Goniec

Register Login

Planet Africa. I tak zmienia się powoli cała Kanada

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

"Planet Africa" jest kolorowym miesięcznikiem czarnej społeczności wydawanym w Toronto. Co roku, od dziesięciu lat pod opieką miesięcznika odbywa się uroczysty bankiet połączony z różnego rodzaju występami zespołów folklorystycznych i piosenkarzy. Kolejny dziesiąty uroczysty bankiet "Planet Africa" miał miejsce na początku listopada 2013 w International Conference Centre przy lotnisku Pearsona w Toronto. Bankiet połączony był z przemówieniami i z wręczaniem okolicznościowych nagród. Ja i Marek Gołdyn zostaliśmy zaproszeni na tę imprezę jako członkowie National Ethnic Press and Media Council of Canada (organizacji mediów etnicznych). 

Przy stole z nami siedzą dwie panie z Kamerunu, pięć kobiet i mężczyzna są z Karaibów. Rozglądam się po sali. Widzę, że za stołami siedzą goście często całymi rodzinami. Przy stole siedzą starsi rodzice, ich dzieci i dzieci ich dzieci. Z rodzicami jest sporo zupełnie małych dzieci. To zupełna inność w stosunku do imprez na przykład w naszej polskiej społeczności.

 

 

 

 

 

 

Z polityków jest burmistrz Mississaugi, pani Hazel McCallion, jest minister ontaryjskiego ministerstwa Citizenship and Immigration, pan Michael Coteau, jest radny miasta Toronto, pan Michael Thomson. Ale w sumie nie ma tu wielu polityków jak na taką dużą skalę imprezy. Myślami odbiegam do bankietu z okazji zjazdu Kongresu Polonii Kanadyjskiej. Na bankiecie w Burlington było może 200 osób, z tego jedna trzecia to byli politycy, w tym politycy szczebla federalnego, prowincyjnego, radni miejscy Toronto i Burlington. Moje myśli przerywa pastor, który właśnie wszedł na scenę i zaczyna modlitwę, a może raczej wezwanie do Boga. Dziękuje Bogu za życie, za to że jest dobry. Wszyscy wstają. Niektóre osoby żegnają się. Większość przyjmuje modlitwę w skupieniu, nic nie mówiąc.

W programie jest przyznanie kilkunastu nagród okolicznościowych dla wyróżniających się swoimi osiągnięciami osób na rzecz czarnej społeczności lub społeczności krajów afrykańskich, jak na przykład organizacja Lekarze bez Granic. Po każdej przyznanej nagrodzie następuje występ zespołu artystycznego lub piosenkarza, piosenkarki. Szczególnie żywe są występy zespołów reprezentantów społeczności krajów afrykańskich. W tych występach jest wiele pierwotnej żywotności. Ta pierowotna żywotność nawiązuje do samego jądra życia, do rozmnażania się.

Na kilku ruchomych wysięgnikach umieszczone są kamery, które śledzą ruchy artystów lub osoby prowadzące występy. Za pomocą kamer obraz występujących lub przemawiających osób jest pokazywany na położonym z tyłu olbrzymim ekranie. Dobre ponad 500 osób siedzących za stołami z każdego punktu sali ma możliwość swobodnego śledzenia przemówień i występów. Wzrok przyciągają dobrze edytowane kolorowe zdjęcia pojawiające się za plecami osób prowadzących program lub odbierających nagrodę. Oprawa multimedialna imprezy jest imponująca.

Na olbrzymią scenę wchodzą dwie osoby prowadzące i mówią, że na imprezę złożyły się konsulaty takich państw, jak: Etiopia, Kamerun, Ghana, Nigeria, Jamajka, Zair i kilka innych organizacji z Black Community w Ontario.

 

Nagrody

Niemalże każda z osób odbierających nagrody dziękuje swoim rodzicom za pomoc w karierze życiowej. Dziękują swoim matkom za upór i cierpliwość w namawianiu do osiągania wielkich celów. Większość z tych osób dziękuje Bogu za opiekę i pomoc w życiu. Skąd taka żarliwość w odnoszeniu się do Boga i rodziny? Może bierze się to z tego, że w Afryce życie jest bardzo kruche. Tak zwana oczekiwana długość życia w większości krajów afrykańskich sięga 40 lat. A skąd odniesienie do rodziny? Jeśli nie ma się jednego z członków rodziny, najczęściej ojca, to trudno się w życiu odbić. Jak się dowiaduję – w krajach afrykańskich darmowa nauka w szkole trwa tylko pierwsze cztery lata, a w niektórych krajach nie dłużej niż dwa. Za późniejszą naukę rodzice muszą płacić całość kosztów lub ich lwią część.

Częstym zjawiskiem wśród rodzin w czarnej społeczności jest to, że ojca często brakuje. Więc chyba ci, którzy w życiu odnieśli sukces, cenią sobie to, że stało się to dzięki temu, że rodzina była i pomagała. Widzą poprzez kontrast, że tym mniej szczęśliwym rodziny do odniesienia sukcesu zawodowego często zabrakło.

Z przemówień widać, że ludzie w Black Community, przynajmniej ci, co odnieśli sukces, traktują podstawy osiągnięcia go jako pewien standard, na który składa się wiara w Boga i posiadanie rodziców.

Wśród odbierających nagrody są też wszędobylscy sikhowie. Sikhów jest statystycznie biorąc w Kanadzie tylu, ile jest osób polskiego pochodzenia. A jednak, kiedy z dziennikarskiego obowiązku chodzę na wielokulturowe imprezy, wszędzie widzę sikhów. Są zaradni i zapobiegliwi – nawet na takiej imprezie, jak "Planet Africa", sikhowie wychodzili sobie nagrodę!

Na koniec gali występuje specjalnie zaproszona, jako gość honorowy, pani dr Bernice King. Pani dr Bernice King jest córką Martina Luthera Kinga. Jest ona również pastorem. Nie wiem, ile kosztowało zaproszenie pani Bernice King, ale myślę, że koszt zaproszenia nie był mniejszy niż 10 000 dol. Sławne słowa Martina Luthera Kinga "I have a dream" są zastrzeżone prawami autorskimi jako trademark i każde ich użycie przysparza tantiemów rodzinie Kingów.

Bernice King opowiedziała taką przypowieść:

W dwu osobnych salach siedzą ludzie przy stołach z długimi na trzy metry widelcami. Przed nimi talerze pełne jedzenia. W jednej sali ludzie siedzący przy stołach są smutni, chudzi i umierający. Trzęsą się z zimna i z głodu, chociaż na talerzach i miskach przed nimi jest pełno jedzenia. W drugiej sali ludzie są weseli i pełni życia. Cieszą się i śmieją. Dlaczego? Bo tajemnicą ich życia było to, że nauczyli się oni karmić tymi trzymetrowymi widelcami jeden drugiego. Pani dr Bernice King kończy swoje przemówienie, mówiąc, że jeśli ludzkość ma przetrwać, to właśnie dzięki temu, że każdy nauczy się karmić jeden drugiego i pomagać mu w życiu.

 

Pani dr Bernice King zbiera huczne oklaski

Powoli ludzie wstają od stołów. Czas na pożegnalne zdjęcia. Podchodzimy do finalistek konkursów piękności z Jamajki, Santa Lucii i Barbados. Marek Gołdyn próbuje mnie ustawić do zdjęcia. Z każdej strony jestem dużo niższy niż panie finalistki. Nie dość, że są wysokie, to mają buty na wysokim obcasie i dodatkowo utapirowane stojące włosy na afro. Jedno zdjęcie nie wychodzi, drugie też za bardzo nie wychodzi. Chciałoby się powiedzieć: – Nie prześladować krasnoludków!

Wychodzimy do holu. Tutaj długa kolejka do zdjęć z dr Bernice King. Zniechęcony kolejką rezygnuję ze zdjęcia, chociaż później żałuję swojej decyzji.

Była to rzadka, niepowtarzalna wręcz okazja do zrobienia sobie zdjęcia z osobą uznawaną – przynajmniej w Black Community – za niemalże świętą.

W holu podchodzę do stoiska Ethiopian Airlines. Przy stoisku stoi przedstawiciel na Kanadę. Wcześniej w czasie gali odebrał on jedną z nagród. Pytam go, jak udało się Etiopii załatwić to, że jest poza USA centrum serwisowania najnowszych samolotów pasażerskich Boeinga – dreamlinearów?

– We did it with perserverance and consistency (załatwiliśmy to dzięki uporowi i konsekwencji) – odpowiada.

Pytam mojego rozmówcę, dlaczego w swojej mowie, w której nawiązał do jedności, nie wspomniał cesarza Hajle Sellasje, osoby, która założyła Organizację Jedności Afrykańskiej? Przypomnienie osoby cesarza Etiopii byłoby jak najbardziej na miejscu. Mój rozmówca jakoś zamilkł. Odpowiada po chwili, jakby z wahaniem:

– Nie, to nie jest czas na wspomnienie osoby cesarza Hajle Sellasje.

Mimo że stoimy przy stoisku Ethiopian Airlines, gdzieś odchodzi. Obok, niedaleko mnie, stoi mężczyzna, który uważnie przysłuchuje się naszej rozmowie. Po tym jak przedstawiciel etiopskich linii lotniczych odszedł, podchodzi do mnie i mówi, że aktualny rząd w Etiopii nie lubi osoby cesarza Hajle Sellasje i nie lubi o nim mówić. Kiedy pytam – dlaczego – wzrusza ramionami i mówi: – To jest skomplikowane – i tajemniczo zawiesza głos.

Parę dni później pytam znajomego z Etiopii o dziwne podejście do sprawy cesarza Hajle Sellasje. Mój znajomy mówi mi, że w Etiopii jest około 90 języków i 10 głównych plemion. Niektóre języki są ze sobą spokrewnione i można się porozumieć, inne są od siebie tak dalekie, że jeśli dana osoba nie zna języka urzędowego, to nie można się z nią porozumieć. Zresztą taka jest cała Afryka. W jednym kraju afrykańskim jest często więcej plemion i języków niż we wszystkich krajach Unii Europejskiej razem wziętych. W tej chwili Etiopią zarządza plemię Tigrajczyków poprzez partię Etiopski Ruch Ludowo-Demokratyczny. Cesarz Hajle Sellasje, pomimo tego, że był również Koptem, tak jak aktualnie zarządzające Etiopią plemię, to jednak nie był Tigrajczykiem. Przypominanie jego osoby koliduje z interesami Tigrajczyków. Znajomy tłumaczy mi również, że różnice w poglądach politycznych, czy wręcz różnice w opinii w Afryce są rozumiane bardzo radykalnie i często oznaczają śmierć. Jeśli na przykład rozmawiają ze sobą na tematy polityczne trzy osoby, w tym dwie osoby są z jednego i tego samego plemienia powiedzmy A, a osoba trzecia jest z innego plemienia B, to nie do pomyślenia jest, by osoba z plemienia A przyjęła opinię wyrażaną przez osobę z plemienia B, mimo że ta osoba z plemienia B mogła mieć rację.

Etiopczycy mają swoje osiągnięcia. Etiopskie linie lotnicze zmonopolizowały rynek lotów w Afryce i są jedynymi liniami, które pokrywają całą Afrykę z północy na południe i ze wschodu na zachód. Między innymi Polskie Linie Lotnicze LOT serwisują swoje dreamlineary właśnie w Etiopii. Do niedawna etiopskie linie lotnicze miały największą liczbę dreamlinearów ze wszystkich linii lotniczych. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od tego, że państwa Układu Warszawskiego zaczęły szkolić etiopskich pilotów wojskowych.

Rozmawiam o innych problemach Afryki z osobą ze wschodniego wybrzeża tego kontynentu, z chrześcijaninem Koptem. Mówi mi, że problemem Afryki jest korupcja, ale dodatkowo korupcja nakłada się i jest wzmocniona przez plemienność i układ kastowy. Afryka ma również problemy z zagranicznymi inwestycjami. Znakomita większość zagranicznych inwestycji w Afryce to inwestycje w wydobycie surowców. Jest olbrzymia obecność biznesu z Chin.

Mój rozmówca mówi mi, że nie może zrozumieć, jak to jest, że Chińczycy potrafią wybudować kopalnie i sprowadzić robotników z Chin, tak że wszyscy zatrudnieni w kopalni to Chińczycy. Jak to jest, że rząd jego kraju pozwala na to, by nie dość, że Chińczycy otrzymali licencję na wydobycie, to jeszcze dostają pozwolenie na to, by nie zatrudniali rodzimych robotników?

Afryka ma problemy, które trudno sobie wyobrazić w krajach rozwiniętych, nawet jeśli miało się wprowadzenie do problemów tego kontynentu w postaci reportaży i książek Ryszarda Kapuścińskiego.

Patrzę na występ zespołu afrykańskiego bodajże z Ghany i przypominam sobie moją rozmowę z innym znajomym z Afryki na temat pułkownika Muammara Kadafiego. Nasza rozmowa miała miejsce tuż po ataku na Libię. Powiedziałem mu: no, ciekaw jestem, gdzie odbędzie się sąd nad pułkownikiem?

– Nie rozumiesz Afryki. Kadafi jest z największego plemienia w Libii. On i wszyscy jego synowie zaraz zostaną zabici. Gdyby któryś z nich został przy życiu, byłaby to podstawa do tego, by ich plemię upomniało się ponownie o prawo do rządzenia Libią. Moja rozmowa odbyła się na kilka tygodni przed śmiercią Muammara Kadafiego.

I tutaj inna refleksja. Lubiłem czytać reportaże Ryszarda Kapuścińskiego o Afryce. Ale jest pewna różnica w doświadczeniu z czytania, a w tym co przeżyje się samemu. Ponad dwadzieścia lat temu w Hiszpanii oczekiwałem na wizę wyjazdową. Na Misji Katolickiej zaprzyjaźniłem się z nauczycielem języka angielskiego. Jozef, bo tak miał na imię, był synem, ale nie pierwszej żony, wodza jednego ze szczepów w Zairze. Ponieważ był synem wodza, miał wyższy status materialny i ukończył szkołę średnią, a później wyższą szkołę muzyczną w Zairze, specjalizując się w grze na pianinie. Jozef mówił biegle po francusku, hiszpańsku i angielsku i w jeszcze czterech językach ludów Zairu. Jego nauczycielami muzyki w Zairze byli Rosjanie. Przeważnie, według Jozefa, z uniwersytetu w Leningradzie. Jozef jakoś dostał się do Hiszpanii. Był już tu siedem lat. Utrzymywał się z lekcji muzyki, z nauki angielskiego i z czego tylko można było się utrzymać. Spał kątem, gdzie się dało. Czasami czuć było, że nie miał gdzie spać, bo po prostu wówczas śmierdział. Często z Jozefem rozmawiałem.

Zaprosiłem go na swoje urodziny. Jozef przyszedł do naszego mieszkania jakoś tak pół godziny przed rozpoczęciem moich urodzin. Na stole postawiłem już jedzenie. Jozef zabrał się do jedzenia. Zanim z pracy przyszedł Andrzej, Grzegorz i Ziemek, z półmisków zniknęła już z połowa jedzenia, w tym z kilo mięsa. Przyszedł Andrzej, który lubił wypić i miał silną głowę. Zaczęliśmy pić. Jozef pił i jadł bez przerwy. Wyciągnąłem z lodówki zapasy. A Jozef dalej jadł. Andrzej, Grzegorz, Ziemek i ja przypatrywaliśmy się Jozefowi z niedowierzaniem. Po kilku toastach jakoś tak zmęczony zdrzemnąłem się.

Obudziłem się, na stole już nie było żadnego jedzenia, tylko puste talerze. Zapasy wódki też zniknęły. Andrzej oglądał telewizor. Gdzie Jozef? – zapytałem. Poszedł sobie. Wiesz – mówi Andrzej – dużo piłem w życiu, ale jeszcze takiego człowieka, żeby tak dużo mógł wypić i zjeść, jak Jozef, nie widziałem. On chyba wypił z litr wódki!

W następnym tygodniu spotkałem Jozefa na Misji Katolickiej. Przeprosiłem go za to, że zasnąłem, i zapytałem, jak to jest możliwe, że może wypić litr wódki? Jozef powiedział, że ludzie z Afryki mają inną przemianę materii, że jedzą bardzo dużo, kiedy jest jedzenie. To pożywienie ich organizm bardzo szybko trawi. Później mogą nie jeść przez parę dni. Tam, w Afryce, jest to normalne, że nie ma nic do zjedzenia przez parę dni i że nie ma pracy przez jakiś czas. Kiedy Jozef mi to powiedział, przypomniałem sobie jeden z reportaży Ryszarda Kapuścińskiego, który właśnie o tym zjawisku takiego zapadania w letarg, czy też umiejętności życia parę dni bez jedzenia pisał.

Parę miesięcy przed moimi urodzinami mieliśmy w Madrycie mszę z biskupem do spraw Polonii, który przyjechał wizytować emigrantów polskich, przyjechał z Rzymu. Po mszy odbyło się w mniejszym już gronie spotkanie z biskupem. Podszedłem do niego i zapytałem, czy Watykan mógłby coś zrobić w sprawie przyspieszenia naszych wyjazdów z Hiszpanii. Wówczas już bowiem czas oczekiwania na otrzymanie wizy do USA przedłużył się na ponad dwa lata i się przedłużał dalej. Biskup spojrzał na mnie i powiedział mniej więcej tak: wasza sytuacja nie jest taka zła. Wy macie szansę na wyjazd i prędzej czy później wyjedziecie.

Wówczas, przyznam się, ta odpowiedź mnie zdumiała. Ale już parę miesięcy później na bazie tego, ale również i innych doświadczeń z uchodźcami z Afryki zdałem sobie sprawę z tego, że chociaż nasza sytuacja była zła, to nie była ona aż tak zła.

Na "Planet Africa" można w pierwszej chwili spojrzeć, że jest to impreza Black Community (czarnej społeczności). Ale jest to obraz nieco mylący, bo jest to impreza wielu narodów, wielu różnych religii, wielu języków i społeczności. Jest to impreza mająca ich reprezentować i jednoczyć. Dziś do Kanady przyjeżdżają z Afryki ludzie wykształceni. Synowie wodzów i wyższych rangą biurokratów. Rozumieją politykę. Widzą, że świat stał się ciasny, że się trzeba organizować. Zresztą od momentu jak premier Trudeau uchwalił konstytucję Kanady zakładającą wielokulturowość, pozwoliła ona wszystkim grupom społecznym, wszystkim jednostkom walczyć o swoje prawa i przywileje. Każdy może udowodnić, że jest poszkodowany, że mu jest źle. Jeśli się ma dobre media w ręce i dobrych dziennikarzy, można nawet udowadniać krzywdy urojone. Na to teoretycznie pozwala liberalna konstytucja Kanady. Grupy społeczne, które są uśpione, a myślę tu o pokoleniu wychowanym w tradycji sprzed uchwalenia konstytucji Kanady, i zadowalają się zastanym, jutro mogą być ograniczone w swych przywilejach. Dobrym przykładem jest społeczność sikhów. Ta grupa przy podobnej liczebności jak grupa polska ma 8 posłów do sejmu federalnego. Grupa polska ma ich dwóch. Ale sikhowie mają też liczną reprezentację w sejmach prowincyjnych. Jak dochodzą mnie słuchy, to właśnie posłowie z Indii wylobbowali przesunięcie ministra Jasona Kenneya z ministra do spraw imigracji na stanowisko ministra do spraw zatrudnienia i wielokulturowości.

Widać, że przynajmniej niektórzy członkowie Black Community dostrzegają to, że jeśli będą bierni, to może się to na nich odbić negatywnie. Organizują się. Konsulaty z różnych krajów Afryki i Karaibów składają się razem na wystawne i bogate imprezy. Próbują zmienić Black Community i obraz zewnętrzny ich krajów. Dzisiaj nie było zbyt wielu polityków kanadyjskich na imprezie "Planet Africa". Ale na następnej? Politycy zawsze idą tam, gdzie są kamery telewizyjne, kolorowe zdjęcia. I tak zmienia się powoli jeśli nie cała Kanada, to na pewno Ontario. Czy działacze polonijni i czy nasze dzieci to widzą?

Janusz Niemczyk

Ostatnio zmieniany sobota, 18 styczeń 2014 16:48
Zaloguj się by skomentować