Goniec

Register Login

Oferta z Polski

piątek, 15 czerwiec 2012 11:12

Coraz więcej Polaków w Chinach

Napisane przez

Raport z Państwa Środka

Polaków jest w Chinach coraz więcej. Nie mam na to żadnych oficjalnych danych ale daje się to odczuć. Przypadkowe spotkania gdzieś na mieście już nie dziwią. Bardzo to pozytywne bo względem innych europejskich nacji mamy tu w Chinach wiele do nadrobienia. Brak pracy oraz perspektyw nie tylko w Polsce ale i w zachodniej części Europy odbija się właśnie tą migracją do Chin. No bo w sumie gdzie jechać? Do Ameryki? Tylko po co? A wiza? Nie ma sensu.

      Jeżeli chodzi o naszych tutaj to poziom intelektualny naszej Polonii w Chinach jest dużo ponad przeciętną. Póki co nie przyjeżdżają tutaj Ci, którzy za dilerkę są poszukiwani w kraju. Tu by ich szybko pozamiatano. Dobra znajomość angielskiego to tutaj podstawa, chiński jak kto chce. W ogóle zauważyłem, że bardzo mały odsetek obcokrajowców tutaj mówi po chińsku. Powodem tego jest to, że większość obcokrajowców trzyma się razem. Razem mieszkają, razem pracują i razem spędzają wolny czas a to nauce języka chińskiego nie służy ale już w kwestii angielskiego to dobra szkoła.

      Wraz z najazdem obcokrajowców Chiny też zaczynają prowadzić troszkę bardziej restrykcyjną politykę wizową i już coraz mniej przymykają oczy czy to na dokumenty przy składaniu wniosku czy to na to co się tu robi względem jaką się ma wizę. Mimo to cały czas jest tutaj raj w porównaniu do tego jak nasze służby traktują Chińczyków, przyjeżdżających do Polski.

Praca dla tancerek w Chinach

      Jak pisałem w poprzednim poście w Chinach jest coraz więcej Polaków. Wiąże się to również z coraz to szerszym wachlarzem zawodów jakie tu nasi rodacy wykonują. Jedną z takich nowych kategorii są artyści a wśród nich modelki, tancerki i hostessy. Kolejna szansa w Chinach dla osób, które nie zajmują się eksportem-importem, nie są studentami sinologii a chciałby przeżyć ciekawą przygodę oraz oczywiście godziwie zarobić. Pisze, że godziwie bo pensja około 7 tys. złotych miesięcznie (stały kontrakt) a do tego zapewnione wyżywienie i zakwaterowanie to jak na warunki polskie nie najgorzej a to tylko pensja podstawowa bo trafiają się jednorazowe pokazy mody, epizody w filmach czy targi.

      Dużym atutem pracy w Chinach dla tancerek jest bezpieczeństwo oraz tradycyjna kultura, która nakazuje odnoszenie się do kobiet z szacunkiem i nie zezwala na tzw. głupie zagrywki. Osoba która zachowuje się niestosownie jest napiętnowana przez towarzystwo. Mówiły mi o tym zaskoczone taką sytuacją tancerki z Czech, które już tu przyjechały.

      Oczywiście, żaden taniec go go czy tego typu sprawy nie wchodzą w Chinach w grę co może być kolejnym atutem. Na pracę mogą liczyć również panie, które potrafią śpiewać, grupy artystyczne (żonglerzy, kuglarze, połykacze ognia, akrobaci itd.); w tym wypadku również panowie mogą znaleźć pracę.

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 08 czerwiec 2012 15:51

W restauracji w Chinach

Napisane przez

Na pytanie, która kuchnia lepsza polska czy chińska odpowiadam zawsze: są one na tyle inne, że też i nieporównywalne. Będąc w Polsce zawsze tęsknię za potrawami z Chin a w Chinach za potrawami z Polski. Jednak atmosfera chińskich restauracji jest moim zdaniem nieporównywalnie lepsza niż w Europie.

      Jak to wynika z ich wolnościowego podejścia do życia oraz przepisów prawa w restauracji w Chinach możemy czuć się bardzo swobodnie. Przejawia się to m.in. tym, że bez najmniejszych sprzeciwów personelu można wnieść swój własny alkohol, którego ceny w sklepach są śmiesznie niskie. Nikt nie zabroni nam też palić (są nieliczne, w których się nie pali). Jeżeli towarzyszy nam nasz pies czy kot ma on również prawo być razem z nami. Często również po knajpie buszuje pies lub kot właściciela.

      Co do cen to są one różne zależnie od standardu czyli od bardzo tanich po bardzo drogie. Widełki cenowe są w tym przypadku dużo szersze niż w Polsce. Jak to bywa i w Polsce, ceny zależą bardziej od wystroju restauracji oraz całej otoczki niż od stopnia “smaczności” dań. Płacąc rachunek nie istnieje coś takiego jak napiwek a rachunek jest często zaokrąglany w dół przez kelnera na korzyść klienta.

      W odróżnieniu od Europy, gdzie restauracje znajdują się z reguły na parterze, w Chinach często spotkamy się z restauracjami na którymś piętrze. Raczej rzadko mamy do dyspozycji europejskie sztućce więc musimy sobie dawać radę pałeczkami i łyżką (jest tak samo popularna jak u nas).

      Co do smaków to jest ich tak wiele, że nie sposób mi tu teraz tego opisać a twierdzenia np. że kuchnia chińska jest ostra to tylko 10 procent prawdy, bo możemy w niej spotkać prawie każdy rodzaj smaku.

      Jednego czego w niej nie spotkamy to serów, których pokolenia Chińczyków "nie wymyśliły". Nie znaczy to, że smakosze serów nie mają w Chinach możliwości ich skosztowania ale są one dostępne tylko w drogich restauracjach, które oferują "egzotyczną" kuchnię europejską. W takich przybytkach, zlokalizowanych głównie w światowych sieciach hoteli (choć nie tylko) menu jest zazwyczaj dwujęzyczne (chińsko-angielskie), często opatrzone fotografiami poszczególnych dań.

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

piątek, 08 czerwiec 2012 10:15

Azja pod stopami (3)

Napisane przez

Z Kuala Lumpur następny etap naszej podróży to Brunei. Brunei jest stosunkowo małym krajem, który do 1984 roku był pod protektoratem brytyjskim. Samo państwo istnieje od XIV wieku i jest monarchią. Ma około 500.000 obywateli. Rządzone jest przez tę samą dynastię od wieków.

Obecny król (sułtan) Hassanal Bolkiah (pełne nazwisko: Sultan Haji Hassanal Bolkiah Mu’izzaddin Waddaulah ibni Al-Marhum Sultan Haji Omar Ali Saifuddien Sa’adul Khairi Waddien; urodzony 15 lipca 1946) jest 29. sułtanem w tej dynastii. Przejął on władzę w październiku 1967 po swoim ojcu, który dobrowolnie abdykował z bycia sułtanem o numerze 28. Obecny król uznawany jest za jednego z najbogatszych ludzi na świecie, a Brunei za jeden z najbogatszych krajów na świecie (piąty dochód na głowę mieszkańca).

      Byłem ogromnie ciekaw, jak ma się prawda do rzeczywistości. Niestety, przeżyłem rozczarowanie. Otóż bogactwo tego kraju wynika głównie z ogromnych zasobów ropy naftowej, której istnienie odkryli Brytyjczycy przypadkowo w 1935 roku. Ojciec obecnego króla korzystał z tych zasobów w sposób umiarkowany i dopiero obecny król zaczął korzystać z tego w sposób bardzo zorganizowany. Udzielił on firmie Shell prawa do eksploatacji złóż, z czego czerpie ogromne dochody i buduje własny majątek. Mieszka i żyje w przepychu. Jego osobisty pałac jest uznany za największą prywatną rezydencję na świecie. Pracuje tam codziennie 2000 pracowników i służby. Ma on ponoć 1700 pokoi! Jest ten król wyceniany na 89 miliardów dolarów, ma własnego boeinga, dwa helikoptery (którymi podobno czasami sam lata), jest typem playboya, który ma obecnie 12 dzieci z 3 żon.

      No cóż, bogatemu wszystko wolno! Natomiast czy jego poddani mają taki sam styl życia? Zdecydowanie nie! Kontrast widać gołym okiem. Owszem, jest tu w miarę czysto w porównaniu do Malezji, ale są tu też całe dzielnice biedy. Szczególnie widoczne jest to na tak zwanych "water villages", które są budowane wzdłuż brzegów rzeki. Istnieją one od setek lat i domy zbudowane na palach są przekazywane z pokolenia na pokolenie, bo oficjalnie nie mogą być sprzedawane. Zastanawiające jest tylko, czy życie poniżej standardu w kraju bogactwa to wybór czy konieczność?

      Za to "cysorz to ma klawe życie". Bawi się znakomicie, uprawia wszelkie sporty, podróżuje i buduje kult swojej jednostki i swojej rodziny. Jest on głową państwa, ale równocześnie jest odpowiedzialny za szereg ministerstw. Za pozostałe są odpowiedzialni członkowie jego rodziny. Czyli nie ma tu parlamentu, nie ma demokracji i jest tak, jak król sobie życzy.

      Jest kilka spraw, których można pozazdrościć mieszkańcom tego państewka. Po pierwsze, nie ma tu żadnych podatków! Jedynym wyjątkiem jest podatek drogowy, który jednocześnie zawiera ubezpieczenie samochodu. Benzyna jest tu oczywiście tania – około 0,50 dol. za litr, a diesel 0,30 dol. za litr. Służba zdrowia jest zasadniczo bezpłatna, bo jedyną opłatą jest symboliczny dolar przy rejestracji do szpitala. Innym benefitem jest też bezpłatne szkolnictwo. Aha – jeszcze jedno. Raz w roku po ramadanie pałac królewski jest otwarty dla publiczności i można "odwiedzić" pana króla i nawet czasami zrobić z nim zdjęcie. Jest wówczas tam otwarty "all you can eat" bufet.

      By tego szczęścia nie było zbyt wiele, w Brunei istnieje zakaz spożywania alkoholu. Czyli na party u króla można pojeść, ale z popitką jest krucho. Ten zakaz jest mocno przestrzegany w stosunku do muzułmanów. Wyznawcy religii katolickiej mają prawo raz na 48 godzin przywieźć z zagranicy litr alkoholu i 12 piw. I jest to ściśle przestrzegane. Zakaz ten wprowadzono po tym, jak Brytyjczycy opuścili ten kraj i królestwo zostało ogłoszone krajem o prawie muzułmańskim. Za nieprzestrzeganie prawa są tu bardzo drastyczne kary finansowo-cielesne (minimum 5 batów), dlatego przestępczość jest tu bardzo niska.

      Jak zawsze w kraju, gdzie nie mamy demokracji, powstaje kult jednostki. Oficjalnie mieszkańcy tego kraju kochają króla za szczodrobliwość. Być może jest to szczere – ale mi przypominało to pranie mózgu, które znamy z przeszłości. Król, oprócz swojego pałacu, wybudował dla swoich poddanych szereg obiektów "publicznych", jak własne muzeum pokazujące jego bogactwo, własny meczet, własny stadion sportowy itd. Uzyskanie obywatelstwa w tym kraju "miodem i mlekiem płynącym" nie jest łatwe i proces może zająć do 20 lat. Wszystkie testy dotyczą historii kraju i znajomości życia króla i jego rodziny. Muszą być przeprowadzone w lokalnym języku. Jednym z wymagań jest również odśpiewanie pełnego hymnu narodowego przed specjalną komisją wojskową (myślę, że w Kanadzie mało osób spełniłoby to wymaganie). Te wszystkie wymagania być może bylibyśmy skłonni spełnić (kuszeni wspaniałymi benefitami), ale fakt abstynencji i zupełny brak jakichkolwiek rozrywek zadecydował, że postanowiliśmy opuścić ten raj na ziemi jak najszybciej. Tak na poważnie, to osobiście nie byłoby to miejsce do życia dla mnie.

      Po wylocie z Brunei, pozostaliśmy na tej samej wyspie (Borneo) ale wylądowaliśmy w malazyjskiej części w mieście o zabawnej nazwie Kota Kinabalu. Tak naprawdę był to dzień głównie przeznaczony na wypoczynek i odreagowanie po surowych obyczajach Brunei. Z ulgą sączyliśmy piwo na przeuroczym targu rybnym, czekając na "frutti de mari" z rożna, które zamawialiśmy chyba oczami a nie rozsądkiem. Przeciekawe ryby, kalamaty, langusty, ogromne krewetki cieszyły oczy - po pewnym czasie również żołądek. Nocny spacer po ulicach tego miasteczka, w czasie którego odwiedziliśmy liczne bary portowe, w których było wiele dobrej żywej muzyki wprowadził nas w nastrój pełnego relaksu.

      Z rana z trudem wstawaliśmy by spędzić dzień na jednej z licznych wysepek oddalonych w promieniu 20 minut jazdy szybką łodzią. Miał to być dzień na "pieknej dzikiej: plaży, która z pieknościa i dzikością tak naprawdę niewiele miała do czynienia. Pełna komercja - a w porównaniu do tego, co mamy na Karaibach - piekność trochę przyblakła. Nie znaczy to wcale - byśmy nie cieszyli się z tego dnia "wolności"

Dokończenie za tydzień

Maciek Czapliński

Mississauga

piątek, 01 czerwiec 2012 10:34

Azja pod stopami (2)

Napisane przez

Singapur ma bardzo wiele ogrodów botanicznych. Najnowszy jest w budowie i będzie gotowy jesienią tego roku. Natomiast jeden z istniejących ogrodów botanicznych (Royal Bothanical Garden) specjalizuje się w orchideach.

      Liczne tu popularne gatunki konkurują z wieloma nowymi i wyhodowanymi na miejscu unikatowymi odmianami. Ciekawostką jest to, że wiele z nich nazwanych jest od imienia znanej osoby, która zaaprobowała prezentowany jej kwiat. Jest tu kwiat biorący nazwę od Margaret Thachter. Ale jest tu też "Aleksander Kwaśniewski" – nasz były prezydent.

      Singapur nie jest krajem tanim. Ceny są takie jak w Kanadzie, a wiele towarów jest nawet droższych. Należy pamiętać, że wszystko tu jest z importu, bo Singapur praktycznie nic nie produkuje.

      Zabawne jest, w jaki sposób poradzono sobie tutaj z dwoma podstawowymi problemami innych rozwiniętych krajów – zatłoczonymi drogami oraz alkoholizmem. Otóż zarówno samochody, jak i alkohol są niezwykle drogie. By kupić samochód, należy zapłacić oprócz jego ceny specjalną akcyzę, która za przeciętny samochód wynosi 80.000 singapurskich dolarów (około 50 tys. kanadyjskich). To skutecznie zniechęca wielu potencjalnych nabywców. Dlatego samochodów nie jest aż tak wiele i porusza się tutaj po drogach sprawnie, korzystając z transportu publicznego (doskonałe metro) oraz stosunkowo tanich i licznych taksówek. Problem upojenia się alkoholem jest rozwiązany podobnie. W dobrej restauracji czy barze jedno piwo kosztuje około 28 singapurskich dolarów (20 USD) – co nie zachęca do jego nadużywania. Zwykle każdy sączy jeden – dwa drinki, by spokojnie wrócić do domu. Zresztą gdyby ktoś przeholował, to pewnie przyłapany w stanie wskazującym w miejscu publicznym, skończyłby w więzieniu lub został finansowo ukarany. Pomimo że piszę o ścisłej dyscyplinie, wcale nie miałem wrażenia bycia w kraju policyjnym. Po prostu porządek jest tu wszystkim wpojony od dziecka i mi się to bardzo podobało.

 

      Następny etap podróży to wyspa Bali, która jest częścią Indonezji. Jest to zupełny kontrast w stosunku do Singapuru. Już po wylądowaniu widać różnice w standardzie życia. Choć teoretycznie jest to kraj milionerów (wystarczy wymienić około 110 dolarów, by nim zostać), to tak naprawdę ludzie żyją tu bardzo skromnie, by nie powiedzieć ubogo (ale o tym później).

      Lądując na Bali, nie widzi się żadnych drapaczy chmur, gdyż obowiązuje tu prawo, że żaden budynek nie może być wyższy od najwyższej palmy. Czyli zasadniczo cała zabudowa ogranicza się do maksymalnie 2-4 pięter. I jak dotychczas jest to ściśle kontrolowane, gdyż osobiście widziałem kilka obiektów, których budowa została wstrzymana, bo przekroczyły limit. Lądując, patrzyłem na bardzo zagmatwaną siatkę zabudowy mieszkalnej, gdzie nie widać było żadnej logiki w planie ulic. Szybko się to potwierdziło w praktyce, bo by dostać się do hotelu zlokalizowanego w pobliżu morza, musieliśmy zostać podzieleni jako grupa pomiędzy dwa małe busiki, bo normalnego wymiaru autobus nie byłby w stanie do niego dojechać. Mijane domy wydawały się nam bardzo zaniedbane – co się zresztą potwierdziło w rzeczywistości, ale hotel, w którym się zatrzymaliśmy, pomimo że wkomponowany w starą tkankę, był bardzo nowoczesny i wygodny.

      Bali jest mekką wakacyjną dla wielu turystów, ale głównie młodych Australijczyków. Kilka godzin w samolocie i są oni w miejscu, gdzie mogą się pobawić i napić za bardzo skromne pieniądze, bo Bali jest bardzo tanim miejscem (relatywnie) dla turystów. Piwo w barze kosztuje 25.000 rupii, ale to jest tylko 2,5 dolara. Taksówka jadąca około 10 min z naszego hotelu do głównej ulicy z klubami, które postanowiliśmy odwiedzić, według licznika kosztowała mniej niż 2 dolary. Zastanawialiśmy się, jak jest to możliwe, kiedy cena benzyny jest zasadniczo zbliżona do kanadyjskich cen. Nic dziwnego, że wielu bardziej obrotnych taksówkarzy próbuje jechać bez licznika i wyłudzić od bardziej rozochoconych i często podpitych turystów stawki wielokrotnie wyższe niż obowiązujące. Główna ulica z barami i dyskotekami tętni życiem cały dzień, ale tętno to przyspiesza dopiero w nocy. Wówczas aż trudno przejść chodnikiem, bo wszędzie jest pełno blondasów z Australii spacerujących z piwem w ręku od baru do baru. Kluby nocne są na bardzo dobrym poziomie – jest wesoło i głośno. Jedną z ulubionych atrakcji jest "walka" w sztucznie tworzonej pianie. Jest to skrzyżowanie disco z konkursem mokrego podkoszulka, w którym młodzi Australijczycy znakomicie się bawią. Tuż koło największej dyskoteki powstał "Bali Memorial" dla upamiętnienia ataku terrorystycznego na klub nocny 10 lat temu, w którym zginęło 180 osób, w tym jedna z Polski i trzy z Kanady. Nic dziwnego, że przy wejściu do każdej dyskoteki przeprowadzana jest obecnie ścisła kontrola.

      Bali jest częścią Indonezji, ale jest wyspą o trochę odmiennym charakterze od innych należących do tego państwa. Głównie mieszkają tu wyznawcy buddyzmu i hinduizmu, dlatego ogólnie ludzie są bardzo spokojni i uśmiechnięci. Wierząc w reinkarnację i dobrą karmę, starają się unikać agresji i szkodzenie innym, wierząc, że gdyby czynili zło, to wrócą na ziemię ponownie jako psy. Bo psy są tu na ogół bezdomne i bardzo wychudzone, bo ich nikt nie karmi. Gdyby wracali oni jako pieski, ale nie na Bali, a w Kanadzie, to pewnie nie byłoby aż tak spokojnie.

      Wiara jest tu wszechobecna i każda rodzina ma swój ołtarzyk rodzinny, na którym codziennie składa ofiary. Tych ołtarzyków w wielu domostwach jest czasami bardzo wiele i często wypełniają one całą wolną przestrzeń wokół domu. Często każdy członek rodziny ma swój ołtarzyk. Bardzo liczne tutaj świątynie są zawsze udekorowane i pełne datków. Zabawne jest to, że każdy wyznawca buddyzmu wystawia przed biznesem ołtarzyk z darami dla bogów. Liczni tu Australijczycy traktują to jako znak rozpoznawczy i w takich biznesach chętnie zostawiają pieniądze, bojkotując sklepy należące do muzułmanów. Jest to w rewanżu za wspomniany wcześniej atak terrorystyczny, za którym stali terroryści muzułmańscy.

      Na Bali nie istnieje zasadniczo publiczny transport. Dlatego najbardziej popularnym środkiem transportu są motorki, których liczba jest zapewne równa liczbie mieszkańców wyspy. Tabuny motocyklistów są wszechobecne. Zabawne jest to na Bali, że nie ma tu wymagania posiadania prawa jazdy. Każdy, kto umie, może jeździć motorkiem lub samochodem. Widziałem na własne oczy dzieci około 10-letnie jeżdżące bez żadnej opieki po drogach. Tylko kierowcy, którzy zawodowo wożą pasażerów, muszą mieć prawo jazdy. Jeszcze bardziej "zabawne" jest to, że nie ma tu zakazu jeżdżenia po spożyciu alkoholu. Według naszego przewodnika, policja tym się zupełnie nie interesuje i można prowadzić pojazd z alkoholem w ręku. Aha! Nie ma tu też przepisów drogowych, nie jestem pewny, czy są wymagane ubezpieczenia drogowe. Jedyny przepis to to, że jeździ się po lewej stronie drogi. Biorąc wszystko powyższe pod uwagę, nie odważyłbym się sam osobiście prowadzić tu żadnego pojazdu, bo naprawdę jest to coś, co nie mieści się w głowie.

      Bali jest przedstawiane w katalogach biur podróży jako sielskie miejsce. I tak pewnie było i być może jest w niektórych miejscach, ale ogólnie w miejscach turystycznych jest to trochę "lost paradise". Jest tu tłoczno, dość brudno i przeciętny mieszkaniec ciężko musi kombinować, by przeżyć. Nie zmienia to faktu, że ogólnie Balijczycy są bardzo życzliwi, uśmiechnięci i pogodni. Zawsze z ukłonem witają przybyłych i zawsze z uśmiechem. Jest to wyraźny wpływ buddyzmu.

      Bali to oczywiście miejsce bardzo spirytualne. Jak wspomniałem, świątynie są tu obecne na każdym miejscu. Każde drzewo może stać się świętym drzewem. Każda rodzina ma po kilka małych ołtarzyków ofiarnych. Ale ze wszystkich świątyń na Bali warto wspomnieć o dwóch. Jedna to Taman Ayun – w tłumaczeniu piękny ogród, a druga to położona na przybrzeżnej wyspie świątynia Tanah Lot.

      Pierwsza wybudowana została w 1634 roku przez Raję Mengawi, jest położona na małej wysepce i otoczona rzeczywiście pięknymi ogrodami. Była początkowo świątynią rodzinną – dziś jest jedną z większych atrakcji turystycznych na Bali. Druga powstała z kolei na wyspie na morzu i to położenie jest nie do przebicia! Po prostu dech zapiera! Powstała w 15. wieku pod wpływem kapłana Niratha, który po proroczym śnie zachęcił okolicznych mieszkańców do pracy nad tym pięknym monumentem.

      Warto wspomnieć o jednej bardzo odmiennej od naszej cywilizacji tradycji, którą mogliśmy poznać dzięki niezwykłej wyprawie. Chowanie zmarłych. Otóż najczęściej zakopuje się zmarłych w ziemi na dwa lata, by po tym okresie wygrzebać z ziemi pozostające kości, które następnie składa się w malutkim rodzinnym grobowcu ponad poziomem ziemi. To jest typowy sposób chowania zmarłych, natomiast mieliśmy okazję zobaczyć coś zupełnie nietypowego, nawet dla Balijczyków.

      Otóż jedna z osad położona nad największym górskim jeziorem na Bali ma zwyczaj zupełnie inny. Poza wioską jest malutki cmentarzyk, do którego można dostać się tylko drogą wodną. Czyli cała uroczystość polega na transporcie zwłok łodzią do pobliskiego miejsca spoczynku. Z tym że w przeciwieństwie do innych miejsc, umarłych nie grzebie się, a tylko zwłoki umieszcza się na "wolnym powietrzu". Są one chronione tylko poprzez specjalnie zbudowaną "chatkę" z żerdzi. Tak więc zmarły leży tam sobie "pod chmurką", spokojnie się rozkładając tak długo, aż pozostaną czyste kości. Trwa to kilka miesięcy. Można sobie wyobrazić, że zapach jest raczej niepodobny do kwiatuszków. Później "resztki doczesne" są przenoszone na specjalne miejsce na cmentarzu, gdzie leżą sobie spokojnie "czaszka w czaszkę".             

Dlaczego była to niezwykła wyprawa? Otóż ze względów niezależnych od nas dotarliśmy nad brzeg jeziora grubo po zachodzie słońca, kiedy wszystkie stateczki już dawno nie kursowały. Dzięki perswazji przewodnika, udało się zorganizować trzy małe łódeczki, które w kompletnej ciemności (OK – mieliśmy jedną latarkę) i przy sporej fali przewiozły nas na ten unikatowy cmentarz. Oglądanie tego miejsca, po ciemku, w połączeniu z zapachem i widokiem kilku denatów oraz setek czaszek, było – łagodnie mówiąc – sporym wydarzeniem, które będę długo pamiętał.

      Wczesnym porankiem w ten sam sposób, w jaki dojechaliśmy do hotelu pierwszego dnia – czyli małymi busikami, dotarliśmy na lotnisko, z którego czekał nas lot na inna wyspę należącą również do Indonezji, wyspę Jawa. Byłem ogromnie ciekaw, jak odbiorę wyspę, o której tyle wcześniej słyszałem. Okazało się zaraz po powrocie, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy wyspami. I oczywista różnica wynika znowuż z religii. O ile na Bali, jak wspomniałem, dominuje głównie buddyzm i hinduizm, to na Jawie dominuje islam. Jak to się stało, że w jednym kraju są takie duże różnice?

      To bardzo proste. Indonezja powstała jako związek pomiędzy niezależnymi krajami, które wniosły do unii swoją własną historię i tradycje, czasami pomimo geograficznej bliskości bardzo różne.

      Ale jak to się przekłada na życie? W kraju muzułmańskim obowiązują pewne zasady zachowania. Modlitwa jest obowiązkowa sześć razy dziennie, nie spożywa się alkoholu (oficjalnie), kobiety noszą specjalne nakrycia głowy i często twarzy chroniące przed spojrzeniami obcych mężczyzn. Życie wieczorne oficjalnie zamiera bardzo wcześnie. W porównaniu z wesołym i pełnym życia Bali – Jawa jest znacznie bardziej "konserwatywna". Oczywiście nie oznacza to, że ludzie nie są tu szczęśliwi. Na Jawie odwiedziliśmy miasto Yogyakarta, które wielokrotnie było zniszczone w przeszłości przez liczne trzęsienia ziemi. Jedno z położonych w pobliżu miast zostało z kolei zniszczone kilka lat temu przez potężny wybuch wulkanu. Zostało ono dosłownie pogrzebane pod zwałami popiołu wulkanicznego. Ogromna tragedia, to fakt. Ale dziś te ogromne złoża popiołu wulkanicznego są skrzętnie wykorzystywane jako materiał budowlany do produkcji pustaków, rzeźb oraz użyźniania terenów rolniczych. Dziennie wywozi się stąd około 1000 ciężarówek, które są ładowanie ręcznie przez pracowitych kopaczy. Celem naszej podróży na Jawę były dwie bardzo ważne świątynie. Pierwsza to największa na świecie świątynia buddyjska w Borobudur zaliczana do siedmiu cudów świata (czasami mam wrażenie, że tych siedem cudów świata jest znacznie więcej). Druga to największa świątynia hinduistyczna w Indonezji, zlokalizowana w miejscowości Prambanam.

      Obie bardzo imponujące, ale mające w pewnym sensie pecha. Otóż jak wspomniałem, na Jawie obecnie dominują muzułmanie, i obie świątynie są zasadniczo opuszczone i pozostają wyłącznie atrakcją turystyczną. Byłoby na pewno znacznie lepiej, gdyby wokół każdej z nich mieszkali wyznawcy danej religii. Byłyby one żywe i na pewno ciekawsze do oglądania.

      Wróćmy do pierwszej świątyni, Borobudur. Jest ona zbudowana na rzucie kwadratu i ma siedem poziomów, które zmniejszając się ku górze, tworzą na każdym poziomie obszerne tarasy. Ostatni poziom ma rzut koła. Każdy poziom oznacza kolejny stopień bliższy nieba. Ostatni oczywiście to poziom "nirwany" i najbliższy nieba. Cała świątynia jest pokryta płaskorzeźbami z życia Buddy, są tu też jego liczne posągi. Niestety, większość z nich bez głów, gdyż te były kradzione przez licznych rabusiów i następnie sprzedawane licznym "kolekcjonerom". Świątynia ta w pewnym momencie zaczęła się zapadać, gdyż grunt pod wpływem ciężaru się obsuwał. Na szczęście obiekt ten znalazł się na liście dorobku ludzkości UNESCO i rządy wielu krajów wyasygnowały miliony dolarów na naprawę świątyni. Została ona dosłownie rozebrana na części. W miejscu, gdzie stała, wylano ogromną zbrojoną płytę betonową, a następnie jak klocki Lego złożono całą świątynię z powrotem.

      Dziś jest to zdecydowanie miejsce odwiedzane przez turystów na wielką skalę. Ponieważ nie jest łatwo zarobić pieniądze w takim kraju, to wokół ogrodzonego terenu powstało całe miasteczko ze straganami, w których sprzedaje się liczne pamiątki. Co bardziej aktywni sprzedający podążają za turystami, próbując sprzedać im wszystko, co jest możliwe. Jest to prawdziwe utrapienie, ale ma też swoje zabawne akcenty. Ci sprzedający są prawdziwymi poliglotami i nie wiem jakim cudem, ale wielu z nich potrafiło zachwalać swój towar oraz targować się po polsku!

      Druga świątynia, w Prambunan, wybudowana z takiego samego materiału jak pierwsza (kamień wulkaniczny) i również pokryta licznymi rzeźbami, jest zlokalizowana praktycznie w mieście. Odgłosy modlitw z minaretów trochę kłóciły się z nastrojem miejsca, ale nie zmienia to faktu, że świątynia robi bardzo duże wrażenie. Szkoda tylko, że jest zasadniczo opustoszała i stanowi tylko i wyłącznie atrakcję turystyczną.

      Z pobytu w Yogyakarta warto wspomnieć jeszcze hotel, w którym się zatrzymaliśmy. Pięciogwiazdkowy hotel Grand Aston, zlokalizowany w samym centrum miasta, był zupełnym zaprzeczeniem otoczenia. Elegancja, czystość, nowoczesność – tych epitetów jest znacznie więcej. Wieczór na tarasie hotelu przy basenie i dobrej muzyce pozwolił się nam zrelaksować po dniu na gorącej wyspie Jawa.

 

      Malezja od pierwszego wrażenia wydaje się bardziej uporządkowanym krajem niż Indonezja. Jest to relatywnie małe państwo z około 24 milionami mieszkańców, gdzie 55 proc. populacji to są Malajowie, 30 procent Chińczycy, pozostali to Hindusi i inni. Jedna z głównych gałęzi dochodów, oprócz turystyki, to rolnictwo. Jedna z głównie uprawianych roślin to palmy, a później ryż. Malezja ma też spore zasoby naturalne, między innymi ropę i cynę. Na północy graniczy z Tajlandią, a na południu z Singapurem. Jest położona bardzo blisko równika i odczuliśmy to zaraz po wylądowaniu, bo przywitało nas 37 stopni Celsjusza i 100 proc. wilgotności. Uff, jak gorąco! Lotnisko, na którym lądowaliśmy, jest oddalone od Kuala Lumpur o 70 kilometrów i połączone z miastem szybką i bardzo dobrą autostradą.

      Jedną z głównych obecnie atrakcji Kuala Lumpur jest słynny budynek "Petronas Towers" noszący nazwę od firmy, która ma tam siedzibę i która eksploatuje surowce naturalne i handluje nimi. Nosi on też popularną nazwę "Twin Towers", bo rzeczywiście dwie bliźniacze wieże łączy pomost widokowy. Zaprojektowane zostały przez argentyńskiego architekta Cesara Pellego. Obie wieże są prawie identyczne i górują nad panoramą miasta. Budowę ukończono w 1998 roku i przez siedem lat był to najwyższy budynek na świecie. Od początku wzbudziły one zachwyt całego świata, bo rzeczywiście architektura jest fascynująca. Było tu nagrywanych szereg filmów z Jamesem Bondem włącznie. Zabawne jest to, że każdą wieżę zlecono do budowy innej firmie. Jedną budowała firma z Korei Południowej (Samsung), drugą firma japońska (Hazama Corp.). Morderczy wyścig pomiędzy firmami, kto skończy pierwszy, zakończył się zwycięstwem Koreańczyków, ale z różnicą tylko jednego dnia!

      "Twin Towers" koniecznie należy obejrzeć nocą. Pięknie podświetlony budynek, gdzie elewacja wykonana jest ze szkła i cyny, odbija światła i naprawdę nie dziwi mnie, dlaczego ten budynek od razu został hitem.

      Bardzo blisko "Twin Towers" jest wybudowana wieża widokowa z obrotową restauracją, z której rozciąga się znakomity widok na całe miasto. Widać na pierwszy rzut oka, że jest to dynamiczne miasto w dynamicznym kraju. Jedno, do czego bym miał zastrzeżenie w Kuala Lumpur, to bardzo dziwna siatka dróg w centrum miasta. Tak jakby to ktoś robił pod wpływem alkoholu. Jest tu bardzo wiele jednokierunkowych dróg pod dziwnymi kątami. Łatwo się pogubić. Na szczęście, taksówki są tanie i to często ratuje sytuację, kiedy chce się dotrzeć do czasami nawet bliskiego w linii prostej miejsca. Kuala Lumpur ma też bardzo sprawny system kolei naziemnej, z którego warto korzystać.

      Malezja jest krajem głównie muzułmańskim, dlatego widać tu liczne meczety. Mieliśmy okazję odwiedzić największy w tej części świata Błękitny Meczet, który jednorazowo może pomieścić 14.000 wiernych. W piątek, który jest głównym dniem modłów, jest on ponoć wypełniony do ostatniego miejsca.

      Tradycyjnie mężczyźni i kobiety modlą się osobno. Obowiązkowe jest mycie nóg (wskazane rąk i twarzy) przed modlitwą. Bicie pokłonów, dotykając czołem ziemi, jest objawem poddania się woli Allaha oraz wyrazem szacunku. Modlitwa odbywa się zawsze w kierunku Mekki.

Cdn.

Maciek Czapliński

Mississauga

piątek, 01 czerwiec 2012 10:23

Raport z Państwa Środka: Biedni bogacze, bogate dziady

Napisane przez

 W Chinach zauważyłem pewną grupę społeczną, którą można określić bogate dziady. W odróżnieniu od europejskich "bogaczy", którzy noszą piękne ubrania, jeżdżą średnio dobrymi autami i co roku jeżdżą na wakacje do Egiptu, chińskie dziady na co dzień noszą robocze ubrania i jeżdżą starymi rowerami. Do tego chińskie dziady nie myślą w ogóle o egipskich plażach, kolorowych drinkach czy też np. nowych kafelkach w łazience. Znam kilku takich dziadów w Chinach osobiście i znam też wielu "bogaczy" w Europie, dzięki czemu mogę powiedzieć o nich coś więcej niż tylko to, co widać na zewnątrz.        Jeden z nich to mój sąsiad zwany Wang Ming. Wang Ming to 38-letni mechanik z zawodu, żona, syn (lat 10). Mieszka w warunkach, których europejski "bogacz" nie byłby w stanie zaakceptować. Mieszkanie duże, ale surowe, wszystko przypomina zakładowe mieszkanie z czasów PRL, stare grzejniki, obdrapane parapety, stary bojler i lampy jarzeniówki rodem z hali fabrycznej. Żadnych zbytków, żadnych dekoracji, żadnych kosztownych inwestycji. Komputer z Internetem oczywiście jest. Żona jeździ na starym motorowerze z pedałami, a on kupił niedawno używany rower (tzw. koza) bez przerzutek.

      Na co dzień Wang Ming prowadzi sklep, jego żona również (drugi sklep), trzeci sklep już wykupiony i będzie otwarty, jak budynek centrum handlowego zostanie ukończony.

      Wang Ming posiada również drugie mieszkanie, które wynajmuje. Ma też spore oszczędności. Jednym słowem panisko, ale na zewnątrz to obraz nędzy.

      Z drugiej strony, "bogacze" z Zachodu są bogaci, ale tylko na zewnątrz i de facto tylko pozornie. Myślę, że gdyby wypośrodkować europejskiego "bogacza" z chińskim dziadem, otrzymalibyśmy dość szczęśliwego człowieka na wielu, wielu płaszczyznach życia. Póki co nasz chiński dziad żyje swoim życiem, nie mając świadomości co traci, a nasz europejski "bogacz" w korowodzie kredytów nie zdaje sobie sprawy, że można żyć inaczej.

      Jednak i Chińczycy mają swoje słabości i jest nią na pewno jedzenie. Wang Ming, jak i inni jemu podobni na wizyty w restauracjach nie żałują grosza (juana w tym wypadku). Reszta to zbytek. Trudno oceniać obie skrajne postawy i każda ze stron może wykazać swoje racje. Myślę, że cywilizacyjne uwarunkowania to jedno, ale ważny jest też system w państwie. Widać to jak na dłoni na przykładzie Polski. Ludzie kiedyś ukrywali, ile to mają pieniędzy w "skarpecie" czy pod podłogą, dziś odwrotnie, każdy chce pokazać, ile to nie ma, ale de facto nic nie ma.

      Uczmy się od siebie nawzajem, podglądajmy jedni drugich i wyciągajmy właściwe wnioski. Na płaszczyźnie prywatnej i wyżej. Tak już od paru dekad robią Chińczycy, podglądają europejskich "bogaczy" i się uczą. Uczą się i nie zapominają przy tym o swoich "dziadowskich" zasadach.

      Nowe pokolenie w Chinach jest już inne. Szczęśliwi wewnątrz i na zewnątrz. Oby nie chwilowo, oby wykorzystali szansę, jaką dostali od poprzednich pokoleń. A dokąd zmierzają młode generacje na Zachodzie? Chyba ku przepaści. Czas pokaże.

      Życzę wszystkim wewnętrznego i zewnętrznego bogactwa.

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

piątek, 25 maj 2012 12:05

Raport z Państwa Środka: Praca w Chinach

Napisane przez

Mimo że w Chinach jest dosyć tanio, to życie też kosztuje, więc aby zarobić trochę grosza (czyt. juanów), postanowiłem pójść do pracy. Fakt, że jako przedstawiciel rasy białej w świadomości przeciętnego Chińczyka muszę mówić biegle po angielsku, bardzo mi w tej kwestii pomógł. Co jakiś czas dostawałem propozycje podjęcia pracy jako korepetytor, nauczyciel lub... statysta. Mimo że ja sam nie oceniam swojego poziomu języka angielskiego jakoś wysoko, to jednak mówić umiem i postanowiłem spróbować. Akurat dostałem telefon od znajomej znajomego, że załatwiała dla jakiejś szkoły nauczyciela z Rosji, ale coś wynikło i szuka kogoś w zamian, i to od zaraz. Po chwili namysłu zgodziłem się i umówiłem się z nią na spotkanie w moim przyszłym miejscu pracy.

      Następnego dnia poszedłem do szkoły na rozmowę z dyrektorem, gdzie przeprowadzono ze mną rozmowę kwalifikacyjną w języku angielskim oraz przedstawiono szczegółowe warunki. Ja przedstawiłem mój główny warunek, czyli że zajęć nie mogę prowadzić rano, ponieważ sam mam zajęcia na uniwersytecie (w tym wypadku jako student). Dyrektor stwierdził, że nie widzi problemu, i nakazał szybko pozmieniać plan tak, abym pracę zaczynał od godziny 14.00. Bardzo mnie to ucieszyło. Omówiliśmy jeszcze kilka kwestii technicznych i za dwa dni, czyli od poniedziałku, mogłem zaczynać. Oczywiście, że w pierwszym momencie poczułem niepewność, czy dam radę, ale pomyślałem, że skoro przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną, to szkoła wie, co robi.

      Zgodnie z umową z dyrektorem, w poniedziałek pojawiłem się w pracy pół godziny przed rozpoczęciem zajęć. Po załatwieniu formalności w sekretariacie stałem się członkiem grona pedagogicznego jednej ze szkół średnich w mieście Changsha w Chinach. Po tym fakcie poczułem się przez chwilę jakoś dziwnie, bo kto się jeszcze tydzień temu spodziewał, że zostanę nauczycielem... w Chinach. Jako że pracę zaczynałem po południu, a szkoła była po przeciwnej stronie rzeki, która dzieli miasto na pół, musiałem liczyć się z korkami na mostach. Sposobem na to okazały się moto-taxi, które slalomem między samochodami lub jak trzeba to po chodniku omijały wszelkie zatory na drodze. Godzin lekcyjnych nie miałem zbyt wiele, bo od 3 do 2 dziennie od poniedziałku do piątku, w sumie 13 godzin w tygodniu. Na pierwsze zajęcia postanowiłem nie przygotowywać lekcji, ale improwizować celem wyczucia uczniów, jak i metodologii prowadzenia zajęć w chińskiej szkole. Klasy liczyły po 40 uczniów, więc 45 minut pierwszych lekcji upłynęło mi na jednominutowej konwersacji z każdym z uczniów plus 5 minut na sprawy ogólne, o zaprowadzaniu dyscypliny jeszcze wtedy nie myślałem. Przerwy, dzwonki oraz ogólna wrzawa w czasie przerw nie różniła się zbytnio od naszego polskiego podwórka. Dzieci (12-14 lat, dostałem w udziale odpowiednik naszego gimnazjum, liceum zajmował się inny nauczyciel obcokrajowiec) reprezentowały różny poziom znajomości języka angielskiego, od zerowego po bardzo dobry. Największy problem stanowiła wymowa i w ogóle chęć mówienia na forum klasy.

      Tu trzeba powiedzieć, że Chińczycy ogólnie boją się kompromitacji lub bycia wyśmianym, sami określają to jako utratę twarzy. Czyli moim zadaniem było "zmusić" ich do mówienia. Zresztą tak mi też wcześniej określono moje zadanie, a lekcje z nauczycielami obcokrajowcami nazywano oral English, czyli angielski mówiony. Jako że miałem 9 różnych klas, mogłem raz przygotowaną lekcję prowadzić przez kilka dni, co bardzo mi ułatwiło życie. Co jakiś czas na moje lekcje, a na początku zawsze, przychodził inny nauczyciel angielskiego (Chińczyk) i pomagał oraz sam się uczył, tak przynajmniej mi mówiono. Nie chodziło oczywiście o sam język, ale podglądali metodę, jaką prowadzę lekcję. Myślę, że to bardzo inteligentne posunięcie z ich strony. Dzieci jak to dzieci w tym wieku i w grupie 40, potrafiły czasem przeszkadzać mi lub sobie wzajemnie. Zastosowałem kary, które wobec mnie stosowano jak byłem młody, czyli stanie, stanie w kącie i za drzwi. W przerwach chodziłem po dość dużym terenie szkoły, zwiedzając i rozmawiając a to z uczniami, a to z nauczycielami lub innymi pracownikami szkoły. Zdarzało się, że jakaś lekcja wypadła lub była przesunięta, wtedy szedłem na miasto. Grono pedagogiczne dbało o mnie jak tylko mogło, zapraszając na obiady, kolacje, a raz nawet do klubu, oczywiście pokrywali wtedy wszystkie koszta związane z wyjściem. Dzieci były dość wdzięczne i dało się odczuć ogólne ciepło. Nie miałem żadnych sytuacji, które uznałbym za przekroczenie granic.

      W szkole tej przepracowałem trzy miesiące i odchodząc, było mi naprawdę żal, ale czas mojego pobytu w Chinach dobiegał właśnie końca i trzeba było zostawić go jeszcze trochę na swoje sprawy. Miesięczna pensja, jaką otrzymywałem za tę liczbę godzin, była dość dobra, bo jej połowa pozwalała mi na wynajęcie 3-pokojowego mieszkania. Płatności były regularne i dokonywane ostatniego dnia każdego przepracowanego miesiąca. Dziś bardzo miło wspominam ten czas i na pewno kiedy będę w Changsha, odwiedzę swoich podopiecznych, a może nawet wywołam kogoś do tablicy...

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

Strona 9 z 9