Goniec

Switch to desktop Register Login

Reportaże

piątek, 07 wrzesień 2012 17:49

"Pijtie wkusnyj czaj..." albo do "Rosji" bez wizy

Napisane przez

Z Mołdawii do Naddniestrza czyli Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej(!) najczęściej wjeżdża się przez przejście "graniczne" w Benderach. Co ciekawe, w ostatnim czasie z nazwy "państwa" zniknął przymiotnik, "socjalistyczna". Inną – chyba nawet ciekawszą – opcją jest przekroczenie naddniestrzańskiej "granicy" pomiędzy miastami Rezina i Rybnica. Można tu dodać, że dodatkową atrakcją jest możliwość odwiedzenia prawosławnego sanktuarium w Sacharna czy bardziej po mołdawsku (lub jak kto woli. rumuńsku) w Saharna, kilka kilometrów od Reziny. Sam " checkpoint" to dwa baraki, w których naddniestrzańscy pogranicznicy cierpliwie wpisują do księgi wjazdów nazwiska wszystkich, którym przyszło do głowy odwiedzić to nieco nierealne, miejsce. Każdy podróżny dostaje też przy wjeździe wydrukowaną, tylko po rosyjsku, "bumagę", w której należy podać cel wizyty oraz adres osoby, której będzie składana wizyta. Co ciekawe, nikt tego nawet nie czyta, nie mówiąc już o sprawdzaniu. Mimo to Rosjanka z Tweru pracowicie wypełnia otrzymaną karteczkę, a w pewnej chwili dzwoni do siostry, którą przyjechała odwiedzić, by upewnić się. czy podany przez nią numer mieszkania jest właściwy! Dwa obiekty, które natychmiast rzucają się w oczy, to sąsiadujące ze sobą: kościół katolicki i cerkiew prawosławna. Oba obiekty stosunkowo nowe, przy czym starszy jest... kościół! Gdy rozpadał się Związek Sowiecki. do Naddniestrza, które wszak nawet nie istniało jako odrębny twór "państwowy". dotarli polscy księża sercanie i to oni jako pierwsi rozpoczęli działalność misyjną w tym skrajnie zateizowanym regionie imperium sowieckiego. Budowniczym kościoła w Rybnicy jest ks. Marek Magierowski. do dziś będący tam proboszczem. Kościół został konsekrowany w 2003 roku, a dokonał tego Józef kard. Glemp! Dopiero później pojawiła się po sąsiedzku parafia prawosławna, mająca być najwyraźniej "przeciwwagą" dla wpływu "papistów"?


    Transport publiczny w Naddniestrzu nie poraża może nowoczesnością, ale trzeba przyznać, że jest zorganizowany dość sprawnie. Podróż z Rybnicy do Raszkowa jest więc chyba nawet łatwiejsza niż podróż pomiędzy odległymi dzielnicami jednego polskiego miasta? Do celu wiezie nas poczciwy, węgierski ikarus w wersji "dalekobieżnej". Oczywiście każdy cudzoziemiec jest tu traktowany jako swoista "ciekawostka przyrodnicza", co oznacza, że pasażerowie bardzo chętnie nawiązują rozmowę. Nie oznacza to wcale zwykłego dialogu, gdyż do dwójki rozmówców szybko dołączają kolejne osoby, a to dopytując o różne interesujące JE kwestie, a to prostując nieprawdziwe w ich mniemaniu, informacje przekazywane podróżnemu. Taki zresztą los był udziałem podróżującego ze mną kolegi, który wdał się w pogawędkę ze swoim współpasażerem, jak się okazało, byłym oficerem armii sowieckiej, który miał za sobą "internacjonalistyczną" misję w Czechosłowacji w 1968 roku. Jego gorące zapewnienia, że wcale nie chciał tam jechać, że wykonywał tylko rozkazy, że lubił Czechów i Słowaków, przerywane były szyderczymi komentarzami innych pasażerów i wybuchami gromkiego śmiechu. Poza rozmową podróż umila muzyka; głównie rosyjskie i ukraińskie przeboje popowe, rockowe, a nawet lekko jazzowe...Tu po raz pierwszy przyszło mi usłyszeć folk-rockowy utwór "Pijtie wkusnyj czaj". Cel tej części podróży, Raszków, wita przyjezdnych pomnikiem Ilicza i rozwieszonym nad drogą transparentem w czerwonym kolorze z białym napisem. Ponieważ na dniach będzie tu obchodzone święto 1 Maja, skojarzenie jest oczywiste i... całkowicie mylne! Napis bowiem głosi "Christos woskriesien! Woistino woskriesien!"! Synkretyzm kulturowy, który może być wyzwaniem dla niejednego antropologa, socjologa czy politologa; komunistyczna forma i religijna treść! Raszków to biedna wieś; bezrobocie jest tu ogromne, po likwidacji kołchozu pracę zapewniają chyba tylko nieliczne sklepy. Wokół jest czysto i bardzo schludnie. Cieszy, widoczny zresztą i po drugiej stronie Dniestru, brak wszechobecnych w Polsce graffiti. Prawdopodobnie jest on podyktowany biedą, a co za tym idzie, brakiem środków na zakup farb, ale i tak efekt końcowy (czy może raczej brak jakichkolwiek efektów?) jest godny naśladownictwa. Idąc przez wieś, widać, że młodych jest tu mało, a nawet bardzo mało. Dominują ludzie starsi, jest trochę dzieci, ale praktycznie nie widać młodzieży i ludzi w średnim wieku. Wystarczy chwila rozmowy, by potwierdziły się przypuszczenia: wyjechali... Do pracy, po naukę, w poszukiwaniu lepszego życia.


    Kilka minut drogi od przystanku położony jest kościół katolicki. Dokładnie ten sam, w którym autor Trylogii umieścił ślub Michała Wołodyjowskiego z Hajduczkiem! Odbudowany, z zewnątrz niewiele różni się od tego sprzed kilku wieków i dopiero wnętrze przypomina, że mamy XXI wiek, a historia obchodziła się z tym miejscem wyjątkowo brutalnie. Ponieważ trafiamy akurat na wieczorną mszę, bez problemu dostajemy się do wnętrza. Niestety, nie ma tu niczego "historycznego". Surowe ściany, prosty ołtarz, "nowoczesne" ławki bardziej przypominają wnętrze świątyni któregoś z wyznań protestanckich niż kresowy kościół. Do mszy służy... ministrantka! Jak się okaże, "braki kadrowe" wymuszają tu rozwiązania, które w niejednej polskiej, szczególnie wiejskiej parafii nie zostałyby przyjęte z uznaniem. Ksiądz proboszcz jest Polakiem, ale... miejscowym! Kilka kilometrów od Raszkowa leży bowiem Słobodzia Raszkowska, jedyna wieś w Naddniestrzu, gdzie przetrwali Polacy. Inna sprawa, że – jak mówi ksiądz Marcin – i w samym Raszkowie nie brakuje ludzi z polskimi korzeniami, tyle tylko, że lata - wpierw rusyfikacji, a później sowietyzacji – zrobiły swoje i nikt tu nie uważa się za Polaka.


    Nie zachował się nawet najmniejszy ślad stanicy, której komendantem "był" płk Wołodyjowski. Natomiast to, co zachwyca dziś, a zapewne zachwycało i w czasach I Rzeczypospolitej, to widok na Dniestr. Rzeka płynie tu w zakolu, a kościół i spora część wsi położone są na wysokim i dość stromym brzegu. Widok płynącego w dole Dniestru i wsi na drugim brzegu zapiera dech w piersiach. Nieco wyżej niż kościół są za to skalne ściany, zupełnie niepodobne do tych znanych z mołdawskich krajobrazów. Bez wątpienia dla tych widoków warto ponieść trudy podróży z Polski. W pobliżu jest więcej "literackich" miejsc; wszak to tu, na terenie Naddniestrza znajduje się jar Horpyny, w którym wiedźma strzegła kniaziewiczówny, to również w Naddniestrzu na pal został nawleczony Azja Tuhajbejowicz! Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że całe to "państwo" można przejechać w parę godzin, to atrakcji jest tu niemało. Północne Naddniestrze jest zresztą zdecydowanie bardziej malownicze niż – bardziej zaludnione – południe. Oczywiście tutejsze pagórki to nie szczyty Karpat czy chociażby Krymu, niemniej jednak nadają okolicy bardzo malowniczy charakter.


    Mimo iż jest ciepłe, wiosenne, sobotnie popołudnie, we wsi trudno spotkać kogokolwiek. Nieliczni napotkani mieszkańcy pielą grządki w przydomowych ogródkach. Praktycznie wszyscy to osoby starsze i tylko czasami widać krzątające się przy nich dzieci. Kilku nastolatków spotykamy dopiero w sklepie "wielobranżowym". Nic nie kupują, a jedynie wpadli pogadać ze sprzedawcą. Chętnie służą radą przy wyborze wina, polecając "naddniestrzańskie porto", jak się wkrótce okaże, wyjątkowo obrzydliwe i bodaj najgorsze z mołdawskich win, jakie miałem okazję pić!


    Następnego dnia na przystanku czekamy wraz z grupą "tubylców" na przyjazd autobusu. Polszczyzna niemal natychmiast wzbudza zainteresowanie. Po raz kolejny potwierdza się teza o wyludnianiu się Naddniestrza. Ludzie z przystanku to – z jednym wyjątkiem – osoby starsze. Tym wyjątkiem zaś jest kilkuletnia dziewczynka, która wybiera się z babcią w odwiedziny do... rodziców. Ci wyjechali do Rybnicy "za chlebem", ale warunki mieszkaniowe nie pozwalają im mieszkać z córką, więc zostawili ją pod opieką dziadków. Z rozmowy łatwo wywnioskować, że ludzie są tu przygnębieni i zrezygnowani. Lata młodości minęły, a zamiast szczęśliwej starości jest bieda i walka o byt. W pewnym sensie można zrozumieć ich tęsknotę za władzą sowiecką, która wszak "dawała" dom, pracę, a na starość emeryturę, o wiele więcej wartą od tej otrzymywanej dziś. Co więcej, dla ludzi od pokoleń żyjących na wsi osobistą tragedią jest fakt, że dzieci nie mogły zostać na miejscu, by pomagać starym rodzicom, ale muszą "tułać się" po świecie w poszukiwaniu pracy i zarobku. Stary raszkowianin niemal przez łzy opowiada o tym, jak kiedyś tętniło tu życie, pokazując przy tym kolejne opuszczone domy, w których – po śmierci staruszków – nie ma kto zamieszkać. No cóż, miejsce malownicze, ceny niskie, nawet kościół katolicki na miejscu, więc może polscy emeryci skorzystają z okazji? Skoro emerytowani Niemcy mogą mieszkać w Hiszpanii, a Brytyjczycy w południowej Francji...


    Tym razem na przystanek autobusowy podjeżdża niemiecka setra. Co prawda ząb czasu dość wyraźnie ją nadgryzł, ale znając dbałość tutejszych kierowców o pojazdy, można założyć, że pojeździ tu jeszcze z kilkanaście lat. Brak rubli naddniestrzańskich okazuje się nie być przeszkodą w kupieniu biletów. Mimo antymołdawskiej propagandy oficjalnych czynników, kierowca chętnie przyjmuje zapłatę w mołdawskich lejach. Mimo że teoretycznie tutejszy rubel jest nieco mocniejszy od leja, w praktyce wszyscy przeliczają 1/1. Oczywiście z wyjątkiem banków i kantorów, które wszak muszą na czymś zarabiać. Droga powrotna wiedzie ponownie przez Rybnicę. Miasto jest dość odświętnie przystrojone, a podejrzenia, że przyczyną jest nadchodzący 1 maja, okazują się fałszywe! Dzień wcześniej brał tu bowiem ślub Jewgienij Szewczuk, nowy prezydent Naddniestrza, który po wielu latach zastąpił na tym stanowisku Igora Smirnowa. Szewczuk pochodzi z Rybnicy i w tutejszym urzędzie stanu cywilnego, powiedział "tak" swojej wybrance. No właśnie...Czy rzeczywiście swojej? Niemal każdy mieszkaniec Naddniestrza opowiada, jak to wysłannik Putina do Naddniestrza, Dimitrij Rogozin, KAZAŁ ożenić się Szewczukowi, uzasadniając polecenie stwierdzeniem, że "prezidentu bez żieny, zit' nie lzia"! I "niezawisły" prezydent w te pędy polecenie wykonał... Co więcej, niemal wiernie kopiując zwyczaje panujące w pewnej sycylijskiej niejawnej organizacji, tuż po wygranych wyborach nowy prezydent zabrał się za czystkę w administracji, "wycinając" gdzie tylko się da ludzi swojego poprzednika. Tyraspolski taksówkarz z wypiekami na twarzy opowiadał, jak to milicja "w ostatniej chwili" zatrzymała na granicy żonę byłego ministra spraw wewnętrznych z walizkami wyładowanym "jewro"... Oczywiście zupełnie "przypadkiem" akurat przejeżdżała obok ekipa miejscowej telewizji, która wszystko udokumentowała dla potomnych. Ciekawostką Rybnicy może być również to, że czwartą co do wielkości grupę narodowościową stanowią tu Polacy, wyprzedzając nawet Białorusinów. Niestety, poza wspomnianym już kościołem, w Rybnicy niewiele jest do oglądania; "stara" Rybnica położona tuż nad brzegami Dniestru "odpłynęła" wraz z powodzią w latach 50. ubiegłego wieku. "Nową" wybudowano na wysokiej skarpie, tak by kolejna powódź już jej nie zagroziła. Blokowiska prezentują się obrzydliwie, za to można sobie wyobrazić widok z ich okien, o ile wychodzą na rzekę... No cóż, zawsze to odrobina koloru w szarej rzeczywistości. Dla miłośników starych autobusów niewątpliwą gratką są stojące na rybnickim dworcu autobusowym PAZ 652, ŁAZ 695, które produkowano w czasach gdy sowieccy kosmonauci rozpoczynali "podbój kosmosu",czy "nowszy", bo z lat 80., PAZ 3205. Inna sprawa, że wszystkie mają instalację gazową, o czym świadczą rzędy butli gazowych, dumnie dźwiganych na dachach! Cóż, przy spalaniu benzyny w ilości ~30 litrów na 100 kilometrów rozwiązanie ma niewątpliwie uzasadnienie ekonomiczne.


    Najwyraźniej kierowcy autobusów słuchają tu jednej płyty, bowiem z głośników płyną te same melodie, które płynęły w drodze do Raszkowa? Nie da się przy tym ukryć, że dobrze świadczy to o gustach muzycznych tutejszych kierowców autobusów, gdyż utwory prezentują poziom o kilka klas wyższy, niż – jakże popularne u nas – disco polo. Oczywiście i w autobusie, i na ulicach dominuje język rosyjski. Rosjanie nie są tu aż tak dominującą grupą narodowościową, jak mogłaby na to wskazywać używalność języka, niemniej jednak rosyjski zdominował Naddniestrze bezdyskusyjnie. Nawet mieszkający tu w dużej liczbie Ukraińcy, mimo bliskości Ukrainy, całkowicie się zrusyfikowali. Wszelkie szyldy, reklamy, tablice informacyjne są tu po rosyjsku. Mimo że – w myśl prawa międzynarodowego – jesteśmy w Mołdawii, trudno tu znaleźć jakikolwiek na to dowód. Co więcej, Mołdawia jest tu cały czas przedstawiana jako agresor i zagrożenie, które powstrzymać może tylko "bratnia Rosja". Można oczywiście zapytać, czy w tej sytuacji jest szansa na "repolonizację" tutejszych Polaków? Patrząc na Słobodzię Raszkowską, wydaje się, że tak! W sytuacji konfliktu mołdawsko-rosyjskiego, ukraińskiej biedy i beznadziei panującej w Naddniestrzu, polskość mogłaby być ciekawą i atrakcyjną alternatywą dla "zgubionych polskich owieczek". Co więcej, przywrócenie ich na łono Narodu Polskiego mogłoby dokonać się stosunkowo szybko i nakładem bardzo małych środków. Trudno jednak wyobrazić sobie, by było to możliwe przy tym prezydencie, przy tym premierze, przy tym ministrze spraw zagranicznych...


    Wyjeżdżając z Rybnicy na południe, niemal natychmiast zauważymy zmianę krajobrazu. Podróż ponownie umila nieśmiertelny przebój " Pijtie wkusnyj czaj", niezidentyfikowanego rosyjskojęzycznego zespołu. Za oknami autobusu szybko znikają pagórki, a zamiast nich pojawia się gładka niczym stół równina. Dawniej step, dziś częściowo uprawiana, częściowo zaś powróciła do pierwotnego stanu i uległa wtórnemu stepowieniu. Pasażerowie autobusu, którzy dosiedli się w Rybnicy, z pewnym zaciekawieniem przyglądają się, rzadkim tu, cudzoziemcom. Standardowe pytania: do kogo, po co, co tu oglądać i oczywiście narzekania, na biedę, brak pracy, brak perspektyw...
    Bendery witają nas brzydkim, choć czystym dworcem autobusowym. Jak wszędzie w Mołdawii, tak i tu trawniki, nagrzane promieniami słonecznymi betonowe chodniki okupowane są przez watahy bezdomnych psów i pojedyncze egzemplarze kotów. Mimo przysłowiowej wrogości przedstawiciele obu gatunków bez problemu się tolerują. Lata życia w półdzikim stanie i krzyżowanie się wielu ras dały dość ciekawy efekt: wszystkie psy zaczęły nosić cechy czegoś w rodzaju nowej rasy! Są średniej wielkości, "mysio" umaszczone, z obwisłymi uszami... Cóż, może za kilka lat do dobrego tonu będzie należało hodowanie psa rasy mołdawskiej nizinnej? W każdym razie, gdyby tak się stało, to roszczę sobie prawo pierwszeństwa jeśli chodzi o opis i nazwę nowej rasy!


    Kilkanaście minut drogi od dworca znajduje się twierdza Bendery, czyli cel naszego przyjazdu. Po drodze mijamy posterunek "graniczny" blokujący drogę z Mołdawii. Transporter opancerzony BTR, gniazdo karabinów maszynowych i siatka maskująca robią dość komiczne wrażenie. Tym bardziej, że siatka, zamiast maskować, wręcz "stygmatyzuje" posterunek. Oczywiście trudno przepuścić okazję i nie zrobić paru zdjęć... Nie tylko zresztą posterunkowi; brama koszar z czerwonymi gwiazdami, bojowy wóz piechoty – pomnik na chwałę "obrońców Bender przed faszystowską agresją Mołdawii" (w 1990 roku) czy wszechobecne pomniki armii rosyjskiej i sowieckiej są wyjątkowo wdzięcznymi "modelami". Najwyraźniej jednak ktoś z posterunku lub z koszar miał inne zdanie na ten temat, bo już kilkanaście minut później, kilkadziesiąt metrów od nas pojawia się terenowy samochód z ciemnymi szybami. Nikt z niego nie wychodzi, ale będzie nam towarzyszył przez kilka najbliższych godzin.


    Sama twierdza, czyli kriepost', położona jest na terenie koszar i można ją oglądać przy okazji świąt: pracy, zwycięstwa oraz w dniu armii rosyjskiej. Niestety, 29 kwietnia nie jest żadnym z tych dni, wobec czego możemy obejrzeć twierdzę jedynie zza płotu... Szkoda! Ciekawostką w przypadku Bender jest fakt, że leżą one po "mołdawskiej" stronie Dniestru, a więc – w przeciwieństwie do reszty Naddniestrza – na jego zachodnim brzegu. Kolejny etap naszej podróży to stolica Naddniestrza, Tyraspol. By się tam dostać, można wybrać autobus lub trolejbus. Oczywiście wybieramy trolejbus, a więc środek transportu dla nas "egzotyczny". Bodaj najciekawszą budowlą po drodze jest stadion piłkarski Szeryfa (Sheriffa) Tyraspol, na przedmieściach stolicy. Nie jest to może Camp Nou czy Maracana, ale i tak robi wrażenie. W każdym razie na tle szarej i biednej architektury Tyraspola wyraźnie się wyróżnia. Miasto, jak wszystkie tutaj, jest bardzo czyste. Niestety, nie ma w nim chyba niczego, co mogłoby stanowić jego atrakcję. Co więcej, dla kogoś niezorientowanego jest to typowe prowincjonalne miasto rosyjskie! W przeciwieństwie do Bielc, Sorok, a nawet Rybnicy nie ma w nim nic, co mogłoby uchodzić za mołdawskie. Kto wie, czy nie jedyną "atrakcją" miasta jest sklep firmowy miejscowych zakładów alkoholowych Kvint? Bo rzeczywiście, w przeciwieństwie do przaśno-sowieckich sklepów spożywczych, czy nawet "supermarketu" Sheriff – podobnie jak klub sportowy i sieć stacji paliw o tej samej nazwie, należących do rodziny byłego prezydenta Igora Smirnowa – sklep zakładów Kvint robi absolutnie "zachodnie" wrażenie. Wykończony ciemnym drewnem, z podświetlanymi wnękami, w których "pysznią się" wytwory gorzelni i winnic należących do Kvinta. Samych koniaków jest tu z kilkanaście gatunków. Co ciekawe, nikt nie przejmuje się tu faktem, iż według Francuzów tylko ich produkty, i to jedynie z regionu Cognac, mogą nosić taką nazwę. (...) Trzeba zresztą przyznać, że miejscowe w niczym nie ustępują mołdawskim, a francuskie zostawiają w tyle o kilka długości!
    Ostatnim, i być może najciekawszym akcentem pobytu w Naddniestrzu była rozmowa z miejscowym taksówkarzem, który wiózł nas do Odessy. Stiepan, bo tak miał na imię, to człowiek około czterdziestoparoletni, a więc ktoś, komu przyszło żyć zarówno w Związku Sowieckim, jak i w "niepodległym" Naddniestrzu. O tej niepodległości ma on zresztą jak najgorsze zdanie. Dla Stiepana czas sowiecki to najlepsza część jego życia i historii tego miejsca. Co ciekawe, jak sam się pochwalił, legitymuje się on aż trzema paszportami: naddniestrzańskim, mołdawskim i rosyjskim. Ten pierwszy jest ciekawym eksponatem kolekcjonerskim, bo nikt na świecie go nie honoruje, drugi to chęć pokazania przez Mołdawię, że nadal jest suwerenem na tym terenie. A rosyjski? No cóż, w przeciwieństwie do asekuranckiej polityki Polski, Rosja nie przejmuje się opinią międzynarodową i wszędzie tam, gdzie znajdzie Rosjan albo i "Rosjan", hojną ręką rozdaje swoje paszporty. Najbardziej jaskrawe przykłady tej polityki faktów dokonanych to Krym i właśnie Naddniestrze. Z jednej strony, ma to utwierdzić miejscową ludność w ich rosyjskości, z drugiej zaś, jest kartą przetargową w negocjacjach z Mołdawią i... Ukrainą. Ukraina bowiem ma własny pomysł na Naddniestrze, który przewiduje przyłączenie go do Ukrainy... Mołdawia otrzymałaby w zamian Besarabię. Oczywiście Stiepan wie o tych pomysłach i budzą one w nim wrogość.
    – Tu ma być Rosja! Bo my jesteśmy Rosji potrzebni... My tu stoimy NATO, Turcji, Ameryce, Rumunii i Ukrainie jak kość w gardle! Co nam taka Ukraina zaoferuje? A Rosja? Proszę bardzo, oni już na Syberii dają każdemu chętnemu dom z meblami, samochodem w garażu i 40 hektarów ziemi! Za darmo!
    Na uwagę, że póki co, to Syberię kolonizują Chińczycy, Stiepan wścieka się:
    – Jacy Chińczycy? My ich możemy kijami pogonić i co? Kto nam zabroni?
    – Chiny?
    – A co oni tam mogą?
    Gdy wyjeżdżamy z Tyraspola, Stiepan z dumą pokazuje na kwitnące przy drodze drzewa owocowe:
    – Patrz! Wiśnie, śliwy, jabłonie, grusze, morele, brzoskwinie, czereśnie... Tu były największe sady w Europie! 10 tysięcy hektarów!
    – To dlaczego zdziczały? Dlaczego nikt się tym nie zajmuje?
    – Rosja jakby chciała, to już by nas przyłączyła! Rogozin był niedawno i tak mówił...
    Cóż, najwyraźniej zadałem nie to pytanie co trzeba albo nasz kierowca go "nie zrozumiał"?
    Już całkowicie ostatnim akcentem jest odprawa paszportowa. Oczywiście okazuje się, że brakuje nam pieczątki i jest to – ojojoj – straszne wykroczenie... Tak straszne, że kosztuje 60 dol. kary! Płatnej oczywiście w banku... Chwilowo nieczynnym! No cóż, "wyrozumiały" major bezpieczeństwa przymknie oko na tę straszną zbrodnię... Za 30 dol. możemy jechać dalej...
    Już po ukraińskiej stronie Stiepan włącza radio, a z głośników dobiega piosenka "Pijtie wkusnyj czaj"...


Bogdan Pliszka
Polska

 

piątek, 24 sierpień 2012 18:55

Niezwykły mieszkaniec Dąbrowy Tarnowskiej

Napisane przez


PiotrekPiotr Radoń jest dziewiętnastoletnim mieszkańcem Dąbrowy Tarnowskiej. Data jego przyjścia na świat w 1993 r. była szczególna, bo 1 czerwca. Niestety chłopiec urodził się z bardzo rzadką wadą: bez rąk i nóg. Po narodzinach w szpitalu zapytano jego rodziców, czy będą go zabierać do domu? Ludzie ci nad odpowiedzią nie zastanawiali się, bo dla nich była oczywista: to ich dziecko i musi być z nimi! Nikt nie wierzył, że mając już trójkę dzieci, poradzą sobie z tak chorym czwartym…


Czymś, co zaskakuje, jest fakt, że mimo iż Piotrek jest tak bardzo doświadczony przez los, nie przestaje być optymistą i często się uśmiecha. Mówi też, że jego kryzys związany z tym, jak wygląda, minął już dawno. Twierdzi, że swoją chorobę uświadomił sobie w wieku 12 lat. Dziś rozumie, że taki się urodził i musi z tym żyć. Mówi, że bez rąk i nóg można funkcjonować: uczyć się, rozwijać, marzyć i mieć ambicje, a tych ostatnich mu naprawdę nie brakuje. Trudno uwierzyć, ale jest nad wyraz samodzielny, można powiedzieć, że może nawet bardziej niż niejeden pełnosprawny. Zna się też bardzo dobrze na komputerach i jego obsługa nie stanowi dla niego problemu i tajemnicy. Wszystko opanował sam. Klawiaturę opiera na grubych książkach i wystukuje litery pałeczką laryngologiczną. Pisze bardzo szybko i mówi, że to jego autorski, opracowany kilka lat temu pomysł. Stara się żyć, jak każdy młody człowiek. Sam też pisze listy i apele do różnych fundacji, miejsc, osób, szuka sponsorów i to są jego decyzje, kiedy, w jakim urzędzie i z kim chce porozmawiać. Rodzice biorą go tylko na ręce, a resztę załatwia sam.
Niestety, spraw do załatwiania jest coraz więcej. Do 18 lat Piotr miał konto w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Stowarzyszenie organizowało dla niego różne zbiórki pieniędzy na potrzebne leki, rehabilitację, leczenie itd. Teraz samodzielnie musi szukać darczyńców. Pisał już do wielu fundacji, jednak niestety żadna nie odpowiedziała. Wyjątkiem była tylko prowadzona i założona przez Annę Dymną "Mimo Wszystko". Piotr, będąc młodszy, myślał, że po osiągnięciu pełnoletności wszystko będzie łatwiejsze. Niestety, przekonuje się, że jest wprost przeciwnie. Na ulgę nie może liczyć nikt, nawet ktoś, kto, jak się wydaje, wykorzystał limit cierpienia.
Obecnie Piotr ma protezę prawej ręki i kończyn dolnych, którą stanowią płyty platformowe z zamontowanymi metalowymi "nogami" podpierającymi korpus. Dzięki tzw. chodzikowi może wykonywać proste codzienne czynności. Wszystkie te udogodnienia zawdzięcza życzliwości i pomocy innych ludzi.


346aacdc-6968-11e1-9063-0025b511229eMówiąc o Piotrze i jego rodzinie, należy zaznaczyć, że nawet zwykłe zaszczepienie lub pobranie krwi to dla nich poważna sprawa. Muszą jechać do Krakowa, w Dąbrowie bowiem brakuje specjalistów mogących i potrafiących wykonać taki zabieg u osoby bez rąk i nóg. Również do dentysty jeździ do stolicy małopolski.


Piotr jest bardzo inteligentnym młodym człowiekiem marzącym o dalszym kształceniu. Nie chce być skazany na dom i marzy o studiach informatycznych, dziennych na AGH w Krakowie. Wie, że to bardzo trudne przedsięwzięcie zarówno dla niego, jak i jego rodziców. Mimo to nie poddaje się i przygotowuje do tego kroku. Na razie z wyróżnieniem ukończył zarówno gimnazjum, jak i liceum ogólnokształcące o profilu informatycznym. Zdał w tym roku maturę, a średnia ocen wyniosła 4,8. Pozytywnie zaliczył też kurs grafiki komputerowej. Piotr, myśląc o przyszłości, martwi się nie tyle o siebie, co właśnie o rodziców. Mówi, że są coraz starsi i chciałby im pomóc, zarabiając pieniądze, a jak mówi, jako informatyk łatwiej znalazłby zatrudnienie.


Niestety, obecnie życie Piotra ponownie jest na zakręcie. Pojawiła się u niego uciskająca płuco skolioza. Chłopak ma problemy z oddychaniem i obniżoną odporność powodującą szybsze łapanie infekcji. Choroby zwiększyły częstość przyjmowania kosztownych lekarstw oraz niezbędne są specjalistyczne urządzenia. Potrzebna jest też rehabilitacja. Wszystko to przekracza możliwości finansowe rodziny. Piotr wraz z rodzicami odwiedził już wielu lekarzy, którzy są zgodni, że wymaga operacji zmniejszenia skoliozy, jednak sami przez wzgląd na złożone nieprawidłowości w jego budowie ciała nie podejmą się leczenia. Nadzieją jest operacja, która może zostać wykonana w jednym z amerykańskich szpitali, jednak koszty z nią związane są bardzo wysokie. To kilkaset tysięcy złotych. Piotr chciałby też pojechać na turnus rehabilitacyjny. Jego koszt to 6 tys. zł, gdyż musi być z drugą pełnosprawną osobą.


Dziś Piotrek ma dwa marzenia. Chciałby móc kiedyś w przyszłości zasiąść w kokpicie samolotu obok pilota, by móc obserwować jego pracę, oraz drugie i chyba ważniejsze: pojechać do Stanów Zjednoczonych, by ratować swoje zdrowie.

1-6419

piątek, 24 sierpień 2012 17:30

Pozdrawiam chińskie miasta

Napisane przez

W ciągu swojej ponad już pięcioletniej odysei po Państwie Środka miałem okazję odwiedzić kilkanaście chińskich miejscowości, tych dużych wizytówek jak i tych mniejszych, mniej znanych. Każde z tych miejsc pozostawiło pewne wspomnienie, które teraz krótko opiszę:
Huizhou (prowincja Guangdong) – to miasto wymieniam jako pierwsze, bo jest to pierwsze miasto, jakie widziałem w Chinach, i tam się to wszystko zaczęło. Przeżyłem tam szok ! To stamtąd wypuściłem się do Guangzhou i Hongkongu, a tam jeszcze większy szok, ale już inny.


Chongqing (miasto na prawach prowincji, dawniej Syczuan) – to mało jeszcze znane miasto robi ogromne wrażenie. Las drapaczy chmur, wkomponowany w górzysty teren oraz starą architekturę, robi oszołamiające wrażenie. Dość tanie w porównaniu z innymi miastami takiego kalibru. Byłem tam dwa razy. Raz turystycznie i raz jako przedstawiciel Centrum Studiów Polska-Azja na konferencji organizowanej przez lokalne władze miasta Chongqing.


Changsha (prowincja Hunan) – tu mieszkałem przez rok, więc wspomnień mam bardzo dużo, m.in. Uniwersytet Hunan, na którym zgłębiałem tajniki języka chińskiego, poznałem masę ludzi z całego świata, niezapomniane imprezy do rana i wycieczki, ostre jedzenie, odkrywanie Chin na poważnie. Jednak najważniejsze jest to, że to rodzinne miasto mojej narzeczonej, co pozwala mi w jakimś stopniu powiedzieć, że Changhsa to moje rodzinne strony.


Pekin (stolica i miasto na prawach prowincji) – pierwsza wizyta dość późno, bo dopiero w maju 2010 roku. Pierwsze wrażenie super, czysty język chiński bez naleciałości regionalnych. Teraz po licznych wizytach ("byłem tam ze sto razy") już mi spowszedniało, ale jakkolwiek by patrzeć, wszak to stolica.


Tianjin (miasto na prawach prowincji) – tu wrażenia odwrotne względem Pekinu, im więcej tam przebywam, tym bardziej je lubię, a muszę powiedzieć, że na początku nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, to dziś bardzo mi się podoba. W końcu tam mieszkam. Chiny rozwijają się w bardzo szybkim tempie, a Tianjin jeszcze szybciej.


Prowincja Zhejiang – bardzo bogata prowincja. Odwiedziłem tam Jining, Lishui, czyli rodzinne miasteczko mojego chińskiego przyjaciela. Byłem również w największej hurtowni świata w mieście Yiwu. Przejazdem byłem również w Hangzhou.


Szanghaj (miasto na prawach prowincji) – tego nie trzeba komentować, przepych na każdym kroku.


Hongkong – stara angielska kolonia, jedno z finansowych centrów świata i jak powyżej przepych na każdym kroku, masa obcokrajowców.


Zhangjiajie (prowincja Hunan) – tam można się zjednać z naturą. Wspaniałe górskie widoki, chińskie mniejszości narodowe. Tam zatrzymał się czas. W pobliżu kolejne piękne stare miasteczko Fenghuang, też tam byliśmy.


Chengdu (prowincja Syczuan) – to rodzinne strony pandy wielkiej. Ostre jedzenie i ponoć najładniejsze Chinki.


Nanjing (prowincja Jiangsu) – rodzinne miasto mojego przyjaciela. Drapacze chmur robią wrażenie, tradycja łączy się z nowoczesnością. Dość bogaty region.


Shenyang (prowincja Liaoning) – najlepsze pierogi w Chinach. Dong bei ren zhen neng he jiu.


Harbin (prowincja Heilongjiang) – to w jakimś sensie też i polskie miasto. Na początku poprzedniego wieku mieszkała tam dość liczna Polonia (ok. 10 tys. osób), a w mieście działało m.in. polskie gimnazjum, Gospoda Polska, dwa polskie kościoły oraz wiele innych naszych rodzimych jednostek. Samo miasto zostało wybudowane przez Rosjan, ale wielu z nich, i to tych najważniejszych budowniczych, było Polakami z rosyjskimi paszportami (czas zaborów).


Dalian (prowincja Liaoning) – piękne i nowoczesne miasto położone nad Morzem Żółtym. Dużo zieleni oraz układ miasta na bazie rond i gwiaździście rozchodzących się ulic przypomina mi mój rodzinny Szczecin.


Guangzhou (inaczej Kanton, prowincja Guangdong) – byłem tam kilka razy. Główne wspomnienie dotyczy asysty polskim biznesmenom w czasie targów kantońskich. Targi kantońskie to największa (poza EXPO) impreza targowa na świecie.


Shenzhen (prowincja Guangdong) – elektronika, elektronika i jeszcze raz elektronika. Tak jakoś mi się to miasto kojarzy. Dziś ta ponad 10-milionowa aglomeracja, jeszcze 30 lat temu była mało znaną i mało zamieszkaną wioską rybacką.


Zhuzhou (prowincja Hunan) – właśnie pisząc ten post, jestem w samym centrum Zhuzhou z wizytą u mojej narzeczonej. Miasto przypomina mi Huizhou, czyli pierwsze miasto, jakie odwiedziłem w Chinach. Miasto z perspektywy chińskiej nieduże, bo tylko coś ponad 700 tys. mieszkańców. Ja kby to powiedzieć, pełen luz. Na ulicach ciężkie duże motory robią za taxi, handel uliczny w swojej najprostszej formie kwitnie, a dodatkowo jest piekielnie gorąco. Oczywiście nocą kaskada neonów i mrowie ludzi, którzy za dnia woleli się schować w klimatyzowanych pomieszczeniach.
Jak to mówił Konfucjusz: "Lepiej to raz zobaczyć niż sto razy o tym przeczytać". W nawiązaniu do tej sentencji zapraszam Państwa do Chin, a szczególnie do wyżej wymienionych miast, bo każde z nich jest warte, aby je choć raz w życiu zobaczyć, a może nawet i w którymś zamieszkać na stałe.

piątek, 17 sierpień 2012 22:58

Raport z Państwa Środka: Ukryta prawda

Napisane przez

Chiny stają się coraz modniejsze na świecie, tak ogólnie. Ja widzę to po liczbie białych twarzy na ulicach oraz po artykułach w polskich mediach, a co też znamienne – po komentarzach czytelników pod tymi artykułami. Nie ma dnia, aby nie pojawił się na jakimś znaczniejszym polskim portalu artykuł donoszący o chińskich sukcesach, prawda była ukrywana, ale już więcej się nie da, fala już jest zbyt widoczna. Kto zobaczył ją pierwszy, zdążył ustawić się do niej dziobem, a teraz dziób tylko otwiera i spija śmietankę. Tak właśnie zrobił McDonald, który jest już tu obecny od ponad 20 lat i zatrudnia właśnie 70 tysięcy nowych pracowników, co po dodaniu ponad 80 tysięcy obecnej załogi da mu możliwość obsłużenia 2 tysięcy punktów.
Jeszcze do niedawna wmawiano nam, że ludzie pracują w Chinach za miskę ryżu i nie ma po co się tu pchać. Oczywiście wmawiali ci, którzy sami się już tu wtedy lokowali i całe masy im w to uwierzyły, a niektórzy nawet do dziś to powtarzają (naiwniacy dali się wyrolować). Jeżeli chodzi o wynagrodzenia, to są one zbliżone do polskich w swojej wartości bezwzględnej (czasem niższe, czasem wyższe), jednak ceny tu są cały czas zdecydowanie niższe ogólnie rzecz ujmując (wiem, że niektóre rzeczy są droższe).
To jest jednak tylko jedna ładna strona medalu. Druga strona jest jeszcze ładniejsza, bo tu wszystko się kręci. Jest towar na półkach jak i u nas, ale też są pieniądze w kieszeniach, żywa szeleszcząca gotóweczka nieobciążona żadną hipoteką czy innym cyrografem. Dokładając do tego chińską mentalność, ludzkie podejście urzędników do ludzi (proszę mi nie rzucać nagłośnionymi odstępstwami, bo one tylko potwierdzają regułę i ja wiem to na 100 proc., bo żyję tutaj) oraz bezpieczeństwo na ulicach, Chiny są naturalną alternatywą dla walącej się Europy.
McDonald już tu jest, a Ty?
PS Żeby mnie nikt źle nie zrozumiał, Donalda tu nie ma i Jarka też nie.

Praca dla tancerek
Jak pisałem, w Chinach jest coraz więcej Polaków. Wiąże się to również z coraz szerszym wachlarzem zawodów, jakie tu nasi rodacy wykonują. Jedną z takich nowych kategorii są artyści, a wśród nich modelki, tancerki i hostessy. Kolejna szansa w Chinach dla osób, które nie zajmują się eksportem-importem, nie są studentami sinologii, a chciałyby przeżyć ciekawą przygodę oraz oczywiście godziwie zarobić. Piszę, że godziwie, bo pensja około 7 tys. złotych miesięcznie (stały kontrakt), a do tego zapewnione wyżywienie i zakwaterowanie, to jak na warunki polskie nie najgorzej a to tylko pensja podstawowa, bo trafiają się jednorazowe pokazy mody, epizody w filmach czy targi.
Dużym atutem pracy dla tancerek jest bezpieczeństwo oraz tradycyjna kultura, która nakazuje odnoszenie się do kobiet z szacunkiem i nie zezwala na tzw. głupie zagrywki. Osoba, która zachowuje się niestosownie, jest napiętnowana przez towarzystwo. Mówiły mi o tym zaskoczone taką sytuacją tancerki z Czech, które już tu przyjechały. Oczywiście żaden taniec go go czy tego typu sprawy nie wchodzą w Chinach w grę, co może być kolejnym atutem. Na pracę mogą liczyć również panie, które potrafią śpiewać, grupy artystyczne (żonglerzy, kuglarze, połykacze ognia, akrobaci itd.); w tym wypadku również panowie mogą znaleźć pracę.

 

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami, prosimy o bezpośredni kontakt z autorem.
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

piątek, 10 sierpień 2012 16:37

Raport z Państwa Środka: Kolejna nagonka na Chiny

Napisane przez


Jak wynika z tabeli klasyfikacji medalowej igrzysk olimpijskich w Londynie, Chiny są nie tylko potęgą gospodarczą, ale i sportową. Aby Polacy nie zażyczyli sobie od rządzących wprowadzenia chińskich rozwiązań spraw społecznych, politycznych czy gospodarczych, trzeba te Chiny jakoś Polakom obrzydzić. Jak pisałem już w poprzednim poście, w pracę za miskę ryżu już nikt za bardzo nie wierzy, a jako że olimpiada jest teraz na topie w mediach, a na olimpiadzie na topie są Chiny, to na najważniejszych portalach internetowych w Polsce przechodzi fala informacji na temat nieludzkiego traktowania sportowców w Chinach, co ma wytłumaczyć ich olimpijskie sukcesy. Jednak chyba ten trik się za bardzo nie udał, a widać to po komentarzach zawartych pod tymi oszczerczymi artykułami.


Np. użytkownik o nicku Sportsman napisał: "Taaaaaak, te dzieciaki w basenie są biedne, nie to co nasi »sportowcy« – popić, zajarać, a grać nie potrafią. Na marginesie: większość naszych dzieci basen tylko w TV ogląda". Kolejna osoba, o nicku MaćkoPL, napisała: "Fabryki medali cha cha cha, a co jest złego w tym, że państwo interesuje się rozwojem dzieci i młodzieży? Że zamiast od małego uczyć ich kraść i kombinować, kształtuje w nich wolę walki i chęć odniesienia sukcesu w życiu? Że dzieciaki uczą się zdobywać szczyty poprzez ciężką pracę? W Polsce o takich dzieciach mówi się, że »nie mają dzieciństwa« albo że spełniają chore ambicje rodziców, lepiej żeby gniły przed kompami z paczką chipsów. No bo w sumie racja, takie pokolenie ambitnych, dowartościowanych dzieci mogłoby być w przyszłości niewygodne dla grupy trzymającej władzę, nie pozwoliłoby się wziąć pod but. Lepiej hodować tępych, gnuśnych nieudaczników karmionych marzeniami o zielonej wyspie...".
Wszystkie komentarze są mniej więcej podobne, a generalna myśl, która z nich płynie, to to, że aby osiągać sukces, to trzeba ciężko i wytrwale pracować, oraz że lepiej, aby dzieci troszkę się pomęczyły, niż siedziały przed kompem z chipsami i tyły lub, co gorsza, narkotyzowały się po bramach.


Większość naszych elit politycznych jest niechętna, aby wprowadzić elementy chińskich rozwiązań na nasze podwórko, z kilku podstawowych względów:


1. W Chinach częstą karą za korupcję na wysokich szczeblach władzy jest kara śmierci.
2. Chiny są krajem niezależnym, prowadzącym samodzielną politykę narodową, więc nasze elity uzależnione od UE, NATO, USA, międzynarodowych korporacji (m.in. banki, firmy farmaceutyczne), obcych służb specjalnych, nie są zainteresowane rozwojem Polski jako takiej, a na pewno nie są zainteresowani ich mocodawcy.
3. Chińczycy nie wyobrażają sobie, aby rząd sprzedawał ich majątek, to jest zakłady pracy i ziemię, w ręce kapitału zewnętrznego. Jeden taki przypadek mógłby wywołać w Chinach rewolucję. Ziemia może być jedynie dzierżawiona, a obce firmy wchodzą zazwyczaj w spółki z chińskimi partnerami lub zakładają nowe firmy, których działalność w Chinach jest bardzo kontrolowana w odniesieniu do interesu narodowego Chińczyków.

 

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami, prosimy o bezpośredni kontakt z autorem.
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

piątek, 03 sierpień 2012 19:02

Raport z Państwa Środka: Hurtownie w Chinach

Napisane przez

Zakupy

Każde miasto w Chinach posiada minimum jeden kompleks handlowy, w którym znajdują się sklepy-hurtownie. Dla klientów indywidualnych oferowane są produkty w cenach detalicznych, zaś dla osób, które prowadzą działalność handlową i kupują w ilościach hurtowych, ceny są odpowiednio niższe. Kompleksy takie to zazwyczaj kilka wielkich domów towarowych znajdujących się obok siebie, wewnątrz których w boksach prezentowane są towary, a na dalszych zapleczach mieszczą się małe magazyny (duże są poza kompleksem). Boksy-hurtownie nie są specjalnie piękne, tak aby nie ponosić niepotrzebnych kosztów, które w konsekwencji odbiłyby się na cenach towarów. Hurtownie usytuowane są według branż, więc chcąc kupić konkretne artykuły, udajemy się do konkretnego budynku na konkretne piętro. Oprócz działalności handlowej w takich miejscach rozbudowana jest też cała niezbędna infrastruktura, tj. firmy transportowe, logistyczne, celne, usługi gastronomiczne i hotelowe.
W Tianjinie, mieście, w którym ja mieszkam, miejscem takim jest Da Hu Tong. Położony na obrzeżach centrum i bardzo dobrze skomunikowany z innymi dzielnicami. Bardzo dobrze rozwinięty z dużą gamą towarów stanowi centrum handlowe dla ponad 12-milionowej aglomeracji i nie tylko. Samo usytuowanie miasta nad Morzem Żółtym daje duży atut w postaci portu morskiego oraz rozwiniętej tradycji handlu zagranicznego.

Papierosy
Zakaz palenia obowiązuje w taksówkach, biurach, autobusach itd. Już od dawna w Chinach istnieją zakazy, ale przepisy przepisami, a życie życiem. W Chinach pali się prawie wszędzie i żaden przepis tego z dnia na dzień nie zmieni. Widziałem już palących w McDonaldzie, autobusie (sam paliłem) czy przy kasie w markecie (to był znany nam dobrze Carrefour). Oczywiście pali się w takich miejscach bardzo rzadko i tak aby nie uprzykrzać życia innym osobom w pobliżu. Rozmawiałem również dziś z Chińczykami na temat tego zakazu i mają go głęboko gdzieś i w ogóle nikogo to nie interesuje. Kraj wolnych ludzi.
Jak już jesteśmy przy temacie papierosów, to na koniec jeszcze wspomnę, że za najniższą pensję Chińczyk może kupić sobie 500 paczek papierosów, najtańszych rzecz jasna.

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami, prosimy o bezpośredni kontakt z autorem.
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.