Goniec

Register Login

Reportaże

piątek, 25 maj 2012 11:24

Azja pod stopami (1)

Napisane przez

Bezpośredni lot z Toronto do Hongkongu trwa około 15,5 godziny. Nie jest to zachęcające i każdy z naszej grupy z obawą myślał o godzinach, które musimy spędzić w powietrzu. Z drugiej strony, perspektywa życiowej przygody była zbyt kusząca...

Na szczęście linie lotnicze Cathay Pacific znane są ze znakomitego serwisu i pomimo długiego lotu podróż przebiegła w miłej atmosferze. Obecne lotnisko w Hongkongu oddane do użytku w 1998 i wybudowane na sztucznej wyspie zastąpiło poprzednie lotnisko (zwane Kai Tak), które było praktycznie w centrum miasta. Nowe lotnisko nazywane Chek Lap Kok Airport jest jednym z najnowocześniejszych lotnisk na świecie, choć w tej dziedzinie postęp następuje szybko i często dziś "nowoczesne", jutro może być przestarzałe. Lądowanie na "starym" lotnisku, które było zlokalizowane w obrębie miasta zawsze wywoływało dreszczyk emocji. Lądujące na nim samoloty dosłownie dotykały swoimi skrzydłami sąsiadujących z nim wysokich budynków mieszkalnych. Lądowanie takie oprócz dreszczyku emocji, często dla niczego niespodziewających się pasażerów graniczyło z cudem. Ponieważ brakowało miejsca na rozwój lotniska oraz coraz większe samoloty miały coraz mniej miejsca do lądowania, podjęto decyzję o relokacji i budowie nowego portu lotniczego, co w sytuacji tego miasta nie było łatwe. Bo po pierwsze, jest tu mało wolnego terenu, a po drugie, przeważnie jest on górzysty. By wybrnąć z kłopotu, usypano sztuczną wyspę na morzu i tam dziś mieści jedno z najnowocześniejszych lotnisk na świecie. Po przeniesieniu lotniska w nowe miejsce, w obrębie miasta uwolnił się spory obszar terenu, który natychmiast został zapełniony nową tkanką miejską. Relokacja lotniska miała jeszcze jeden zabawny wpływ na architekturę miasta. Otóż przed zmianą schodzące do lądowania samoloty narzucały pewne restrykcje na maksymalną wysokość budynków. Dziś kiedy nie ma już obawy "zahaczenia" podwoziem o budynek, liczba naprawdę wysokich budynków wzrosła znacznie. Wpłynęło to na panoramę miasta sprzed lat. Te budynki, które były mi znane jako niezwykle wysokie i ważne obiekty światowej architektury, dziś wyglądają na małe i zostały wchłonięte przez nowe dynamicznie powstające obiekty.

Hongkong jest byłą kolonią brytyjską przekazaną Chinom na mocy porozumienia po 99 latach dzierżawy w dniu 1 lipca 1997 roku. Kiedy w przeszłości Brytyjczycy zaczynali handel z Chinami i szukali miejsca na bazę, wybrali oni wyspę Hongkong. Ze względu na swoją konfigurację terenu, miejsce to miało dwa benefity. Pierwszym była dobra pitna woda z gór, drugi to dobra osłona portu przed tajfunami. Wydzierżawili oni wówczas tę wyspę na 99 lat. Na początku był to teren nieużytków i głównie pracowali tu rybacy. Bardzo szybko "zmyślni" Chińczycy zaczęli się tu gromadzić, korzystając z okazji pośrednictwa pomiędzy Brytyjczykami a ziomkami z Chin kontynentalnych. Brytyjczycy z kolei sprowadzili tu bardzo dużą liczbę lojalnych sobie Hindusów z kolonii w Indiach. Zostali oni głównie policjantami i urzędnikami. Do dziś widać spore "wpływy" tej mieszanki na populację tego miasta. Sprowadzeni Hindusi mieli dodatkowo sporo przywilejów, które do dziś na mocy traktatu są respektowane przez nowa administrację.

Bardzo szybko okazało się, że dynamicznie rozwijające się terytorium brytyjskie zaczęło pękać w szwach i dlatego rozszerzono je o następne wyspy. Jedną z nich jest wyspa Kowloon. Było to miejsce, w którym był duży port, mnóstwo miejsc do pracy oraz bardzo duża kolonia Chińczyków (Brytyjczycy głównie zasiedlali starą wyspę). Obie wyspy przez lata były ze sobą połączone tylko za pomocą promów. Dziś łączą je tunele podwodne oraz mosty. Zanim powstał pierwszy tunel, często pracujący panowie nie byli w stanie wrócić na noc do swoich rodzin, tłumacząc to złymi warunkami pogodowymi czy spóźnieniem na ostatni prom. Prawdziwym powodem "spóźnienia" czasami była sympatyczna pani do towarzystwa na drugim brzegu kanału. W chwili powstania pierwszego tunelu, taka opcja tłumaczenia się przestała istnieć, dlatego dziś pierwszy mający 2 km długości tunel powszechnie znany jest jako "no excuse tunel".

Wpływy Brytyjczyków są ciągle dobrze widoczne w tym mieście. Zaczynając od ruchu drogowego, który jest lewostronny, licznych kolonialnych budynków; prawa, które bazuje na brytyjskich zasadach, oraz języka, który jest tu dość powszechnie znany. Przez całe dekady, wszystkie firmy światowe, które myślały o ekspansji biznesowej na Chiny, tu tworzyły swój przyczółek. Do dziś jest ich tu bardzo wiele. Od kiedy jednak Chiny zmieniły swoją politykę i stały się bardziej prozachodnie w swoim modelu biznesowym, Hongkong utracił swoje znaczenie a przejęły go takie miasta w Chinach, jak Szanghaj czy Pekin.

Z drugiej strony, zmiany w Chinach oraz wygoda "brytyjskiego kręgosłupa" powoduje, że Hongkong dla wielu biznesmenów jest ciągle miejscem, od którego wolą zacząć. Sami mieszkańcy tego terytorium zresztą uważają się za coś lepszego niż reszta Chińczyków. I trudno im się dziwić. Podróżują swobodnie po świecie, często posługują się angielskim (choć czasami dość słabo), zarabiają lepiej niż typowi kuzyni zza bliskiej granicy oraz są często lepiej wykształceni. Nic dziwnego, że wielu z nich bardzo zgrabnie manewrując i wykorzystując swoje unikalne umiejętności dorobiło się fortun na pośrednictwie w handlu pomiędzy wschodem a zachodem. Zresztą nie tylko na handlu w tym kierunku. Przez lata kiedy Chiny i Tajwan oficjalnie się nie uznawały i nie kooperowały, istniał tu zabawny proceder. Towary z Chin były przepakowywane w opakowania z Hongkong i wysyłane na Tajwan i odwrotnie też - z Tajwanu przez Hongkong do Chin. Tak więc na tym zabawnym pośrednictwie powstawały kolejne fortuny.

W czasie lotu do Hongkongu, kilkakrotnie widziałem reklamę Bank of Hong Kong (BHK), w której podkreślano jakąś horrendalnie wysoką liczbę milionerów mieszkających w tym mieście, których ten bank obsługuje. Nie znaczy to wcale, że wszyscy są tu bardzo bogaci i wszyscy są tu milionerami. Odwrotnie, pomimo że na ogół wszyscy tu dbają o wygląd i schludność, to większość żyje tu tak, by związać koniec z końcem. Ze względu na natłok wszystko jest tu bardzo drogie dla przeciętnego mieszkańca. Średnie zarobki wynoszą około 8000 do 12000 hongkońskich dolarów (przelicznik - 1 CND = 7,5 HKD). Natomiast średnie ceny nieruchomości są na poziomie 2-3-krotnie wyższym niż w Metro Toronto. Większość mieszkań jest bardzo mała (250-300 stóp) i często okupowana przez 2-3 rodziny (2-3 pokolenia). Większość młodych ludzi, z którymi rozmawiałem, próbuje uniezależnić się od rodziny, ale nie jest to łatwe i często powoduje, że na własną rękę nie są w stanie założyć rodziny, bo koszty jej utrzymania są poza ich możliwościami.

Mówiąc o kosztach, to niektóre są naprawdę znaczne i wynikają z podaży i popytu. Otóż by zostać taksówkarzem w Hongkongu, należy mieć licencję, z tym że już od dawna nie wydaje się nowych licencji. W praktyce, by odkupić istniejącą licencję, należy zapłacić za nią 1 milion dolarów (na szczęście w tutejszej walucie), ale fakt jest taki, że nie jest to tanio.

Hongkong oprócz bycia miastem handlu i banków ma oczywiście szereg atrakcji. Samo położenie jest bardzo ciekawe, bo są to góry otoczone oceanem. Dlatego są tu licznie punkty widokowe, z których można obserwować panoramę miasta i ocean. Lata temu jeden z gubernatorów tego terytorium, by uradować swoją żonę i licznych gości, wybudował kolejkę na jeden z otaczających miasto pagórków. Była to kolejka linowa ciągnąca wagony tramwajowe, podobna w zasadzie do tramwajów w San Francisco. Do dziś "The Pick Tram" jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych, a liczne biznesu, które je otaczają, mają doskonałą lokalizację. Trzeba też przyznać, że widok miasta z tego punktu widokowego jest imponujący. Inną atrakcją jest przejażdżka łodzią rybacką po kanale dzielącym wyspy. Jest to bardzo malownicze, ale szybko uświadamia, że jest tu wielu bardzo biednych ludzi, spędzających całe życie na wodzie i bez wielkich perspektyw na przyszłość.

Brytyjczycy zaszczepili w tym rejonie wiele swoich sposobów spędzania czasu obecnym mieszkańcom tych terenów. Popularne są tu rugby, tenis, golf, żeglowanie i wyścigi konne. Znany bardzo tutaj "Jockeys Club" jest wręcz instytucją socjalną, które co roku przeznacza ogromne kwoty na cele charytatywne (16 proc. z dochodów). Aha, warto jeszcze wspomnieć o tak zwanych bazarach - mieliśmy okazję odwiedzić najbardziej znany "Stanley Market" i, moim zdaniem, jest to strata czasu. Wszystko, co tam można kupić, można kupić taniej w wielu innych miejscach, ale cóż, jest to też atrakcja turystyczna, którą można, ale niekoniecznie trzeba zaliczyć. Dużo lepszym wyborem jest spacer po głównych ulicach handlowych w okolicy nadbrzeża, gdzie przynajmniej mamy szanse pocieszyć oczy nowoczesną architekturą i licznymi restauracjami, które oferują znakomitą kuchnię.

 

Następny etap naszej wycieczki to pobliskie Chiny, a konkretnie miasto Zhuhai. Dostaliśmy się tam drogą wodną - korzystając z szybkiego promu. Godzina drogi "i po strachu". Port wodny i przejście graniczne szybko nam uświadomiły różnicę systemów. O ile strażnicy w Hongkongu są raczej zrelaksowani, to prawdziwi Chińczycy są tacy jak komuna ich do tego wytresowała. Porządek i zero uśmiechu musi być! Z drugiej strony, czy ktoś widział ostatnio uśmiechającego się strażnika na granicy USA? Chyba ta choroba jest zaraźliwa. Pomimo tego powiewu oficjalnego chłodu, "cywilni" Chińczycy są coraz bardziej prozachodni. Była to moja druga wizyta w Chinach i za każdym razem podziwiam rozmach i tempo, z jakim kraj się rozwija. Oczywiście widać gdzieniegdzie jeszcze pewne absurdy i problemy wynikające z nienadążania mentalności za rozwojem, ale to jest tylko kwestia czasu. Na przykład ciągle jest trudno znaleźć ludzi mówiących w innym języku niż chiński, nawet w hotelu. Natomiast ten brak nadrabiają Chińczycy dużą życzliwością i chęcią pomocy.

Miasto, w którym się zatrzymaliśmy, jest "lazurowym wybrzeżem" dla Chin. Ponieważ jest to miejsce położone pomiędzy Hongkongiem i Macao (Makau) oraz dodatkowo ma łagodny klimat, Chińczycy z całego tego wielkiego kraju uwielbiają przyjeżdżać tu na odpoczynek. Jest to też bardzo bogaty rejon, właśnie dzięki temu, że bliskość wspomnianych dwóch terytoriów pozwala czerpać ogromne dochody z handlu. Rejon ten ma wiele atrakcji turystycznych i oczywiście handlowych. Jedną z bardzo ciekawych atrakcji jest wjazd kolejką linową na pobliską górkę, z której można podziwiać panoramę miasta i ocean. Z tym że dużo bardziej zabawny jest zjazd z tej góry, który odbywa się za pomocą specjalnie skonstruowanego skrzyżowania toru bobslejowego z rollercoaster. Szybki zjazd z licznymi zakrętami, gdzie czuje się grawitację w żołądku, powoduje, że niektórzy wolą wybrać spacerek niż szybki zjazd. Jeszcze inną atrakcją tego miejsca jest chyba największy na świecie bazar podziemny, gdzie można kupić każdą możliwą próbkę znanych produktów i najlepszych firm za bardzo dobre pieniądze. Torebki, zegarki, ubrania, okulary itd. Ceny 10-krotnie niższe od oryginałów przy znakomitej jakości. Cóż, niestety czas był zbyt ograniczony, by skorzystać z tych możliwości. Jak wspomniałem wcześniej, miasto to jest położone tuż przy terytorium Macao, które jest mekką dla całych Chin z wielu powodów. Po pierwsze, Macao jest stolicą hazardu. To jest takie azjatyckie Las Vegas, a Chińczycy uwielbiają hazard. W tym mieście jest obecnie 68 kasyn, a wiele nowych jest w budowie.

Innym powodem popularności Macao jest to, że Chińczycy pomimo że mogą kupić u siebie każdą podróbkę, to tak naprawdę ci, co mają pieniądze, wolą z powodów prestiżowych kupować oryginały. Ponadto wielu z nich pracuje w tym miejscu, bo zarobki tez są znacznie wyższe. By dostać się na terytorium Macao, można to zrobić poprzez jedno z licznych pieszych przejść granicznych, które są naprawdę bardzo "busy". Dosłownie rzeka ludzi, niektórzy z produktami rolnymi na wózkach, z nadzieją spieniężenie ich poza granicą.

 

A teraz o Macao od początku. Do niedawna (1999) było to niezależne od Chiny terytorium pod patronatem portugalskim. Portugalczycy wykupili to terytorium od Chin w 16. wieku. Z tej kolonii prowadzili bardzo intensywny handel zarówno produktami, jak i niewolnikami. Tak, wielu Chińczyków zostało stąd wbrew woli wyeksportowanych do Ameryki, Kanady czy innych rejonów świata. Portugalczycy na swoim terytorium spopularyzowali katolicyzm oraz europejski sposób zabudowy. Stare miasto ma bardzo ciasną zabudowę wokół wzgórza, na którym są pozostałości po kościele katolickim, który spłonął. Kamienna fasada jest widoczna z daleka, a plac przed kościołem jest miejscem spotkań licznych turystów i lokalnych mieszkańców. Stare miasto nie jest wielkie, ale robi znakomite wrażenie i tętni życiem. Liczne znakomite sklepy i restauracje oraz tłumy świetnie ubranych ludzi cieszą oczy.

Jak wspomniałem wcześniej, Macao słynie z kasyn. Owszem, terytorium to ma trochę przemysłu i silny sektor bankowy, ale 90 proc. procent dochodu jest z hazardu! Tak, miliardy dolarów pozostawiają tu Chińczycy, którzy, jak wspomniałem wcześniej, tłumnie tu przyjeżdżają. Odwiedziliśmy kilka kasyn, traktując je jako atrakcję turystyczną, i muszę powiedzieć, że byłem pod ogromnym wrażeniem. Jedno z nich nazwane Venezian (powtórzenie z Las Vegas), spowodowało, że czuliśmy się jak w prawdziwej Wenecji. Nie tylko zewnętrzna architektura, ale również sztuczne kanały wewnątrz obiektu, po których pływają gondole i śpiewający gondolierzy, urocze uliczki z masą sklepów i sztucznym niebem, które wygląda jak prawdziwe. Wow! Jest co podziwiać. Oczywiście jest to tylko dodatek do sal hazardu, które są ogromne dla przeciętnych graczy oraz wiele bardzo małych dla VIP graczy, gdzie stawki idą w miliony. To kasyno, które kosztowało pewnie kilka miliardów, jako inwestycja zwróciło się w ciągu 9 miesięcy! Nic dziwnego, że ten rejon tak prosperuje.

Terytorium Macao ma tylko trochę powyżej 500.000 mieszkańców, około 200.000 zagranicznych pracowników (głównie Chińczyków) oraz codziennie około 60.000 turystów. Na każdym kroku widać tu porządek i znakomitą architekturę. Nic dziwnego, przy takim napływie gotówki, rząd i prywatni inwestorzy inwestują w liczne hotele, galerie, sklepy itd. Ale jedną z ciekawszych atrakcji jest wieża telewizyjna, z obrotową restauracją, z której w czasie spożywania posiłku można oglądać piękną panoramę miasta. Jest ona dodatkowo najwyższą na świecie wieżą, z której można wykonywać "banji jumping". Jest to zabawne wrażenie, kiedy jedząc lunch, ma się przed oczami lecącego głową w dół skoczka. Reasumując, Macao jest zdecydowanie bogatym krajem, który potrafił z niczego dzięki umiejętnej polityce i korzystnemu położeniu zbudować solidną gospodarkę, które jest przedmiotem westchnień i zazdrości wielu innych krajów.

 

Następnym etapem podróży był Singapur, do którego dostaliśmy się poprzez Hongkong. Singapur jest kolejnym przykładem, jak można się doskonale "ustawić", nie mając praktycznie żadnych surowców lub przemysłu. To bardzo drobne państwo, które z północy na południe ma około 20 km, a ze wschodu na zachód 70 km. Populacja około pięciu milionów. Współczesna historia tego kraju nie jest taka długa. Kiedy w latach 60., Singapur próbował się dołączyć do Malezji - został odrzucony ze względu na to, że uznano, że jego gospodarka jest zbyt słaba. Dziś można by powiedzieć "big mistake", gdyż dochód narodowy tego małego państwa jest niezwykle wysoki (trzeci najwyższy na świecie) i bardzo by pomógł słabiej rozwiniętej Malezji. Lecąc do Singapuru, wiele słyszałem o niezwykłej czystości i porządku panującym w tym kraju. Stosowane są tu surowe kary administracyjne i cielesne za zaśmiecanie ulic, kradzieże czy inne drobne przewinienia. Efekt jest taki, że rzeczywiście nie widzi się śmieci na ulicach, a środki transportu publicznego są tak czyste, że można jeść z podłogi. Zabawne jest również to, że wcale nie widzi się wszędzie policji czy służb porządkowych - sama świadomość potencjalnych kar wystarczy. Jest to tak mocno zakorzenione, że nawet istniejąca tam dzielnica hinduska (Little India) jest zaskakująco czysta i uporządkowana.

O ile Macao zbudowało swoje bogactwo na kasynach, to Singapur (miasto lwa) zbudował swój dobrobyt na handlu. Korzystne położenie na szlakach transportowych oraz naturalne porty, z których łatwo jest wysyłać towary w głąb kontynentu, strefy wolnocłowe, mądra polityka bycia neutralnym oraz solidny biznes plan spowodowały to, że z małego i biednego kraju, jest to dziś jeden z najbogatszych krajów na świecie. To zresztą widać gołym okiem, zaczynając od lotniska, bardzo dobrych autostrad czy panoramy miasta usianej licznymi drapaczami   chmur, w których mieszczą się liczne banki czy kampanie handlowe. Singapur jest ambitnym krajem i kocha mieć obiekty zaliczane do rekordowych czy unikalnych. Powstają tu bardzo liczne nowe atrakcje, które mają tu ściągać licznych turystów z całego świata, bo okazało się, że turystyka to też może być znakomita gałąź biznesu przynosząca ogromne pieniądze. Zaczynają tu powstawać kasyna - jest ich na razie tylko 6, powstaje ogromny ogród botaniczny (istnieje obecnie wiele mniejszych), powstało miasto atrakcji na małej wyspie w stylu "Universal Studio" z Florydy. Jedno jest wspólne dla wszystkich tych inwestycji. Wszystkie są robione na najwyższym poziomie i z ogromnym rozmachem. Jedną z najnowszych atrakcji jest "Sandy Bay Marina" - zespół obiektów wybudowanych na terenach odzyskanych z morza (sztucznie usypany teren), gdzie jednym z głównych budynków jest zaprojektowany przez architekta Moshe Safdi, który między innymi posiada obywatelstwo Kanady. Trzy ponad 65-piętrowe budynki, zawierające biurowce i hotele, wspierają coś, co być może w założeniu twórcy miało być arką Noego. Ogromna barka zawieszona w niebie robi wrażenie i przykuwa uwagę. Z tarasów widokowych tej barki, rozciąga się znakomity widok na Singapur oraz pobliską redę portowa, na której widać zacumowane setki statków. U podnóża tego budynku jest sztuczny akwen wodny, po którym pływają liczne stateczki wycieczkowe. Jest też ciekawostka - pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej na wodzie, które ma tylko trybuny wzdłuż jednej lądowej strony. Otoczone jest ono bardzo wysoką siatką, która ma zapobiegać wpadaniu piłki do wody. W przeszłości Singapur był pod wpływami Brytyjczyków i wzdłuż "Rouge River" ciągle istnieją historyczne obiekty o zupełnie innej skali niż nowa architektura, ale dzięki pieniądzom i dobrej wyobraźni architektów, zostały one zmodyfikowany i zmodernizowane i są siedzibami licznych barów, restauracji czy obiektów administracji. Kiedyś ogromny i budzący grozę gmach policji i więzienie, dziś, dzięki zastosowaniu różnokolorowych okien w bardzo surowej fasadzie, stał się bardzo zapraszający i jest siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Jak wspomniałem, budownictwo i architektura jest w Singapurze na bardzo dobrym poziomie i przenosi się to również na budownictwo socjalne.

O ile na przykład w wielu krajach, w których miałem okazję być, ludzie z niskimi dochodami są skazani na slumsy, tutaj rząd buduje zupełnie niezłe mieszkania, które można nabyć za przystępne pieniądze. Pod tym względem rząd jest bardzo aktywny i nawet tych, którzy opierają się przed zamieszkaniem w nowych budynkach, woląc swoją starą posiadłość - przenoszą na siłę.

Kontynuacja za tydzień
Maciek Czapliński
Mississauga


piątek, 18 maj 2012 10:07

Raport z Państwa Środka

Napisane przez

Wychowanie dzieci

W Chinach wychowanie dzieci to sprawa priorytetowa dla całej rodziny oraz kraju jako całości. Oczywiście w niemal każdej cywilizacji i kulturze wychowanie dzieci stanowi bardzo ważny element życia rodzin oraz całych społeczności, ale poprzez różnice pomiędzy naszym europejskim modelem życia a chińskim warto wyodrębnić pewne różnice i poświęcić temu tematowi post na blogu o Chinach.

     Zasadniczym powodem w podejściu do dzieci w Chinach jest brak obowiązkowego systemu ubezpieczeń emerytalnych, co w naturalny sposób wykształciło bardzo sprawnie działającą zależność międzypokoleniową. Mianowicie przyjęło się już tak, że rodzice dają dzieciom niemal wszystko, a dzieci potem dbają o rodziców, jak tylko mogą. W takim układzie dzieci spełniają rolę naszego ZUS-u i z obserwacji wnoszę, że są w tym dużo, ale to dużo bardziej wydajnie niż ww. instytucja.              

Oczywiście ktoś powie, a co jak dziecko odwróci się na pięcie albo po prostu nie uda mu się w życiu i ledwo samo siebie utrzyma. Jeżeli chodzi o to pierwsze, to znam wiele rodzin i takiego przypadku po prostu nie spotkałem, a ma to swoje podłoże w wielowiekowej tradycji przestrzegania wartości rodzinnych. Jeżeli chodzi o drugą wątpliwość, to to już jest raczej mniej ważne, jeżeli dziecko rozumie swoje położenie względem rodziców, z głodu tu nikt nie umiera i tak to jakoś się kręci. Oczywiście, jak już wspomniałem, nie istnieje przymusowy system ubezpieczeń, ale nie znaczy, że takowego nie ma i wiele osób jednak jest w jakiś sposób zabezpieczonych poprzez normalną emeryturę od państwa.

      Kolejną wartością, która determinuje w znaczny sposób podejście do wychowania dzieci w Chinach jest chińskie zamiłowanie do pieniędzy, do ich zdobywania. Wszystko, co robi młody człowiek, jest pod to dopasowane. Bardzo rzadkie jest hobby z pasji i wsparcie rodziców przy takich przedsięwzięciach. Całkowity rozwój skierowany jest na osiągnięcie w przyszłości jak najlepszych wyników finansowych, więc nauka języków tak, harcerstwo nie - szkoda czasu na bieganie po lesie. W konsekwencji życie nastolatków jest względem ich np. polskich rówieśników bardzo ubogie, ale też i nienarażone na różnego rodzaju zakręty życiowe.

      Przy tej okazji należy wspomnieć, że nie ma w Chinach wykolejeńców. Są ludzie, którym udało się więcej lub mniej, ale nie ma takich, którzy zatracili się w knajpach czy osiedlowych bramach – takiego zjawiska brakuje. Oczywiście to stan na dzisiaj. Chiny otworzywszy się na świat, czerpią z zagranicy najlepsze wzorce, jednak czasem pewne niepokojące zjawiska również potrafią się przedostać i rozwijać.

      W kulturze chińskiej pozycja rodziny jest bardzo wysoka. Mniej liczy się jednostka jako taka, a dużo bardziej rodzina wraz z jej hierarchiczną strukturą. Tym sposobem wszystko co rodziny jest również własnością dziecka, łącznie ze znajomościami i portfelem rodziców. Efektem tego jest mała zaradność chińskiej młodzieży oraz bardzo ograniczona decyzyjność o własnym losie. Rodzice podejmują ostateczną decyzję. Jak wszystko, ma to swoje dobre i złe strony. Złą jest to, że rodzice, jako starsi, wolą nie podejmować żadnego ryzyka, a swoją pociechę starają się zamknąć w złotej klatce. Pozytywną stroną takiego podejścia jest brak właśnie wykolejeńców i innych wizjonerów, którym się nie udało i którzy mogą generalnie uznać życie za ciekawe, ale nieudane. Tutaj raczej każdy jakoś przędzie, tyle że jest to nudne życie w naszym rozumieniu.

      Jeżeli chodzi o takie sprawy, jak alkohol czy papierosy, to mniej więcej wygląda to tak jak u nas – chodzi o wiek inicjacji i oczywiście z wyłączeniem płci ładniejszej, której nie przystoi pić czy palić nawet w wieku lat dwudziestu kilku.

     Abstrahując od tych wszystkich różnic dzieci w Chinach kochają swoich rodziców, a rodzice z wzajemnością swoje dzieci, jak to ma miejsce wszędzie indziej na świecie.

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

czwartek, 10 maj 2012 22:29

Adam Machaj: Raport z Państwa Środka

Napisane przez

Alkohol w Chinach

alkoholwchinachW Chinach na brak alkoholu narzekać nie można. Jest go pod dostatkiem zawsze i wszędzie. Chińczycy jednak mają nieco inną kulturę picia niż w Polsce. Pierwszą zauważalną różnicą jest to, że nie upijają się na umur i wiedzą, kiedy skończyć. Po jednej – dwóch butelkach wódki na kilka osób przechodzą na słabe piwo. Oczywiście czasem zdarzy się ktoś pijany, ale nie ma problemu, bo taki człowiek z reguły nie jest nawet w małym stopniu agresywny, a otoczenie natychmiast temperuje delikwenta, aby oni jak i on nie utracili twarzy przed innymi. Nie występuje również zjawisko picia alkoholu bez przekąski, nie ma takiej możliwości dla Chińczyka.

      Jeżeli chodzi o status społeczny pijących, to praktycznie nie ma w tej grupie kobiet, poza tym to już całkowita mieszanka społeczna. Alkohol w Chinach nie jest drogi w jego podstawowej formie, jednak nie znaczy to, że w każdej sytuacji można pozwolić sobie na tanią konsumpcję. Podstawą jest wyczucie sytuacji i otoczenia. Bardzo ważnym elementem dla kupującego jest, kogo zaprosić na spożywanie, i do tego dostosowuje "jakość", a mówiąc dobitniej, okazuje szacunek poprzez pokazanie, ile zapłacił, zapraszając kompanów. 

      Mała dygresja przy okazji. Kilka miesięcy temu miałem okazję zaprosić na obiad dość szacowną delegację, która przyjechała z Polski do Chin. Na obiadokolację zaprosiłem również znajomego biznesmena Chińczyka, który kiedy dołączył do nas, wódka (nie najtańsza) stała już na stole. Oberwało mi się słownie (w formie rady oczywiście) od tegoż Chińczyka, jak to ja mogłem postawić na stół taki dziadowski alkohol kiedy zaprosiłem tak ważnych gości. Oczywiście dla mnie, jak i dla delegacji z Polski nie było żadnego problemu jednak znajomy Chińczyk oceniwszy sytuację przez pryzmat swojej kultury, zakupił kolejne dwie butelki, cztery razy droższe niż te co ja, lecz w smaku identyczne. 

      Wódka nie jest w Chinach obłożona akcyzą, co przy dość tanich kosztach produkcji oszołamia nie tylko procentami, ale bardzo niską ceną w porównaniu do Europy. Duży pięciolitrowy bukłak wódki (48% alk.) kosztuje w przeliczeniu na złotówki 8 złotych (!). Czyli za najniższą pensję można kupić jakoś 430 litrów wódki, co daje 830 tzw. flaszek. Chińczycy rzadko korzystają z tej okazji i zazwyczaj kupują dużo droższe, choć dla nas wciąż tanie wyroby.

      Te najtańsze są raczej wykorzystywane do robienia nalewek w domu lub przez restauratorów, którzy również po dodaniu jakichś przypraw, a czasem i wrzuceniu do butelki węża sprzedają tak otrzymany trunek na szklanki. Małe, tanie knajpki mają bardzo mały narzut na alkohol i traktują to bardziej jako coś, na czym się nie zarabia, a musi być, więc często ceny piwa czy wódki w knajpach są takie same  jak w sklepie. Nadmienić też trzeba, że do restauracji nie ma problemu z wniesieniem własnego trunku z zewnątrz.              

      Jeżeli już wspomnieliśmy o piwie, to napiszę, że z reguły jest około trzyprocentowe i sprzedawane w zwrotnych butelkach 0,6 litra, przy cenie sklepowej od 2 rmb za butelkę, czyli za jeden PLN. Normalna tania wódka chińska kosztuje od niecałych 3 złotych za pół litra, a górna granica to już tysiące złotych.

      Jeżeli chodzi o wino, to jest teraz na nie moda wśród chińskich elit finansowych i ceny są dość wysokie. Chiński rynek wina (piwa również) jest najszybciej rozwijającym się rynkiem na świecie, szczególnie jeżeli mówimy o winach z górnej półki cenowej.

      W odróżnieniu od Europy nie ma w Chinach zakazu picia w miejscach publicznych, co jednak nie skutkuje tym, żeby ktokolwiek spożywał w parku lub innym miejscu typu np. murek czy klatka schodowa. Ma to przyczynę w tym, że jak już wspomniałem, po pierwsze: ceny w knajpach są takie same jak w sklepie, a po drugie, Chińczycy nie piją bez porządnej zagryzki. Knajp jest wiele, więc wszyscy się mieszczą.

      Na zdrowie!

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

piątek, 04 maj 2012 12:50

Leszek Samborski: Mongolia na własne oczy

Napisane przez

Historia Mongolii w wielu aspektach jest zbliżona do historii Polski. Raz była chyba największym imperium w historii cywilizacji, które pod władzą Czyngis-chana zawładnęło połową Azji i dotarło nawet do Krakowa, a raz jej nie było. Zupełnie jak z Polską. Raz to potęga od morza do morza, a potem znikała z mapy Europy. Oba te państwa doświadczyły "dobrodziejstw" komuny, i w obu państwach skutki tej komuny są ciągle żywe i ciągle funkcjonują mimo olbrzymich zmian w obu państwach w ostatnich latach.

poniedziałek, 30 kwiecień 2012 19:16

Adam Machaj: Raport z Państwa Środka

Napisane przez

 machajDlaczego wybrałem Chiny?

Polacy w przeciwieństwie do Chińczyków z reguły nie kochają swojej władzy i wynika to z uwarunkowań cywilizacyjnych – krótko rzecz ujmując. Nie będę rozwijał tego wątku. Za to nasza władza (obecna, prounijna) w Polsce, jak i w Unii "kocha" nas aż nadto. A jak wiadomo, miłość zobowiązuje do dbałości o osoby kochane. Zachowanie bezpieczeństwa osób kochanych tak, żeby się nie zatruły, żeby nie uległy wypadkowi, żeby nie paliły, bo to szkodzi zdrowiu, jest wręcz obowiązkiem wynikającym z prawdziwej miłości.                     Władze nasze, zakochane w narodzie bez reszty (bez wzajemności), nałożyły więc na nas cały wachlarz przepisów, które mają za zadanie wyeliminować wszelkie możliwe zagrożenia. I tak np.: za jazdę z rysą na szybie autem mandat, konfiskata dowodu i na przegląd. Paręset złotych poszło. Poszło nie na marne, bo przecież kreska na szybie powoduje całkowity brak widoczności i można było spowodować wypadek.           

      Zgoda, cieszymy się, że nasz rząd kocha nas tak bardzo, tylko jak kochasz, to stawiasz kolację. I w tym momencie moje porównanie było chyba nietrafne. Rząd każe nam płacić, bo nie kocha nas jak kochanek, który wszystko nam stawia, tylko jak mama, więc daje dobre rady i nakazy, ale idź synu i zarób sobie sam, w domu jest ciężko. OK, więc dobry syn z braku pracy postanowił sprzedawać ze swojego samochodu buble na ulicy. Nie wiedział jednak, że handel jako dochodowy jest zarezerwowany tylko dla bogatych, nie dla psa kiełbasa. Tym razem zabrali towar, samochód i mandat (parę tysięcy). Przecież jego towar nie miał atestu, ktoś mógł się zatruć! Na dodatek nie dość, że państwo biedne to on okradał fiskusa na całe 200 zł miesięcznie, które mógł potem nawet wywieźć za granicę i katastrofa dla kraju gotowa.

      Nasz bohater załamany zaistniałą sytuacją postanowił się upić i przesadził – pił piwo na ulicy. Przecież mógł ktoś umrzeć. Rok później był już w więzieniu. Za swoje wszystkie przewinienia dostał trzy lata. Wtedy dopiero to głuptas zrozumiał, o co w tym wszystkim chodziło. To dzięki miłości władzy trafił za kraty, a za kratami, proszę Państwa, TV, żarcie, nie trzeba pracować, nie ma ZUS-u, nie ma srusu, tylko szkoda mu tych na wolności, bo im władza jeszcze nie okazała takiego wielkiego uczucia jak jemu.

      Gdy siedział w pudle, często oglądał TV (tak w ramach resocjalizacji, bo przecież on był antyspołeczny): "Wiadomości z ostatniej chwili, właśnie policja wykryła wielką aferę korupcyjną, Polska utraciła ogromną sumę pieniędzy", ale w tym wypadku władze nie kochały już tak bardzo i nie wysłały winnych tam, gdzie bezpłatne TV, żarcie i spanie. Sąd skazał winnych na dalszą męczarnię życia na wolności.

      Historia może naiwna, ale tak ja to widzę. W Chinach sprawa wygląda odwrotnie. Za duże przekręty tzw. czapa, za zabójstwo jest czapa, za sprzedaż ogórków na ulicy nic nie ma. Za jazdę autem ze zbitym reflektorem nic nie ma. Znamienne jest to, że są traceni bardzo wysocy urzędnicy państwowi i partyjni, którzy dopuścili się przekrętów na dużą skalę. To odstrasza. Po drugie, nie spotkałem się z aferą, która miałaby podłoże działania na rzecz podmiotów czy państw obcych. Jeżeli nawet dochodzi do przekrętu, to jest on w obrębie państwa, przedsiębiorstwa, nie niszczy go, nie likwiduje na zawsze, przesuwa w sposób nieuczciwy środki finansowe, ale to nie to samo co przekazanie w obce ręce, za jedną czwartą ceny na zawsze całego zakładu. Nie mieści się w głowach obecnie rządzących w Chinach, aby sprzedać za bezcen jakiś dochodowy zakład np. Japończykom. Myślę, że kilka takich afer i ludzie zmietliby całą władzę z miejsca.              Ale na szczęście nie ma powodów. Nie ma, bo w tej wielkiej chińskiej rodzinie dba się o tego słabego i o rodzinę jako taką. W każdym bądź razie władza nie przeszkadza. Takie podejście obniża w znacznym stopniu koszty aktywności gospodarczej, co jest jednym z czynników boomu i w miarę niskich cen usług oraz zachowania spokoju społecznego.

     machaj1 Na koniec mały przykład z Chin. Wracając do domu parę dni temu spotkałem robotników coś tam naprawiających. To coś, czym oni przyjechali i przywieźli swoje narzędzia, wyglądało jak... Proszę spojrzeć na fotkę. Oczywiście mogliby kupić ładną furgonetkę, ale wtedy nie kasowali by x juanów, tylko 5 razy x juanów. Proste. A jakby narzucić im to jako obowiązek wynikający z przepisów, to zwinęliby cały interes i podzielili los naszego polskiego bohatera z powyższej historyjki, z tą tylko różnicą, że w pudle nie mieliby już tak wygodnie.

      Ażeby przybliżyć Państwu nieco, jak to wygląda w Chinach, niebawem wrzucę na bloga nową galerię foto pt. "W Polsce to by było nielegalne". Zapraszam również do przeczytania mojego postu z dn. 31 sierpnia 2011 roku, pt. "Niech żyje wolność, niech żyje swoboda", który nawiązuje do ww. tematu.

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

http://raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

Strona 9 z 9