Goniec

Switch to desktop Register Login

Turystyka

piątek, 19 styczeń 2018 08:02

Spotkanie z Afryką

Napisane przez

        Ostatnie trzy tygodnie miałem okazję podróżować wraz z polską grupą po Afryce. W czasie tej podróży odwiedziliśmy Południową Afrykę, Namibię, Botswanę, Zimbabwe oraz Zanzibar. Mieliśmy również odwiedzić Zambię, ale ze względu na epidemię cholery – postanowiliśmy ominąć ten kraj, by uniknąć konieczności potencjalnej kwarantanny.

        Nigdy przed tą podróżą nie miałem wyobrażenia o skali tych krajów oraz ogromnych kontrastach społecznych i gospodarczych. Duża część podróży odbywana była autobusem. Może niezbyt wygodna to forma podróży w ogromnych upałach, ale jednocześnie pozwalająca na prawie namacalny kontakt z otoczeniem. Oglądanie Afryki z lecącego samolotu jest zupełnie inne niż szansa obserwacji przesuwającego się krajobrazu z ludźmi oraz zwierzętami za oknem.

        Każdy z odwiedzonych krajów ma ogromne złoża surowców naturalnych, które zwykle należą do największych na świecie. Są one jednak w wielu przypadkach słabo wykorzystane albo marnowane przez skorumpowane rządy.

piątek, 12 styczeń 2018 08:06

Dronem nad Mississaugą

Napisał

        Chęć zobaczenia świata z góry to marzenie każdego chłopca, ilu z nas chciało w młodości zostać lotnikiem...

        Podwieszałem kamery na balonach, kilka ładnych lat temu kupiłem zabawkowego drona, który niestety nie miał GPS i skończył na drzewie. Zaporowa cena „porządnych” dronów – ponad tysiąc dolarów, kazała mi czekać i czekać, aż w końcu uznałem, że lustrzanka z dobrym obiektywem już mi nie służy, sprzedałem rzecz i kupiłem z drugiej ręki drona DJI Phantom 3 Standard – najniższy model w chińskiej (DJI to chińska firma, największy na świecie producent dronów) rodzinie Phantomów, ale też model ten „prosty”, wyposażony jest we wszystkie konieczne technologie stabilizacyjne (choć operuje jedynie na satelitach GPS, podczas gdy wyższe modele mają także GLONASS) oraz kamerę rozdzielczości 2,7K (obecnie wyższe modele mają minimum 4K).

czwartek, 21 grudzień 2017 23:44

Z górki na pazurki

Napisane przez

        Zimą warto wybrać się na sanki, a jeszcze lepiej i na sanki, i na szlak. Górkę do zjeżdżania można znaleźć już w Toronto, my za rogiem mamy Lituania Park (przy skrzyżowaniu ulic Glenlake i Keele), który daje kilka możliwości zjazdowych – w zależności od odwagi i stopnia zaawansowania. Nieco dalej jest Rennie Park (Runnymede Rd. i Morningside Ave.) czy znany miłośnikom sanek z całego Toronto Riverdale Park East. Jeśli jednak spod śniegu zaczyna wyglądać trawa, a powierzchnia do zjeżdżania zmienia kolor z białego na brązowy, trzeba rozglądać się za jakąś pozamiejską lokalizacją.

        W ten sposób w ostatnią niedzielę trafiliśmy do parku miejskiego w Mono. Jadąc drogą numer 10 na północ zaraz za Orangeville, w miejscowości Camilla, należy skręcić w prawo na Mono Centre. Przy drodze są też znaki na Mono Cliffs Provincial Park. Potem jedziemy, jak droga prowadzi, z jednym zakrętem o 90 stopni w lewo, i zaczynamy wypatrywać Mono Community Centre, na samym początku miejscowości. Patrząc od parkingu, to górka wcale nie wydaje się imponująca. Jeśli jednak podejść bliżej, widać, że teren zaczyna opadać i można się naprawdę nieźle rozpędzić. U podnóża górki przebiega boczny szlak należący do Bruce Trail. Dodatkowym atutem jest bliskość Parku Prowincyjnego Mono Cliffs. Kilkanaście kilometrów dalej na północ mamy jeszcze drugi park prowincyjny – Boyne Valley – ze wspaniałym widokiem roztaczającym się ze wzniesienia Murphy’s Pinnacle. Na 2,5-kilometrową trasę po Boyne Valley wzięliśmy ze sobą jedną parę rakiet śnieżnych, nie wiedząc, czy nie trzeba będzie wydeptywać ścieżki. Nie było to konieczne, ale dzieci miały atrakcję w postaci obserwacji, jak tata chodzi w rakietach. Niech się zapoznają z tego rodzaju sprzętem, powoli dorastają do najmniejszego rozmiaru.

czwartek, 21 grudzień 2017 22:46

AIREN DAGUINOTAS

Napisane przez

        W marcu tego roku miałem ogromną przyjemność wziąć udział w wyprawie nurkowej na Filipiny zorganizowanej przez Aquarius Scuba Centre. 

        Tę niezwykle ciekawą wyprawę zorganizował Marek Paszyn – szef firmy. Trwała trochę ponad dwa tygodnie i program był tak ułożony, że przemieszczaliśmy się pomiędzy trzema wyspami (Cebu, Bohol, Negros) na typowych dla tego rejony łodziach (patrz zdjęcie), po drodze nurkując i spędzając po kilka dni na każdej wyspie w ośrodkach, które były nastawione na nurków. 

        Była to moja druga wyprawa na Filipiny (ale pierwsza całkowicie nastawiona na nurkowanie). 

        Muszę przyznać, że nurkowałem w wielu miejscach na świecie, ale jak dotychczas Filipiny okazały się jednym z najpiękniejszych rejonów. Przepiękne i ciągle niezniszczone rafy z niezwykłym bogactwem fauny! Gorąco polecam! (Zainteresowani mogą zobaczyć zrobiony przeze mnie film na YouTube, wpisując „czaplinski philipines” w wyszukiwarce).

        Na samym początku autostrady Dempstera kierowcy powinni się upewnić, że mają pełny bak. Następna stacja benzynowa za 370 kilometrów. Dalej tablica z kilometrami – Eagle Lodge 363, Inuvik 735. Ciekawe, kiedy dopiszą Tuktoyaktuk, w końcu niedawno świętowaliśmy otwarcie całorocznej drogi do samego Oceanu Arktycznego. Po przejechaniu krótkiego odcinka od skrzyżowania z Klondike Highway, czyli od wjazdu na autostradę Dempstera, asfalt się kończy. Droga jest po prostu bita, ziemno-żwirowa, miejscami trochę dziurawa, ale generalnie utrzymana bardzo przyzwoicie.

        Dempster Highway przebiega przez Park Terytorialny Tombstone, do którego zmierzamy, przecina góry Ogilive i Richardsona, a na końcu wiedzie przez rozległą deltę rzeki MacKenzie. Została poprowadzona w większości zgodnie z przebiegiem dawnej drogi do Fort McPherson, którą pokonywano przy pomocy psich zaprzęgów. Jej nazwa pochodzi od nazwiska kaprala Williama Dempstera, urodzonego w Walii w 1876 roku, który przybył do Kanady w 1897 jako funkcjonariusz North-West Mounted Police (NWMP). W związku z nastaniem gorączki złota pod koniec XIX i na początku XX wieku policja wzmocniła swe siły na Jukonie i na Terytoriach Północno-Zachodnich. Do jej obowiązków należało docieranie do najbardziej oddalonych społeczności. Właśnie w ramach tych patroli w grudniu 1910 roku z Fort McPherson wyruszyło czterech funkcjonariuszy. Mieli dotrzeć do Dawson City, ale nigdy się tam nie pojawili. W marcu 1911 roku Dempster wraz z dwoma konstablami wyruszył na poszukiwania zaginionych. Ekipa pokonała trasę w rekordowym tempie mimo trudnych warunków. Ciała zaginionych odnaleziono 22 marca. Mężczyźni zostali pochowani w Fort McPherson. Dempster pracował w NWMP do 1934 roku. Budowa drogi w dzisiejszym kształcie zaczęła się w 1959 roku i trwała z przerwami przez 20 lat. Prace przyspieszały, gdy rosły nadzieje na odkrycie wartościowych złóż ropy.

        Każdego roku łososie z gatunku chinook z północnych obszarów Pacyfiku rozpoczynają migrację na tarło w górę rzeki Jukon. Mają mniej więcej trzy miesiące na pokonanie 3200 kilometrów. W połowie lipca docierają do Dawson City, a w połowie sierpnia – do Whitehorse. Tam natrafiają na przeszkodę. Rzeka jest przegrodzona tamą. Żeby jednak nie zniweczyć niewyobrażalnego wysiłku łososi (które w czasie migracji nie przyjmują pożywienia), przy jednym z brzegów rzeki w czasie budowy tamy i elektrowni w latach 50. ubiegłego wieku powstała przepławka, czyli specjalny kanał dla migrujących ryb omijający zaporę. Przepławka w Whitehorse jest najdłuższą taką drewnianą budowlą na świecie – ma długość 366 metrów. Dzięki niej łososie mogą płynąć dalej i składać ikrę. Jajeczka leżą przez zimę zakopane w żwirowym dnie rzeki. Narybek pojawia się na wiosnę. Ryby spędzają dwa lata w górnym odcinku rzeki, po czym płyną do oceanu, by po kilku latach powrócić na tarło tam, gdzie same przyszły na świat.

        Do przepławki w Whitehorse przylega niewielki pawilon z trzema oknami, przez które można podglądać przepływające ryby. Przy ostatnim znajduje się krata zatrzymująca je na chwilę. Pracownicy Yukon Energy liczą łososie i określają ich płeć, po czym odsuwają kratę i pozwalają im płynąć dalej. W tym roku naliczyli 1227 łososi chinook, o 300 mniej niż w ubiegłym. Kilka z nich udało nam się zobaczyć podczas jednego z naszych czterech przystanków w Whitehorse. Obserwacja ryb jest bardzo wciągająca. Wycieczka do przepławki to, moim zdaniem, obowiązkowy punkt zwiedzania miasta.

piątek, 24 listopad 2017 07:52

Taaaka ryba!

Napisane przez

        Moja „kubańska” przygoda wędkarska trwa od wielu lat. Każdego roku staram się spędzić tam wędkarskie wakacje. 

        Tak też było w tym roku. Zaplanowany na początek września wyjazd został niestety wymazany z kalendarza poprzez wizytę huraganu „Irma”, który to przeszedł nad Cayo Coco (moje miejsce docelowe) dokładnie tego samego dnia, kiedy ja miałem tam być. 

        Z niedowierzaniem oglądałem zdjęcia pokazujące zniszczenia z tego regionu. Wszystkie hotele oraz port lotniczy uległy poważnym uszkodzeniom. Lotnisko przypominało krajobraz po bitwie! 

        Osobiście byłem przekonany, że miną lata, zanim ktokolwiek wyląduje po raz pierwszy na tym lotnisku i zanim hotele ponownie dadzą zatrudnienie wielu Kubańczykom. Jadąc na wakacje, bardzo rzadko myślimy o tych, którzy nas obsługują i dla których praca w hotelach jest jedyną możliwością utrzymania rodziny. W chwili katastrofy, jaka miała miejsce na Kubie (szczególne w rejonie Cayo Coco), wielu ludzi znalazło się bez środków do życia! 

        My, Polacy, wiemy, że „komuna” nie dba o obywatela. On się sam musi wyżywić. W takiej sytuacji nawet najmniejsza pomoc jest na wagę złota i o tym warto pamiętać. Nasi kubańscy przyjaciele nigdy nam tego nie zapomną.

        Moja podróż doszła do skutku 3 listopada. Jest to o tyle ważne, że jak się okazało, był to pierwszy „pionierski” lot do Cayo Coco po katastrofie. Kiedy wylądowaliśmy, na płycie lotniska otoczył nas tłum reporterów oraz oficjeli. Oklaski, uśmiechy, zdjęcia, wywiady! 

        Jeszcze nigdy nie zapłaciłam 50 dolarów za siedem bochenków chleba. Pierwszy raz taki rachunek przedstawiono nam w Alpine Bakery w Whitehorse. Trzeba jednak przyznać, że chleb jest pyszny i świeży. Szwajcarska piekarnia codziennie oferuje kilka rodzajów wypieków. Cena robi swoje – patrząc na klientelę, nie sposób znaleźć osobę źle ubraną. Wszyscy noszą firmowe turystyczne ubrania, nowiutkie, jakby dopiero zdjęte z wieszaka. Więc wyróżniamy się.

        Z Whitehorse wyjeżdżamy dopiero po 13:00. Dlaczego tak późno? Właśnie ze względu na piekarnię. Chleb może być pokrojony dopiero po 13:00, wcześniej jest za ciepły. Ruszamy i kierujemy się na zachód, w stronę Parku Narodowego Kluane.

        Kluane należy do największego na świecie międzynarodowego obszaru ochronnego (tworzą go przylegające do siebie parki narodowe Kluane, Wrangla-Świętego Eliasza, Zatoki Lodowcowej oraz Tatshenshini-Alsek) i ze względu na walory przyrodnicze jest uznany za miejsce światowego dziedzictwa UNESCO. To tu znajdują się największe na świecie pola lodowe położone poza obszarem biegunowym. W Górach św. Eliasza leży Mount Logan (5959 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Kanady i najszybciej wypiętrzająca się góra na świecie. Jedziemy do Kluane z nadzieją, że uda nam się zobaczyć te cuda z powietrza. Loty widokowe nie są tanie, ale taka okazja nadarza się raz w życiu. Pieszo nie dojdziemy, dlatego że jest tam za daleko. Wspaniała trasa do lodowca Donjek ma 110 kilometrów. Inne widowiskowe szlaki liczą 20-50 kilometrów. Można je rozłożyć na kilka dni. U nas występuje jednak problem innego rodzaju – jedzenie i sprzęt dla czterech osób noszą tylko dwie. Dlatego będziemy wybierać krótsze jednodniowe trasy. Trochę brakuje nam możliwości wchodzenia na szczyty, ale na to musimy poczekać jeszcze kilka lat.

czwartek, 02 listopad 2017 22:48

Massasauga w kolorach jesieni

Napisane przez

        Nigdy bym nie przypuszczała, że śpiąc w drugiej połowie października w namiocie, będę się w nocy budzić nie dlatego, że jest mi zimno, ale po to, by się odkryć. Massasauga chodziła nam po głowach już od dawna, oglądaliśmy nawet w Internecie miejsca kempingowe, ale zarezerwowanie czegoś sensownego latem graniczyło z cudem. Na początku ubiegłego tygodnia znów zajrzeliśmy na stronę Ontario Parks i okazało się, że upatrzone przez nas wcześniej miejsce numer 16 na jeziorze Spider w nocy z soboty na niedzielę (z 21 na 22 października) jest wolne. Jeszcze tylko rzut oka na prognozę pogody i mieliśmy gotowy plan.

        Plan w gruncie rzeczy niezbyt skomplikowany. Mogliśmy wyjechać z Toronto w sobotę dopiero około południa, więc nie było szans, by zapuszczać się gdzieś daleko. Wiadomo też było, że nie zrobimy żadnej pętli, tylko będziemy wracać tą samą drogą. Dojechaliśmy do Parry Sound i w wypożyczalni White Squall wzięliśmy 18,5-stopowe canoe z trzema siedzeniami, żeby dzieciakom było wygodniej. Do Massasaugi musieliśmy się wrócić jakieś 20 kilometrów i po drodze w Parku Prowincyjnym Oastler Lake dokonać samorejestracji. Startowaliśmy z Three-Legged Lake, przy którym parkowa infrastruktura ogranicza się do parkingu i toalety. Budki strażnika brak.

        28 października dzieci z klas 0-3 polskiej szkoły im. św. Kazimierza razem z rodzicami, s. Weroniką i o. Wojciechem Kurzydłą pojechały na tramwajową pielgrzymkę jubileuszową do katedry św. Michała Archanioła w Toronto. Na pomysł, by pojechać tramwajem, wpadła s. Weronika, po tym jak rozmawiała na katechezie ze swoimi uczniami o wrażeniach z wakacji. Tych, którzy nigdzie nie wyjeżdżali, zapytała, czy może chociaż jechali tramwajem. W ten sposób dowiedziała się, że w ogóle mało dzieci korzysta z komunikacji miejskiej i wraz z o. Wojtkiem postanowiła stworzyć okazję, by to zmienić.

        Na pielgrzymkę zapisało się 25 – 30 osób (dzieci i rodziców), więc w tramwaju numer 504 na trasie między kościołem św. Kazimierza a skrzyżowaniem King St. z Church St. nierzadko stanowiliśmy większość. Wszyscy byli pełni entuzjazmu, nikt nie zniechęcał się padającym od rana deszczem. Potem jeszcze czekał nas krótki spacer z parasolkami ulicą Church na północ. W końcu mogliśmy schronić się w podcieniu przy czerwonych drzwiach katedry.

Strona 1 z 16