Goniec

Switch to desktop Register Login

Uroki DMZ - korespondencja z Korei

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

trelinskaKorea Południowa jest jednym z najbardziej technologicznie rozwiniętych krajów na świecie. Kiedy przjeżdża się do Seulu, to jest łatwo być pod wrażeniem, jak bardzo "połączony" jest ten kraj. Komunikacja miejska jest jedną z najlepszych na świecie, wi-fi w każdej restauracji i kawiarni, i każdy człowiek chodzi z samsungiem albo iPhonem. Jest to na pewno nowoczesna metropolia. Ale zaledwie 56 km na północ od Seulu, mniej niż godzinę jazdy, leży Korea Północna, jeden z najbardziej despotycznych i zamkniętych krajów na świecie. 

Wizyty w Korei Północnej są możliwe przez Chiny dla wszystkich oprócz obywateli Korei Południowej, ale z powodów etycznych i finansowych poza Chińczykami często ludzie jej nie zwiedzają. Jst jeszcze sposób mniej problematyczny, żeby zobaczyć Koreę Północną z bliska – w Seulu zapisać się na jedną z wielu wycieczek oferowanych do DMZ tzn. strefy zdemilitaryzowanej.
DMZ to 4 kilometrowy pas ziemi, 2 km po każdej stronie granicy, ustanowiony, żeby rozdzielić wojska Korei Północnej i Korei Południowej. Każda strona ma prawo do wojskowych patroli po swojej stronie granicy, ale nie ma prawa budowy budynków wojskowych. Strefa zdemilitaryzowana jest w rzeczywistości najbardziej zmilitaryzowaną granicą na świecie.
Po północnej stronie stoi ok. 1,1 miliona żołnierzy, największe wojsko na świece, z następnymi 8,2 milionami żołnierzy w rezerwie.
Po południowej stronie jest mniej, ale wciąż ok. 650 000 gotowych pod bronią, a następne 2,9 mln w rezerwie. I jeszcze blisko 80 tys. żołnierzy amerykańskich. Są to dwa kraje, pomiędzy którymi wojna się nigdy nie skończyła.
Niby wojna się nie skończyła, a co miesiąc blisko 100 tys. ludzi zwiedza strefę zdemilitaryzowaną od strony południowej. Jest to jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych w Korei.


Wycieczki są organizowane przez mnóstwo różnych agencji i kosztują od 70 do 130 dolarów, zależnie od długości i atrakcji zwiedzonych po drodze. Ja wybrałam wycieczkę wszechstronną, jak tu jestem to trzeba wszystko zobaczyć.
Rano wycieczka zaczęła się od szybkiej opowieści o historii Korei przez naszą przewodniczkę w czasie jazdy do “Third Tunnel”, jednego z czterech tuneli wybudowanych przez Koreę Północną, żeby zaatakować Koreę Południową. Przy dojeździe było nam powiedzane, że wszystko musimy zostawić w autobusie albo w skrzyniach zamykanych na klucz, w tunelu zdjęć nie można robić.
Siedem minut zajmuje dojazd kolejką do tunelu, który był wykopany na głębokości 73 m, tylko 44 km od Seulu, i mógł przepuścić 30 000 północno-koreańskich żołnierzy na godzinę.
Dziś tunel jest zamknięty jakieś 200 m przed granicą, turyści widzą więc tylko południową część. Wygląda to jak każdy inny tunel, ale jeśli się pomyśli, w jakim celu był wykopany, i że ok. 20 takich tuneli nie zostało odnalezionych, to jest to trochę niepokojące.
Po tunelu był czas zobaczyć Dora Observatory i Dorasan station. Stacja Dorasan działa teraz tylko jako atrakcja turystyczna, ale Koreańczycy są pełni nadziei, że kiedyś pociąg będzie jechał do Pjongjangu i że będą mieli połączenie do tras kolejowych w Rosji i w Chinach. Punkt obserwacyjny Dora był bardziej interesujący, mieliśmy szczęście z pogodą, więc widać było daleko.
Widać było Koreę Północną na przeciwko. Z tego punktu można było zobaczyć flagę koreańską, która wisi na słupie o wysokości 160 metrów. Było też widać Kaesong, miasteczko gdzie południowo-koreańskie firmy inwestują i zatrudniają Koreańczyków z obu krajów.
I jeszce było widać Kijong-dong, albo to, co Korea Południowa nazywa „Propaganda village,” miasteczko zbudowane przez Koreę Północną, żeby wyglądało, że jest to bardzo zaawansowany kraj. W rzeczywistości nikt tam nie mieszka i mówiono nam, że niektóre okna i drzwi są na budynkach namalowane. Jedyne co było niezadowolające to to, że poza linią namalowaną na ziemi nie można było robić zdjęć.
Jeśli się nie miało aparatu z dobrym obiektywem, to robienie zdjęć za bardzo nie miało sensu. Żołnierze z Korei Północnej stali i tego pilnowali, kazali kasować zdjęcia, jeśli myśleli, że były zrobione poza dozwolonym miejscem. Te reguły były przedsmakiem tego, co nas czekało popołudniu w dużo bardziej interesującym JSA.
JSA, albo Joint Security Area, to jest 800-metrowy pas w DMZ, gdzie żołnierze północno- i południowokoreańscy lub amerynkańscy stoją twarzą w twarz. W budynkach umieszczonych dokładnie pośrodku granicy się spotykają dyplomaci z dwóch stron, żeby dojść do porozumienia. To tutaj Polska wysyła co roku delegację Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych, żeby – nawet 60 lat po swoim powołaniu do życia i 20 lat po zmianie kierunku lojalności politycznych – starać się o pokój na półwyspie Koreańskim.
Jak można sobie wyobrazić, w JSA jest dużo bardziej niebezpiecznie i czuje się napięcie.
Ze strony południowej stoją zawsze w czasie wycieczek żołnierze gotowi do szybkiej akcji, gdyby jakiś turysta zdecydował się przebiec przez granicę albo zrobić coś innego równie głupiego. Przepisy są rygorystyczne, można tylko robić zdjęcia Korei Północnej, nie wolno machać ani czynić żadnych gestów i nie wolno być w spodenkach albo w jasnych jeansach.
Powiedziano nam, że Korea Północna czasem robi zdjęcia turystów w krótkich spodenkach i wykorzytuje propagandowo tłumacząc że w tym kraju nie starcza ludziom na całe długie spodnie. Korea Północna używaa tego żeby sugerować, że Korea Południowa chce się poddać.
Jest to na pewno miejsce pełne napięcia, ale też to się wydaje trochę udawane. W pewnym sensie jest to miejsce bardzo niebezpieczne, starcia mogą wybuchnąć w każdej chwili i dlatego są takie ścisłe reguły, z drugiej strony, tysiące turystów odwiedzają je codziennie.
Wojska amerykańskie i południowo-koreańskie dużo bardziej do tego zachęcają niż na przykład do wycieczki do Afganistanu, gdzie teoretycznie jest bezpieczniej.
Napięcie, przynajmniej w dzień, w który nic się za bardzo nie dzieje, wydaje się być bardziej powodowane przez reguły wojskowe niż przez samą sytuację. Oczywiście reguły są właśnie wynikiem sytuacji, ale wydawało mi się, że jakoś tego nie czuć.
A może to dlatego, że widzieliśmy tylko jednego żołnierza z Korei Północnej, który patrzył przez lornetkę na grupę turystów. Jest ich więcej – mówiono nam – ale nie było ich widać. Jakoś to wydawało się jak z bajki, niemożliwe że tylko sto metrów przede mną stał żołnierz z najbardziej despotycznego kraju na świecie.
Mieszkając w Seulu i po poznaniu ludzi, którzy uciekli z Korei Północnej, patrzę na to w innym świetle i jestem dużo mniej zainteresowana ideą wycieczki do Korei Północnej z tego punktu widzenia. Jestem mniej zafascynowana tym krajem jako jakimś cyrkiem, na który patrzymy, a bardziej zainteresowana ludźmi i historią.
Ale, mimo to że DMZ nie jest już najfajniejszym dla mnie aspektem pobytu w Korei, warto było to zobaczyć, choćby tylko po to, żeby przypomnieć sobie, że coś takiego istnieje. W Seulu łatwo zapomnieć, że wojna koreańska wcale się nie skończyła, ale jest nadal elementem życia na półwyspie Koreańskim. Mniej niż sto kilometrów od mojego małego, ale fajnego, ciepłego mieszkania w Anyang, ludzie żyją w jednym z najbardziej opresyjnych krajów na świecie. Rodziny są nadal podzielone granicą i ryzyko wojny zawsze jest. W naszym życiu, czy to w Kanadzie, w Polsce, czy w Korei Południowej bardzo łatwo o tym zapomnieć.
Dlatego, jeśli ktoś będzie w Korei, zachęcam do wycieczki do DMZ, jest to nie do zapomnienia. I fajnie, że można potem o tym opowiadać...

Ostatnio zmieniany piątek, 30 sierpień 2013 17:52
Zaloguj się by skomentować