Goniec

Register Login

Raport z Państwa Środka: Praca w Chinach

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Mimo że w Chinach jest dosyć tanio, to życie też kosztuje, więc aby zarobić trochę grosza (czyt. juanów), postanowiłem pójść do pracy. Fakt, że jako przedstawiciel rasy białej w świadomości przeciętnego Chińczyka muszę mówić biegle po angielsku, bardzo mi w tej kwestii pomógł. Co jakiś czas dostawałem propozycje podjęcia pracy jako korepetytor, nauczyciel lub... statysta. Mimo że ja sam nie oceniam swojego poziomu języka angielskiego jakoś wysoko, to jednak mówić umiem i postanowiłem spróbować. Akurat dostałem telefon od znajomej znajomego, że załatwiała dla jakiejś szkoły nauczyciela z Rosji, ale coś wynikło i szuka kogoś w zamian, i to od zaraz. Po chwili namysłu zgodziłem się i umówiłem się z nią na spotkanie w moim przyszłym miejscu pracy.

      Następnego dnia poszedłem do szkoły na rozmowę z dyrektorem, gdzie przeprowadzono ze mną rozmowę kwalifikacyjną w języku angielskim oraz przedstawiono szczegółowe warunki. Ja przedstawiłem mój główny warunek, czyli że zajęć nie mogę prowadzić rano, ponieważ sam mam zajęcia na uniwersytecie (w tym wypadku jako student). Dyrektor stwierdził, że nie widzi problemu, i nakazał szybko pozmieniać plan tak, abym pracę zaczynał od godziny 14.00. Bardzo mnie to ucieszyło. Omówiliśmy jeszcze kilka kwestii technicznych i za dwa dni, czyli od poniedziałku, mogłem zaczynać. Oczywiście, że w pierwszym momencie poczułem niepewność, czy dam radę, ale pomyślałem, że skoro przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną, to szkoła wie, co robi.

      Zgodnie z umową z dyrektorem, w poniedziałek pojawiłem się w pracy pół godziny przed rozpoczęciem zajęć. Po załatwieniu formalności w sekretariacie stałem się członkiem grona pedagogicznego jednej ze szkół średnich w mieście Changsha w Chinach. Po tym fakcie poczułem się przez chwilę jakoś dziwnie, bo kto się jeszcze tydzień temu spodziewał, że zostanę nauczycielem... w Chinach. Jako że pracę zaczynałem po południu, a szkoła była po przeciwnej stronie rzeki, która dzieli miasto na pół, musiałem liczyć się z korkami na mostach. Sposobem na to okazały się moto-taxi, które slalomem między samochodami lub jak trzeba to po chodniku omijały wszelkie zatory na drodze. Godzin lekcyjnych nie miałem zbyt wiele, bo od 3 do 2 dziennie od poniedziałku do piątku, w sumie 13 godzin w tygodniu. Na pierwsze zajęcia postanowiłem nie przygotowywać lekcji, ale improwizować celem wyczucia uczniów, jak i metodologii prowadzenia zajęć w chińskiej szkole. Klasy liczyły po 40 uczniów, więc 45 minut pierwszych lekcji upłynęło mi na jednominutowej konwersacji z każdym z uczniów plus 5 minut na sprawy ogólne, o zaprowadzaniu dyscypliny jeszcze wtedy nie myślałem. Przerwy, dzwonki oraz ogólna wrzawa w czasie przerw nie różniła się zbytnio od naszego polskiego podwórka. Dzieci (12-14 lat, dostałem w udziale odpowiednik naszego gimnazjum, liceum zajmował się inny nauczyciel obcokrajowiec) reprezentowały różny poziom znajomości języka angielskiego, od zerowego po bardzo dobry. Największy problem stanowiła wymowa i w ogóle chęć mówienia na forum klasy.

      Tu trzeba powiedzieć, że Chińczycy ogólnie boją się kompromitacji lub bycia wyśmianym, sami określają to jako utratę twarzy. Czyli moim zadaniem było "zmusić" ich do mówienia. Zresztą tak mi też wcześniej określono moje zadanie, a lekcje z nauczycielami obcokrajowcami nazywano oral English, czyli angielski mówiony. Jako że miałem 9 różnych klas, mogłem raz przygotowaną lekcję prowadzić przez kilka dni, co bardzo mi ułatwiło życie. Co jakiś czas na moje lekcje, a na początku zawsze, przychodził inny nauczyciel angielskiego (Chińczyk) i pomagał oraz sam się uczył, tak przynajmniej mi mówiono. Nie chodziło oczywiście o sam język, ale podglądali metodę, jaką prowadzę lekcję. Myślę, że to bardzo inteligentne posunięcie z ich strony. Dzieci jak to dzieci w tym wieku i w grupie 40, potrafiły czasem przeszkadzać mi lub sobie wzajemnie. Zastosowałem kary, które wobec mnie stosowano jak byłem młody, czyli stanie, stanie w kącie i za drzwi. W przerwach chodziłem po dość dużym terenie szkoły, zwiedzając i rozmawiając a to z uczniami, a to z nauczycielami lub innymi pracownikami szkoły. Zdarzało się, że jakaś lekcja wypadła lub była przesunięta, wtedy szedłem na miasto. Grono pedagogiczne dbało o mnie jak tylko mogło, zapraszając na obiady, kolacje, a raz nawet do klubu, oczywiście pokrywali wtedy wszystkie koszta związane z wyjściem. Dzieci były dość wdzięczne i dało się odczuć ogólne ciepło. Nie miałem żadnych sytuacji, które uznałbym za przekroczenie granic.

      W szkole tej przepracowałem trzy miesiące i odchodząc, było mi naprawdę żal, ale czas mojego pobytu w Chinach dobiegał właśnie końca i trzeba było zostawić go jeszcze trochę na swoje sprawy. Miesięczna pensja, jaką otrzymywałem za tę liczbę godzin, była dość dobra, bo jej połowa pozwalała mi na wynajęcie 3-pokojowego mieszkania. Płatności były regularne i dokonywane ostatniego dnia każdego przepracowanego miesiąca. Dziś bardzo miło wspominam ten czas i na pewno kiedy będę w Changsha, odwiedzę swoich podopiecznych, a może nawet wywołam kogoś do tablicy...

Adam Machaj

W razie wszelkich pytań lub spraw związanych z Chinami prosimy o bezpośredni kontakt z Autorem, e mial:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl

Ostatnio zmieniany sobota, 14 lipiec 2012 07:25
Zaloguj się by skomentować