóźnień w dostawie samolotów – łącznie samolot wchodzi w liniach LOT do eksploatacji po czterech latach od zapowiadanej pierwszej dostawy – kontrakt był kilkakrotnie renegocjowany i lotowskie samoloty "są najtańsze". Nie chciał jednak zdradzić, ile Boeing spuścił z ceny lub też jakie wypłacił odszkodowania. Wyraził jednocześnie opinię, że przytoczony przez dziennikarza "Gońca" przykład linii Air India nie jest właściwy, ponieważ to, co mówią na ten temat Hindusi, mija się z prawdą. (Air India miała zgodzić się na odbiór dostarczonych jej dreamlinerów dopiero po wynegocjowaniu od Boeinga odszkodowania w wysokości 500 mln dol. – kwotę taką podał indyjski minister transportu). Odpowiadając na kolejne pytanie "Gońca", czy z uwagi na niższe koszty eksploatacyjne nowe samoloty pozwolą na uruchomienie bezpośredniego połączenia Toronto z Krakowem, dyrektor Piróg odpowiedział krótko "nie", ponieważ strategia LOT-u skupia się obecnie na budowie połączeń w oparciu o hub w Warszawie oraz rozwijanie połączeń azjatyckich – w najbliższych trzech latach do Tokio, Seulu i Szanghaju. Wskazał, że z Warszawy do Krakowa LOT oferuje 7 lotów dziennie. Z perspektywy finansowej latanie z Toronto do Krakowa nie ma sensu – powiedział – ale czas transferu na lotnisku w Warszawie jest bardzo dobry – zazwyczaj poniżej godziny.


Obecnie otrzymane 5 samolotów posłuży do prostego zastąpienia wysłużonych boeingów, natomiast kolejne trzy umożliwią otwieranie nowych połączeń i zwiększanie częstotliwości obsługi istniejących. I tak, już od lutego połączenie na trasie Warszawa-Toronto wzbogaci się o jeden lot dodatkowy tygodniowo. Dyrektor Piróg zapewnił, że docelowo LOT zainteresowany jest codziennymi lotami na tej i każdej innej trasie – licząc zwłaszcza na obsługę ruchu biznesowego. Nie wyklucza się dodatkowych połączeń tak w Kanadzie, jak USA, np. do Miami.
Na pytanie "Gońca", czy LOT w obecnej sytuacji jest otwarty na "przyjazne" przejęcie, dyrektor Piróg przyznał, że de facto LOT jest na sprzedaż, czyli trwają poszukiwania strategicznego inwestora, który zagwarantuje zachowanie misji oraz marki LOT-u. Dyrektor uznał, że LOT to obecnie bardzo dobra inwestycja, ponieważ jest dzisiaj tani, zaś już niebawem, po wprowadzeniu dreamlinerów, sytuacja firmy może się poprawić, obroty wzrosną i wówczas cena będzie inna.


W konferencji prasowej uczestniczyli dziennikarze polonijnych środków przekazu, a także prasy bułgarskiej i węgierskiej diaspory w Kanadzie. Więcej o zaletach dreamlinera w barwach LOT-u można się dowiedzieć na stronach internetowych www.lot.com.


Dreamliner wydaje się być na wskroś nowoczesnym samolotem oferującym znaczną poprawę wygody podróżowania. Reporterowi "Gońca" nie przypadła do gustu tylko jedna innowacja – mianowicie to, że okna w kabinie pasażerskiej pozbawione są mechanicznych zasłon, a ich ściemnianie odbywa się elektronicznie poprzez naciśnięcie guzika. Umożliwia to załodze jednoczesne zatrzaśnięcie okien wszystkim pasażerom, co w niektórych sytuacjach awaryjnych może nie być najlepszym rozwiązaniem. (ak)

piątek, 12 październik 2012 10:16

Kanada-Polska: Zróbmy razem dobry biznes

Napisał

 

    9 i 10 października 2012 r. w Calgary i Toronto miał miejsce Szczyt Gospodarczy, w którym wzięli udział przedsiębiorcy z Kanady i Polski.
     Inicjatorami i zarazem organizatorami tego przedsięwzięcia są Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej oraz Canadian Employers Council. Pod patronatem Ernst and Young Polska, Ernst and Young Canada.


    – Kanadyjsko-Polski Szczyt Gospodarczy to wydarzenie bez precedensu, ponieważ przedsiębiorcy z obu krajów spotkają się po raz pierwszy od przeszło 65 lat – podkreślał wagę wydarzenia prezes Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Malinowski. – Podjęliśmy decyzję o zorganizowaniu misji gospodarczej do Kanady nie bez powodu – kraj ten został bowiem uznany przez Ministerstwo Gospodarki za jeden z pięciu najbardziej perspektywicznych rynków dla naszego kraju.
    Wtorkowe obrady w Calgary były poświęcone energetyce. Kanada jest światową potęgą w tej dziedzinie, dlatego też może być doskonałym partnerem gospodarczym dla Polski, dla której poprawa bezpieczeństwa energetycznego, zróżnicowanie źródeł energii oraz podnoszenie efektywności energetycznej są strategicznymi celami.
    W środę w eleganckich wnętrzach Royal York Hotel przy Front Street w Toronto liczni przedsiębiorcy, jak również przedstawiciele  administracji polskiego rządu z resortów: skarbu, środowiska, finansów, infrastruktury, rolnictwa i gospodarki,  wzięli udział w  Forum Gospodarczym. Reprezentowane było wiele branż, m.in.: petrochemiczna i energetyka (przedstawiciele takich firm, jak KGHM, Tauron, Azoty Tarnów), transportu i komunikacji (PKP Cargo, Polska Żegluga Morska, OT Logistics), wydobywczej oraz górniczej (Kompania Węglowa), finansowo-bankowej (Bank Gospodarstwa Krajowego, Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych), a także maszyn, urządzeń i chemii dla rolnictwa, art. rolno-spożywczych, turystyki i rekreacji, turystyki medycznej, mebli i wyposażenia wnętrz.


    Klimat inwestycyjny w obu krajach jest bardzo sprzyjający. Według raportu A.T. Kearney, Polska w 2010 r. uplasowała się na 6. miejscu na świecie pod tym względem. Na tak wysoką pozycję wpłynęły: stabilność rynku finansowego, elastyczny rynek pracy oraz stale wzrastający popyt na polskim rynku, co przełożyło się na zainteresowanie ze strony inwestorów kanadyjskich. Polska znalazła się na 11. miejscu wśród państw UE pod względem wartości eksportu do Kanady i na 14. miejscu pod względem wartości całkowitego importu z Kanady.


    Polska jest jednym z najstabilniejszych i najprężniej rozwijających się  rynków europejskich. W 2009 r. jako jedyne państwo w Unii Europejskiej nie uległa ona recesji, odnotowując przy tym wzrost gospodarczy.
    Odzwierciedleniem stabilnej sytuacji w Kanadzie i Polsce są wyniki dwustronnej wymiany handlowej. Łączne obroty wymiany handlowej pomiędzy oboma krajami wzrosły w ubiegłym roku o 40 proc. – do poziomu 1,7 mld CAD. Stało się tak przede wszystkim za sprawą eksportu z Polski do Kanady, który osiągnął w 2011 roku rekordową wysokość – blisko 1,5 mld CAD.


    O komentarz na temat wzajemnych stosunków poprosiliśmy przewodniczącego Canadian Employers Council Normana Cote:

cote
Goniec: Dlaczego Polska? Kanadyjski minister finansów właśnie ostrzegał przed kryzysem w Europie, dlaczego, Pana zdaniem, Polska jest dobrym miejscem do inwestowania?


    – Polska przez lata przechodziła tyle kryzysów, że Polacy wiedzą, jak sobie z nimi radzić. I mimo że przeżywamy bardzo głęboki kryzys, który nadal trwa, Polska radzi sobie z nim względnie dobrze – biorąc pod uwagę trudności, jakie mają wszystkie kraje. Kanada – podobnie jak Polska – była w stanie wyjść z kryzysu obronną ręką. Nasza gospodarka, choć może dzisiaj nie rozkwita, to jednak w porównaniu z większością krajów europejskich i Stanami Zjednoczonymi jest w bardzo dobrym stanie.


    – Negocjowany jest układ o wolnym handlu między Kanadą a Unią Europejską. W jaki sposób  poprawi to obecną sytuację?


    – Wolnocłowa wymiana handlowa zawsze przynosi korzyści stronom. Dowodem na to są nasze doświadczenia w wolnym handlu z USA i Meksykiem. Mamy wynegocjowane kolejne porozumienia z niektórymi państwami Ameryki Południowej, zobaczymy, jakie będzie ich znaczenie, bo zostały podpisane rok czy dwa lata temu, ale ogólnie rzecz biorąc, NAFTA miała bardzo pozytywny wpływ i mamy nadzieję, że to samo będzie można powiedzieć o innych układach wolnocłowych, w tym z Europą.


    – Jakie są najbardziej interesujące obszary współpracy Kanady i Polski? Wiem, że wczoraj odbył się szczyt energetyczny...


    –  Energetyka, przemysł wydobywczy i usługi finansowe to sektory, w których w Kanadzie jesteśmy bardzo dobrzy. Sektor bankowy w Kanadzie jest bardzo silny, jeśli nie najsilniejszy na świecie, to jeden z najsilniejszych; to samo można powiedzieć o naszym sektorze energetycznym. Więc to są atuty, bardzo pomocne w kontaktach z naszymi polskimi przyjaciółmi.


    - A jak na tym może skorzystać drobna przedsiębiorczość, bo przecież – tu, w Kanadzie, jest to główna część, z której pochodzi najwięcej podatków. W jaki sposób ci drobni biznesmeni mogą skorzystać na współpracy między Polską a Kanadą?


    – Ma pan rację, drobni przedsiębiorcy zatrudniają w Kanadzie 85 proc. pracowników, tylko 15 proc. pracuje dla wielkich korporacji. Bardziej ożywione kontakty między krajami pozwalają drobnym przedsiębiorcom na nawiązanie współpracy z organizacjami  w Polsce, aby  wykorzystać istniejące nisze.


     – Często słyszymy o korupcji w nowych krajach Unii Europejskiej, Bułgarii, Rumunii, Polsce,  jakie jest Pana zdanie, w jaki sposób wpływa to na prowadzenie biznesu?


    – Korupcja jest wszędzie. Pytanie, do jakiego stopnia. Nawet Kanada nie jest wolna od korupcji, jesteśmy we względnie dobrej sytuacji, ale zawsze tu czy tam pojawiają się problemy z korupcją. Podobnie w Polsce, ale ogólnie rzecz biorąc, poziom korupcji w Polsce nie jest tak wysoki jak w innych krajach, z którymi mamy do czynienia. Nie chcę wymieniać ich nazw, ale z pewnością w porównaniu z innymi krajami europejskimi korupcja w Polsce nie jest największa.


•••


    manitiusPrzed wejściem na salę obrad spotkaliśmy znanego polonijnego przedsiębiorcę Witolda Manitiusa z firmy Polimex.


    Goniec: Co Panu daje udział w tej konferencji, jakie korzyści Pana firma może odnieść?


    Witold Manitius: Mam nadzieję, że jest to kolejne nowe otwarcie w stosunkach polsko-kanadyjskich, w których generalnie widać ożywienie, w związku z tym mamy nadzieję na możliwości  dla nas. Z krótkiej informacji, którą otrzymałem, widzę dla swojej firmy możliwości, gdy chodzi o promowanie wyjazdów do Polski w  zakresie turystyki i turystyki medycznej oraz możliwości świadczenia usług w przewozach pomiędzy Kanadą a Polską.


    – Turystyka medyczna to głównie sanatoria?


    – Nie tylko, również zabiegi. W Polsce powstaje całkiem przyzwoita infrastruktura, która jest bardzo konkurencyjna cenowo.


    – Ale tu mamy OHIP.


    – Mamy OHIP, ale najwyraźniej tendencja jest taka, że coraz mniej w ramach OHIP-u dostajemy za swoje pieniądze. Wiele rzeczy zrobiono w Polsce na dobrym poziomie i one są konkurencyjne cenowo. Czasem może się okazać, że lepiej coś zrobić w Polsce niż tu na miejscu. Weźmy usługi dentystyczne. Sam ostatnio potrzebowałem mieć zrobiony pewien zabieg i poważnie brałem możliwość zrobienia go w Polsce. Gdyby oferta polska  była mi lepiej znana, gdybym miał lepszą wiedzę, to może właśnie tam bym go zrobił.
    Generalnie uważam, że między Polską a Kanadą jest wiele możliwości, szczególnie w kontekście ostatnio negocjowanej umowy o wolnym handlu, CEFTA.


    – Czy Pana dzisiejsze zapory celne jakoś dotykają?


    – Mnie nie, bo ja nie jestem w handlu, natomiast moich klientów, tak. Dwa tygodnie temu byłem na prezentacji, gdzie negocjator z ramienia rządu kanadyjskiego oficjalnie oświadczył, że 98 proc. produktów, które są przewożone między Europą a Kanadą,  bardzo szybko  zostanie zwolnione z cła. To by miało bardzo duże znaczenie.
    Umowa o wolnym handlu, która ma być podpisana przed końcem tego roku, stanowi olbrzymi potencjał dla firm, przede wszystkim dla firm europejskich, dla których rynek kanadyjski jest bardzo atrakcyjny. Jest oczywiście też potencjał dla firm kanadyjskich, ale przede wszystkim dla europejskich, jak polskie, produkujących dobrej jakości towary, które obecnie są drogie na rynku kanadyjskim, albo ich w ogóle nie ma. Natomiast to otwarcie, które nastąpi po podpisaniu tej umowy, to potężne wsparcie towarów europejskich w tym samym momencie, kiedy towary z Dalekiego Wschodu, a głównie z Chin, zaczynają być coraz droższe. A mamy do nich uprzedzenia co do jakości i innych problemów.
    Towary europejskie słyną z jakości, dlatego jest to olbrzymi potencjał dla firm europejskich, w tym dla polskich, że mogą przeskoczyć konkurencję azjatycką. Przykład mebli, które w tej chwili są oclone na poziomie 9 – 15 procent. Całkowite zniesienie tych ceł to 15 proc. oszczędności dla importera, podczas kiedy jego konkurent sprowadzający z Chin nie ma oszczędności, tylko musi się liczyć z faktem wzrostu kosztów...


Za tydzień dalsza część relacji

piątek, 07 wrzesień 2012 17:49

"Pijtie wkusnyj czaj..." albo do "Rosji" bez wizy

Napisane przez

Z Mołdawii do Naddniestrza czyli Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej(!) najczęściej wjeżdża się przez przejście "graniczne" w Benderach. Co ciekawe, w ostatnim czasie z nazwy "państwa" zniknął przymiotnik, "socjalistyczna". Inną – chyba nawet ciekawszą – opcją jest przekroczenie naddniestrzańskiej "granicy" pomiędzy miastami Rezina i Rybnica. Można tu dodać, że dodatkową atrakcją jest możliwość odwiedzenia prawosławnego sanktuarium w Sacharna czy bardziej po mołdawsku (lub jak kto woli. rumuńsku) w Saharna, kilka kilometrów od Reziny. Sam " checkpoint" to dwa baraki, w których naddniestrzańscy pogranicznicy cierpliwie wpisują do księgi wjazdów nazwiska wszystkich, którym przyszło do głowy odwiedzić to nieco nierealne, miejsce. Każdy podróżny dostaje też przy wjeździe wydrukowaną, tylko po rosyjsku, "bumagę", w której należy podać cel wizyty oraz adres osoby, której będzie składana wizyta. Co ciekawe, nikt tego nawet nie czyta, nie mówiąc już o sprawdzaniu. Mimo to Rosjanka z Tweru pracowicie wypełnia otrzymaną karteczkę, a w pewnej chwili dzwoni do siostry, którą przyjechała odwiedzić, by upewnić się. czy podany przez nią numer mieszkania jest właściwy! Dwa obiekty, które natychmiast rzucają się w oczy, to sąsiadujące ze sobą: kościół katolicki i cerkiew prawosławna. Oba obiekty stosunkowo nowe, przy czym starszy jest... kościół! Gdy rozpadał się Związek Sowiecki. do Naddniestrza, które wszak nawet nie istniało jako odrębny twór "państwowy". dotarli polscy księża sercanie i to oni jako pierwsi rozpoczęli działalność misyjną w tym skrajnie zateizowanym regionie imperium sowieckiego. Budowniczym kościoła w Rybnicy jest ks. Marek Magierowski. do dziś będący tam proboszczem. Kościół został konsekrowany w 2003 roku, a dokonał tego Józef kard. Glemp! Dopiero później pojawiła się po sąsiedzku parafia prawosławna, mająca być najwyraźniej "przeciwwagą" dla wpływu "papistów"?


    Transport publiczny w Naddniestrzu nie poraża może nowoczesnością, ale trzeba przyznać, że jest zorganizowany dość sprawnie. Podróż z Rybnicy do Raszkowa jest więc chyba nawet łatwiejsza niż podróż pomiędzy odległymi dzielnicami jednego polskiego miasta? Do celu wiezie nas poczciwy, węgierski ikarus w wersji "dalekobieżnej". Oczywiście każdy cudzoziemiec jest tu traktowany jako swoista "ciekawostka przyrodnicza", co oznacza, że pasażerowie bardzo chętnie nawiązują rozmowę. Nie oznacza to wcale zwykłego dialogu, gdyż do dwójki rozmówców szybko dołączają kolejne osoby, a to dopytując o różne interesujące JE kwestie, a to prostując nieprawdziwe w ich mniemaniu, informacje przekazywane podróżnemu. Taki zresztą los był udziałem podróżującego ze mną kolegi, który wdał się w pogawędkę ze swoim współpasażerem, jak się okazało, byłym oficerem armii sowieckiej, który miał za sobą "internacjonalistyczną" misję w Czechosłowacji w 1968 roku. Jego gorące zapewnienia, że wcale nie chciał tam jechać, że wykonywał tylko rozkazy, że lubił Czechów i Słowaków, przerywane były szyderczymi komentarzami innych pasażerów i wybuchami gromkiego śmiechu. Poza rozmową podróż umila muzyka; głównie rosyjskie i ukraińskie przeboje popowe, rockowe, a nawet lekko jazzowe...Tu po raz pierwszy przyszło mi usłyszeć folk-rockowy utwór "Pijtie wkusnyj czaj". Cel tej części podróży, Raszków, wita przyjezdnych pomnikiem Ilicza i rozwieszonym nad drogą transparentem w czerwonym kolorze z białym napisem. Ponieważ na dniach będzie tu obchodzone święto 1 Maja, skojarzenie jest oczywiste i... całkowicie mylne! Napis bowiem głosi "Christos woskriesien! Woistino woskriesien!"! Synkretyzm kulturowy, który może być wyzwaniem dla niejednego antropologa, socjologa czy politologa; komunistyczna forma i religijna treść! Raszków to biedna wieś; bezrobocie jest tu ogromne, po likwidacji kołchozu pracę zapewniają chyba tylko nieliczne sklepy. Wokół jest czysto i bardzo schludnie. Cieszy, widoczny zresztą i po drugiej stronie Dniestru, brak wszechobecnych w Polsce graffiti. Prawdopodobnie jest on podyktowany biedą, a co za tym idzie, brakiem środków na zakup farb, ale i tak efekt końcowy (czy może raczej brak jakichkolwiek efektów?) jest godny naśladownictwa. Idąc przez wieś, widać, że młodych jest tu mało, a nawet bardzo mało. Dominują ludzie starsi, jest trochę dzieci, ale praktycznie nie widać młodzieży i ludzi w średnim wieku. Wystarczy chwila rozmowy, by potwierdziły się przypuszczenia: wyjechali... Do pracy, po naukę, w poszukiwaniu lepszego życia.


    Kilka minut drogi od przystanku położony jest kościół katolicki. Dokładnie ten sam, w którym autor Trylogii umieścił ślub Michała Wołodyjowskiego z Hajduczkiem! Odbudowany, z zewnątrz niewiele różni się od tego sprzed kilku wieków i dopiero wnętrze przypomina, że mamy XXI wiek, a historia obchodziła się z tym miejscem wyjątkowo brutalnie. Ponieważ trafiamy akurat na wieczorną mszę, bez problemu dostajemy się do wnętrza. Niestety, nie ma tu niczego "historycznego". Surowe ściany, prosty ołtarz, "nowoczesne" ławki bardziej przypominają wnętrze świątyni któregoś z wyznań protestanckich niż kresowy kościół. Do mszy służy... ministrantka! Jak się okaże, "braki kadrowe" wymuszają tu rozwiązania, które w niejednej polskiej, szczególnie wiejskiej parafii nie zostałyby przyjęte z uznaniem. Ksiądz proboszcz jest Polakiem, ale... miejscowym! Kilka kilometrów od Raszkowa leży bowiem Słobodzia Raszkowska, jedyna wieś w Naddniestrzu, gdzie przetrwali Polacy. Inna sprawa, że – jak mówi ksiądz Marcin – i w samym Raszkowie nie brakuje ludzi z polskimi korzeniami, tyle tylko, że lata - wpierw rusyfikacji, a później sowietyzacji – zrobiły swoje i nikt tu nie uważa się za Polaka.


    Nie zachował się nawet najmniejszy ślad stanicy, której komendantem "był" płk Wołodyjowski. Natomiast to, co zachwyca dziś, a zapewne zachwycało i w czasach I Rzeczypospolitej, to widok na Dniestr. Rzeka płynie tu w zakolu, a kościół i spora część wsi położone są na wysokim i dość stromym brzegu. Widok płynącego w dole Dniestru i wsi na drugim brzegu zapiera dech w piersiach. Nieco wyżej niż kościół są za to skalne ściany, zupełnie niepodobne do tych znanych z mołdawskich krajobrazów. Bez wątpienia dla tych widoków warto ponieść trudy podróży z Polski. W pobliżu jest więcej "literackich" miejsc; wszak to tu, na terenie Naddniestrza znajduje się jar Horpyny, w którym wiedźma strzegła kniaziewiczówny, to również w Naddniestrzu na pal został nawleczony Azja Tuhajbejowicz! Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że całe to "państwo" można przejechać w parę godzin, to atrakcji jest tu niemało. Północne Naddniestrze jest zresztą zdecydowanie bardziej malownicze niż – bardziej zaludnione – południe. Oczywiście tutejsze pagórki to nie szczyty Karpat czy chociażby Krymu, niemniej jednak nadają okolicy bardzo malowniczy charakter.


    Mimo iż jest ciepłe, wiosenne, sobotnie popołudnie, we wsi trudno spotkać kogokolwiek. Nieliczni napotkani mieszkańcy pielą grządki w przydomowych ogródkach. Praktycznie wszyscy to osoby starsze i tylko czasami widać krzątające się przy nich dzieci. Kilku nastolatków spotykamy dopiero w sklepie "wielobranżowym". Nic nie kupują, a jedynie wpadli pogadać ze sprzedawcą. Chętnie służą radą przy wyborze wina, polecając "naddniestrzańskie porto", jak się wkrótce okaże, wyjątkowo obrzydliwe i bodaj najgorsze z mołdawskich win, jakie miałem okazję pić!


    Następnego dnia na przystanku czekamy wraz z grupą "tubylców" na przyjazd autobusu. Polszczyzna niemal natychmiast wzbudza zainteresowanie. Po raz kolejny potwierdza się teza o wyludnianiu się Naddniestrza. Ludzie z przystanku to – z jednym wyjątkiem – osoby starsze. Tym wyjątkiem zaś jest kilkuletnia dziewczynka, która wybiera się z babcią w odwiedziny do... rodziców. Ci wyjechali do Rybnicy "za chlebem", ale warunki mieszkaniowe nie pozwalają im mieszkać z córką, więc zostawili ją pod opieką dziadków. Z rozmowy łatwo wywnioskować, że ludzie są tu przygnębieni i zrezygnowani. Lata młodości minęły, a zamiast szczęśliwej starości jest bieda i walka o byt. W pewnym sensie można zrozumieć ich tęsknotę za władzą sowiecką, która wszak "dawała" dom, pracę, a na starość emeryturę, o wiele więcej wartą od tej otrzymywanej dziś. Co więcej, dla ludzi od pokoleń żyjących na wsi osobistą tragedią jest fakt, że dzieci nie mogły zostać na miejscu, by pomagać starym rodzicom, ale muszą "tułać się" po świecie w poszukiwaniu pracy i zarobku. Stary raszkowianin niemal przez łzy opowiada o tym, jak kiedyś tętniło tu życie, pokazując przy tym kolejne opuszczone domy, w których – po śmierci staruszków – nie ma kto zamieszkać. No cóż, miejsce malownicze, ceny niskie, nawet kościół katolicki na miejscu, więc może polscy emeryci skorzystają z okazji? Skoro emerytowani Niemcy mogą mieszkać w Hiszpanii, a Brytyjczycy w południowej Francji...


    Tym razem na przystanek autobusowy podjeżdża niemiecka setra. Co prawda ząb czasu dość wyraźnie ją nadgryzł, ale znając dbałość tutejszych kierowców o pojazdy, można założyć, że pojeździ tu jeszcze z kilkanaście lat. Brak rubli naddniestrzańskich okazuje się nie być przeszkodą w kupieniu biletów. Mimo antymołdawskiej propagandy oficjalnych czynników, kierowca chętnie przyjmuje zapłatę w mołdawskich lejach. Mimo że teoretycznie tutejszy rubel jest nieco mocniejszy od leja, w praktyce wszyscy przeliczają 1/1. Oczywiście z wyjątkiem banków i kantorów, które wszak muszą na czymś zarabiać. Droga powrotna wiedzie ponownie przez Rybnicę. Miasto jest dość odświętnie przystrojone, a podejrzenia, że przyczyną jest nadchodzący 1 maja, okazują się fałszywe! Dzień wcześniej brał tu bowiem ślub Jewgienij Szewczuk, nowy prezydent Naddniestrza, który po wielu latach zastąpił na tym stanowisku Igora Smirnowa. Szewczuk pochodzi z Rybnicy i w tutejszym urzędzie stanu cywilnego, powiedział "tak" swojej wybrance. No właśnie...Czy rzeczywiście swojej? Niemal każdy mieszkaniec Naddniestrza opowiada, jak to wysłannik Putina do Naddniestrza, Dimitrij Rogozin, KAZAŁ ożenić się Szewczukowi, uzasadniając polecenie stwierdzeniem, że "prezidentu bez żieny, zit' nie lzia"! I "niezawisły" prezydent w te pędy polecenie wykonał... Co więcej, niemal wiernie kopiując zwyczaje panujące w pewnej sycylijskiej niejawnej organizacji, tuż po wygranych wyborach nowy prezydent zabrał się za czystkę w administracji, "wycinając" gdzie tylko się da ludzi swojego poprzednika. Tyraspolski taksówkarz z wypiekami na twarzy opowiadał, jak to milicja "w ostatniej chwili" zatrzymała na granicy żonę byłego ministra spraw wewnętrznych z walizkami wyładowanym "jewro"... Oczywiście zupełnie "przypadkiem" akurat przejeżdżała obok ekipa miejscowej telewizji, która wszystko udokumentowała dla potomnych. Ciekawostką Rybnicy może być również to, że czwartą co do wielkości grupę narodowościową stanowią tu Polacy, wyprzedzając nawet Białorusinów. Niestety, poza wspomnianym już kościołem, w Rybnicy niewiele jest do oglądania; "stara" Rybnica położona tuż nad brzegami Dniestru "odpłynęła" wraz z powodzią w latach 50. ubiegłego wieku. "Nową" wybudowano na wysokiej skarpie, tak by kolejna powódź już jej nie zagroziła. Blokowiska prezentują się obrzydliwie, za to można sobie wyobrazić widok z ich okien, o ile wychodzą na rzekę... No cóż, zawsze to odrobina koloru w szarej rzeczywistości. Dla miłośników starych autobusów niewątpliwą gratką są stojące na rybnickim dworcu autobusowym PAZ 652, ŁAZ 695, które produkowano w czasach gdy sowieccy kosmonauci rozpoczynali "podbój kosmosu",czy "nowszy", bo z lat 80., PAZ 3205. Inna sprawa, że wszystkie mają instalację gazową, o czym świadczą rzędy butli gazowych, dumnie dźwiganych na dachach! Cóż, przy spalaniu benzyny w ilości ~30 litrów na 100 kilometrów rozwiązanie ma niewątpliwie uzasadnienie ekonomiczne.


    Najwyraźniej kierowcy autobusów słuchają tu jednej płyty, bowiem z głośników płyną te same melodie, które płynęły w drodze do Raszkowa? Nie da się przy tym ukryć, że dobrze świadczy to o gustach muzycznych tutejszych kierowców autobusów, gdyż utwory prezentują poziom o kilka klas wyższy, niż – jakże popularne u nas – disco polo. Oczywiście i w autobusie, i na ulicach dominuje język rosyjski. Rosjanie nie są tu aż tak dominującą grupą narodowościową, jak mogłaby na to wskazywać używalność języka, niemniej jednak rosyjski zdominował Naddniestrze bezdyskusyjnie. Nawet mieszkający tu w dużej liczbie Ukraińcy, mimo bliskości Ukrainy, całkowicie się zrusyfikowali. Wszelkie szyldy, reklamy, tablice informacyjne są tu po rosyjsku. Mimo że – w myśl prawa międzynarodowego – jesteśmy w Mołdawii, trudno tu znaleźć jakikolwiek na to dowód. Co więcej, Mołdawia jest tu cały czas przedstawiana jako agresor i zagrożenie, które powstrzymać może tylko "bratnia Rosja". Można oczywiście zapytać, czy w tej sytuacji jest szansa na "repolonizację" tutejszych Polaków? Patrząc na Słobodzię Raszkowską, wydaje się, że tak! W sytuacji konfliktu mołdawsko-rosyjskiego, ukraińskiej biedy i beznadziei panującej w Naddniestrzu, polskość mogłaby być ciekawą i atrakcyjną alternatywą dla "zgubionych polskich owieczek". Co więcej, przywrócenie ich na łono Narodu Polskiego mogłoby dokonać się stosunkowo szybko i nakładem bardzo małych środków. Trudno jednak wyobrazić sobie, by było to możliwe przy tym prezydencie, przy tym premierze, przy tym ministrze spraw zagranicznych...


    Wyjeżdżając z Rybnicy na południe, niemal natychmiast zauważymy zmianę krajobrazu. Podróż ponownie umila nieśmiertelny przebój " Pijtie wkusnyj czaj", niezidentyfikowanego rosyjskojęzycznego zespołu. Za oknami autobusu szybko znikają pagórki, a zamiast nich pojawia się gładka niczym stół równina. Dawniej step, dziś częściowo uprawiana, częściowo zaś powróciła do pierwotnego stanu i uległa wtórnemu stepowieniu. Pasażerowie autobusu, którzy dosiedli się w Rybnicy, z pewnym zaciekawieniem przyglądają się, rzadkim tu, cudzoziemcom. Standardowe pytania: do kogo, po co, co tu oglądać i oczywiście narzekania, na biedę, brak pracy, brak perspektyw...
    Bendery witają nas brzydkim, choć czystym dworcem autobusowym. Jak wszędzie w Mołdawii, tak i tu trawniki, nagrzane promieniami słonecznymi betonowe chodniki okupowane są przez watahy bezdomnych psów i pojedyncze egzemplarze kotów. Mimo przysłowiowej wrogości przedstawiciele obu gatunków bez problemu się tolerują. Lata życia w półdzikim stanie i krzyżowanie się wielu ras dały dość ciekawy efekt: wszystkie psy zaczęły nosić cechy czegoś w rodzaju nowej rasy! Są średniej wielkości, "mysio" umaszczone, z obwisłymi uszami... Cóż, może za kilka lat do dobrego tonu będzie należało hodowanie psa rasy mołdawskiej nizinnej? W każdym razie, gdyby tak się stało, to roszczę sobie prawo pierwszeństwa jeśli chodzi o opis i nazwę nowej rasy!


    Kilkanaście minut drogi od dworca znajduje się twierdza Bendery, czyli cel naszego przyjazdu. Po drodze mijamy posterunek "graniczny" blokujący drogę z Mołdawii. Transporter opancerzony BTR, gniazdo karabinów maszynowych i siatka maskująca robią dość komiczne wrażenie. Tym bardziej, że siatka, zamiast maskować, wręcz "stygmatyzuje" posterunek. Oczywiście trudno przepuścić okazję i nie zrobić paru zdjęć... Nie tylko zresztą posterunkowi; brama koszar z czerwonymi gwiazdami, bojowy wóz piechoty – pomnik na chwałę "obrońców Bender przed faszystowską agresją Mołdawii" (w 1990 roku) czy wszechobecne pomniki armii rosyjskiej i sowieckiej są wyjątkowo wdzięcznymi "modelami". Najwyraźniej jednak ktoś z posterunku lub z koszar miał inne zdanie na ten temat, bo już kilkanaście minut później, kilkadziesiąt metrów od nas pojawia się terenowy samochód z ciemnymi szybami. Nikt z niego nie wychodzi, ale będzie nam towarzyszył przez kilka najbliższych godzin.


    Sama twierdza, czyli kriepost', położona jest na terenie koszar i można ją oglądać przy okazji świąt: pracy, zwycięstwa oraz w dniu armii rosyjskiej. Niestety, 29 kwietnia nie jest żadnym z tych dni, wobec czego możemy obejrzeć twierdzę jedynie zza płotu... Szkoda! Ciekawostką w przypadku Bender jest fakt, że leżą one po "mołdawskiej" stronie Dniestru, a więc – w przeciwieństwie do reszty Naddniestrza – na jego zachodnim brzegu. Kolejny etap naszej podróży to stolica Naddniestrza, Tyraspol. By się tam dostać, można wybrać autobus lub trolejbus. Oczywiście wybieramy trolejbus, a więc środek transportu dla nas "egzotyczny". Bodaj najciekawszą budowlą po drodze jest stadion piłkarski Szeryfa (Sheriffa) Tyraspol, na przedmieściach stolicy. Nie jest to może Camp Nou czy Maracana, ale i tak robi wrażenie. W każdym razie na tle szarej i biednej architektury Tyraspola wyraźnie się wyróżnia. Miasto, jak wszystkie tutaj, jest bardzo czyste. Niestety, nie ma w nim chyba niczego, co mogłoby stanowić jego atrakcję. Co więcej, dla kogoś niezorientowanego jest to typowe prowincjonalne miasto rosyjskie! W przeciwieństwie do Bielc, Sorok, a nawet Rybnicy nie ma w nim nic, co mogłoby uchodzić za mołdawskie. Kto wie, czy nie jedyną "atrakcją" miasta jest sklep firmowy miejscowych zakładów alkoholowych Kvint? Bo rzeczywiście, w przeciwieństwie do przaśno-sowieckich sklepów spożywczych, czy nawet "supermarketu" Sheriff – podobnie jak klub sportowy i sieć stacji paliw o tej samej nazwie, należących do rodziny byłego prezydenta Igora Smirnowa – sklep zakładów Kvint robi absolutnie "zachodnie" wrażenie. Wykończony ciemnym drewnem, z podświetlanymi wnękami, w których "pysznią się" wytwory gorzelni i winnic należących do Kvinta. Samych koniaków jest tu z kilkanaście gatunków. Co ciekawe, nikt nie przejmuje się tu faktem, iż według Francuzów tylko ich produkty, i to jedynie z regionu Cognac, mogą nosić taką nazwę. (...) Trzeba zresztą przyznać, że miejscowe w niczym nie ustępują mołdawskim, a francuskie zostawiają w tyle o kilka długości!
    Ostatnim, i być może najciekawszym akcentem pobytu w Naddniestrzu była rozmowa z miejscowym taksówkarzem, który wiózł nas do Odessy. Stiepan, bo tak miał na imię, to człowiek około czterdziestoparoletni, a więc ktoś, komu przyszło żyć zarówno w Związku Sowieckim, jak i w "niepodległym" Naddniestrzu. O tej niepodległości ma on zresztą jak najgorsze zdanie. Dla Stiepana czas sowiecki to najlepsza część jego życia i historii tego miejsca. Co ciekawe, jak sam się pochwalił, legitymuje się on aż trzema paszportami: naddniestrzańskim, mołdawskim i rosyjskim. Ten pierwszy jest ciekawym eksponatem kolekcjonerskim, bo nikt na świecie go nie honoruje, drugi to chęć pokazania przez Mołdawię, że nadal jest suwerenem na tym terenie. A rosyjski? No cóż, w przeciwieństwie do asekuranckiej polityki Polski, Rosja nie przejmuje się opinią międzynarodową i wszędzie tam, gdzie znajdzie Rosjan albo i "Rosjan", hojną ręką rozdaje swoje paszporty. Najbardziej jaskrawe przykłady tej polityki faktów dokonanych to Krym i właśnie Naddniestrze. Z jednej strony, ma to utwierdzić miejscową ludność w ich rosyjskości, z drugiej zaś, jest kartą przetargową w negocjacjach z Mołdawią i... Ukrainą. Ukraina bowiem ma własny pomysł na Naddniestrze, który przewiduje przyłączenie go do Ukrainy... Mołdawia otrzymałaby w zamian Besarabię. Oczywiście Stiepan wie o tych pomysłach i budzą one w nim wrogość.
    – Tu ma być Rosja! Bo my jesteśmy Rosji potrzebni... My tu stoimy NATO, Turcji, Ameryce, Rumunii i Ukrainie jak kość w gardle! Co nam taka Ukraina zaoferuje? A Rosja? Proszę bardzo, oni już na Syberii dają każdemu chętnemu dom z meblami, samochodem w garażu i 40 hektarów ziemi! Za darmo!
    Na uwagę, że póki co, to Syberię kolonizują Chińczycy, Stiepan wścieka się:
    – Jacy Chińczycy? My ich możemy kijami pogonić i co? Kto nam zabroni?
    – Chiny?
    – A co oni tam mogą?
    Gdy wyjeżdżamy z Tyraspola, Stiepan z dumą pokazuje na kwitnące przy drodze drzewa owocowe:
    – Patrz! Wiśnie, śliwy, jabłonie, grusze, morele, brzoskwinie, czereśnie... Tu były największe sady w Europie! 10 tysięcy hektarów!
    – To dlaczego zdziczały? Dlaczego nikt się tym nie zajmuje?
    – Rosja jakby chciała, to już by nas przyłączyła! Rogozin był niedawno i tak mówił...
    Cóż, najwyraźniej zadałem nie to pytanie co trzeba albo nasz kierowca go "nie zrozumiał"?
    Już całkowicie ostatnim akcentem jest odprawa paszportowa. Oczywiście okazuje się, że brakuje nam pieczątki i jest to – ojojoj – straszne wykroczenie... Tak straszne, że kosztuje 60 dol. kary! Płatnej oczywiście w banku... Chwilowo nieczynnym! No cóż, "wyrozumiały" major bezpieczeństwa przymknie oko na tę straszną zbrodnię... Za 30 dol. możemy jechać dalej...
    Już po ukraińskiej stronie Stiepan włącza radio, a z głośników dobiega piosenka "Pijtie wkusnyj czaj"...


Bogdan Pliszka
Polska

 

piątek, 24 sierpień 2012 18:55

Niezwykły mieszkaniec Dąbrowy Tarnowskiej

Napisane przez


PiotrekPiotr Radoń jest dziewiętnastoletnim mieszkańcem Dąbrowy Tarnowskiej. Data jego przyjścia na świat w 1993 r. była szczególna, bo 1 czerwca. Niestety chłopiec urodził się z bardzo rzadką wadą: bez rąk i nóg. Po narodzinach w szpitalu zapytano jego rodziców, czy będą go zabierać do domu? Ludzie ci nad odpowiedzią nie zastanawiali się, bo dla nich była oczywista: to ich dziecko i musi być z nimi! Nikt nie wierzył, że mając już trójkę dzieci, poradzą sobie z tak chorym czwartym…


Czymś, co zaskakuje, jest fakt, że mimo iż Piotrek jest tak bardzo doświadczony przez los, nie przestaje być optymistą i często się uśmiecha. Mówi też, że jego kryzys związany z tym, jak wygląda, minął już dawno. Twierdzi, że swoją chorobę uświadomił sobie w wieku 12 lat. Dziś rozumie, że taki się urodził i musi z tym żyć. Mówi, że bez rąk i nóg można funkcjonować: uczyć się, rozwijać, marzyć i mieć ambicje, a tych ostatnich mu naprawdę nie brakuje. Trudno uwierzyć, ale jest nad wyraz samodzielny, można powiedzieć, że może nawet bardziej niż niejeden pełnosprawny. Zna się też bardzo dobrze na komputerach i jego obsługa nie stanowi dla niego problemu i tajemnicy. Wszystko opanował sam. Klawiaturę opiera na grubych książkach i wystukuje litery pałeczką laryngologiczną. Pisze bardzo szybko i mówi, że to jego autorski, opracowany kilka lat temu pomysł. Stara się żyć, jak każdy młody człowiek. Sam też pisze listy i apele do różnych fundacji, miejsc, osób, szuka sponsorów i to są jego decyzje, kiedy, w jakim urzędzie i z kim chce porozmawiać. Rodzice biorą go tylko na ręce, a resztę załatwia sam.
Niestety, spraw do załatwiania jest coraz więcej. Do 18 lat Piotr miał konto w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Stowarzyszenie organizowało dla niego różne zbiórki pieniędzy na potrzebne leki, rehabilitację, leczenie itd. Teraz samodzielnie musi szukać darczyńców. Pisał już do wielu fundacji, jednak niestety żadna nie odpowiedziała. Wyjątkiem była tylko prowadzona i założona przez Annę Dymną "Mimo Wszystko". Piotr, będąc młodszy, myślał, że po osiągnięciu pełnoletności wszystko będzie łatwiejsze. Niestety, przekonuje się, że jest wprost przeciwnie. Na ulgę nie może liczyć nikt, nawet ktoś, kto, jak się wydaje, wykorzystał limit cierpienia.
Obecnie Piotr ma protezę prawej ręki i kończyn dolnych, którą stanowią płyty platformowe z zamontowanymi metalowymi "nogami" podpierającymi korpus. Dzięki tzw. chodzikowi może wykonywać proste codzienne czynności. Wszystkie te udogodnienia zawdzięcza życzliwości i pomocy innych ludzi.


346aacdc-6968-11e1-9063-0025b511229eMówiąc o Piotrze i jego rodzinie, należy zaznaczyć, że nawet zwykłe zaszczepienie lub pobranie krwi to dla nich poważna sprawa. Muszą jechać do Krakowa, w Dąbrowie bowiem brakuje specjalistów mogących i potrafiących wykonać taki zabieg u osoby bez rąk i nóg. Również do dentysty jeździ do stolicy małopolski.


Piotr jest bardzo inteligentnym młodym człowiekiem marzącym o dalszym kształceniu. Nie chce być skazany na dom i marzy o studiach informatycznych, dziennych na AGH w Krakowie. Wie, że to bardzo trudne przedsięwzięcie zarówno dla niego, jak i jego rodziców. Mimo to nie poddaje się i przygotowuje do tego kroku. Na razie z wyróżnieniem ukończył zarówno gimnazjum, jak i liceum ogólnokształcące o profilu informatycznym. Zdał w tym roku maturę, a średnia ocen wyniosła 4,8. Pozytywnie zaliczył też kurs grafiki komputerowej. Piotr, myśląc o przyszłości, martwi się nie tyle o siebie, co właśnie o rodziców. Mówi, że są coraz starsi i chciałby im pomóc, zarabiając pieniądze, a jak mówi, jako informatyk łatwiej znalazłby zatrudnienie.


Niestety, obecnie życie Piotra ponownie jest na zakręcie. Pojawiła się u niego uciskająca płuco skolioza. Chłopak ma problemy z oddychaniem i obniżoną odporność powodującą szybsze łapanie infekcji. Choroby zwiększyły częstość przyjmowania kosztownych lekarstw oraz niezbędne są specjalistyczne urządzenia. Potrzebna jest też rehabilitacja. Wszystko to przekracza możliwości finansowe rodziny. Piotr wraz z rodzicami odwiedził już wielu lekarzy, którzy są zgodni, że wymaga operacji zmniejszenia skoliozy, jednak sami przez wzgląd na złożone nieprawidłowości w jego budowie ciała nie podejmą się leczenia. Nadzieją jest operacja, która może zostać wykonana w jednym z amerykańskich szpitali, jednak koszty z nią związane są bardzo wysokie. To kilkaset tysięcy złotych. Piotr chciałby też pojechać na turnus rehabilitacyjny. Jego koszt to 6 tys. zł, gdyż musi być z drugą pełnosprawną osobą.


Dziś Piotrek ma dwa marzenia. Chciałby móc kiedyś w przyszłości zasiąść w kokpicie samolotu obok pilota, by móc obserwować jego pracę, oraz drugie i chyba ważniejsze: pojechać do Stanów Zjednoczonych, by ratować swoje zdrowie.

1-6419

piątek, 24 sierpień 2012 17:30

Pozdrawiam chińskie miasta

Napisane przez

W ciągu swojej ponad już pięcioletniej odysei po Państwie Środka miałem okazję odwiedzić kilkanaście chińskich miejscowości, tych dużych wizytówek jak i tych mniejszych, mniej znanych. Każde z tych miejsc pozostawiło pewne wspomnienie, które teraz krótko opiszę:
Huizhou (prowincja Guangdong) – to miasto wymieniam jako pierwsze, bo jest to pierwsze miasto, jakie widziałem w Chinach, i tam się to wszystko zaczęło. Przeżyłem tam szok ! To stamtąd wypuściłem się do Guangzhou i Hongkongu, a tam jeszcze większy szok, ale już inny.


Chongqing (miasto na prawach prowincji, dawniej Syczuan) – to mało jeszcze znane miasto robi ogromne wrażenie. Las drapaczy chmur, wkomponowany w górzysty teren oraz starą architekturę, robi oszołamiające wrażenie. Dość tanie w porównaniu z innymi miastami takiego kalibru. Byłem tam dwa razy. Raz turystycznie i raz jako przedstawiciel Centrum Studiów Polska-Azja na konferencji organizowanej przez lokalne władze miasta Chongqing.


Changsha (prowincja Hunan) – tu mieszkałem przez rok, więc wspomnień mam bardzo dużo, m.in. Uniwersytet Hunan, na którym zgłębiałem tajniki języka chińskiego, poznałem masę ludzi z całego świata, niezapomniane imprezy do rana i wycieczki, ostre jedzenie, odkrywanie Chin na poważnie. Jednak najważniejsze jest to, że to rodzinne miasto mojej narzeczonej, co pozwala mi w jakimś stopniu powiedzieć, że Changhsa to moje rodzinne strony.


Pekin (stolica i miasto na prawach prowincji) – pierwsza wizyta dość późno, bo dopiero w maju 2010 roku. Pierwsze wrażenie super, czysty język chiński bez naleciałości regionalnych. Teraz po licznych wizytach ("byłem tam ze sto razy") już mi spowszedniało, ale jakkolwiek by patrzeć, wszak to stolica.


Tianjin (miasto na prawach prowincji) – tu wrażenia odwrotne względem Pekinu, im więcej tam przebywam, tym bardziej je lubię, a muszę powiedzieć, że na początku nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, to dziś bardzo mi się podoba. W końcu tam mieszkam. Chiny rozwijają się w bardzo szybkim tempie, a Tianjin jeszcze szybciej.


Prowincja Zhejiang – bardzo bogata prowincja. Odwiedziłem tam Jining, Lishui, czyli rodzinne miasteczko mojego chińskiego przyjaciela. Byłem również w największej hurtowni świata w mieście Yiwu. Przejazdem byłem również w Hangzhou.


Szanghaj (miasto na prawach prowincji) – tego nie trzeba komentować, przepych na każdym kroku.


Hongkong – stara angielska kolonia, jedno z finansowych centrów świata i jak powyżej przepych na każdym kroku, masa obcokrajowców.


Zhangjiajie (prowincja Hunan) – tam można się zjednać z naturą. Wspaniałe górskie widoki, chińskie mniejszości narodowe. Tam zatrzymał się czas. W pobliżu kolejne piękne stare miasteczko Fenghuang, też tam byliśmy.


Chengdu (prowincja Syczuan) – to rodzinne strony pandy wielkiej. Ostre jedzenie i ponoć najładniejsze Chinki.


Nanjing (prowincja Jiangsu) – rodzinne miasto mojego przyjaciela. Drapacze chmur robią wrażenie, tradycja łączy się z nowoczesnością. Dość bogaty region.


Shenyang (prowincja Liaoning) – najlepsze pierogi w Chinach. Dong bei ren zhen neng he jiu.


Harbin (prowincja Heilongjiang) – to w jakimś sensie też i polskie miasto. Na początku poprzedniego wieku mieszkała tam dość liczna Polonia (ok. 10 tys. osób), a w mieście działało m.in. polskie gimnazjum, Gospoda Polska, dwa polskie kościoły oraz wiele innych naszych rodzimych jednostek. Samo miasto zostało wybudowane przez Rosjan, ale wielu z nich, i to tych najważniejszych budowniczych, było Polakami z rosyjskimi paszportami (czas zaborów).


Dalian (prowincja Liaoning) – piękne i nowoczesne miasto położone nad Morzem Żółtym. Dużo zieleni oraz układ miasta na bazie rond i gwiaździście rozchodzących się ulic przypomina mi mój rodzinny Szczecin.


Guangzhou (inaczej Kanton, prowincja Guangdong) – byłem tam kilka razy. Główne wspomnienie dotyczy asysty polskim biznesmenom w czasie targów kantońskich. Targi kantońskie to największa (poza EXPO) impreza targowa na świecie.


Shenzhen (prowincja Guangdong) – elektronika, elektronika i jeszcze raz elektronika. Tak jakoś mi się to miasto kojarzy. Dziś ta ponad 10-milionowa aglomeracja, jeszcze 30 lat temu była mało znaną i mało zamieszkaną wioską rybacką.


Zhuzhou (prowincja Hunan) – właśnie pisząc ten post, jestem w samym centrum Zhuzhou z wizytą u mojej narzeczonej. Miasto przypomina mi Huizhou, czyli pierwsze miasto, jakie odwiedziłem w Chinach. Miasto z perspektywy chińskiej nieduże, bo tylko coś ponad 700 tys. mieszkańców. Ja kby to powiedzieć, pełen luz. Na ulicach ciężkie duże motory robią za taxi, handel uliczny w swojej najprostszej formie kwitnie, a dodatkowo jest piekielnie gorąco. Oczywiście nocą kaskada neonów i mrowie ludzi, którzy za dnia woleli się schować w klimatyzowanych pomieszczeniach.
Jak to mówił Konfucjusz: "Lepiej to raz zobaczyć niż sto razy o tym przeczytać". W nawiązaniu do tej sentencji zapraszam Państwa do Chin, a szczególnie do wyżej wymienionych miast, bo każde z nich jest warte, aby je choć raz w życiu zobaczyć, a może nawet i w którymś zamieszkać na stałe.