Goniec

Register Login

Wspomnienie o Wołyniu

Oceń ten artykuł
(16 głosów)

branicki 11

Po moim ojcu pozostał tylko drewniany wieszak na ubrania...

Mój ojciec, Bolesław, miał bliznę na górnej wardze, o pochodzenie której, jeszcze będąc dzieckiem, zapytałem. Opowieść ojca zaprowadziła mnie do Sarn, miasta na Wołyniu, gdzie przez pewien czas przebywała rodzina.

Ojciec grał z kolegami szkolnymi w klipę, zabawę już dzisiaj zapomnianą. Polegała ona na wybijaniu, metrowym kijem, mniejszego, zaostrzonego z obu stron patyka, z wyrysowanego na ziemi okręgu. Pozostałe poza kołem dzieci starały się odbić lub kopnąć z powrotem kijek do koła. Komu się to udało, zajmował miejsce w kole, a jeżeli nie, to wybijający miał przywilej trzy razy podbić klipę do góry, by później odliczyć krokami odległość klipy od koła. To były punkty.

Tata tak niefortunnie odbił klipę w powietrze, że zaostrzony kijek wbił się w górną wargę tuż pod nosem. Trzeba było zszywać. Tak więc z klipy wyszła klapa, jak już po latach podsumował to wspomnienie właściciel blizny.

W Sarnach ojciec nie mieszkał długo. Mój dziadek, Mieczysław, był pracownikiem Urzędu Ziemskiego w Łucku, gdzie urodził się ojciec w 1929 roku. Dziadek pracował w urzędzie melioracji i z racji swojego zawodu podróżował po całym Polesiu. Zabierał czasami synów na podmokłe łąki, gdy było to blisko, aby pokazać im swoją pracę.

W Łucku rodzina mieszkała w kamienicy niedaleko piętnastowiecznego zamku księcia Lubarta. Mieszkała również we wspomnianych Sarnach i w Równem. Każde wakacje tata spędzał w majątku rodziny w Mirynie obok Mielnicy położonej na południowy wschód od Kowla. Czasami przebywał w pobliskiej Rudce Miryńskiej, gdzie osiedliła się część rodziny. Majątkiem zarządzał sprawnie Jan, brat dziadka, wspólnie z Henrykiem Dobrowolskim, którego żona Gienia była z domu Baraniecka.

Założyli w Mirynie spółdzielnię mleczarską, która doskonale prosperowała i, jak stryj Ryszard Dobrowolski wspominał, podniosła znacznie poziom życia miejscowej ludności, w tym ukraińskiej, związanej z funkcjonowaniem spółdzielni. Współżycie ze wszystkimi sąsiadami układało się bardzo dobrze.

W Mirynie ojciec nie mógł się nudzić, ponieważ w okolicy mieszkało wiele dzieci z rodziny, nie licząc rodzonych braci, o rok starszego Tadeusza i o dwanaście lat starszego Józefa. Baranieccy, pieczętujący się klejnotem Sas, rodzina mająca na Wołyniu kilkusetletnią historię, skoligacona była z rodzinami Dobrowolskich, Felińskich, Karpowiczów, Uziębłów, Budkiewiczów, Pietrzaków, Dziadków, Zalipskich i Winosławskich. Członkowie rodziny stawali w potrzebie i w 1830, i w 1863 roku. W Gdańsku, u wujka Krzysztofa, jest sygnet herbowy, przekazywany z pokolenia na pokolenie, a zrobiony z żelaza okowów po powrocie z Sybiru, przez zesłanego tam za udział w Powstaniu Listopadowym przodka.

Opowieści taty były pełne opisów zjazdów rodziny, świąt Bożego Narodzenia i świąt Wielkiejnocy, wesel, wspólnych zabaw, pikników, a czasami i kłótni rozbrykanej dziatwy. Najczęstsze spory wynikały z łakomstwa tych dzieci, które nie chciały przestrzegać kolejności przy wspólnej misie wypełnionej ziemniakami, kulebiakami lub kotykami. Bitwy na widelce nie należały do rzadkości.

Częste wyprawy nad brzegi rzek Stochodu, Prypeci i Horynia, nad jeziora Świteź, koło Szacka, i Piaseczno na północ od Miryna, zachowały się na cudem, może za sprawą św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, ocalonych fotografiach.

Tata uwielbiał, kiedy dziadek zabierał chłopców do leśniczówki stryja Ottona. Pamiętał polowania, na które stryj Otton chadzał ze swymi wyżłami. Był tam też jamnik i może właśnie dlatego, już na emeryturze we Wrocławiu, stryj Tadeusz zafundował sobie jamnika, który z nadania stryja wabił się Baron.

Miryn i Rudka Miryńska na Stochodem, to miejsca, w których historia rodziny splotła się z historią Legionów. To właśnie tutaj, po legendarnej bitwie pod Kostiuchnówką, zatrzymał się w sierpniu 1916 roku, ze swoim sztabem i 4. Pułkiem Piechoty Legionów, późniejszy Marszałek Polski, Józef Piłsudski. Te historyczne wydarzenia zachowały się w pamięci rodziny.

Opowiadał mi tata także o klaczy jednego ze stryjów, chyba stryja Antoniego, który podczas szarży kawaleryjskiej w wojnie 1920 roku spadł ranny z konia i uniknął stratowania. Koń stanął nad stryjem i nie ruszył się nawet na piędź. Po wygranej wojnie i demobilizacji stryj zabrał ze sobą swego wybawcę do Miryna. Owa klacz była jedynym z 8 koni w stajni, który nigdy nie musiał pracować.

Silne związki rodzinne i troskliwe stryjenki na pewno wynagradzały trzem braciom utratę mamy w 1934 roku. Babcia Paraskiewa z domu Kostiukowa pochodziła z Rostowa nad Donem. Dziadka poznała jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Była absolwentką Gimnazjum Żeńskiego w stanicy Niżnyj Czersk w obwodzie donieckim, którą to szkołę ukończyła ze złotym medalem w 1911 roku. W niepodległej Polsce była nauczycielką w polskich szkołach. Pochowana została obok innych członków rodziny na cmentarzu w Mielnicy. Po jej przedwczesnej śmierci w wychowaniu chłopców pomagała dziadkowi prababcia Szura Kostiukowa.

W każdą niedzielę rodzina udawała się do Mielnicy na Mszę Świętą do kościoła pod wezwaniem św. Józefa Oblubieńca NMP wybudowanego w 1705 roku. Starszyzna bryczkami, a dziatwa na wyściełanych słomą i kilimami wozach. Kościół słynął z obrazu Matki Bożej Mielnickiej, który król Jan III Sobieski zabrał ze sobą na wyprawę wiedeńską w 1683 roku.

Po 1945 roku, wraz z exodusem mielniczan obraz przewieziono do Chełma, gdzie znajduje się obecnie w kościele pod wezwaniem Chrystusa Odkupiciela. Na miejscowym cmentarzu katolickim położonym 1,5 km poza miastem w stronę miejscowości Hołub znajduje się kaplica, zrujnowana dzisiaj, ufundowana przez hrabiego Stanisława Czarneckiego, gdzie pochowani zostali na lewo od wejścia pradziadek Kajetan Baraniecki z żoną oraz stryjenka taty.

Parafia, do której należały Mielnica, Krzywin, Kuchary, Miryn, Paulinówka, Podryże, Porsk Wielki, Rudka Miryńska, Sielce, Sieniawka, Szkurat, Wielick, Wólka Radoszyńska i Żmudcza, liczyła w 1938 roku około 1200 dusz, jak to się wtedy mówiło.

W środy udawano się do Mielnicy na słynne w kowelskim powiecie jarmarki, a dzieci, jak to dzieci, interesowały się głównie cukierkami, które kupowano za jeden grosz.

Dorosły brat, Józef, rozwijał już wtedy inne zainteresowania i jeździł zimą na narty do położonego w "Szwajcarii Wołyńskiej" Krzemieńca.

Wybuchła wojna. Po 17 września 1939 roku świat 10-letniego w tym czasie taty wyglądał już inaczej. Ojciec zapamiętał bojców, którzy przyszli do majątku bagnetami zapraszać do wzięcia udziału w wyborach do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy. W myśl dekretu Prezydium Rady Najwyższej ZSRS z dnia 29 listopada 1939 roku, obywatele polscy zamieszkujący terytoria "Zachodniej Ukrainy i Białorusi" zostali automatycznie obywatelami radzieckimi.

Nie było już polskiej szkoły i trzeba było się uczyć poematu Puszkina w języku rosyjskim. Tata wystawał godzinami w kolejkach przed miejscowymi sklepami, a rodzinną spółdzielnię mleczarską znacjonalizowano.

Dziadek nie pracował już w Urzędzie Ziemskim w Łucku, z którego wejścia zerwano symbol polskiej państwowości.

W kwietniu 1940 roku rodziną wstrząsnęła tragedia wywózek. Stryj Jan Baraniecki, jako właściciel ziemski, wraz ze swoją rodziną został deportowany do Kazachstanu. Do "nowej" Polski wrócili w 1946 roku. Nie wszyscy.

Dla pozostałych w Mirynie członków rodziny było wiadome, że wszystkich Polaków czeka podobny los. Dzieci widziały, jak z ławek szkolnych znikali kolejni koledzy.

W czerwcu 1941 roku nadeszli Niemcy. Polska ludność żyjąca w ciągłym strachu przed deportacją i represjami sowieckimi i nie doświadczając jeszcze okupacji niemieckiej, poczuła chwilową ulgę. Nie na długo.

Niemcy, podobnie jak ich niedawny sowiecki przyjaciel, właściwie z marszu rozpoczęli eksterminację elit polskich od wymordowania na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie 40 Polaków, profesorów Uniwersytetu im. Jana Kazimierza i Politechniki oraz członków ich rodzin w dniu 4 sierpnia 1941 roku.

Dla polskiej ludności Wołynia, oprócz okupacji niemieckiej, nastały czasy narastającego terroru ze strony nacjonalistów ukraińskich. Okrutne akty mordów całych rodzin, znane już z września i października 1939 roku, budziły przerażenie Polaków. W większych miejscowościach zaczęły się tworzyć samoobrony, najczęściej organizowane przez żołnierzy Armii Krajowej.

27 marca 1943 roku ukraińscy nacjonaliści zamordowali księdza Wacława Majewskiego, ostatniego proboszcza parafii pod wezwaniem św. Józefa w Mielnicy. Msze odprawiał od tej pory proboszcz sąsiedniej parafii Hołoby. Część rodziny ojca z pobliskich miejscowości przeprowadziła się dla bezpieczeństwa do majątku w Mirynie, prowadzonego po deportacji Jana Baranieckiego, przez Henryka Dobrowolskiego i mojego dziadka. Rodzina otrzymywała ostrzeżenia od sąsiadów, że ukraińscy nacjonaliści przygotowują się do akcji przeciwko Polakom. Przed wojną stosunki z miejscową ludnością ukraińską rodzina miała dobre, i może ten fakt sprawił, że czuli się pewniej.

Jednak w końcu po debacie rodzinnej, jak opowiadał tata, postanowiono przenieść się do Mielnicy, gdzie była samoobrona. Spakowani byli już w sobotę, 10 lipca 1943, ale ostatecznie odłożono podróż do niedzieli, następnego dnia. Część rodziny była już w Mielnicy. Mój ojciec spał, razem z braćmi i innymi dziećmi rodziny, w stodole. Niektóre deski w ścianach obszernej stodoły były od strony gruntów ornych wybite.

O świcie do majątku weszli banderowcy. Na podwórzu, przed wejściem do domu, ustawili armatę przeciwpancerną i zaczęli nawoływać do wyjścia z domu. Nie czekali długo. Wkrótce po pojawieniu się pierwszych mężczyzn na podwórzu zaczęli mordować. Pozostali członkowie rodziny ratowali życie, biegnąc w stronę lasu. Bandyci spod znaku UPA zastrzelili stryja Henryka Dobrowolskiego i wujka Ksawerego Dziadka. Tata nie uciekał. Stał przerażony za rogiem stodoły i modlił się o życie bliskich. Widział, jak wujek Tomasz Pietrzak, unikając banderowskich kul, przeskoczył wóz drabiniasty. Jednak on też nie zdołał uciec.

To, co tata zobaczył w chwilę później, zapamiętał na całe życie. Mój dziadek upadł twarzą do ziemi, a spomiędzy palców zaciśniętych pięści wystawała zielona trawa. Po chwili przestał się ruszać. Dopiero wtedy ojciec pobiegł do lasu, gdzie odnalazł braci i innych ocalałych członków rodziny. Tam spędzili noc.

Następnego dnia wszyscy ocaleni przybyli do Mielnicy. Wujek Dobrowolski opowiadał mi, że jeszcze wieczorem ktoś z rodziny pobiegł do pobliskiej gajówki, aby ostrzec mieszkających tam Polaków. Była tam rodzina z dziesięciorgiem dzieci. Znaleziono dwanaście głów na podwórzu.

Banderowcy zastrzelili również Mykołę, ukraińskiego sąsiada, który próbował ostrzec moją rodzinę.

Tego jednego dnia, 11 lipca 1943 roku, na całym Wołyniu w wyniku ludobójczych mordów zginęło kilkanaście tysięcy Polaków. W sąsiedztwie Miryna, w Podryżach, zamordowano 97 Polaków, w Wielicku 47, w kolonii Piaseczno 94. Spalono kilkaset wsi, płonęły kościoły z wiernymi w środku. Rzeź trwała dalej.

Rodzina długo w Mielnicy nie została. Przeniosła się na zachód, do Rejowca. Tym razem zdążyli. 29 sierpnia 1943 roku banderowcy z Ukraińskiej Powstańczej Armii zamordowali około stu Polaków w Mielnicy. Ofiary zbrodni pochowano w zbiorowej mogile.

W latach 1989–1992 synowie i wnuki pomordowanych w Mirynie odnaleźli zarośnięty grób ofiar i postawili pomnik. Pozbierali także rozrzucone w kaplicy na mielnickim cmentarzu kości przodków tam pochowanych.

Miejscowa ludność doradziła, aby nazwiska ofiar wykuć na pomniku cyrylicą. Miałoby to uchronić pomnik przed zniszczeniem. Na płycie napisano: "Pochowani w 1943 roku".

Majątku w Mirynie już nie ma. Na Wołyniu spalono najlepsze domy. Ich winą było tylko to, że były polskie. Spalono je, żeby ślad polskości nie ostał się i aby ci, co jednak przeżyli, nie mieli już do czego wracać. Pozostały tylko stare fotografie, kilka rodzinnych dokumentów i przekazane wspomnienia.

Pozostała pamięć.

I właśnie dzięki tym fotografiom i wspomnieniom mego ojca miałem zawsze takie dziwne, irracjonalne wrażenie, że Wołyń to moja prawdziwa ojczyzna, i że tak naprawdę to ja tam kiedyś mieszkałem. I od czasu do czasu, z albumem przed oczami, pływam łódką po Styrze, siedzę na ciepłym, piaszczystym brzegu jeziora Świteź, noszę instrumenty pomiarowe za moim Dziadkiem w kolonii Sielce i gram w klipę przed dworkiem w Mirynie.

Z mojej pamięci nikogo i niczego nie da się wymazać.

Po moim ojcu pozostał też drewniany wieszak na ubrania. Wisi na nim jego koszula. Napisy na wieszaku:

POZNAŃSKI DOM ODZIEŻY – Równe – Rybna 2. Tel. 512 Firma Chrześcijańska.

Wspomnienie to poświęcam pamięci wszystkich ofiar ludobójstwa na Wołyniu.

Roman Baraniecki

Ostatnio zmieniany piątek, 12 lipiec 2013 20:11
Zaloguj się by skomentować