Goniec

Register Login

Cierpimy razem: jedność i solidarność z Koreą

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

trelinska"O, skąd dostałaś żółtą kokardę?" – pyta się mój nauczyciel koreańskiego. Próbuję mu wytłumaczyć, ale po krótkim czasie poddaję się i nic nie mówię.

Nauczyciel składa ręce, jakby się modlił, kłania się i dziękuje mi za to, że mam żółtą kokardę przypiętą do żakietu.

Dookoła świata żółte wstążki często się kojarzą z walką z rakiem. Z "Livestrong", fundacją założoną przez rowerzystę Lance'a Armstronga. Czasem też z kryzysem zakładników w Iranie. Ale dziś, przynajmniej w Korei Południowej, są one symbolem jedności i solidarności z ofiarami wypadku promu "Sewol".

Pamiętam pierwsze momenty, kiedy się dowiedziałam o katastrofie promu "Sewol".

Była to środa i właśnie wróciłam ze szkoły, włączyłam komputer i na Facebooku zobaczyłam artykuł udostępniony przez Yonhap News pod tytułem: "Prom z 476 pasażerami na pokładzie zatonął u południowych brzegów Korei".

Sama szybko udostępniłam link, nie martwiąc się za bardzo, i pobiegłam spotkać się z kolegą. Kiedy wróciłam parę godzin później, okazało się, że to co ja sobie wyobrażałam jako mały wypadek, to największa katastrofa koreańska we współczesnej historii.

Wieczorem śledziłam, jak reszta kraju, wiadomości i aktualności akcji ratowniczej. Próbowałam mieć nadzieję, ale w momencie kiedy przeczytałam, że 300 osób jeszcze nie zostało znalezionych, to serce mi stanęło.

Następne parę dni były, co oczywiste, najtrudniejsze dla całego kraju. Nadzieja, że ktoś jeszcze się znajdzie. Uświadomienie sobie, że ponad 200 uczniów jednej szkoły zmarło. Złość, że kapitan przeżył, kiedy prawie 300 osób zostało bezradnie na pokładzie. Ani razu nie widziałam wiadomości, które nie dyskutowały wypadku "Sewol". Cały kraj był wpatrzony w te wiadomości, pełen złości i nadziei.

Dziś wiadomo, że osoby, które nie zostały znalezione, zginęły. Wiele z tych osób to były 16- i 17-letnie dzieci ze szkoły średniej w Ansan na przedmieście Seulu. Kiedyś miasto Ansan było centrum mojego życia społecznego, nie mam bliskich, którzy byli bezpośrednio dotknięci wypadkiem, ale nie jest to ode mnie bardzo daleko. Myślę, że każdy nauczyciel, nieważne z jakich okolic, od razu myślał o swoich dzieciach. Jest to jedna z najgorszych rzeczy, jakie możemy sobie wyobrazić.

Odpowiedzi nikt nie zna. Mimo że jestem w tym samym kraju, wiem tylko tyle albo i mniej co ludzie w Kanadzie lub w Polsce.

Niestety, szczególnie w pierwszych momentach chaos był taki, że media koreańskie co chwila publikowały jakieś pogłoski. Listy uratowanych były publikowane z nazwiskami osób, które nie zostały znalezione. Ostatnio ciała pomyłkowo zwrócono nie tym rodzinom co trzeba. To, o czym mogę mówić, to opinie ludzi. Sama też mam swoją opinię, ale to jest zbyt drażliwy temat, abym próbowała go wyrażać po polsku.

Jednak opinie większości kraju są dobrze opisane w większych mediach zachodnich. Ale nawet jeśli są publikowane w "New York Timesie", to nie są to odpowiedzi. Na te wszyscy czekają.

Atmosfera w kraju zmienia się z dnia na dzień. Rodziny czekają i szukają odpowiedzi na to, jak to się stało i jak można było do tego dopuścić.

Wiele jeszcze czeka na ciała dzieci, rodziców, braci, sióstr. Niektórzy nigdy ich nie dostaną. Wśród tych niebezpośrednio dotkniętych wypadkiem nacisk przesunął się na uczczenie pamięci tych, którzy zginęli. Na pomaganie rodzinom, które do dziś czekają w sali sportowej na wyspie przy południowym wybrzeżu. I na ewentualne poznanie okoliczności, które mogły doprowadzić do takiego wypadku.

Wszędzie są też wydarzenia poświęcone ofiarom. Wiosna w Korei to jest sezon festiwali. Festiwale tulipanów, herbaty, wszystkiego co można sobie wyobrazić. Po wypadku wiele tych festiwali zostało odwołanych, ale niektóre, większe, zostały. Upamiętniają ofiary wypadku, ale dają też poczucie, że życie, przynajmiej dla nas, idzie dalej.

Największym takim festiwalem jest "Lotus Lantern Festival" w Seulu, zgromadzenie buddystów z całego świata z okazji urodzin Buddy.

Tydzień i pół po tragedii, festiwal się odbył, z paradą buddystów, która trwała ponad dwie godziny. Ale po paradzie zamiast się bawić i cieszyć latarniami jak w zeszłym roku, usiedliśmy wszyscy na ulicy i słuchaliśmy. Najpierw czegoś, co mi się wydawało brzmieć jak modlitwa. Potem taniec. A na końcu przemówienie tak emocjonalne, że mimo iż jedną czwartą słów zrozumiałam, wszyscy pojęliśmy, o co chodziło. Łzy wszędzie leciały.

Niedaleko sceny były wyłożone latarnie w kształcie koreańskich liter znaczących: "razem cierpimy". A obok tego żółte wstążki, na których można było napisać swoje myśli i zawiesić na długim sznurku.

Następnego dnia w tym samym miejscu były ustawione budki z informacjami o buddyzmie oraz generalnie o koreańskiej kulturze. Znów można było wstążki zawiesić oraz mniejsze przypiąć do ubrania. Ze znajomymi wstążki zawiesiliśmy. Zostaliśmy sfilmowani, sfotografowani i podziękowano nam.

Podziękowano nam, że się orientujemy; że nas to obchodzi; że nam też smutno. Łatwo pomyśleć, że to tragedia, która dotyczy tylko Koreańczyków.

Mimo to że się poza Koreą o tym mówi, to jednak ludzkie reakcje są inne, niż gdyby to się stało w ich kraju. A dla cudzoziemców w Korei to się stało w naszym kraju. To nie są "jacyś tam ludzie", to są dzieci, nauczyciele, przyjaciele w naszej społeczności.

Na festiwalu nam podziękowali. Mój nauczyciel mi podziękował. Na ulicy też ktoś do nas podszedł, aby podziękować. Ale prawdą jest, że wszyscy "cierpimy razem". To jest tragedia w ogóle niezwiązana z kolorem skóry lub z kulturą.

Za to, że pozwoliłam, aby ktoś mi przypiął żółtą wstążkę do żakietu, nie zasługuję na takie podziękowanie.

Koreańczycy może cenią to, że cudzoziemcy są dotknięci przez tę tragedię, ale myślę o ofiarach. To są dzieci, rodzice, bracia i siostry z naszego otoczenia.

Żółta wstążka ich nie uratuje.

Niech przynajmniej posłuży, aby ich nie zapomnieć.

Zaloguj się by skomentować