Goniec

Register Login

Czas na wojaże: Magiczne latarenki

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Mariola Johnson jest Polką mieszkającą na Hawajach 

"Magic Island", czyli "Magiczna Wyspa", to właściwie nie wyspa, a usypany przez człowieka półwysep w parku Ala Moana. Rzeczywista nazwa tego miejsca to Aina Moana, co po hawajsku oznacza: "ląd od morza", ale nikt jej praktycznie nie używa. Nazwa "Magiczna Wyspa" zdecydowanie lepiej oddaje istotę i charakter tego czarodziejskiego zakątka.

hawaje23 10

Powstał on prawie 50 lat temu i w założeniu miał być nowym kompleksem hotelowym. Jednak mieszkańcy i turyści upodobali sobie piękne, białopiaszczyste plaże, uroczą, oddzieloną od oceanu falochronami zatoczkę i całe połacie zieleni, które okazały się idealnym miejscem na rodzinne pikniki. Plany budowy hotelu spaliły na panewce, a magiczna "wysepka" stała się popularnym miejscem odpoczynku, spacerów przy cudownych zachodach słońca, a także idealnym plenerem na ślubne zdjęcia i przyjęcia. Z brzegów półwyspu rozciąga się malowniczy widok na najbardziej popularną plażę na O'ahu – Waikiki oraz na charakterystyczny, kojarzący się od zawsze z Honolulu, górujący nad plażą, krater wygasłego wulkanu Diamond Head. Po lewej stronie półwyspu (jeśli zwrócimy się twarzą do oceanu) znajduje się wielki, zapełniony po brzegi port jachtowy. Był taki dzień (w październiku ubiegłego roku), kiedy port opustoszał. Wszystkie jachty wypłynęły w morze. Do Hawajów zbliżało się tsunami... Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, tsunami oszczędziło hawajskie wyspy, a jachty wróciły do portu.

W urokliwej części parku Ala Moana, położonej w pobliżu przystani jachtowej, do niedawna można było przebywać i podziwiać go przez całą dobę. Okazało się jednak, że na swoją "sypialnię" upatrzyli go sobie bezdomni. Dla bezpieczeństwa turystów i odwiedzających zdecydowano ograniczyć dostęp do Magicznej Wyspy nocą.

Po drugiej stronie ulicy rozciąga się wielki kompleks sklepów i restauracji, tzw. mall, czyli Ala Moana Center. Stamtąd można praktycznie objechać całą wyspę, korzystając z sieci autobusowej, lub wsiąść do jednego z uroczych, otwartych wagoników, które kursują nieustannie pomiędzy Ala Moana a Waikiki.

W pewien majowy dzień parkingi i ulice w pobliżu Magicznej Wyspy zapełniły się samochodami. Najszybszym środkiem transportu w tym dniu okazał się autobus, który słusznie wybrałam, aby tam dojechać. W parku znalazłam się już o godzinie 4 po południu. O szóstej zapowiadano otwarcie pięknego, podniosłego wieczoru poświęconego tym, co odeszli.

Memorial Day czyli Dzień Pamięci, bo o nim właśnie mowa, jest świętem ustanowionym dla oddania hołdu i uhonorowania tych, co stracili życie w obronie Stanów Zjednoczonych. W ostatni poniedziałek maja we wszystkich stanach USA odwiedza się cmentarze wojskowe, zapala się znicze na grobach żołnierzy, ofiarowuje kwiaty i chorągiewki.

Hawaje nadały temu świętu trochę szerszy charakter, zbliżony do naszego Święta Zmarłych, wspominając wszystkich, którzy odeszli. Aby uczcić ich pamięć, zaadaptowali zwyczaj wywodzący się z japońskiego, buddyjskiego kościoła Shinnyo-en, gdzie pamięć zmarłych i ich życie celebruje się, wypuszczając na wody oceanu piękne, płonące latarenki. Jest to bardzo podniosła uroczystość, której celem jest pokazanie, jak cenna jest harmonia i pokój w naszym życiu.

Liczba ludzi uczestniczących w tym pięknym wydarzeniu rośnie z roku na rok. W tegorocznej, piętnastej już z rzędu uroczystości, liczba ich doszła do 50 tysięcy. Aby umożliwić wszystkim wysłuchanie przekazu, muzyki i spotkania z Jej Wysokością: Shinso Ito – naczelną osobą w świątyni – w parku ustawiono dwa gigantyczne ekrany. Pogoda była, jak zawsze, piękna, a mała, niemalże niezauważalna mżawka wywołała tęczę, która pojawiła się na krótko przed charakterystycznym, hawajskim dźwiękiem muszli, oczyszczającym miejsce i anonsującym rozpoczęcie celebracji.

Przejmujący dźwięk bębnów "taiko" wprowadził niepowtarzalną atmosferę harmonii, miłości i świadomości bycia cząstką społeczności, wzajemnie wspierających się ludzi. Z niecierpliwością, ale i spokojem, ściskając w ręku moją łódeczkę z lampionem, której ściany wypełnione były imionami nieżyjących już, najdroższych mi osób: rodziny i przyjaciół, czekałam na znak. Był nim dźwięk krystalicznego dzwoneczka Shinso Ito. Rozejrzałam się dookoła. Wśród tłumu łatwo było odnaleźć wolontariuszy w charakterystycznych koszulkach, gotowych do pomocy w zapalaniu umieszczonych w lampionach świec i wysyłaniu ich na wodę. Zabrzmiał dzwonek. Na scenie zapłonął wielki znicz. Na wody zatoki wypłynęły łodzie z pierwszymi, wielkimi, symbolicznymi lampionami oferującymi modlitwę dla ofiar wojen i katastrof oraz wszystkich zmarłych w imieniu wszystkich ludzi. Na łodziach znajdowały się również lampiony tych, którzy nie mogli uczestniczyć w tej wielkiej celebracji. Widok płonących, unoszących się na powierzchni wody latarenek, które nabrały dodatkowych, bajecznych kolorów w blasku zachodzącego słońca, był magiczny. Nie zważając na głębokość wody, wyniosłam moją latarenkę tak daleko, jak to tylko było możliwe. Odpłynęła, a razem z nią, zapewnieni o mojej miłości, moi Najbliżsi, którzy – mocno w to wierzę – byli obecni ze mną w tamtej czarodziejskiej chwili, na rajskich Hawajach.

Mariola Johnson
www.bocian-na-hawajach.com

Ostatnio zmieniany sobota, 22 czerwiec 2013 22:00
Więcej w tej kategorii: « Kefir w Seulu Metro w Seulu »
Zaloguj się by skomentować