Goniec

Register Login

Reportaże


Blog Polaka na stałe zamieszkałego w Chinach
Chiny to kraj nad wyraz bezpieczny. Wyjście nocą do parku nie skutkuje niczym więcej jak wyjście za dnia. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać w uwarunkowaniach kulturowych, a nie w skuteczności działań policji, bo policja jest tu dużo bardziej pobłażliwa niż w Polsce.
    Oczywiście są kieszonkowcy, naciągacze, oszuści, ale nie ma w ogóle przemocy dla samej przemocy, nie ma wandalizmu dla samego wandalizmu. Zjawisko blokersów czy innych tego typu subkultur nie istnieje, po prostu tego nie ma. Przemoc fizyczna jest społecznie napiętnowana już od małego. Osoba, która się do takich metod odwołuje, jest już w wieku dziecięcym wykluczona społecznie przez rówieśników. Prawo nie zakazuje spożywania alkoholu w miejscach publicznych, bo taki problem nie występuje. Chińczycy piją, ale w knajpach, i nie wiedzieć czemu, nie upijają się. Wygląda to tak, że na stole stoi pół litra wódki na 5 osób i po wypiciu, ewentualnie po piwku jeszcze i do domu. Nie ma bezrobocia, co jest kolejnym powodem, że młodzież nie ma czasu na głupoty. Powiem więcej – dla młodzieży są perspektywy, bo nieważne, gdzie kto się znajduje obecnie, ale każdy ma perspektywy na rozwój oraz na dość szybki awans społeczny, więc widzi sens swojej, dziś jeszcze nisko opłacanej, pracy, bo za rok – dwa będzie lepiej.
    Zachowanie policji jest również bardzo ludzkie. W razie małych incydentów policja wezwana na miejsce zdarzenia nie rzuca ludzi na glebę, ale staje się rozjemcą, czasem odwozi pijanego do domu. Coś na wzór, jak to kiedyś robiła milicja w małych miasteczkach w Polsce. Oczywiście zbrodnie nie uchodzą płazem i za głowę jest głowa.
    Przy okazji opowiem ciekawe i dające dużo do myślenia zdarzenie. Kiedyś przy załatwianiu dokumentów na komisariacie pewna policjantka pochwaliła się, że jest mistrzynią w zawodach strzeleckich. Zapytałem ją, czy używała kiedyś swoich umiejętności w praktyce, na ulicy. Odpowiedź była znacząca: "Chiny to nie Ameryka, tu się do ludzi nie strzela".

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

 

piątek, 06 lipiec 2012 19:12

Raport z Państwa Środka: W Chinach nie kradną

Napisane przez


blogniekradnaBlog Polaka na stałe zamieszkałego w Chinach

Mimo że fotografia sugeruje, że napiszę dziś o jedzeniu ulicznym lub o wolności drobnych "restauratorów", którzy bez żadnego sprzeciwu władz, w tym sanepidu i policji, sprzedają swoje półlegalne kebaby na ulicy, to jednak nie będę się dziś rozpisywał na powyższe tematy. Proszę jednak przyjrzeć się na prawy dolny róg zdjęcia. W wiadrze znajduje się utarg sprzedawcy i nie są to małe pieniądze, bo już na samej górze leży banknot setka, czyli 50 PLN. Co ciekawe, nasz przedsiębiorca jest sam, a ręce jego tłuste od przyrządzania kanapek z posiekanym boczkiem, więc często rolę kasjera pełni klient, informując, ile wrzuca i ile sobie reszty pobiera. Myślę, że w Polsce nie zdałoby to egzaminu, a wiaderko z kasą zniknęłoby bezpowrotnie, a w najlepszym wypadku pieniądze z utargu byłyby regularnie podbierane przez wydających sobie resztę złodziejaszków.
Ten opisany przypadek to nie wyjątek. Widziałem, jak w pewnej knajpie cały utarg leżał w kartonie po butach, i to w miejscu, do którego dostęp miał każdy klient.
Kolejnym przejawem niech będzie przykład komunikacji miejskiej, gdzie często spotkamy w autobusach duże skarbonki, do których wsiadający wrzucają pieniądze. Jako że w Chinach jest reguła, że do autobusu wchodzimy przednimi drzwiami, a wychodzimy tylnymi, skarbonka zamontowana jest przy przednim wejściu. Jednak gdy autobus napchany jest po brzegi, każdy wsiada, którymi drzwiami się da, a następnie podaje pasażerom odliczoną kwotę, aby dotarła do skarbonki z przodu. Pieniądze są podawane z rąk do rąk i nigdy nie giną. Pasażerowie, którzy wsiadają z tyłu, czują się w obowiązku przekazania pieniędzy za przejazd i nie kombinują, jak by tu nie zapłacić.
Oczywiście zjawisko kradzieży istnieje, ale jest marginalne i zaplanowane. Tu okazja raczej nie czyni złodzieja, ale tak czy inaczej pilnować się trzeba.

Ruch uliczny
Ruch uliczny w Chinach jest dość duży i bardzo niepoukładany, jeżeli porównamy go do ruchu ulicznego w Polsce czy innych krajach europejskich. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w Chinach nie ma reguł, szczególnie na prowincji lub na obrzeżach dużych miast. Jednak reguły te istnieją, ale są one całkiem inne niż w Europie. Podstawą jest umiejętność chodzenia czy jeżdżenia w tempo. To znaczy, że nie wolno robić żadnych nagłych odskoków czy zmian tras. Chińscy kierowcy nie mają w zwyczaju zatrzymywać się na pasach czy przed innymi przeszkodami, ale w tempo objeżdżają przechodnia lub inny pojazd, więc z góry przewidują naszą pozycję, biorąc pod uwagę nasz ruch jednostajny oraz kierunek i zwrot.
Kolejną różnicą jest również dużo mniejsze przestrzeganie przepisów prawa pisanego i gdzieś tam kawałek pod prąd pojechać, to nic się nie stanie, lepsze to niż jechać parę kilometrów do następnego zjazdu, aby móc nawrócić, jak i również po co stać na czerwonym, skoro nic nie jedzie. Aby być zauważonym przez innych uczestników ruchu, kierowcy w Chinach bezustannie używają klaksonów, a można nawet powiedzieć, że ich nadużywają. Użycie klaksonu ma też nieco inne znaczenie niż w Europie, gdzie zazwyczaj znaczy "jedź baranie", to w Chinach znaczy on "uwaga jadę".
W centrach dużych miast organizacja ruchu ulicznego nie różni się zbytnio od modelu europejskiego, ale jednak pewne różnice są. Oczywiście w Chinach jest dużo bardziej liberalnie.

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

piątek, 29 czerwiec 2012 16:39

Raport z Państwa Środka Polacy w Tianjinie

Napisane przez

Nie można określić dokładnej liczby Polaków przebywających w Tianjinie, ponieważ jest to grupa bardzo płynna a co za tym idzie, też i niezintegrowana. Mimo to jest tu pewna grupa osób, które osiadły tu na dłużej lub nawet na stałe. Jednak z powodu małej liczebności oraz braku polskich placówek dyplomatycznych w mieście, życie Polonii w sensie, jakim znamy z innych krajów czy choćby z Pekinu, praktycznie nie istnieje.


Polacy, którzy przebywają tu na dłuższy okres, są to z reguły studenci, nauczyciele, pracownicy zachodnich koncernów, których cała masa przedstawicielstw mieści się w rozsianych na obrzeżach miasta strefach ekonomicznych. Jako że Tianjin to również ogromny port morski, a co za tym idzie, posiadający też bardzo rozwinięty przemysł stoczniowy, na ulicach portowej dzielnicy Tanggu udało mi się spotkać Polaków, którzy zostali przysłani do nadzorowania budowanych statków, zamówionych dla Polskiej Żeglugi Morskiej. Wspomnę jeszcze o koledze, który pracuje tutaj dla ogromnej firmy importującej mięso do Chin z całego świata. Osoby, o których możemy powiedzieć, że przebywają w Tianjinie na krótki okres, są to, jak można się łatwo domyślić, turyści. Oprócz turystów wyróżnić możemy marynarzy, których to statki zawinęły do tutejszego portu, delegacje biznesowe, delegacje szczebla politycznego (Tianjin oraz Łódź to miasta partnerskie). Wyjątkową i stosunkowo liczną grupę stanowią Polacy, którzy przyjechali do Tianjinu z powodu choroby. Sława w leczeniu raka przez tutejszy szpital dotarła nad Wisłę i często stanowi jedyną alternatywę dla chorych, którzy dość licznie wraz z osobami towarzyszącymi przyjeżdżają do Tianjinu.
Nie mam na to żadnych danych ale z obserwacji wnioskuje, że w danym momencie na terenie Tianjin może przebywać od 30 do 50 naszych rodaków.


Wszystkich tych, którzy mają w planach odwiedzić Chiny na krótki okres, a także i tych, którzy szukają swojego miejsca w Chinach na dłużej, gorąco zapraszam.

Imigracja do Chin
W związku z dynamicznym rozwojem Państwa Środka wzrosło zapotrzebowanie na kontakty międzynarodowe. Wielu obcokrajowców dostrzegło szansę oraz potrzebę wyjazdu do Chin na dłużej. Ze strony chińskiej również wzrosło zapotrzebowanie na obywateli innych państw w Chinach. Rozwój wymiany handlowej, edukacji oraz inwestycje zagraniczne stały się powodem dynamicznego wzrostu liczby obcokrajowców w Chinach. W roku 2011 Chiński Państwowy Urząd Statystyczny podał dane o ich liczbie, która wynosi 593 tys. 832 osoby. I tak, w kolejności możemy rozróżnić wśród nich posiadaczy następujących paszportów:


- Korea Południowa 120.750 osób

- Ameryka Północna 71.493 osoby

- Japonia 66.159 osób

- Birma 39.776 osób

- Wietnam 36.205 osób

- Kanada 19.990 osób

- Francja 15.087 osób

- Indie 15.051 osób

- Niemcy 14.446 osób

- Australia 13.206 osób

- pozostali to razem 181.589 osób


Z obserwacji można wnioskować, że pozostali to Rosjanie, Brytyjczycy oraz obywatele państw afrykańskich, których nie brakuje na ulicach chińskich miast. Mimo że Polaków jest w Chinach coraz więcej, to jednak w odniesieniu do wielkości naszej populacji to wciąż mało. Szacunkowa liczba Polaków na stałe (lub dłuższy okres) zamieszkujących w Chinach to około 1000 osób.
Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

piątek, 22 czerwiec 2012 11:57

Niedaleko Damaszku…

Napisane przez

 ...siedział diabeł na daszku, w kapeluszu czerwonym, kwiatuszkami upstrzonym. Tak to nasz wieszcz Adam Mickiewicz przepowiedział panowanie Baszara al-Assada. Jakże nie nazwać go diabłem, skoro morduje on masowo własny naród. A że chodzi o niego, mówią słowa "siedział na daszku", czyli wysoko, mając władzę. Czerwony kapelusz to symbol opieki ZSRS nad Syrią. Kwiatuszki, to pewnie sowieckie wyrzutnie rakietowe zamaskowane drzewami na obrzeżu Wzgórz Golan.

      Znowu jak w przypadku Mongolii, znalazłem się w ekipie reprezentującej polską kulturę na Dni Kultury Polskiej, tym razem w Syrii w 1986 roku. Co prawda Syria nie należała do bloku socjalistycznego, ale trzymała sztamę ze Związkiem Sowieckim (i ciągle trzyma). Z tego też powodu uważana była przez ZSRS za swoją siostrę.

      Zaraz na początku los zgotował nam wielką niespodziankę. Zakwaterowano nas mianowicie w słynnym hotelu Cham Palace Damascus zwanym przez miejscowych Szam Damas. Jest to bardzo elegancki i drogi hotel obliczony na bogatych nafciarzy i szejków. Powstało więc pytanie: dlaczego? Czyżby aż tak nas Syryjczycy kochali? Nie, oni kochają Rosjan, bo dostają od nich broń. Sprawa szybko się wyjaśniła. Otóż hotel, w którym mieliśmy zamieszkać, zalała woda. A że Damaszek jest miastem wyjątkowo atrakcyjnym turystycznie, wszystkie hotele były pełne oprócz jednego – Szam Damas.

      Lobby w tym hotelu jest porównywalne do lobby w prawdziwym pałacu, jednakże najsłynniejsza część tego hotelu to okrągła, obrotowa restauracja. Wiele razy widziałem wchodzących szejków, za którymi podążali ich słudzy niosący walizki, a było ich za każdym razem co najmniej dziesięciu. Szejk zajmował zawsze apartament składający się z wielu pokoi, w których oprócz szejka spała jego służba. Królewskie obyczaje w 20. wieku? Nie wierzę w to. To byli po prostu jego goryle, doskonale wyćwiczeni w obronie swojego szefa. A powodów do obrony było wiele. Najważniejszymi była forsa i życie.

      Skąd ten wniosek? Na pewno szejk bardziej martwił się o swoje bezpieczeństwo niż o to, kto mu podetrze tyłek. I tu powstała dygresja. Otóż papier toaletowy był dostępny tylko w Szam Damas. Nigdzie indziej go nie było. To nawet w PRL-u babcia klozetowa dawała mały skrawek papieru za złotówkę. Była tak zajęta zbieraniem tych złotówek, że nie miała czasu choć raz na dzień trochę kibel umyć. W Syrii stało się to dla nas okrutnym problemem. Nie wiem, co spowodowało u nas epidemiczną biegunkę. Czy może tłusta baranina popijana zimną wodą, czy może ameba, czy może jedno i drugie. W każdym bądź razie nie można było zacząć koncertu, bo co chwila ktoś z szybkością rakiety na wysokości lamperii biegł do ubikacji. Nieraz nie można było w ogóle wyjść z ubikacji. Będąc jak zwykle ciekawski i wścibski, znalazłem prawdę.

      Co do papieru toaletowego, Syryjczycy uważają, że podcieranie tyłka papierem toaletowym nie przynosi dobrych rezultatów. Według nich, najlepszą metodą jest po prostu tyłek umyć, wtedy jest na pewno czysty. W ubikacjach nie ma papieru toaletowego, ale jest kran z wodą, a potem można ręce umyć. Czemu o tym piszę? Aby przekazać to wszystkim, którzy wybiorą się w przyszłości do Syrii, żeby uniknęli tego zasadniczego problemu (Ambasada Polski w Damaszku ogłasza, że nikt nie powinien wybierać się do tego kraju teraz, jeżeli życie mu miłe).

      Damaszek, cóż to za miasto? Czemu jest tak słynne na cały świat, tak jak niewiele innych miejsc na naszym globie?

      Oprócz wierszyka Mickiewicza wiemy przecież o jedwabiu, głównie adamaszku, stali damasceńskiej i fajansów damasceńskich. Wiemy też, że Damaszek, jak i cała Syria naszpikowana jest zabytkami z czasów antycznych. Miasto wszech czasów, bo jest związane z początkiem i końcem naszej cywilizacji. Już wyjaśniam. Damaszek jest jednym z najstarszych nieprzerwanie zamieszkanych miast na naszym świecie – pierwsze ślady osadnictwa pochodzą z III tysiąclecia p.n.e. Damaszek przeszedł bardzo wiele w swojej pięciotysięcznej historii. Na przełomie II i I tysiąclecia p.n.e. był stolicą niezależnego państwa aramejskiego. Do tej pory są w Syrii dwie miejscowości, w których ludzie posługują się językiem aramejskim – językiem Jezusa Chrystusa. Zdobyty przez Asyryjczyków, należał do Babilonii, a następnie dostał się we władanie perskie i jak całe imperium perskie znalazł się w państwie Aleksandra Wielkiego.

      W okresie hellenistycznym na zmianę należał do państwa egipskich Ptolemeuszy lub państwa Seleukidów. W 64 p.n.e. wszedł do rzymskiej prowincji Arabia. Był częścią Bizancjum, a następnie został zajęty przez Arabów. Był stolicą kalifatu umajjadzkiego i stał się jednym z najważniejszych miast świata arabskiego. W czasie wypraw krzyżowych wielokrotnie oblegany, pozostał niezdobyty i przekształcił się w centrum oporu przeciw najeźdźcom i został stolicą Saladyna i dynastii Ajjubidów. W 1401 roku miasto zdobyli i prawie całkowicie zburzyli Mongołowie pod dowództwem Tamerlana. W XVI wieku Damaszek został zdobyty przez Turków osmańskich i pozostał w ich rękach do I wojny światowej, podczas której został zajęty przez arabskich sojuszników Wielkiej Brytanii. Po wojnie stał się stolicą Syrii i status ten zachował do dziś.

      Historia Damaszku wyjaśnia nam, dlaczego jest tam tak olbrzymia liczba zabytków pochodząca z wielu kultur. Praktycznie całe stare miasto to jeden wielki zabytek. Pisanie o wszystkich zabytkach Damaszku zajęłoby może tysiące stron. Wspomnę więc tylko o kilku z nich, tych pod wieloma względami najważniejszych.

      Wielki Meczet Umajjadów jest jednym z czterech najważniejszych sanktuariów islamu (obok Mekki, Medyny i meczetu na Skale w Jerozolimie). Zbudowany został przez kalifa Omajjadzkiego al-Walida (705-715 r.) w miejscu, gdzie w starożytności istniała aramejska świątynia boga Haddada. W okresie rzymskim została przerobiona na świątynię Jowisza – odpowiednika Haddada, a w IV wieku stała się Bazyliką św. Jana Chrzciciela. Ostatecznie przebudowano ją na omajjadzki meczet. Wznoszące się nad meczetem minarety to pozostałości prostokątnych wież, które kiedyś znajdowały się na czterech narożach świątyni rzymskiej. Po przebudowie na meczet stały się pierwszymi minaretami w islamie. Do dziś zachowały się trzy minarety. Najokazalszy jest ten od strony południowo-wschodniej, tzw. minaret Jezusa – gdzie (jak pisałem wcześniej o końcu naszej cywilizacji) wg podania ma się ukazać Jezus Chrystus, który przybędzie na ziemię w przeddzień Sądu Ostatecznego. Do meczetu można wejść tylko bez butów. Ma to cechy nie tylko szacunku, ale i względy czysto praktyczne. Podłogi w meczetach są wyścielone wspaniałymi dywanami, na których można pomodlić się lub po prostu odpocząć w chłodzie, uciekając od piekących promieni słonecznych na zewnątrz. A o buty pozostawione na zewnątrz nie trzeba się martwić. Nikt ich nie ukradnie – to byłoby świętokradztwo.

      Niezmiernie interesujący jest fakt, że w jednym z najważniejszych miejsc islamu znajdują się dwa elementy ściśle związane z chrześcijaństwem. Są to: minaret Jezusa i kaplica z relikwiami św. Jana Chrzciciela. Godne uwagi jest to, że oba te obiekty są bardzo szanowane przez wyznawców islamu. W kaplicy można się pomodlić do św. Jana Chrzciciela, bo to przecież nic nie kosztuje, a może przyniesie lepsze jutro. Na pewno jednak można poleżeć na pięknym dywanie w chłodzie. Zawsze to lepsze niż spędzenie skwarnego popołudnia w dusznym mieszkaniu.

      Większość zabytków Damaszku znajduje się w obrębie Starego Miasta, otoczonego dawnym rzymskim murem, w ciągu 2000 lat częściowo zburzonym i wielokrotnie przebudowywanym. Najlepiej zachowany odcinek biegnie od Bab as-Salama (Brama Bezpieczeństwa) do Bab Tuma (Brama Tomasza – od imienia zięcia bizantyjskiego cesarza Herakliusza I) w północno-wschodnim narożniku.

      Miejscem, które absolutnie trzeba odwiedzić, jest Souq al Hamidija. To tak, jakby być w Paryżu i nie widzieć wieży Eiffla. Wejście na to jedno z głównych krytych targowisk znajduje się obok cytadeli. Ten brukowany bazar z kłębiącymi się tłumami kupujących, naganiaczy i niezmordowanych handlarzy zdaje się należeć do zupełnie innego świata niż uliczne korki i chaos na zewnątrz. W większości sklepików handluje się wyrobami rzemieślniczymi. W głębi sklepiony dach ustępuje dwóm ogromnym korynckim kolumnom, które wspierają ozdobne nadproże – jest to pozostałość po zachodniej bramie świątyni Jowisza z III w. n.e.

Będąc w Damaszku, nie możemy ominąć ulicy Prostej (Via Recta) – pisano o niej już w Biblii. Na jej końcu wznosi się Brama Wschodnia. 300 metrów dalej na południe, wzdłuż muru obronnego otaczającego Damaszek, znajduje się kaplica św. Pawła – zbudowana w miejscu, gdzie wg Nowego Testamentu św. Paweł został spuszczony w koszu przez okno, gdy uciekał przed swymi prześladowcami.

      Wzdłuż rzeki Barady, na zachód od Starego Miasta, wznosi się meczet Takija as-Sulajmanijja. Został zbudowany w 1554 roku na polecenie sułtana tureckiego Sulejmana Wspaniałego jako schronienie dla pielgrzymów udających się do Mekki przez Damaszek. Budowla składa się z dwóch części: zgrabnego, biało-czarnego meczetu oraz arkadowego dziedzińca z dodatkowymi pomieszczeniami dla pielgrzymów. W kwaterach tych mieści się obecnie Muzeum Wojskowe z kolekcją militariów od epoki brązu po współczesność.

      Muzeum Narodowe jest położone zaraz obok meczetu Takija as-Sulajmanijja. Jest ono zaliczane do najciekawszych i najbogatszych na świecie. Muzeum dzieli się na cztery części: starożytna Syria, zabytki epoki greckiej i rzymskiej, zabytki arabskie i islamiczne oraz sztuka współczesna. Za imponującą fasadą, przetransportowaną tu w kawałkach i ponownie złożoną bramą z pustynnego pałacu Qasr al-Hajr al-Gharbi niedaleko Palmyry, pochodzącego z 688 roku, kryją się fantastyczne zbiory, od tabliczek z Ugaritu (Ras Szamra), zapisanych najstarszym znanym nam alfabetem, po salę urządzoną w stylu XVIII-wiecznego pałacu Azima. Do największych atrakcji należy zrekonstruowane hipogeum, czyli podziemna komora grobowa z Doliny Grobowców w Palmyrze, a także pokryta freskami synagoga z Dura Europos.

      To historia. A jak wyglądało życie w Syrii w drugiej połowie 20. stulecia, kiedy tam byłem? Po nasyceniu się zwiedzaniem antycznych zabytków, których Syria ma tyle, że mogłaby konkurować z całą resztą świata, postanowiłem zbadać codzienne życie w tym wiecznym mieście. Wychodząc na ulice, natychmiast zderzasz się z okropnym hałasem i tłokiem. Zarówno ulice, jak i chodniki są potwornie zatłoczone. Zupełne przeciwieństwo Ułan Bator w Mongolii, o czym pisałem wcześniej. Ulicami przesuwały się samochody w odległości najwyżej pół metra w każdym kierunku, czyli z przodu, z tyłu i po bokach, a między nimi mknęli rowerzyści i do tego z wielkimi tacami pączków lub czegoś podobnego. Ich wyczyny można było porównać tylko do akrobacji cyrkowych. Zaklinałem, aby choć jeden pączek spadł – moje niedoczekanie. Więc gdzie teraz idziemy? Wiele razy widziałem z okna hotelu szereg karetek pogotowia jadących z zachodu. Dowiedziałem się, że jadą z doliny Bekaa, z Libanu. Góry Antyliban zaczynają się zaraz na wschód od Damaszku. Od hotelu Szam Damas, może dwa kilometry, postanowiłem więc zobaczyć, czy zostały jeszcze jakieś słynne cedry libańskie. W miarę zbliżania się do gór tłok uliczny systematycznie malał, dostałem się tam dosyć szybko.

Ani śladu po cedrach. Zbocza gór, czasami dosyć strome, porośnięte teraz były glinianymi lepiankami, a cedry poszły pewnie na opał. Ryzykowałem bardzo wiele, nie powinienem znajdować się tam samotnie, toteż wymyśliłem sobie usprawiedliwienie: cel uświęca środki. Jednakże odrobina rozsądku podpowiedziała mi, aby być tam jak najkrócej. Toteż w imię celu zajrzałem do jednej z lepianek, a w imię rozsądku zmykałem stamtąd bardzo szybko. Tego, co widziałem w środku, nigdy nie zapomnę. Cała rodzina spała na suchej trawie powleczonej kocem. I to chyba mnie uratowało. Był to czas sjesty popołudniowej między dwunastą w południe i czwartą, kiedy wszyscy chowają się przed piekącym słońcem. Sklepy również są zamknięte, bo temperatura jest grubo ponad 40 stopni. Kiedy to sobie uświadomiłem, było już odrobinę za późno.

      Poczułem gwałtownie objawy udaru słonecznego. Do hotelu dwa kilometry. Wszyscy śpią. Jakaś resztka samoistnienia spowodowała, że uparcie parłem do przodu i to, o dziwo, we właściwym kierunku. Pamiętam tylko, że gdzieś po drodze zobaczyłem czy może usłyszałem uliczny wodopój dla ludzi: kran z kapiącą wodą, kubek na łańcuchu, ogrodzone metalowymi prętami. Chwyciłem rękami te pręty, ale jednocześnie uświadomiłem sobie, że nie wolno mi pić tej wody z powodu ameby, która jest bezpieczna dla tubylców, ale śmiertelna dla Europejczyków. Przylgnąłem głową do tych prętów przynoszących nieco ulgi, a kiedy próbowałem iść dalej, o dziwo, palce nie chciały się otworzyć. To mój organizm przejął kontrolę nad mózgiem, który teraz nie bardzo funkcjonował. Jeszcze pamiętam chłód w lobby hotelu a potem długo nic. Kiedy się obudziłem, zobaczyłem nad sobą głowę lekarza, który się mną opiekował. Był to Polak w ośrodku odnowy biologicznej w hotelu Szam Damas. Smarował mi usta czymś gorzkim, zamiast dać mi pić. Jednakże wiedział, co robi, bo kiedy próbowałem powiedzieć: pić (nie udało mi się tego dokonać), powiedział: Nie wolno pić przez następnych kilka godzin, i dał mi na wychodne kubek herbaty i nakazał pić ją powoli tylko łyżeczką.

      Szybko musiałem dojść do siebie, bo plany pobytu były dosyć napięte. Czekała nas natomiast wizyta w polskiej ambasadzie. Po wstępnych rytuałach przyszła wreszcie pora na pytania i odpowiedzi. Moje pytanie było: Jaka jest sytuacja polskich kobiet, które wyjechały do Syrii, wychodząc za mąż w Polsce za Syryjczyka? Temat ten gnębił mnie już od lat. Otóż odpowiedź przeszła moje oczekiwania. Zupełnie jak z Rodezją czy Iranem sytuacja wyglądała zupełnie podobnie. Żeby zrozumieć sens sprawy, polecam najpierw obejrzeć film "Not Without My Daughter", w którym amerykańska lekarka wyszła za mąż za irańskiego lekarza i, mając córkę, wyjechali na wakacje do Iranu. Dobrym przykładem jest też dramatyczna sytuacja Polek w Rodezji, gdzie podlegały one rytuałom obrzezania i wyrywania włosów z łona.

      Co do Syrii pan ambasador odpowiedział mi: "Tak, to jest bolesny problem, mamy teraz 12 Polek, które zwróciły się do ambasady o pomoc". Na czym polega problem? Na naiwności młodych Polek. Arabowie mają hopla na punkcie blondynek, a tych jest dużo w Polsce. Przyjeżdża taki Arab, na przykład z Syrii, ma na głowie kufijję, zwaną arafatką, czyli czarno-białą lub czerwono-białą chustę przytrzymywaną czarną opaską, a właściwie grubym podwójnym sznurkiem ozdobionym frędzelkiem, i zatrzymuje się przed hotelem Unia w Lublinie. A tam pełno panienek poszukujących przygód i może fortuny, jako że hotel Unia to jak Szam Damas w Damaszku. Mówi jednej z nich, że jest piękna, że jest marzeniem jego życia, że ma biznes w nafcie (a w rzeczywistości sprzedaje mazut na ulicy). Następnego dnia już jest ślub w urzędzie stanu cywilnego, już jest zadatek na dziecko, a za kilka dni szczęśliwa wybranka ląduje w Damaszku. Przez kilka miesięcy uświadamia sobie gorzką rzeczywistość. A kiedy dziecko przychodzi na świat, dowiaduje się, że ma ono obywatelstwo syryjskie po ojcu i ona nie ma prawa wywieźć go z Syrii bez zgody męża. Ambasada Polski nic tu nie może pomóc, bo reprezentuje tylko Polskę, a nie prawo syryjskie.

      Ostatnie spacery po ulicach miasta-zabytku, słuchanie okrzyków z wielu minaretów "Allah akbar" (Bóg jest wielki), zgiełk uliczny, zgiełk w suku, to słyszę w moich uszach do dziś. Kiedy jeszcze raz odwiedziłem souk al Hamidija, aby wymienić syryjskie funty na dolary, spotkałem żołnierza ONZ-etu. Na prawym ramieniu miał godło UN, czyli niebieski globus opasany dwoma żółtymi kłosami, a na lewym... polskiego orzełka . Spytałem go, co tu robi, a on na to, że sprzedaje oranżadę. On z kolei zadał mi to samo pytanie. To było troszeczkę za dużo jak na moje rozumowanie i skończyło się to naszym koncertem na Wzgórzach Golan, ale o tym już w następnym artykule.

      Będąc w suku, spytałem, ile kosztuje arafatka. Odpowiedź była: 5 funtów. Ale jeżeli kupię 20, to zapłacę po 2 funty sztuka. I wtedy przyszedł mi do głowy szalony pomysł. Kupiłem 20 sztuk dla całej męskiej części naszej grupy. Spowodowało to nieobliczalne konsekwencje w powrocie do Polski. Na lotnisku Okęcie byliśmy traktowani zupełnie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Oczywiście byliśmy mocno opaleni i założyliśmy czarne przeciwsłoneczne okulary. Poprosiliśmy nasze dziewczyny, aby trzymały nas pod pachę. Konsternacja była okrutna, szczególnie że używaliśmy całego zasobu arabskich słów, których udało się nam nauczyć, reszta to była arabska improwizacja. Nie pomógł fakt, że w paszportach były przecież polskie nazwiska, nie pomogło zdejmowanie okularów. Fascynacja była niezmienna.

      W Lublinie poprosiliśmy kierowcę autobusu, aby podjechał pod hotel Unia. Postaliśmy tam tylko 15 minut. Oczywiście wszyscy mężczyźni siedzieli przy oknach. I nagle wszystkie panienki tłumnie obległy nasz autobus. Przeszło to w masową euforię. Nigdy przedtem nie widziały tylu Arabów jednocześnie. Już wyobrażam sobie ich wizje o wspaniałej przyszłości w Syrii...

Leszek Samborski

Mississauga

piątek, 22 czerwiec 2012 10:37

Raport z Państwa Środka: Stereotypy

Napisane przez

    Zhong Guo – w wolnym tłumaczeniu Państwo Środka i tak właśnie nazywają swoją ojczyznę Chińczycy. I tak też obrazuje to chińska wersja mapy świata, Chiny pośrodku, z lewej Europa i Afryka, a po prawej obie Ameryki. Najstarsza z istniejących cywilizacji z historią ponad pięciu tysięcy lat zna swoją wartość i poczucie dumy narodowej. "Bo my, Chińczycy, to tak i tak, a wy, obcokrajowcy, to inaczej" da się często usłyszeć w rozmowach z Chińczykami, zaznaczyć należy, że nie ma w tym podtekstu nieprzychylności do obcokrajowców, lecz silne podkreślenie swojej wyjątkowości. Wrzuceni do jednego worka, jesteśmy wszyscy tacy sami, a przynajmniej wszyscy Europejczycy, Amerykanie i Australijczycy. Może z wyjątkiem Rosjan, bo to dla Chińczyków oddzielna półka.                   

Mimo tych stereotypów, które również występują po naszej stronie, bo przecież duża część naszego społeczeństwa nie widzi różnicy pomiędzy np. Wietnamczykami a Chińczykami, część Chińczyków zalicza nas do szeroko rozumianego bloku państw postkomunistycznych i to determinuje pryzmat, przez jaki nas widzą. Mało jednak który rozumie pojęcie słowiańszczyzny oraz konsekwencje, jakie niesie to za sobą odnośnie do kultury.

     Własne poczucie wyjątkowości oraz nieznajomość świata zewnętrznego sprawiają często wręcz śmieszne stwierdzenia wypowiadane w luźnych rozmowach przez Chińczyków. Pewnego dnia stojąc w korku, widząc naprzeciw sznur ciężarówek, zapytałem taksówkarza, ile zarabia kierowca takiego TIR-a. Okazało się, że ma od 4 do 6 tysięcy rmb. Ja na to, że taki kierowca może sobie dorobić na lewiznach, jak np. na paliwie. Wyjaśniłem cały proceder "oszustwa", opierając się na czysto polskich doświadczeniach. Wtedy taksówkarz odpowiedział "Ty to znasz Chiny od podszewki". Po kilku zdaniach wyszło, że mój rozmówca miał wizję, że to tylko w Chinach i tylko Chińczycy są na tyle sprytni, aby opracować takie przekręcanie firmy na paliwie, a ja jestem tak obeznany w chińskich sprawach, że znam całą kombinację z lewymi fakturami od znajomego ze stacji włącznie.

      Kolejną śmieszną historią jest to, kiedy często jem surowy ząbek czosnku do jakiegoś dania. Mogę wtedy usłyszeć: "ten jak prawdziwy Chińczyk, je czosnek", lub analogicznie, kiedy jem coś ostrego. Wprost daje się wyczuć, że w świadomości wielu Chińczyków jest, że pewne produkty są zarezerwowane tylko dla nich, a my, biali, znamy tylko cukier. Odnośnie do cukru, którego osobiście nie używam, a słodkich potraw nie lubię. Spotkałem się kilka razy z tym, że Chińczycy częstowali mnie czymś słodkim, mówiąc "Wy, Europejczycy, lubicie jeść na słodko", niestety ja odmawiam takich potraw.

      Jeszcze inne zdarzenie miało miejsce w czasie załatwiania pewnej sprawy, kiedy mówię do mojego znajomego Chińczyka (w żartach): "jak mi to załatwisz, to odpalę Ci działkę", wtedy inni obecni przy rozmowie chórem odpowiedzieli "Adam to już jak typowy Chińczyk". Jak widać, w Chinach nie mamy opinii łapówkarzy.

      A już tak na koniec dopowiem, każdy biały w Chinach zna język angielski perfekt. Dlaczego? No bo przecież jest Amerykaninem. A co jeżeli jest Niemcem? Nic, przecież Niemcy mówią po angielsku.

      Nie należy takich sytuacji brać za bardzo do siebie. Ja staram się tłumaczyć, jak sprawa się ma realnie, i niech świadomość Chińczyków o nas rośnie. Chodzi o to, aby Polacy przebili się przez wszelkie pryzmaty i dali się poznać tacy, jacy naprawdę są, a wtedy sami Chińczycy zobaczą, ile mamy wspólnego z Niemcami, Amerykanami, Francuzami, a ile z nimi, Chińczykami, a naprawdę mamy wiele.

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

piątek, 15 czerwiec 2012 11:15

Azja pod stopami (4)

Napisane przez

  

Pobyt na Filipinach zaczęliśmy od lądowania na lotnisku Clarke, które do połowy lat osiemdziesiątych było największą bazą wojsk amerykańskich w tym rejonie świata.

W pobliżu bazy "dla potrzeb" rozrywkowych i spragnionych damskiego towarzystwa powstało miasteczko "Angeles City", w którym były liczne bary i kluby dla panów. Piękne Filipinki, oferowaly tam swoje usługi. W 1984 roku Amerykanie zamknęli bazę po dewastującym wybuchu sąsiedniego wulkanu. Miasteczko pozostało i do dziś podobne bary są ogromną atrakcją turystyczną.

      W okolicy Angeles City, raz do roku w Wielki Piątek od prawie 50 lat odbywa się tu niezwykły spektakl. Filipińczycy jak wiadomo są zagorzałymi katolikami. Prawie 95% populacji deklaruje przynależność do Kościoła rzymsko-katolickiego. By podkreślić swoją pobozność, padli na pomysł spektaklu na otwartym powietrzu, w czasie którego odgrywano Drogę Krzyżową oraz scenę ukrzyżowania. Czasami dzieło przerasta mistrza i po latach, ktoś postanowił dać się ukrzyzować naprawdę. I tak pozostało.

      Spektakl, który mieliśmy szanse oglądać, według szacunków organizatorów zgromadził około 60 000 uczestników oraz media z całego świata. Sam główny spektakl odgrywany z ogromnym zaangażowaniem przez lokalnych aktorów-amatorów, jest bardzo kolorowy i odbywa się na obrzeżach miasteczka. Scena ukrzyżowania odbywa się na specjalnie sztucznie usypanym lata temu wzgórku.

      Konie, wspaniale kostiumy, liczni żołnierze rzymscy, to przyciąga uwagę. Co roku liczni wolontariusze zgłaszają swoją chęć bycia ukrzyżowanym, by wyrazić w ten sposób swoją wiarę. W tym roku było ich ponad 20. "Główny" ochotnik do ukrzyżowania, w tym roku robił to po raz 26. Zgromadzony tłum, godzinami w pełnym słońcu, oczekuje na ceremonię ukrzyżowania.

      Liczne stragany z jedzeniem i pamiątkami, ostrzeżenia przed kieszonkowcami, kolorowe baloniki, to wszystko przypomina typowy jarmark w Polsce. Pomimo duchoty wszyscy są uśmiechnięci i chętnie pozują do zdjęć i uśmiechają się przyjaźnie. Sama główna ceremonia poprzedzona jest procesją licznych pątników, którzy chodzą w szeregu biczując się do krwi również a by podkreślić swoją wiarę.

      W pierwszym momencie myśleliśmy, że to tylko udawane cierpienie, ale szybko okazało się, że krew i rany są autentyczne. Kiedy kilka razy zbliżyłem się zbyt blisko, by sfotografować biczowników, krople krwi szybko pojawiły się na moim ubraniu.

      Ten spektakl, jest unikalny na skalę światową i nic dziwnego, że tysiące turystów co roku w Wielki Piątek zjeżdża do tego miasteczka.

      Filipiny są krajem położonym na wyspach. Zostały one odkryte przez Hiszpan i zdecydowanie widać to po urodzie mieszkanców, którzy są nieźle przemieszani. Ale w swojej historii ten kraj miał też okres, kiedy był pod okupacją Japonii w czasie drugiej wojny światowej. Przez wiele lat również Amerykanie pozostawili tutaj swój ślad. Być może dzięki temu, jest tu bardzo wiele atrakcyjnych i ciekawie wyglądających pań. Obecnie kraj ten liczy około 90 milionów mieszkańców, z których około 11 milionów mieszka w stolicy Mamilli. Jest to prawdopdobnie jedna z najbrzydzszych stolic świata. Manilla, w czasie II wojny została prawie całkowicie zrównania z ziemią poprzez dywanowe naloty Amerykanów, próbujących wykurzyć z niej ukrywających się Japończyków. Uważa sie, że było to drugie najbardziej zniszczone miasto w czasie II wojny światowej po Warszawie.

      Tak jak Niemcy zapisali się w pamięci Polaków w czasie tej wojny, jeszcze gorzej zapisali się w pamięci Filipińczyków - japońscy żołnierze. Gwałty, tortury, bestialstwo w stosunku do cywili były powszechne.

      W Manilli, najstarszą cześć miasta zbudowano w XVI wieku i otoczono murami. Do dziś jest to jedno z bardziej prestiżowych miejsc do mieszkania. Natomiast są tu ogromne dzielnice biedy i nędzy. Domeczki zbudowane z blachy falistej, w których mieszkają liczni nowo przybyli, szukający w tym mieście swej szansy. Filipiny, są biednym krajem i ocenia się, że 75 procent mieszkańców żyje w biedzie lub bardzo skromnie.

      Za to rząd i politycy są znani z korupcji i wystawnego stylu życia. Przykładem może być znany z przeszłości Markos, który wraz z żona Imeldą znaną z ekstrawagancji rządził tym krajem przez lata (1965-1986) głównie napychając własny portfel.

      Manilla ma jeszcze jeden akcent polski. W czasie obchodów Dnia Młodzieży Jan Paweł II odprawił tutaj mszę, która zgromadziła 2.5 miliona ludzi. Jest to oficjalny rekord w Guiness Book of Records. Na marginesie warto dodać, że "nasz" papież jest to dotychczas bardzo pamiętamy i powiązany i wielu domkach widać jego portrety.

      Filipiny, położone są na setkach wysp i wysepek. Komunikacja pomiędzy nimi odbywa się głównie za pomocą łodzi i promów. Z tym, że promy te nie są niczym więcej niż większa łodzią z pływakami dla stabilności wożącymi ludzi jak autobus. Często są one przeładowane i nie dziwi mnie teraz częsta informacje o zatopionym promie, które pojawiają się w mediach.

      Część wysp jest bardzo bezpieczna, ale są całe połacie kraju, gdzie rząd ze swoją słabą armią, nie ma kontroli. W tych miejscach, turyści mogą być narażeni na porwania w celach okupu.

      My na kilka dni wybraliśmy się z Manilli na bardzo spokojną wyspę Mindoro. Dwie godziny od stolicy autobusem oraz godzina promem i znaleźliśmy się w "raju" dla białego człowieka. Tak, spotkaliśmy tu mnóstwo Niemców, Austriaków, Francuzów, Amerrykanów, którzy przenoszą się tu ze starych krajów na emeryturę albo po to, by żyć spokojnie, prowadząc skromny biznes. Ponieważ pogoda jest to prawie stała, ludzie bardzo pogodni a koszty utrzymania niskie - wszyscy "foriners" z którymi rozmawiałem, byli bardzo zadowoleni z wyboru. Okazuje się, że by wygodnie żyć, wystarczy tu dysponować 1000 dolarów na miesiąc. Wystarczy to na wynajęcie domku, jedzenie, trochę rozrywki i gosposię. Słońce i piękny ocean jest darmo! Myślę, że dla wielu starszych ludzi, którzy nie lubią zimy w Kanadzie, może to być niezła alternatywa.

      Wyspa Mindoro, ma wiele przepięknych zatoczek, fantastyczne miejsca do nurkowania oraz bardzo urozmaicony krajobraz. Osobiście miałem okazję sprawdzić jak to wygląda pod wodą i byłem pod dużym wrażeniem. Nurkuję od wielu lat, ale wiele z widzianych tam ryb i stworzeń wodnych były dla mnie zupełna nowością. Polecam. Acha - cena za nurkowanie jest bardzo przystępna i znacznie niższa niż na Karaibach - 25 dolarów za jedno nurkowanie.          

      Jest w Sabane mnóstwo klubów nocnych, szkół nurkowania, butelka dobrego lokalnego rumu kosztuje 2 dolary. Jeśli się ma tylko pieniądze do wydawania, to jest to miejsce bardzo miłe na dłuższe wakacje.

      Na samym Mindoro zatrzymaliśmy się w niesamowicie zabawnym hotelu (najlepszy w miasteczku) pod nazwa Tropicana. Wybudowany w charakterze zamku na wzgórzu górującym nad miasteczkiem, gdzie prawie każdy pokój jest inny. Jeden z przydzielonych naszej grupie pokoi miał prawie 2000 stop kwadratowych i w pokoju miał stół billardowy i ogromny bar.

      Jeepne - skrzyżowanie jeepa z małą ciężarówką, jest bardzo powszechnym środkiem lokomocji na Filipinach. Nowy kosztuje około 5000 dolarów, ale każdy właściciel robi personalne zmiany, z których jest bardzo dumny. Samochody te załatwiają na Filipinach publiczny transport, który zasadniczo tu nie istnieje. Setki super kolorowych "jeepne" widoczne są wszędzie. Wiele z nich ma na przedniej szybie informację dokąd jedzie - i pasażerowie dosłownie prawie w biegu wskakują i wyskakują z nich. Zabawne jest to, że wielu z nich siedzi na dachu takiego pojazdu lub wisi na specjalnie dodanych stopniach, tak jak my niegdyś jeździliśmy tramwajami. Ja osobiście byłem urzeczony kolorytem tego samochodu i przyznać się muszę, że chyba zrobiłem więcej zdjęć samochodów niż ładnym Filipinkom.

Maciek Czapliński

Mississauga