Goniec

Switch to desktop Register Login

Zastrzyk kultury wysokiej

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

 

W zimny sobotni wieczór, 27 października, aż się nie chce ruszać z domu. Mamy jednak w planach koncert "Kilar the Best". Gdy dochodzimy do Living Arts Centre jesteśmy przemarznięci. Do rozpoczęcia koncertu jest jeszcze około 15 minut, mamy więc czas odtajać.


Nasze miejsca znajdują się na balkonie, z prawej strony w pierwszym rzędzie. To dobrze, będzie można zrobić zdjęcia. Ustawiam wszystkie parametry w aparacie, tymczasem mój mąż czyta program. Na dzisiejszy wieczór wybrano rzeczywiście najbardziej znane kompozycje Wojciech Kilara. Czeka nas więc podróż sentymentalna. Taki zestaw utworów na pewno przypadnie do gustu zgromadzonej publiczności.
Ludzie dopiero się schodzą. Na początku na balkonie jest sporo miejsc, które jednak powoli się zapełniają. W końcu zostaje tylko kilka po bokach. Zerkam na dół. Są jeszcze wolne miejsca, ale co chwila ktoś wchodzi. Zastanawiam się, gdzie będzie tańczył zespół "Biały Orzeł", bo na scenie nie ma zbyt wiele miejsca. Orkiestra już jest. Powoli gasną światła, zaczyna się.


Wraz z pierwszymi taktami poloneza z filmu "Pan Tadeusz" pojawia się wspomniany "Biały Orzeł". Tancerze wchodzą wejściem dla publiczności, przechodzą przez widownię i wchodzą na scenę. Ubrani są w stroje z epoki, mężczyźni u pasa mają zawieszone szable. Nie był to chyba jednak najlepszy pomysł, bo szable obijają im się w tańcu. Na telebimie zawieszonym nad sceną wyświetlane są fragmenty filmu.
Dopiero po pierwszym utworze przychodzi czas na przywitanie gości. Na parterze widać, jak przy świetle latarek są wprowadzani ostatni spóźnialscy. Następnie głos zabiera konsul Grzegorz Murawski. Częściowo mówi po polsku, częściowo po angielsku, jednak muszę przyznać, że trochę brakuje mu swobody wypowiedzi. Moją uwagę zwraca też silny polski akcent, którego bym się nie spodziewała, wiedząc, że pan Morawski już od jakiegoś czasu pracuje na kontynencie amerykańskim.
Następnie ponownie rozbrzmiewa muzyka. Słuchamy walca z "Trędowatej", a następnie tematu z "Pianisty". Stopniowo zanurzamy się w muzyce Kilara.
W czwartym utworze na scenie pojawia się Justyna Steczkowska pokazywana na plakatach jako gwiazda tego koncertu. Muszę przyznać, że akurat w tej kwestii byłam najbardziej sceptyczna. Pani Steczkowska, którą wielokrotnie miałam okazję oglądać w telewizji, delikatnie mówiąc mnie drażni. Może to raczej kwestia jej zachowania i wypowiedzi niż głosu. Tutaj na szczęście nie miała okazji zrobić na mnie złego wrażenia i w wokalizie z "Dziewiątych Wrót" Romana Polańskiego świetnie zaprezentowała swoje możliwości głosowe. W pierwszej części koncertu zaśpiewała jeszcze raz utwór z "Portretu Damy".
Następnie rozbrzmiały tematy z "Rodziny Połanieckich" i "Kroniki wypadków miłosnych". Przed przerwą na scenie pojawił się też 17-letni Marcel Sokalski, który wykonał znaną pieśń z "Przygód Pana Michała". Był to pierwszy występ Marcela z orkiestrą i widać było, że chłopak jest zdenerwowany. Ma przed sobą jeszcze dużo czasu, żeby oswoić się ze sceną, zwłaszcza że w przyszłym roku wybiera się na uniwersytet. Warto wspomnieć, że Marcel był w grupie młodzieży, która z maestro Rozbickim zwiedzała w tym roku kilka krajów europejskich, oczywiście także Polskę. Właśnie podczas tego wyjazdu młodzi ludzie mieli okazję spotkać się z Wojciechem Kilarem podczas katowickiej "Nocy Kilara" organizowanej z okazji 80. urodzin kompozytora. Maestro już planuje przyszłoroczny wyjazd dla młodych. Tym razem program ma być jeszcze bogatszy.
Pierwszą część zakończyła pełna napięcia i dramatyzmu suita z filmu "Drakula". W czasie krótkiej przerwy mieliśmy okazję rozprostować nogi. Spragnieni ustawiali się w kolejce do baru. Tłum wypełnił cały parter.
Druga część rozpoczęła się tangiem "Zazdrość i medycyna". Następnie dwa utwory miała wykonać Justyna Steczkowska. Tutaj wkradła się chwila niepewności, gdy po ostatnich taktach tanga maestro odwrócił się w kierunku widowni. Po chwili odwrócił głowę w kierunku kulis... Publiczność oczekiwała w napięciu. Gdy napięcie się przedłużało, maestro Rozbicki zniknął za kulisami po lewej stronie. Wrócił jednak sam. Ale po chwili z prawej strony wśród oklasków wyszła gwiazda wieczoru. Przeprosiła za spóźnienie i opowiedziała, jak to z siostrami śpiewała na ślubach, m.in. "Ave Maria", który to utwór miała wykonać teraz, pierwszy raz z orkiestrą. Drugim utworem była piosenka "Wracam do domu" z własnego repertuaru piosenkarki.
Następnie przyszła kolej na trzy utwory instrumentalne, z "Pana Tadeusza", "Ziemi obiecanej" i "Bilansu kwartalnego". Wszystkim towarzyszyły projekcje na telebimie. Zwróciłam uwagę, że niestety czas projekcji był nie do końca dobrze obliczony – często film kończył się parę sekund po ucichnięciu muzyki. Albo to orkiestra grała za szybko...
Justyna Steczkowska zaśpiewała jeszcze "Grande Valse Brillante" z repertuaru Ewy Demarczyk i tango "La Cumparsita" Rodrigueza. Przyznam, że to tango było w moim odczuciu lekkim zgrzytem – nie z racji samego śpiewu, ale wyzywającej sukienki i tańca Steczkowskiej. Nie do końca to wykonanie pasowało mi do konwencji koncertu.
Całość zamykał marsz kawalerii z "Kroniki wypadków miłosnych". Publiczność doceniła artystów gromkimi oklaskami. Po wręczeniu wykonawcom kwiatów był jeszcze czas na bis. Niestety później trzeba było z powrotem wyjść na zimno – tym razem jednak z sercem pokrzepionym porcją wspaniałej muzyki.

 

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować