Goniec

Switch to desktop Register Login

Paryż polski... i kanadyjski

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

trelinskaDla młodych osób jak ja – z bardzo ograniczonym budżetem i bez większych obowiązków – mieszkanie w Polsce jest bardzo korzystne dla podróżowania.

Europa jest malutka. Z Toronto chyba najkrótszy lot jest do Ottawy, albo może do Detroit, a nawet wtedy kosztuje to parę stów, Porterem albo Jazz Air. Co prawda latając z jednej prowincji do drugiej, można czasem poczuć się, jakby się poleciało do innego kraju, ale jednak to nie to samo.

Przed tym jak się zdecydowałam na kilka miesięcy przeprowadzić do Polski, miałam w planach spędzić ten czas w Paryżu, studiując francuski na Sorbonie. Plany się zmieniły i zdecydowałam się jednak na Polskę, ale to nastawienie do Francji mi pozostało, więc wiedziałam, że muszę przynajmniej pojechać tam na wakacje.

Po sprawdzeniu wszystkich tanich linii w Europie uznałam, że najbardziej opłaca się polecieć do Brukseli, tam pozwiedzać kilka dni, a potem pociągiem do Paryża. Dlaczego akurat do Brukseli? Dlatego że lot kosztował 39 złotych. Za 39 złotych to z Warszawy do Zamościa nie mogę nawet dojechać! Bruksela to żaden Paryż, ale przy takiej cenie włączyłam ją do moich planów.

Jeśli chodzi o atrakcje turystyczne, to w Brukseli nie ma za dużo do zwiedzania, całe centrum można obejść w jeden dzień. W takich wypadkach lubię szukać fajnych związków z moimi krajami, z Polską, Kanadą, Koreą też. W Brukseli szukałam polskiej budki na festiwalu świątecznym, niestety nie znalazłam. Ale kanadyjska budka z Quebecu była!

Paryż za to okazał się zupełnie inny. Od momentu kiedy wysiadłam na dworcu z pociągu do zameldowania się w hostelu – góra 30 minut – spotkałam przynajmniej 11 Polaków. Jednego w metrze, czterech na ławce w parku, dwóch w moim hostelu, polski słychać wszędzie. Byłam w Paryżu lata temu i nie pamiętam, żeby było tylu Polaków, świat się robi mniejszy i mniejszy, a strefa Schengen pomniejszyła Europę.

Przy tak otwartej Europie to nie tylko łatwiej jest odwiedzić Paryż, ale też tutaj zamieszkać. Więc pierwsze, co zrobiłam w pierwszy dzień zwiedzania, to poszłam odwiedzić polskich mieszkańców Paryża. Nie mogłam znaleźć informacji o jakiejś specjalnie polskiej dzielnicy, więc poszłam po prostu do kościoła polskiego, w samym centrum. Akurat trwała msza – po polsku – i było tak dużo ludzi że niektórzy musieli stać na schodach poza drzwiami.

Wiele osób sądzi, że to dziwne, że kiedy tak jeżdżę, lubię odwiedzać Polaków. Po co jechać do innego kraju, żeby odnajdywać swoją kulturę? I tu chyba właśnie widać, że wychowałam się w Polonii.

Dla mnie to jest fascynujące, że są inni ludzie na świecie, którzy podobnie jak ja muszą żyć w dwóch kulturach, ale ta ich druga kultura jest inna od mojej, w tym wypadku francuska. Są na świecie polskie dzieci, dla których francuski jest łatwiejszym językiem. Polonie też są odmienne w różnych krajach i jest zawsze interesujące to zobaczyć.

Jest to też po prostu jakiś związek z domem, ze swoim krajem. Mieszkając w Kanadzie, Polski zawsze trzeba było tak jakby szukać, nie była wszędzie dookoła. Tak samo w Korei trzeba szukać Kanady, nie ma jej wszędzie. Widzenie jakichś znaków tych krajów jest ekscytujące. Przypomina mi dom, ale też fajne związki pomiędzy tymi krajami.

Jeden taki związek, który właśnie znalazłam w Paryżu, nie jest zbyt oczywisty, ale dla mnie jest fajny. W Luwrze jest dużo okien, przez które można obserwować ludzi na ulicy. Podeszłam do jednego takiego okna, ale okazało się, że wyglądałam na małe podwórko i niczego nie było widać, tylko dach. Dach był zrobiony w stylu falowym jak w Złotych Tarasach w Warszawie. Ale był w kolorze złotym. Złote Tarasy! Myśląc, że to śmieszne, zrobiłam zdjęcie. W tym czasie młoda para też podeszła do okna. Szkoda, myślałam, że nie załapią, o ci mi chodzi. Dziewczyna podchodzi pierwsza i mówi: o, wygląda jak Złote Tarasy! Znalazłam następnych Polaków! I fajnie było, że był ktoś, z kim w pewnym sensie mogłam się podzielić tą chwilą, choćby tylko dlatego, że znamy to samo centrum handlowe.

Kanadyjskie ślady są generalnie łatwiejsze do znalezienie na świecie, ale często nie mają aż tylu związków historycznych. Jednak w Paryżu znalazłam i historyczne, i przypadkowe. Kanadyjczyków dużo nie słyszałam na ulicy, jednak Paryż jest daleko od Kanady, ale za to znalazłam The Great Canadian Pub, gdzie wszyscy Kanadyjczycy mogą się spotykać. Jak zwrócono mi uwagę, taka nazwa byłaby nielegalna w Quebecu, zbyt angielska.

Widziałam też koszulkę z napisem "legalisez le Canada", czyli "zalegalizujcie Kanadę". O co chodzi, to ja nie wiem, ale fajnie, że Kanada jest na koszulce. Można też znaleźć Place du Canada, więc plac Kanady, łódź New Brunswick i tymczasową budkę kanadyjską na Champs Elysee.
Świat się robi coraz mniejszy. Za 39 złotych mogłam polecieć do innego kraju i znaleźć ślady polskie i kanadyjskie. A jest ich jeszcze więcej! Tylko nie wszystko zobaczyłam.

Do Seulu mam może jakieś 17 godzin podróży, ale Europa bardzo się tak jakoś zmniejszyła. I Polacy są w niej wszędzie, jako turyści, i jako mieszkańcy, więc zawsze można znaleźć coś znajomego. Nawet jeśli to tylko ktoś, kto wie, jak wyglądają Złote Tarasy...

Paula Agata Trelińska

Ostatnio zmieniany piątek, 13 grudzień 2013 13:08
Zaloguj się by skomentować