Goniec

Switch to desktop Register Login

Ciężki miałam dzień

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

trelinska"5...4...3...2...1...0" krzyczę do dzieci już kolejny raz, mają liczyć do zera, żeby się uspokoić. 

"Próbuję wam wytłumaczyć zasady gry, jeśli nie wytłumaczę, to nie zagramy. Jeśli nie zagramy, to czyja będzie strata? Nie moja. Więc radzę siedzieć cicho i słuchać" – już prawie straciłam panowanie nad sobą.

A do tego momentu to ledwie dotarłam, ciężki miałam dzień.

Zawsze tak jest, kiedy próbuję w klasie coś nowego lub niezwykłego. A dziś, ze względu na tzw. otwartą klasę, którą wicedyrektorka szkoły wizytowała, ja z koleżanką postanowiłyśmy zrezygnować z podręczników i zaplanowałyśmy lekcję trochę bardziej interaktywną. Jakoś zapomniałyśmy, że jest jednak powód, dla którego nie robimy tego częściej.

W kraju znanym z dobrych ocen i dyscypliny w nauce oczekiwałam, podobnie jak inni, że dzieci, choć to dzieci, ale będą mnie słuchały i szanowały. Jest to wstrząsające, jak bardzo czasami jest to dalekie od prawdy.

Oczywiście, że dzieci są dziećmi, choćby najlepiej wychowane, jeśli nauczyciel się podda – jak ja czasem – no to dzieci będą to wykorzystywały, ale nie spodziewałam się tego, co mnie na co dzień spotyka w szkole. Nie zawsze jest chaos, czasami moi uczniowie są po prostu zmęczeni i niezainteresowani, czasem bardzo dobrze się zachowują – to są naprawdę fajne dzieci. Jednak częściej są niegrzeczne niż grzeczne i muszę krzyczeć co dwie albo trzy minuty. 

Kiedy zaczęłam na nie krzyczeć o moim wyjaśnieniu gry, to już miałam dosyć, co najmniej dziesięć razy w ciągu poprzednich czterdziestu minut liczyliśmy od pięciu do zera. Jeśli doliczę do zera i ktoś jeszcze rozmawia, to dostaje klasa jeden "strike".

Trzy striki i muszą pisać 50 razy "Nie będę rozmawiał(a) w klasie".

Ale co mi to daje, że przy zerze siedzą cicho, jeśli co trzy minuty muszę liczyć? Tu jest właśnie pies pogrzebany, taki system liczenia nie uczy dzieci, żeby nauczyciela słuchać.

Liczenie do zera było ustawione przez poprzednią nauczycielkę angielskiego; większość tego nie używa w klasach, ale mimo wszystko większość nauczycieli, których znam, nie karze za bardzo dzieci za rozmawianie.

Gdy przychodzą do mnie, wydaje im się, że mogą trochę pokrzyczeć. Mam też koreańską współpracowniczkę, która ma się zajmować dyscypliną. Częściej niżbym chciała, muszę mówić głośniej od dzieci.

Nawet w Kanadzie, gdzie czasem się wydaje, że w szkole jest luz, nie wygląda to tak (albo przynajmniej nie wyglądało, kiedy byłam w szkole). Oczywiście są wyjątki i są nauczyciele, którzy są bardzo rygorystyczni, ale przeważnie są zbyt wyluzowani.

A może po prostu jest tak dlatego, że jak w zeszłym tygodniu pisałam, siedzą dzieci całymi dniami w szkołach, to kiedy mają sobie porozmawiać?
Niezależnie od przyczyny, dzieci w Korei nie umieją cicho siedzieć.

To nie znaczy, że dzieci są złe. I nie znaczy, że cała społeczność jest zła. Nie uczy się dzieci cicho siedzieć, ale za to kiedy wycinałam z papieru literki na tablicę w klasie, bez mojego proszenia dzieci pozbierały skrawki i je wyrzuciły.

Jak otworzyłam szufladę i zobaczyłam, że tam schowałam śmieci do wyrzucenia później, to od razu dziewczynka, z którą rozmawiałam, powiedziała, że ona mi je wyrzuci. Moje śmieci nie są ich obowiązkiem, ale codziennie po szkole dzieci sprzątają klasy i korytarze. Myją podłogi, kurze ścierają, wyrzucają śmieci, i uczą się odpowiedzialności.

Nie zależy im zawsze, żeby nie brudzić, ale jakoś zależy im, żeby dobrze później posprzątać. A to jest coś, czego w Kanadzie nigdy bym się nie spodziewała. Gdyby dzieci czyściły szkołę, toby od razu ktoś się zgłosił z pretensją, że to jest wykorzystywanie dzieci.

Uczę tu w podstawówce: małe dzieci, małe problemy. Rozmawiają za dużo, ale za to sprzątają mi klasę. Nie słuchają, ale za to mi przynoszą czekoladki i inne prezenty. Nie chcą się czasami uczyć, ale i też są roześmiane i wesołe. Ogólnie, naprawdę fajne dzieci.

Szkoda że – przynajmiej z tego, co słyszałam – to w gimnazjum będą się jeszcze gorzej zachowywały. Szkoda mi ich nauczycieli. Ale cieszę się też tym, że choć dyscypliny w klasie może nie ma, to jest kultura, która promuje naukę. Te dzieci, które ja teraz uczę, to pewnie będą za dziesięć lat ci sami dorośli, którzy nie będą mogli przesiedzieć przez ślub bez rozmawiania, ale za to jest statystycznie prawdopodobne, że nie będą chodziły na wagary, brały narkotyków ani zachodzić wcześnie w ciążę, a raczej będą miały dyplom czy dwa z uniwersytetu i dostatnie życie przed sobą.

Krzyczeć nie przestaną, one tego potrzebują i na to zasługują, ale i też nie powinnam o nich źle myśleć. W końcu to dzieci, uczą się tego, co im pokazuję.
I przeważnie to są naprawdę fajne, śmieszne dzieci, jeśli nawet trochę zbyt głośne.

Paula Agata Trelińska
Anyang, Kyonggi-Do, Korea

Autorka jest Polką wychowaną w Kanadzie, która obecnie studiuje w Korei i uczy w szkole języka angielskiego.

Zaloguj się by skomentować