Goniec

Switch to desktop Register Login

Pogawędki Pana Z.: Jak dobrze nam...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Moj stary plecakCzłowiek zawsze zdawał sobie sprawę z upływu czasu. I musi to przyjąć z godnością. Szczególnie przy okazji jubileuszu. Taki gość jak ja – również. Zdarza się, że udaje się czas zatrzymać. Mnie się zdarzyło. Przed kilku laty mieliśmy 50-lecie mojej drużyny harcerskiej. Był zlot, była uroczystość, a przybyliśmy "ze wszystkich świata stron i narodów" na to swoje bardzo już jubileuszowe jamboree. I – uważajcie! – komendantem uroczystości był ten sam harcerz, który 50 lat temu tę drużynę zakładał. Sporo starszy był od nas już wtedy, teraz jakby mniej.

Wielu nas przyjechało, tylko na początku były trudności z rozpoznaniem, kto jest kto. W większości przypadków udało się. W większości, nie we wszystkich.

Tu czas zrobił swoje i w ogóle się nie zatrzymał. Po tym spostrzeżeniu zacząłem się witać. Rozpoznawali mnie, mimo że nie byłem w harcerskim mundurze i zmienił mi się kolor włosów. Ostatni raz widzieliśmy się czterdzieści lat temu, gdy odwiedziłem drużynę, a właściwie już wówczas harcerski szczep, z okazji dziesięciolecia. Obiecałem, że będę wpadał, przynajmniej na równe rocznice, ale droga powiodła mnie w siną dal. Nie wpadłem na dwudziestkę, na trzydziestkę też nie, a kiedy doszło do czterdziestki – ślad po mnie zaginął. Dopiero przed pięćdziesiątką wnuk któregoś z członków naszej drużyny wpadł na pomysł, aby pogrzebać w Internecie, i tak mnie odnalazł. Nie wszyscy harcerze mojego rocznika załapali, o co chodzi z tym "wyszukaniem na Internecie", ale ucieszyli się, gdy odpowiedziałem, że tak, że to ja. I że na pewno przyjadę. Przejrzałem stare fotografie i odnalazłem te harcerskie, zobaczyłem znajome twarze i pierwsze zdjęcie naszej drużyny, gdyśmy zakładali ją w kilkunastoosobowym gronie i nadali imię dh. Aleksandra Małkowskiego, twórcy harcerstwa. Żeby dotrzeć na jubileuszową zbiórkę, musiałem przemierzyć ponad pięć tysięcy kilometrów, co było rekordem, bo inni, żeby dotrzeć na tę zbiórkę do Torunia, przyjechali z Warszawy, Gdańska i z Bydgoszczy.

Zbiorka Starszych Harcerzy

Bezbłędnie rozpoznałem ojców – założycieli drużyny, paru brakowało, ale nasz Stary prezentował doskonałą formę. Pozostali harcerze – różnie. Brzuszki, niezbyt bujny włos, albo łysinka, tu i ówdzie trudności w ukryciu faktu posiadania sztucznej szczęki. Ale ogólnie – uśmiech na twarzy i gotowość do uczestniczenia w kolejnych harcach.

Znacznie lepiej prezentowały się panie. To znaczy – druhny. Nie pamiętałem żadnej i to nie z powodu kłopotów pamięciowych, tylko merytorycznych. One były w żeńskiej drużynie, z którą czasami spotykaliśmy się na ogniskach, na szczepowych wieczornicach, no i oczywiście na obozach letnich, ale jakoś nie mogłem sobie przypomnieć ani jednej. Może, gdybym obejrzał zdjęcia z tamtych lat... Pamiętałem ich drużynową, ale nie przyszła.

Witałem się więc, jakbym wszystkich pamiętał. To było najlepsze wyjście z zakłopotania.

Zaczęło się od tego krótkiego zdania, wygłoszonego przez naszego Starego. Powiedział: "Na początek, jak zwykle na naszych spotkaniach, chciałem was poprosić o przestrzeganie naszej zasady. Przychodzimy tutaj z różnych opcji i dlatego proszę wszystkich o zachowanie naszej podstawowej zasady: tutaj jesteśmy z jednej opcji, którą jest nasza drużyna". Byłem bardzo ciekaw, czy to się uda.

Przebieg uroczystości był czymś pomiędzy zbiórką harcerską a przyjęciem. Nie mogę użyć określenia "party", bo zepsułbym wszystko. Party może być tutaj, w Toronto. Nie ma urodzinowych przyjęć, są party. Brzmi światowo i nie zmusza do zbyt wielkich ceregieli. Warzywka z sosem, serki i byle jakie wino wystarczają. A tam, na tej naszej jubileuszowej zbiórce, czapki z głów (!) – przyjęcie było, że Boże uchowaj! Tych sałatek, wędlinek z ogóreczkiem, sosików z jajeczkami, kotlecików i gołąbków – ileż tam tego było! I drożdżóweczki! – tego się nie da opisać.

Było przywitanie, przemówienia i wręczanie pamiątkowych gadżetów. I wspominanie pięćdziesięciu minionych lat. Stary wspominał, myśmy popijali winko i ronili łezki. Wieczorem wyszliśmy na zewnątrz na ognisko i kiełbaski na patykach. Nie chcę donosić, ale widziałem paru harcerzy, którzy po cichutku golnęli sobie po jednym. I nie było to winko. Było czyściutkie. Pod te nasze pięćdziesięciolecie! Nie umiałem odmówić. Ale tylko ociupinkę.

Poczułem się, takim troszkę, bardziej dorosłym harcerzem.

I wtedy przyszedł czas, żeby pogadać. Ale!

Tu Was zaskoczę, moi mili słuchacze pogawędek: przez calutki wieczór, przez długą upojną noc aż do brzasku nikt z nas do nikogo nie miał pretensji, że lubi... tamtych... To znaczy, że jest z tej lepszej opcji. Wiecie, co mam na myśli?

Słuchałem tego wszystkiego z niedowierzaniem. Jak to możliwe, żeście się nie pozabijali, pytałem. Opowiedzieli, jak wzajemnie ze sobą walczyli. Na przykład Rysiek z Zygmuntem. Rysiek to przyboczny naszego Starego, przez wiele lat. A latem oboźny. Zygmunt był w moim zastępie, a potem prowadził drużynę młodszych harcerzy, dorastając, studiował prawo i wybrał milicję. Pytam o Ryśka, co z nim, bo go nie widzę. O, to nie wiesz? Dwa lata temu organizował manifestację Solidarności Nauczycielskiej w Warszawie i tam dopadł go zawał. Już do domu nie wrócił.

Chwila ciszy. Wołają Zygmunta, o którym już wiem, że karierę zrobił w policji. Kiedy witaliśmy się, jeszcze o tym nie wiedziałem. I teraz on opowiada, a reszta moich przyjaciół pomaga mu, żebym lepiej zrozumiał. Manifestacje gromadziły się przy kościele akademickim. A policja w pobliżu, tuż za murami Starego Miasta. Rysiek i sporo chłopaków i dziewczyn od nas byli w manifestacji, a Zygmunt szykował swoich do rozpędzania. Faktem jest, że monitorował zgromadzenie i udało mu się kilka razy aresztować na niby chłopaków z naszej drużyny tuż przed akcją "jego sił porządkowych". Mieli do niego pretensje, ale on uważał, że postępował humanitarnie. Napraliby was i co by wam z tego przyszło, tłumaczył. Trochę mi się to w głowie nie mieściło, rodzą się pytania "jak mogłeś" itp. Wywołuję śmiech. U wszystkich. Oni nie mają żadnych wątpliwości. Taki był czas. Od lat, od lat – w grudniu spotykają się na opłatku. Przychodzili jedni i drudzy, Rysiek i Zygmunt. Dzielili się opłatkiem i rozmawiali.

Jubileusz

Ktoś tam był aktywny w Solidarności, ktoś inny był komendantem milicji.

Bogdan, jeden z doboszy naszej drużyny, przedstawił mi się jako emeryt – dyrektor krajowego więziennictwa. Nadal niewielkiego wzrostu, jakby pozostał taki, jaki był, tylko zaokrąglony bardziej, mimo że młodszy ode mnie. A buźka jak u aniołka.

Stefan, jeden z tych, z którym drużynę zakładaliśmy, przez lata pracował w policji jako specjalista do spraw gospodarczych. Z kolei Konrad doskonale sobie radził w najróżniejszych biznesach. Czasami spotykał się ze Stefanem służbowo.

Leszek w biznesach nie szukał szczęścia, ale miał zawsze szczególny dar uspokajania nastrojów. Był mi bliskim druhem, ale nigdy nie wiedziałem, jakie właściwie on ma poglądy. Widocznie wtedy to nie było ważne. Był zawsze wśród nas dobrym kumplem.

A nasz Stary, nasz komendant... Lewa strona? Prawa strona? Nie wiem. Tej nocy nie udało mi się ustalić. I nie miało to żadnego znaczenia.

Zasiedliśmy wreszcie z gitarą do śpiewu. Nasz stary śpiewnik i ja, zapiewajło sprzed czterdziestu lat. Pamiętali, że wtedy grałem na gitarze i zawsze śpiewaliśmy na zbiórkach, w marszu, przy ognisku, dla staruszków na Zamku Bierzgłowskim i sobie, kiedyśmy się zbierali. Okazało się, że najdoskonalszym śpiewnikiem jest pamięć. Nagle się rozbudziła. Ułożyła mi palce na strunach, przypomniała akordy i udało się. Do rana na opuszkach urosły mi bąble i ochrypłem. Oni też. Tylko one, nasze druhny, pamiętały wszystkie piosenki i były dzielne do rana. Jedna z nich pamiętała wszystko.

Co śpiewaliśmy, gdzie śpiewaliśmy i nawet komu się tam nie podobało. Ale mnie – zawsze, powiedziała. Tylko, że ty mnie nie pamiętasz. Zabrzmiało jak żal.

Byłam zwykłą harcerką, nie zwracałam twojej uwagi, mimo że siadałam blisko i starałam się tak śpiewać, żebyś usłyszał.

Zabij, druhno, nie pamiętam! Byłaś w drużynie starszych harcerek?

Młodszych.

O, rozumiem.

Miałam dwanaście lat, a ty siedemnaście. Potem ja trzynaście, a ty osiemnaście. I potem wyjechałeś na czterdzieści lat. Śpiewajmy:

"Jak dobrze nam zdobywać góry
I młodą piersią chłonąć wiatr..."

Pan Z.
Do usłyszenia za tydzień

Zaloguj się by skomentować