Goniec

Switch to desktop Register Login

Błąd w sztuce lądowania

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Moje ambitne plany na nadchodzący czas uległy pewnej zmianie. Przyczyna tkwi w tym, że umiem już latać, ale nie umiem lądować…
To było w sobotę, 19 stycznia, o godzinie 15.30. Lot był krótki, raptem od krawędzi dachu na chodnik przed domem. A więc za krótki, żeby go dobrze zaplanować, a ponadto ekonomicznie niedopracowany, zważywszy na to, ilu ludzi trzeba było zaangażować, żeby potem jakoś zakończyć to przedsięwzięcie.

Najpierw przestraszona sąsiadka (od tego momentu przestałem się przejmować, zgodnie z menedżerską zasadą deligate on, sprawa poszła w czyjeś ręce, na pewno na tym etapie bardziej odpowiedzialne). Potem, chyba za chwilę, pojawił się sąsiad z Szóstej Ulicy (co robił na naszej, Siódmej?), który doskonale wiedział, co należy zrobić. Poprosił najpierw, żebym mu się przedstawił (sam mi się nie przedstawił), po czym kazał mi zrobić to jeszcze raz, głośno i wyraźnie. Jednocześnie wysłał sąsiadkę po pled, zabronił mi się poruszać i trzymając mnie za rękę (czułem się trochę pewniej, nie do końca przekonany, że ten lot już się zakończył), drugą wystukiwał trzycyfrowy numer telefonu. Zanim mnie okryli pledem, zjechała ekipa elegancko umundurowanych pań i panów, wszyscy chcieli obejrzeć bohatera z bliska. Ludzie na ogół boją się latać.


Portfel ze wszystkimi dokumentami miałem w tylnej kieszeni, co komplikowało, a zarazem ułatwiało sprawę. Trudno było tam się dostać, ale innego wyjścia, żeby się dowiedzieć, kim jestem i czy mam numer państwowego ubezpieczenia, nie było. Mogłem na przykład być złodziejem, który pod nieobecność gospodarzy wkradał się do środka i zleciał. Mało jest takich przypadków?
Nagle przestało być łatwo: policja chciała wiedzieć, gdzie jest moja żona. Pewnie nie mają żon. No powiedzcie sami, gdzie może być w sobotnie popołudnie żona faceta, który w piątek regularnie wręcza jej tygodniówkę. Podałem mu numer komórki do Miluszki, niech sam pyta, gdzie ona jest i dlaczego nie przy fruwającym mężu. A ten znowu: "A jak ma żona na imię?" "Miluszka", odpowiedziałem i za chwilę bardzo tego pożałowałem, gdy usłyszałem, jak kanadyjski policjant zwrócił się do niej po imieniu. Nie do powtórzenia. Boki zrywać. Moja żona nie rozmawia z obcymi mężczyznami, tym bardziej, kiedy zaczynają od imienia, wypowiadając je w sposób zbyt poufały. Domyśliłem się, że padło gniewne: "Wrong number" i połączenie przerwano.
Policjant powtórzył.
Sytuacja się powtórzyła.


Za trzecim razem Miluszka nie odebrała, a on zostawił wiadomość, wyjaśniając, o co chodzi. Ale moja żona nie rozmawia z obcymi mężczyznami, tym bardziej gdy zostawiają wiadomość. Wiadomości też nie przesłuchuje.
Co było robić – przywódca policyjno-medyczno-strażopożarnej ekspedycji wsiadł do czołgu, wysunął się z wieżyczki i wskazując ręką przed siebie, zawołał: "Wpierod!". Czy jakoś tak.


W tak zwanym międzyczasie założyli mi piękny, śnieżnobiały gorsecik, przeturlali mnie na nosze, mimo że spokojnie sam mogłem przelecieć, poopinali pasami, żebym im nie odfrunął po drodze (skąd mogli wiedzieć, że nigdzie się dzisiaj nie wybieram) i nosze z moim "body" wsunęli do pojazdu, w którym było miejsca na kilku jeszcze lotników. Widać – byłem jedynym w okolicy do podwiezienia.
Przechytrzyłem ich: lewą ręką (bo prawa miała jakieś problemy) z kieszeni wyciągnąłem mój Iphone. Nie działał. Rymsnął razem ze mną. No to wyłączyłem i włączyłem. Zadziałał. Stuknąłem na numer Miluszki. Włączyła się poczta głosowa. Stuknąłem na numer Arka. Poczta głosowa. To już nie wiedziałem, czy dzwonić do Barrie (Monika), do Kitchener (Inka) czy do Warszawy (Ola). Arek odezwał się za moment. Przyznałem się do błędów pilotażu. Nie był zadowolony.


Izba przyjęć w naszym Trillium Health Centre jest jak lotnisko Pearsona: tłum ludzi, wszyscy gadają, wiszą jakieś tablice i wszystko w ruchu. Po odprawie paszportowej podwieźli mnie na odprawę bagażową i żebym niczego nie mataczył, natychmiast rozebrali do naga. Pierwszy raz w życiu rozbierały mnie trzy dziewczyny i wcale mi nie było miło. Ubrali w bardzo twarzowy, szaro-niebieski fartuch, podłączyli kroplówkę, ukłuli paroma zastrzykami i pojechaliśmy na MRI i prześwietlenie. Widocznie nie uwierzyli w moje deklaracje, że niczego nie przemycam. Sportowo zacięci prześwietlacze przerzucali co nieco moje ledwie zipiące "body" i odwieźli z powrotem na lotnisko. Zauważyłem, że zaczyna ich dziwić, że jeszcze żyję.


Dwóch panów doktorów stało nade mną, patrzyli na klisze i w jakieś papiery i nad czymś się ciężko zastanawiali. Domyśliłem, że ich dylemat sprowadza się do pozytywnej odpowiedzi na jedno z dwóch pytań: odwieźć do piwnicy i od razu odstrzelić czy poeksperymentować. Zdziwiło mnie, że w pewnej chwili, nagle uśmiechnęli się i patrząc tak trochę nade mną, oświadczyli, że wyjdę z tego. Obejrzałem się i zobaczyłem przy łóżku mojego syna Arka (wzrost 1,80 m) i mojego wnuka Maćka (wzrost 2,00 m). Obaj spokojnie akceptowali zamiary obu panów doktorów. Chłopaki robią wrażenie.


I na to dotarło do nas zapłakane moje słoneczko. Kazałem jej natychmiast wytrzeć nos i przestać beczeć, a potem, już słodkim głosem zapewniłem, że następnym razem bardziej dopracuję lądowanie. Bardzo się ucieszyła.
Byście widzieli jej minę, jak się dowiedziała o tych telefonach policjanta. Nie miała o nich pojęcia, a o moich akrobacjach dowiedziała się po powrocie do domu, od sąsiadki. Wzięła więc tę swoją komórkę i na jej ekraniku znalazła numer policjanta. Zadzwoniła i o czymś tam gadali, nawet chyba niepotrzebnie tak długo. Wcale mi się nie podobało, że się uśmiechała.


Noc spędziłem na lotnisku. Pasażerów przybywało, ale "traffic" do wnętrza naszego Trillium Health Centre zablokował się aż do niedzielnego południa. I wtedy nastąpiło już samo dobre. Otrzymałem apartament w pięciogwiazdkowym kurorcie, gdzie umeblowanie może nie było specjalnie wymyślne, ale obok mojego łóżka składającego się z dziesiątków mechanizmów i guzików, którymi należy te mechanizmy uruchamiać (za dużo, żeby się miało nie zepsuć!), otrzymałem do dyspozycji niezbędne dla mojego samopoczucia trzy fotele, szafki, stolik z wysuwanymi blatami oraz własną, przygotowaną na takich połamańców, łazienką. W pokoju były okna na Queensway Ave., przez które mogłem obserwować mocne uderzenie zimy, a mnie tu było ciepło. Tylko, że to wszystko było dla oczu. Moje mechanizmy nie działały. A w niedzielę nikt w kurorcie nie był kompetentny, żeby wyjaśnić, co mi jest i co zamierzają zrobić. Karmili mnie przez kroplówkę, więc pachniało operacją. Wiedziałem, że biodra. Ból uśmierzali tabletkami. I zapobiegając, Bóg wie czemu – kłuli dożylnie lub domięśniowo.


Nurses. Pielęgniarki i pielęgniareczki. Każda od innej sprawy. Starsze obserwowały, co młodsze wyprawiały. Miluszka kontrolnie przejrzała personel, ale na nic się to zdało, bo nazajutrz już był inny "staff". A mnie się jakoś dziwnie nawet nie chciało na nie gapić. Oswajałem się z myślą, że w najbliższym czasie nic tu nie zrobię sam. Nawet siku. Co rusz opanowywała mnie wola snu. Byłem ciekaw, co się może przyśnić przy wspomaganiu morfiną.


Zbigniew Turkiewicz
Za tydzień ciąg dalszy

Ostatnio zmieniany piątek, 01 marzec 2013 06:40
Zaloguj się by skomentować