Goniec

Switch to desktop Register Login

Okruchy pamięci - Antoni Rychel

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

goreckiPierwszy raz znalazłem się w Karpaczu w lutym 1961 r., nie przeczuwając, że na kilka lat stanie się dla mnie najważniejszym miejscem na ziemi. Od tamtej pory upłynęło tyle lat, w ciągu których czas przysypywał popiołem zapomnienia wszystko, co tam przeżyłem. Aż nagle kolega w pracy dał mi zdjęcie – kościółek Wang w cudownej zimowej szacie. Wróciły wspomnienia… 

Nieco poniżej tej 13-wiecznej norweskiej świątyni z modrzewiowego drewna sprowadzonej do Polski w 19. wieku główna ulica i budynek, na którego parterze mieści się restauracja "Góralka". Nad "Góralką" mieszkał Antek Rychel, ratownik Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, czyli GOPR-u. Poznałem go chyba w 1964 r., gdy pracowałem w Hotelu "Biały Jar". W recepcji hotelowej był telefon, z którego ratownicy GOPR-u wzywali karetkę pogotowia do zwiezionego z gór rannego narciarza. Potem gdy i ja odkryłem uroki narciarskich tras, wpadałem zawsze do stacji GOPR-u na Małej Kopie, by się nieco ogrzać i pogadać. Przeważnie gdy wieczorem zatrzymywano już wyciąg, by skrócić sobie drogę do domu, zjeżdżałem Śląską Drogą z Małej Kopy do Białego Jaru, w którego zakolu niezbyt trudny trawers na halę Złotówka u stóp Strzechy Akademickiej, a dalej zjazd w Dolinę Małego Stawu, by minąć Samotnię i obok schroniska Bronka Czecha dojechać do świątyni Wang – i już w domu.

Antek zawsze bardzo poważnie traktował swoje obowiązki, więc nic dziwnego, że został naczelnikiem Karpackiej Komórki GOPR-u. Nieco później obaj braliśmy udział w telewizyjnym Turnieju Miast Karpacz – Szklarska Poręba, choć w odmiennych konkurencjach. 

Przed 20 marca 1968 r., pokonując Biały Jar niekiedy już o zmroku i zupełnie sam, nie zdawałem sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które, dosłownie, nade mną wisiało. Dwudziestego marca rano musiałem pojechać do Jeleniej Góry i tam dowiedziałem się o tragedii. Lawina w Białym Jarze pochłonęła 19 osób. 13 Rosjan, 4 Niemców oraz 2 polskich przewodników..

Następnego ranka przypiąłem narty i pojechałem do Białego Jaru. Było tam już mnóstwo ludzi, cywilów i wojska. Lawinisko było już częściowo przekopane dość głębokimi transzejami przez wojsko. Ciała ofiar, które udało się odnaleźć, zawinięte w brezentowe pałatki, czekały na toboganach na transport. Odszukałem Antka Rychla i Józka Wawrytkę. Właśnie na śniegowych skuterach przyjechali czescy ratownicy, przywożąc specjalne składane sondy tak przydatne do szukania ludzi pod śniegiem. W pewnym momencie Józek podał mi sondę, mówiąc: "Zobacz, coś tam jest, drewno, kamień czy człowiek?". Skoczyło kilka osób z łopatami, a już po chwili odrzucany śnieg zabarwiony był krwią.

Wydobyte zwłoki mężczyzny położono na pałatce. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjęto portfel. Brzegi wystających z niego banknotów były zakrwawione. Pomyślałem, że ma zmiażdżoną klatkę piersiową. Wyjęto dokumenty. Polak. Znaleźliśmy pilota jednej z wycieczek.

Kilka miesięcy później wyjechałem z Karpacza na stałe. Zamieszkałem w Świnoujściu. Z Antkiem spotkałem się jeszcze dwa razy. Któregoś lata przyjechał wraz z żoną Ewą spędzić urlop nad morzem, a ja w 1975 r. pojechałem do Karpacza na narty. Odwiedzałem go w goprówce na Małej Kopie, a Antek gościnnie zaproponował mi nawet nocleg w tej ich stacji GOPR-u podobnej raczej do pasterskiego szałasu przyklejonego do ściany górnej stacji wyciągu krzesełkowego. Był tylko jeden problem – nocą nie będę mógł wyjść na zewnątrz i dopiero rano odkopią drzwi zawiane śniegiem.

Góry są piękne. Pamiętam moją pierwszą karpacką zimę, która przyszła nagle z obfitymi opadami śniegu, jakich nigdy jeszcze nie widziałem. Około dziesiątej wieczorem musiałem wyjść z domu. Na ulicy ani żywej duszy, potężne świerki w czapach śniegu, który wciąż sypał nadzwyczaj dużymi płatami. Zdawało mi się, że jestem w środku bajki o Królowej Śniegu. Stanąłem i patrzyłem w olśnieniu wzruszony do głębi, do łez, które płynęły mi po uśmiechniętej twarzy. Śmiałem się sam do siebie i płakałem ze szczęścia. Zachowałem się jak sztubak, który pierwszy raz w życiu doznał miłosnego zachwytu.

Ale dość o mnie. Piszę przecież o Antku, o którym wiem tak niewiele, a on już nic nie powie. Dowiedziałem się bowiem, że 20.03.2010 r. na Hali Szrenickiej odbyły się IX zawody narciarskie GOPR-u, które od tej pory będą nosiły nazwę Memoriału im. Antoniego Rychla, byłego naczelnika Grupy Karpackiej GOPR-u. Zadzwoniłem do biura Sudeckiego GOPR-u w Jeleniej Górze. Miałem szczęście, gdyż dyżur miał kolega Antka.

Dowiedziałem się, że zmarł latem 2008 r. Problemy z sercem i astma. Okazało się, że i on, który przepracował z Antkiem w górach wiele lat, też nie wie o nim wszystkiego. Bo Antek, który po wojnie znalazł się z matką i nieco starszym bratem w Miłkowie pod Karpaczem, urodził się daleko od tych stron, na wschodnich rubieżach Polski, skąd pochodzili rodzice i dziadkowie, a dokładnie ze wsi Łabunie. Dziadek, Antoni Rychel, i babcia, Marianna z d. Petryk, mieli sześciu synów i jedną córkę. Jeden z chłopców po ojcu dostał na imię Antoni – widać w tym tradycję rodzinną, która będzie się powtarzać.

Chłopiec był zdolny, więc po ukończeniu szkoły podstawowej w Łabuniach uczęszczał do gimnazjum im. hetmana Jana Zamojskiego w Zamościu.

Maturę zdał 8.06.1928 r., a już 15.07.1928 r. rozpoczął naukę w Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim, którą ukończył 21.04.1929 r. ze stopniem podchorążego.

Jeszcze w gimnazjum działał w harcerstwie, był drużynowym 2. Zamojskiej Drużyny Harcerskiej im. Jana Zamojskiego, a nawet przez pewien czas hufcowym. W lipcu 1924 wziął udział w I Narodowym Zlocie ZHP w Warszawie.

Był także instruktorem w Związku Strzeleckim w Hrubieszowie.

W maju 1929 r. wyjeżdża wraz z rodzicami do wsi Kruszyn k. Bydgoszczy i otrzymuje przydział do 15. Pułku Artylerii Lekkiej w Bydgoszczy.

15.01.1932 r. awansowany do stopnia podporucznika. Przez jakiś czas pracował w Izbie Skarbowej w Bydgoszczy, studiując jednocześnie w Wyższej Szkole Handlowej w Poznaniu.

W 1934 r. wrócił do Zamościa i został kierownikiem Powiatowego Sekretariatu BBWR. Dnia 4.01.1936 r. zostaje sekretarzem Sądu Grodzkiego w Zamościu i zajmuje mieszkanie w gmachu sądu. We wrześniu 1937 r. rozpoczyna zaoczne studia na Wydziale Prawa i Nauk Społecznych na KUL-u.

Przerwał je wybuch wojny, ale wcześniej otrzymuje zmianę przydziału do 3. Pułku Artylerii Lekkiej Legionów w Zamościu. Po odbyciu kolejnych ćwiczeń wojskowych, w 1938 r. awansowany do stopnia porucznika.

W dniu 18.04.1938 r. zawarł związek małżeński z Cecylią Tomczak, a 26.12.1938 r. rodzi się pierwszy syn, który otrzymał imiona Krzysztof Antoni.

Porucznik Antoni Rychel bierze udział w kampanii wrześniowej 1939 r., ale brak na ten temat archiwalnych danych. Wiadomo jednak, że nie zarejestrował się u władz okupacyjnych i od początku zaangażował w działalność konspiracyjną. Należał do ścisłego grona organizatorów Służby Zwycięstwu Polsce, a jego głównym zadaniem było tworzenie Oddziałów Szturmowych. Przybiera pseudonim "Rymwid".

W listopadzie 1940 r. Gestapo wpadło na trop "Rymwida", który w porę ostrzeżony przez wywiad (chor. Józefa Sędziaka), zdołał w ostatniej chwili ukryć się wraz z żoną i synkiem w bezpiecznym miejscu.

W tym czasie "Rymwid" otrzymał rozkaz objęcia komendy ZWZ w Hrubieszowie oraz nominację do stopnia kapitana. Używa teraz pseudonimu "Anioł". Jest świetnym dowódcą obwodu. Dawał się we znaki tak Niemcom, jak i Ukraińcom. Niemcy wyznaczyli za jego głowę nagrodę wysokości 50 000 marek.

15.08.1941 r. urodził się drugi syn państwa Rychlów, który otrzymał imiona Antoni Zbigniew. Czy to właśnie ta tradycja rodzinna, o której wspomniałem wcześniej, czy przeczucie śmierci "Anioła" i chęć, by imię Antoni przeniósł przez piekło wojenne któryś z jego synów?

Nie wiem nic bliższego o pani Cecylii, ale wyobrażam sobie, jakie trudy znosiła, ukrywając się nieustannie z dwoma małymi chłopcami. Wiadomo tylko, że w okresie Zielonych Świąt 1943 r. cała trójka ukrywała się w zakładzie dla sierot wojennych we wsi Turkowice.

Szczęście nie trwa wiecznie. W sierpniu 1943 r. "Anioł" nawiązał bliską współpracę z majorem Wilhelmem Szczepankiewiczem ps. "Drugak", komendantem AK obwodu Tomaszów Lubelski, i jego oficerem dywersji Zenonem Jachymkiem ps. "Wiktor". W celu uzgodnienia wspólnych akcji umówił się z nimi na spotkanie 4.10.1943 r. w Turkowicach. Jadąc na to spotkanie, kapitan Rychel wpadł w zasadzkę urządzoną przez policję ukraińską we wsi Czermno i zginął w walce. Jego ciało Ukraińcy przewieźli do Sahrynia i spalili na cmentarzu parafialnym.

Pozostała po nim symboliczna mogiła w pobliżu miejsca, w którym stoczył ostatnią walkę, i pomnik – obelisk przy kościele w Sahryniu odsłonięty 26.10.1997 r. W tym samym dniu Antoni Rychel został pośmiertnie awansowany do stopnia majora.

Myślę, że po zakończeniu wojny pani Cecylia wraz z synami starała się wyjechać jak najdalej od tamtych tragicznych miejsc i wspomnień. Zatrzymali się w Kotlinie Jeleniogórskiej, bo dalej na zachód już jechać nie było można, a i tutaj panowały rygory strefy przygranicznej. Zamieszkali w Miłkowie pod Karpaczem. Starszy, Krzysztof, mieszka podobno we Wrocławiu, Antek pokochał góry i niczego już nie szukał. Pozostał tej miłości wierny do końca życia, które czasem narażał, ratując innych.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego chciałem przypomnieć tych kilka osób i wydarzeń.

Otóż po śmierci kapitana Antoniego Rychla komendantem obwodu hrubieszowskiego został cichociemny Marian Gołembiewski ps. "Ster". Ten sam, który w przeprowadzonej przez siebie jednoosobowej akcji uwolnił żonę i synka majora "Drugaka". Miałem zaszczyt poznać osobiście Mariana Gołembiewskiego w Toronto. Zastanawiam się, czy moje spotkanie z Antkiem w Karpaczu, a po latach spotkanie z człowiekiem, który objął dowództwo nad oddziałami, którymi dowodził jego ojciec, jest tylko przypadkiem, czy celowym zrządzeniem Opatrzności, która kazała mi być jednym z ogniw w łańcuchu ludzkich losów?

Winicjusz Gurecki
30.01.2012

Zaloguj się by skomentować