Goniec

Register Login

Prawo czy bezprawie? Niewinna w pułapce prawa...

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Minęło 5 lat od śmierci Edyty, a ciągle powraca pytanie: dlaczego...?

Edyta4

Dlaczego musiała zginąć ta promienna, młoda kobieta, osierocając zaledwie wówczas 2,5-letnie dziecko...? Dane jej było przeżyć tylko 32 lata życia – i jedynie przez rok być matką w pełni szczęśliwą... A kochała swego małego synka, Danielka, ponad wszystko w świecie i to, że go od niej tak brutalnie oderwano, stało się przyczyną jej wielkiej, nieopisanej tragedii, zakończonej gwałtowną śmiercią....

Nie, proszę państwa, to nie będzie sensacyjna opowieść o tym, jak zamordowano tę piękną, pełną ufności i wiary w prawo i ludzką dobroć dziewczynę.

To będzie próba dotarcia do źródeł zaistnienia jej wielkiego dramatu, który jest jednocześnie dramatem ludzkiego humanizmu w zetknięciu z bezdusznością prawa w systemie z pozoru demokratycznym, stworzonym przez cywilizację technokratyczną. To będzie poszukiwanie konkretnych przyczyn człowieczego nieszczęścia, na które ów osaczony przez prawo ni stąd, ni zowąd człowiek nie miał żadnego wpływu, jak w greckiej tragedii, gdzie wkraczał nieuchronny fatalizm losu...

W omawianym wypadku trzeba będzie mówić, niestety, tylko o fatalizmie systemu i stworzonego przezeń prawa...

***

Kim była Edyta?

Ujmująca, młoda kobieta, wykształcona w Kanadzie, wyrosła w szczęśliwej, kochającej się polskiej rodzinie. Była więc radosna, wesoła, ale jednocześnie zrównoważona, panująca nad emocjami. Lubiana przez wszystkich, z usposobienia optymistka, co widać po szerokim, serdecznym uśmiechu, utrwalonym przez zdjęcia – uśmiechu, którym darzyła ludzi, zdobywając ich serca...W jej pracy było to bardzo ważne: będąc z wykształcenia psychologiem, Edyta zajmowała się osobami po groźnych wypadkach, niosła im otuchę i wiarę w wyzdrowienie.

Wyszła za mąż z wielkiej miłości za Donalda S. – tylko uczucie się liczyło, bez wahania podpisała przed ślubem intercyzę, jako że jej małżonek był posiadaczem trzech domów, do czego nie przywiązywała żadnej wagi. Szkoda, że nie dowiedziała się wówczas, przed zawarciem małżeństwa, że jej mąż, starszy od niej o kilkanaście lat, z pozoru miły nienaganny mężczyzna, pracujący jako social worker, został kiedyś wydalony z pracy w Children Aids. Ten fakt dawałby może do myślenia, ale okryty był mgłą tajemnicy... Nie wiedziała też, że ma on już w przeszłości na swoim koncie sądowe pozbawienie praw rodzicielskich pierwszej swojej żony i odebranie jej dziecka, co – dodajmy – w Kanadzie przychodzi tak łatwo...

Ufna w ludzką dobroć i własną niewinność, zakochana Edyta nie badała przeszłości swego męża, no bo jak zgłębić skrywane, czy tuszowane tajemnice, zwłaszcza w tym kraju, gdzie prywatność otoczona jest takim nimbem ochrony i szacunku... Urodziła mu synka i przez rok, jak mówiłam, była szczęśliwą mamą, nie rozstając się z ukochanym maluchem nawet na krok. Nie wiedziała – bo skąd mogła wiedzieć – że Donald, może powodowany jakąś swoistą obsesją, już powoli snuje plany odebrania jej dziecka...

Ponieważ nie miał żadnych podstaw – zaczął od wszczęcia sprawy kryminalnej, którą w Kanadzie wymyślić między małżonkami równie łatwo, jak pozbawić współmałżonka praw do dziecka... Trzeba tylko pod lada pretekstem zadzwonić na policję...

 

***

Pretekst znalazł się nader szybko. Wystarczyło, że silniej chwyciła go za rękę, co w małżeństwie nie jest niczym zdrożnym i czego zresztą nikt nie widział. Nie szkodzi, że nie było świadków – on, znając szczególnie dobrze kanadyjskie prawo z poprzednich praktyk w Children Aids, a także z doświadczeń sądowych w walce z pierwszą żoną – mógł w tym geście właśnie dopatrzyć się przekroczenia zasady "Don't touch!". Błyskawicznie zadzwonił na policję. Ta przyjechała w jednej chwili, od razu aresztowała Edytę. Z ich wspólnego domu wyprowadzono ją w kajdankach i osadzono w więzieniu na 24 godziny...

Donald S. na to tylko czekał: to było z jego strony zagranie świadome, z premedytacją, wiedział bowiem nie od dziś, bo o tym się mówi nie tylko cichaczem, że w Kraju Klonowego Liścia małżonek, który pierwszy zadzwoni na policję z naprędce wymyślonym zarzutem, może zniszczyć dobre imię współmałżonka wszczętym przez tę policję bardzo szybko kryminalnym procesem bez badania prawdziwości całego zajścia...

I tak się stało – zaczął się koszmar, który dla Edyty miał trwać aż po kres jej młodego życia...

 

***

Chwileczkę – tylko gdzie tu sprawa karna – spytamy? Jak to możliwe, że policja umieszcza żonę za tak bzdurny incydent w areszcie na całą dobę, przydając jej od razu piętno osoby podejrzanej, której już się nie wierzy, a słucha się tylko tego, który miał widzimisię oskarżyć!? Takie natychmiastowe aresztowanie powinno być stosowane w sprawach rzeczywiście kryminalnych, przy ciężkim pobiciu czy uszkodzeniu ciała, a w omawianym wypadku jedynym komentarzem ze strony policji, wołanej właściwie bez powodu, powinno być pod adresem męża Edyty postawione pytanie: – "Po co do tak bzdurnej sprawy nas wzywasz?!" – i odjazd z powrotem do bazy.

Ale tak się nie stało. I doświadczony już w sądownym odbieraniu żonie dziecka Donald dobrze wiedział, że wszczęta tak sprytnie sprawa kryminalna będzie rzutowała na sprawę rodzinną, którą niebawem postawi na wokandzie – i żonę pozbawi dziecka w majestacie prawa. Szybko więc taką sprawę wytoczył, wnosząc, że Edyta jest niezrównoważona psychicznie, nie potrafi zająć się ich rocznym synkiem, dla którego bywa niebezpieczna....

Wszystko sobie dokładnie przygotował: wcześniej osaczył nieszczęsną żonę podsłuchem, wszędzie ją nagrywał – jak wyszło potem na jaw, mikrofony umieszczał w każdym możliwym ukrytym miejscu, np. w regałach między książkami, a nawet wewnątrz książek czy w szufladach... Wystarczyło, że malutkie ich dziecko, zaczynając chodzić , upadło – już w tym dopatrywał się jej winy. Usiłował domniemaną rodzinną patologię rozciągnąć nie tylko na Edytę, ale i na jej rodziców, ludzi prawych, wierzących i praktykujących, cieszących się dobrą opinią.

Sąd Rodzinny, nie bacząc na rzeczywisty brak dowodów, z miejsca proces przeciw podejrzanej podchwycił. Uwierzono w oszczerstwa męża... Odtąd widzenia z ukochanym dzieckiem odbywały się pod kontrolą w obcym miejscu, najpierw po dwie godziny raz w tygodniu, potem dwa razy w tygodniu, ciągle pod kontrolą...

 

***

– Jeśli pierwszy sąd po tym, co się stało – mówi ojciec Edyty, Jerzy Lewandowski – stwierdza, że "nie jest konieczny kontakt matki z dzieckiem", z rocznym dzieckiem, z którym spędzała 24 godziny na dobę – to jest coś nie tak. Edyta nie mogła tego zrozumieć, raz zemdlała w sądzie, mówiła: – Mamo, ja nie przeżyję następnego miesiąca bez synka, za co oni mi to robią, przecież nic złego nie zrobiłam, a odbierają mi dziecko – w imię czego...?

Właśnie, w imię czego, jakby szukając argumentów przeciw ciągle już od owego telefonu męża podejrzanej młodej matce, nie pozwolono jej widzieć rocznego dziecka przez pierwsze dwa miesiące?!! Dlaczego w Sądzie Rodzinnym wciąż bardziej słuchano strony oskarżającej – a Donald, człowiek bogaty, brał z najwyższej ontaryjskiej półki adwokatów, z których najpoważniejszy pobierał honorarium 700 dol. za godzinę, a zjawiał się na rozprawach, jak i inni jego znani adwokaci, z całą świtą swoich asystentów niczym udzielni książęta! I toczyła się podczas kolejnych rozpraw zacięta walka o przysłowiową "kropkę nad i", o jakieś, nawet drobne proceduralne potknięcia, o to, która strona w tych przepychankach drugą przechytrzy...

Sąd Rodzinny sprawę w nieskończoność przeciągał, angażował nie tylko prawników, ale jako biegłych – lekarzy, psychologów, profesorów psychiatrii, którzy prowadzili niekończące się dociekania nad nieszczęsną Edytą i jej stosunkiem do dziecka nie wiadomo w imię czego... I coraz bardziej wyglądało na to, że celem tych badań stawało się, być może, pogrążenie macierzyńskiego uczucia do synka tej kochającej matki w odmętach nienormalności.

Tak długo i żmudnie rozrastała się sprawa teraz już bezgranicznie nieszczęśliwej Edyty i jej małego Danielka, że aż nasuwała się refleksja: – a może było to świadome rozkręcanie interesu przez adwokatów obu stron – pieniądze przecież leciały jak woda...

Cały ten proces, będący w istocie osaczaniem Edyty przez prawo, coraz bardziej zaczął przypominać ubiegłowieczne polowania na czarownice...

 

***

Okrągłe półtora roku walczył Donald S. z Edytą w Sądzie Rodzinnym o prawo opieki nad rocznym, a potem już dwuletnim synkiem, czyli o "primary care taker". Czasowo opiekę nad małym sąd przyznał obojgu rodzicom, wyznaczając psychiatrę, który miał przeprowadzić badania diagnostyczne pod kątem: które z rodziców będzie lepszym opiekunem Danielka? A on nade wszystko potrzebował miłości, czułości i opieki, do jakiej, zważywszy na wiek dziecka, co zresztą podkreśla psychologia – najbardziej predestynowana jest niewątpliwie matka...

Dla Edyty było to półtora roku jak z koszmarnego snu – wszystko układało się tak, jakby diabeł uśmiechał się zza węgła...

Wciąż musiała się poddawać poniżającym procedurom, takim jak ustawiczne testy, przesłuchania, badanie, nawet poprzez podglądanie przez mało widoczne okienko w jakimś wytyczonym do tego celu urzędowym bejsmencie – jej stosunku do dziecka. A może uda się ją przychwycić na czymś niestosownym w zachowaniu wobec synka, jak utrzymywał w Rodzinnym Sądzie jej mąż, z którym była w separacji.

Owszem, trafił się jeden wspaniały biegły – lekarz, profesor psychiatrii, George Awad, o którym mówiono: "One the best!". Rzetelnie i z wielkim znawstwem badał jej relacje z Danielkiem przez całe siedem miesięcy, co tydzień miał z nią wywiady. Po upływie tego czasu napisał wyczerpujące orzeczenie, że nie widzi najmniejszych nieprawidłowości w stosunku matki do dziecka – Edyta Lewandowska powinna sprawować pełną opiekę nad swoim synkiem!

Edyta wciąż jeszcze ufna, że jeśli nic złego nie zrobiła – nie może jej nic złego ze strony kanadyjskiego prawa spotkać – teraz, gdy profesor napisał tak udokumentowaną opinię, była przez moment wręcz przekonana, że wreszcie upiorna sprawa się zakończy i odzyska dziecko na stałe. Ale niestety tu wkroczył chyłkiem zły los: prof. George Awad dokładnie w tydzień po napisaniu swej rzetelnej i mądrej opinii biegłego – nagle umiera!

Na wiadomość o śmierci George'a Awada młoda kobieta uderza w wielki, niepowstrzymany płacz... Jest piękny majowy dzień 2007 roku, a ona siedząc przy rodzicach w ogrodzie, porażona tą wiadomością, płacze i płacze, aż dostaje spazmów – i nie może zaprzestać tego bezdennego szlochu wstrząsającego jej ciałem. Nieomylny instynkt matki podpowiada jej, że ta nieoczekiwana śmierć życzliwego i mądrego specjalisty – to krach jej tak bliskich już nadziei na szybki powrót, po wielu miesiącach koszmaru, do życia z ukochanym synkiem... Już przeczuwa, co będzie dalej, bo zdołała przecież zetknąć się boleśnie ze złowrogimi meandrami tutejszego prawa.

 

***

Jej przewidywania się sprawdziły! Rzeczywiście – sąd na kolejnej rozprawie nie czyta orzeczenia profesora Awada przed sędzią, tylko ordynuje wszczęcie tych samych badań od początku przez innego psychiatrę.

A więc od nowa ciągnąć się będzie sprawa ku uciesze adwokatów!!! I od nowa niekończące się testy psychologiczne, psychiatryczne... A także od nowa niebotyczne koszta, np. 5 tys. dolarów za orzeczenie specjalisty na samym starcie, a potem już przychodzą regularne rachunki w tysiącach dolarów...

Żeby wszystkie koszta tego przedłużającego się w nieskończoność, absurdalnego procesu pokryć, rodzice Edyty musieli sprzedać dom – jedyny, który mieli...

Tu przeliczył się Donald w swoich rachubach – myślał, że pójdzie mu łatwo, jak z pierwszą żoną, która może nie umiała walczyć o swoje dziecko, a może nie miała pieniędzy – niebotycznych pieniędzy, by opłacać niekończące się rozprawy. Była wtedy bardzo młodą kobietą, pewnie myślała, że nie ma żadnych szans... Sprawa tej biednej istoty uległa już zresztą wówczas przedawnieniu, a syn, którego wychowywał zgodnie z sądowym wyrokiem wyłącznie ojciec, zdążył już mieć drobne zatargi z prawem...

Tym razem Donald nie docenił niezłomnej solidarności i miłości polskiej rodziny, która nie wahała się zadłużyć, a gdy i to nie wystarczyło – sprzedać nawet dom. A wcześniej rodzice Edyty brali na dom kolejne pożyczki itd., by ratować całkowicie niewinną córkę i nie stracić wnuka... Nieszczęście, które spadło na nich jak piorun z jasnego nieba – jeszcze bardziej scementowało tę wspaniałą rodzinę... A bywa przecież, że gdy wtargnie tak wielkie zło i niesprawiedliwość, w rodzinie zaczyna się rozłam i niekończące się niesnaski...

Całość sprawy kosztowała Lewandowskich 150 tys. dolarów!

 

***

Po półtora roku upiornego procesu jak łaskę ofiarowano Edycie decyzję sądu: czas dla Danielka w połowie podzielony między matkę i ojca. Edyta musi synka odbierać i przywozić z wyznaczonego miejsca.

Tego dnia 2008 roku ze względu na przewidywaną burzę śnieżną Edyta pojechała odebrać dziecko na przynależną jej drugą połowę tygodnia o jeden dzień wcześniej, co oczywiście uzgodniła z adwokatem. I wtedy, u progu domu Donalda, w którym przebywał przez pół tygodnia ich synek, padł w jej kierunku śmiertelny strzał... Dwuipółletni wówczas Danielek, będąc wewnątrz domu, nie widział sceny zabójstwa, ale niewątpliwie słyszał ten złowieszczy strzał, oddany bez tłumika, stając się w ten sposób "niewiadomym" świadkiem tragedii – bo kto może wiedzieć, co zarejestrowało się w jego dziecinnej pamięci...? Może skojarzył ów przerażający strzał z tym, że mama już nigdy nie wróciła...

Morderca w rękawiczkach włożył broń w ręce ofiary i upozorował samobójstwo...

Chodziło teraz o to, by wykryć prawdę, i spowodować przyznanie się zabójcy do winy, bo zarówno rodzina, jak i przyjaciele Edyty od początku czuli, że jest nim Donald S....

I tu słowa najwyższej pochwały należą się dwóm detektywom, dowodzącym całym zespołem śledczych, którzy zajęli się żmudnym wykryciem i udowodnieniem prawdy o zbrodni temu dobrze zakamuflowanemu sprawcy. Rodzice Edyty, Elżbieta i Jerzy Lewandowscy, mówią o nich:

– To pracownicy sprawiedliwości na najwyższym poziomie, zaangażowani w sprawę nie tylko zawodowo, ale i od strony humanistycznej, ludzkiej, wyczuwający wielką tragedię, jaka nas spotkała. Wysocy profesjonaliści, ludzie z klasą, jaką rzadko się spotyka. Wykonali znakomitą pracę perfekcyjnie – i wykazali niezbicie, że zbrodnia była przez Donalda S. planowana i wykonana z premedytacją.

No cóż, sprawca uwierzył w możliwość zbrodni doskonałej, ale dziś, w dobie tak wysoko rozwiniętej techniki i metod badań dochodzeniowych – zbrodnie doskonałe prawie się nie zdarzają. Można nie wiadomo jak skrupulatnie i drobiazgowo zacierać wszelkie najdrobniejsze ślady krwawego zdarzenia, a jednak nawet po dwóch latach da się wykryć np. w rurach kanalizacyjnych stokrotnie mniejsze od mikroskopijnych nanoślady krwi...

 

***

Donald S. po roku śledztwa przyznał się do winy, co prawda za cenę zmiany kwalifikacji prawnej czynu: z pierwszego na drugi stopień morderstwa (a więc nie dożywocie, a tylko minimum 12 lat, a maksimum 20 lat). W tej sytuacji synka Edyty, po kolejnych rozprawach, przyznano jej rodzicom, czyli dziadkom Danielka – i to jest ich jedyne szczęście w tym wielkim nieszczęściu...

Tylko jeden sędzia być może zrozumiał, ile zła wyrządzono rodzinie Lewandowskich, a przede wszystkim beznadziejnie osaczonej przez prawo Edycie. Podczas rozprawy końcowej, wieńczącej śledztwo w sprawie dokonanego przez Donalda zabójstwa – wstał i przeprosił rodzinę. Edyta już nie żyła i było to trochę niewczesne przyznanie się wymiaru sprawiedliwości do popełnionych niewybaczalnych sądowych błędów, ale inni sędziowie nie pokusili się nawet o to...

Owszem, główna prokurator też podczas śledztwa prowadzonego w sprawie mordu na Edycie, wyraziła bezgraniczne zdumienie, jak można było tę niewinną dziewczynę trzymać w areszcie przez 24 godziny tylko dlatego, że jej okrutny mąż zadzwonił na policję...

 

***

Ciekawe, że w czasie niekończących się rozpraw Rodzinnego Sądu, kiedy Edytę poddawano perfidnym przesłuchaniom, szukając najwyraźniej dziury w całym – nigdy nie mówiono o dobru dziecka i matki, jakby te sformułowania nie wchodziły w zakres zainteresowań sędziów i adwokatów obu stron. A przecież w Sądzie Rodzinnym powinny to być argumenty najważniejsze!

Gdyby tak było, nie maltretowano by psychicznie w majestacie prawa przez półtora roku tej zupełnie niewinnej młodej matki – i Donald S. może nie miałby możliwości wykonać swego zbrodniczego planu . Czas działał na korzyść adwokatów – i przestępcy, który, gdy sprawa się przedłużała, podjudzony w swej obsesyjnej nienawiści przez prowadzoną sądową walkę z żoną, zdążył przeprowadzić swój zbrodniczy zamysł.

W wywiadzie dla "Gońca" powiedział swego czasu adwokat Krzysztof Szopiński, wybitny znawca prawa karnego – że w Kanadzie małżonek, który w sprawie karnej pierwszy zadzwoni na policję, stawia współmałżonka w opłakanej, właściwie beznadziejnej sytuacji... No tak, bo jak mówiliśmy, wezwana policja przyjeżdża i aresztuje obwinionego przez jego partnera(kę) niejako prewencyjnie, bez sprawdzania prawdy, a potem m u s i go oskarżyć i m u s i rozpocząć się proces!

Tymczasem powody wezwań bywają tak absurdalnie niepoważne, że wręcz śmieszne – a policja jednak przybywa i wyprowadza współmałżonka w kajdankach do aresztu, a wkrótce czeka go rozprawa sądowa. Oto przedstawiony mi przez innego wybitnego znawcę prawa karnego, mecenasa Krzysztofa Preobrażeńskiego, jeden z tego typu bzdurnych incydentów sądowych: zmęczony pracą mąż wraca do domu i podczas trochę ostrej wymiany zdań z żoną rzuca na podłogę pęto kiełbasy. Żona w tym momencie zadzwoniła na policję, ta przyjechała i natychmiast męża w kajdankach wyprowadziła do aresztu. Nazajutrz wyznaczona została rozprawa, jak wiadomo kosztowna, a on już nie miał prawa zbliżać się na 500 m do własnego domu...

Śmiać się czy płakać?! Podałam ten absurdalny przykład nie żeby państwa rozweselić, lecz uświadomić, i przestrzec, że przypadek Edyty z jej aresztowaniem za pochwycenie męża za rękę – nie jest bynajmniej odosobniony i że każdemu z nas może się zdarzyć jakiś drobny incydent, który wepchnie nas w pułapkę prawa...

Chyba powinna co najmniej niepokoić nas, obywateli, ta łatwość oskarżania jednego człowieka przez drugiego, co w majestacie prawa jest od razu rozpatrywane, a w efekcie bywa dramatyczne, czy nawet tragiczne dla oskarżonej niesłusznie jednostki, dla jej małżeństwa, rodziny... Czy tak ma działać prawo? Czy to nie jest przypadkiem prawo inspirowane bezprawiem?! Czy takie prawo nie podjudza do nienawiści między partnerami w związku, nie stwarza łatwej furtki do zemsty czy odwetu jednej ze stron, a nawet pozbycia się żony czy męża, gdy ma się np. kochanka(kę)?

Wystarczy perfidnie zgłosić modny abuse psychiczny lub fizyczny, czego nie da się w sądzie jednoznacznie udowodnić, a zresztą udowadniać nie trzeba...

Na pewno prawo, które o byle co prowadzić może do osaczenia jednostki, rozłamu czy rozpadu jej rodziny, nie ma nic wspólnego ani ze sprawiedliwością, ani z prawdziwą demokracją. I co gorsza tam, gdzie demokracja dochodzi do absurdu, a rządzą libertyńskie prawa, doprowadzone z kolei do nonsensu, a także, oczywiście, pieniądze – częstokroć przestępca znajduje w sądzie większy posłuch niż ofiara...

Posłuchajmy jeszcze raz mecenasa Krzysztofa Preobrażeńskiego, w wywiadzie, który przeprowadziłam z nim dla "Gońca": "Dziś można być oskarżonym właściwie o wszystko: wystarczy powiedzieć komuś: jesteś za gruby – i to też może być potraktowane jako przestępstwo. Trzeba zmienić prawo (...). Ja sam nie chciałbym tutaj żyć za 100 lat, obserwując, jak państwo wszędzie nos swój wtyka. Te przepisy, broniące niby każdego obywatela, »zjadają« go doszczętnie, zostawiają z niego szkielet tylko".

Właśnie! Otóż to! Zauważmy jeszcze, że w przepisach prawa dużo mówi się i pisze o tolerancji.

Dlaczego – pytam – w imię tolerancji wobec jednego obywatela dopuszcza się do całkowitej nietolerancji wobec drugiego...?

Edyta została potraktowana z absolutnym brakiem tolerancji...

 

***

Czy my, obywatele, nie mamy w takich sprawach nic do powiedzenia?! Poprawność polityczna sprawia, że takie tragedie przechodzą w Kanadzie bez echa i raczej nie słyszy się o publicznej reakcji na cudzą krzywdę, wyrządzoną przez prawo. Można nad tym zjawiskiem tylko ubolewać, znaczy ono bowiem, że ludzie wysoko rozwiniętych cywilizacji zatracają ważną człowieczą cechę – zdolność współodczuwania i walki o sprawiedliwość w sprawach, które ich osobiście nie dotyczą, a jedynie bliźniego... Zapominamy, że ich może spotkać to samo...

Tym razem było trochę inaczej nie na forum kanadyjskim, lecz w naszym polonijnym środowisku, które żywo zareagowało na tragedię rodziny Lewandowskich, ale trochę późno, bo dopiero po śmierci Edyty – udzielając rodzinie wsparcia po przebytej tragedii. Ster przejął przyjaciel rodziny Aleksander Jamróz. Poprzez prasę zaapelował do Polonii z prośbą o niesienie pomocy finansowej pogrążonej w żałobie, a ogołoconej z pieniędzy rodzinie Lewandowskich... W tym celu zorganizował piękny, wzruszający charytatywny wieczór poezji i śpiewu, zatytułowany "Dziękuję Ci za miłość prędką, bez namysłu...", poświęcony pamięci Edyty. Zaprosił popularnych artystów, m.in. wybitne polonijne aktorki: Marię Nowotarską i Agatę Pilitowską, twórcę Polskiego Teatru Muzycznego w Toronto, Michała Kuleczkę, muzyka-pedagoga Irenę Stawowy-Jeżewską, pianistę Jana Kornela i innych, którzy bezinteresownie wykonywali wybrane przez p. Jamroza utwory poetyckie i muzyczne. Znany malarz, Wojciech Macherzyński, dał obraz na aukcję. Gościem honorowym był Borys Wrzesnewskyj, MP Etobicoke Centre. Uzbierano tego wieczoru 6 tysięcy dolarów.

Niezwykle zachowała się Polonia podczas pogrzebu Edyty, który zamienił się w cichą, tłumną manifestację. Zamiast kwiatów ludzie przynosili kopertki z pieniędzmi. Przyjaciele i ludzie zupełnie nieznani okazali wielką hojność: uzbierano od uczestników pogrzebu 19 tys. dolarów!

Może warto zacytować na koniec Aleksandra Jamroza, gdy świeżo po tragedii pisał w marcu 2008 roku w "Gońcu" w artykule pt. "Prawo Edyty": "Prawem Edyty było życie w miłości, prawdzie, zaufaniu, szlachetności, otwartości, odpowiedzialności... którego zaznała i do którego dojrzewała w swym wspaniałym domu rodzinnym i którym chciała obdzielić swego męża i synka Danielka".

Dlaczego niewinna, kochająca, młoda matka została tak dramatycznie pozbawiona tego niezbywalnego, ludzkiego prawa do radosnego, pełnego miłości życia?

Spytałam o to bratową Edyty, z nią kiedyś zaprzyjaźnioną Monikę Lewandowską, matkę dwojga małych dzieci, jak widzi przyczyny ogromu nieszczęścia, które spadło na Edytę. Odpowiedziała ze smutkiem:

– W sądownictwie kanadyjskim słuszność czy racja nic nie znaczy. Trzeba mieć po prostu szczęście. Edyta nie miała szczęścia...

Tutaj młoda kobieta, wychowana w Kanadzie, zamilkła na chwilę, by pokonać wzruszenie, a potem dokończyła z rezygnacją w głosie:

– Nie ma światła w tunelu...

Krystyna Starczak-Kozłowska

Ostatnio zmieniany środa, 24 kwiecień 2013 23:16
Zaloguj się by skomentować