Goniec

Register Login

Język koreański - Korespondencja własna z Korei Południowej

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

trelinska"Czy pomarańcze w sklepie są tanie czy drogie?" pyta się nauczycielka koreańskiego. "Euh, euh, sada?" odpowiadam niepewna, czy sada znaczy tanie. Pytam się "cheap?". Reszta klasy mi odpowiada "tak". Miałam rację.

Wiem, że słowa, które znaczą tanie i drogie to są "sada" i "pisada", ale nigdy nie pamiętam, które jest które. Kolega, próbując mi pomóc, wytłumaczył, że "pi" to przychodzi z chińskiego znaku, który znaczy nie.

Mimo to że samo słowo "pi" nie oznacza "nie" po koreańsku – a raczej deszcz – kiedy jest ono kawałkiem słowa, to oznacza negację tego słowa: pisada znaczy nietanie.

Nie było zawsze tak łatwo się nauczyć słów bez poznania znaków chińskich. Koreański alfabet był wymyślony dopiero w roku 1443 przez króla Sedżonga Wielkiego, który chciał, żeby wszyscy Koreańczycy mogli się nauczyć czytać. Przed powstaniem oficjalnego alfabetu, koreański był pisany przy użyciu chińskich znaków, które były bardzo trudne do zapamiętania, więc tylko szlachta umiała je czytać. Dziś dzieci w szkole się uczą około 2000 znaków, które są nadal używane w zaawansowanym i formalnym koreańskim, na przykład w gazecie. Ale życie codzienne może być prowadzone bez żadnej znajomości tych znaków.

Parę tygodni temu zaczęłam nowy kurs koreańskiego, gazety żadnej nie czytam i związku z tym nie uczę się jeszcze żadnych znaków chińskich. Na razie wystarczy, że zapamiętam, jak zapytać, gdzie jest stacja metra. Ale nawet jeśli nie muszę znać znaków chińskich, żeby rozumieć język codzienny, jest oczywiste, że poznanie ich pomogłoby w zrozumieniu korzeni tych słów, które umiem pisać w alfabecie. Ponad 50 proc. słów koreańskich ma jakieś korzenie w znakach chińskich. To nie znaczy, że każdy Chińczyk by je rozpoznał, ani że języki są w ogóle podobne (nie są), ale znajomość tych znaków daje uczniowi podstawę tego, na czym język się rozwinął.

Tak jak możemy wywnioskować znaczenie słowa "Rzeczpospolita" od łacińskiego "res publica", to tak samo można wywnioskować właśnie znaczenie niektórych słów koreańskich, jeśli się zna te znaki.

Kiedy byłam młoda, nigdy nie wyobrażałam sobie, że będę się uczyła koreańskiego. Oprócz tego, że był troszkę mniejszy nacisk na języki azjatyckie, to też po prostu wydawały mi całkiem niezwiązane z moim życiem. Jako dziecko z Kanady z rodziny europejskiej, uczyłam się języków europejskich: francuskiego w szkole, angielskiego na boisku (i od 5. klasy też w szkole), a polski w domu. Uczęszczałam na kursy z hiszpańskiego, niemieckiego i rosyjskiego. Niestety, nic z tych ostatnich trzech nie wyszło, ale znając kilka słów w różnych językach, orientując się w alfabecie łacińskim, rosyjskim i greckim, myślałam, że mam fantastyczną podstawę do nauki języków. I mam, ale do języków europejskich. Kiedy zaczęłam się uczyć koreańskiego, to ja, zawsze taka dumna z siebie, że miałam dzieciństwo wielojęzyczne, nagle niczego nie znałam. Ani słowa, ani gramatyki, ani wymowy. Niczego.

Nie wiedziałam nawet, że język może być tak inny. To, że słowa są niezwiązane z polskimi lub angielskimi, to żaden szok, ale gramatyka to tak.

Angielski i polski mają znacznie odmienną gramatykę, ale porównując do koreańskiego, widzę teraz dużo więcej podobieństwa pomiędzy tymi dwoma językami. Dużo funkcji językowych, które po polsku są osiągnięte użyciem słowa, na przykład słowo "w" w zdaniu "ja mieszkam w szkole", po koreańsku są uzyskane tylko i wyłącznie gramatyką, zmianą końcówki słowa, w tym wypadku szkoła, żeby znaczyło, że akcja się toczy w tym miejscu.

Nie jest to odmienianie słów takie, jakie my znamy (chociaż ta podstawa mi bardzo pomaga w zrozumieniu koreańskiego), i jest jeszcze większa liczba końcówek niż w polskim.

Język to nie tylko gramatyka, ale też zbliżenie się do kultury, i w tym do innego sposobu patrzenia na świat.

Niestety, jest to też bardzo trudne. Po polsku robię błędy i się nie wypowiadam aż tak ładnie jak po angielsku, ale czuję, że mam dość bliskie, takie naturalne, rozumienie języka. Słowa, które nie istnieją po angielsku, nie są dla mnie niezrozumiałe. Nie muszę znać łaciny, żeby się zaznajomić ze znaczeniem niektórych słów. Dla porównania, żeby naprawdę rozumieć koreański, to muszę się nauczyć przynajmniej 2000 znaków chińskich.

"Sada" i "pisada" nie są takie trudne do zapamiętania, ale są to po prostu dźwięki, jeśli nie rozumiem, skąd one pochodzą. Że "pisada" to nie jest po prostu drogie, to jest nietanie. Jest to język z fascynującą historią, której znajomość wpływa jeszcze dziś na głębsze zrozumienie. Oczywiście, już nie jestem małym dzieckiem i nigdy nie zrozumiem koreańskiego w ten sam sposób co Koreańczyk, ale nawet do tego stopnia, co już rozumiem i co będę rozumiała, wydaje mi się, że zmienia i rozszerza moje myślenie i mój sposób patrzenia na świat.

W Ameryce Północnej jest teraz większy nacisk na języki azjatyckie i więcej informacji o zaletach dwujęzyczności u dzieci. Niestety, często w szkole dzieci nie nauczą się drugiego języka, pozostają rodzice, aby z dziećmi rozmawiać w innym języku albo zapisać je na kursy prywatne. Języki azjatyckie – a w tym pewnie najbardziej chiński – bardzo przydadzą się w przyszłości na rynku pracy. Na pewno warto o tym myśleć, języki dają nie tylko możliwość pracy, ale i możliwość różnych sposobów myślenia o tym samym problemie. A języki i kultura Dalekiego Wschodu są szczególnie odmienne niż europejskie. Jeśli się jest dzieckiem czy nawet dorosłym, myślę, że warto spróbować nauki któregoś z języków Dalekiego Wschodu. W najgorszym wypadku to i tak będzie się innym ludziom wydawało, że to niesamowite osiągnięcie, a w najlepszym, no zarobi się miliony w Hongkongu. Ale może najważniejsze to, że się rozszerza umysł.

Paula Agata Trelińska

Zaloguj się by skomentować