Goniec

Register Login

Turystyka

piątek, 09 luty 2018 07:46

Migawki z Afryki - Namibia

Napisane przez

        Jak wspomniałem w poprzednim odcinku migawek z Afryki, podróż z Kapsztadu do Zimbabwe odbywaliśmy (niekoniecznie ku naszemu zadowoleniu) autobusem. Kiedy zobaczyliśmy ten dość „zmęczony” pojazd, zachwytów nie było. Krytyka była powszechna, szczególnie, że autobus pojawił się wraz z naszym nowym przewodnikiem – Romanem. To jemu w pierwszej kolejności dostało się za „murzyński autobus’ - jak ktoś z grupy to określił. Roman ze stoickim spokojem wziął wszystkie komentarze „na klatę” i kiedy wreszcie udało się upchać bagaże i  uczestników wycieczki w autobusie – ruszyliśmy w drogę. 

        Roman, który mieszka w RPA od 1982 roku i od wielu lat pilotuje liczne wycieczki po Afryce ze spokojem praktyka wytłumaczył nam dlaczego taki, a nie inny pojazd wybrał na drogę. Otóż jak się później okazało, drogi na terenie RPA są na ogół dobre i utwardzone. Inaczej sprawa wygląda w Namibii, Botswanie i Zimbabwe. Wiele tamtejszych dróg to utwardzony tłuczeń, często tylko ujeżdżony piasek. Wyboje i kurz. Żaden inny autobus by takich dróg nie wytrzymał i utknęlibyśmy po drodze „w luksusie”, ale bez szansy na dojechanie do celu. 

piątek, 02 luty 2018 07:41

Migawki z Afryki - część druga

Napisane przez

        Kiedy byłem asystentem na wydziale wrocławskiej architektury miałem okazję poznać profesora Zakrzewskiego, który odwiedził naszą katedrę projektowania. 

        Po kilku spotkaniach profesor zaproponował mi możliwość pracy w jego zespole na Uniwersytecie w Durbanie. Nigdy do tego nie doszło, bo gwałtowne zmiany w obrębie Afryki Południowej oraz obalenie rządów białej mniejszości, wywołały liczne zamieszki. Reszty jest się łatwo domyśleć; do kontraktu nie doszło, ale oczywiście pozostała ciekawość jak ten kraj naprawdę wygląda. Kilka razy planowaliśmy wyprawę do Południowej Afryki, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Kiedy w końcu zapadła decyzja „jedziemy” - ciekawości i emocjom nie było końca.

piątek, 19 styczeń 2018 08:02

Spotkanie z Afryką

Napisane przez

        Ostatnie trzy tygodnie miałem okazję podróżować wraz z polską grupą po Afryce. W czasie tej podróży odwiedziliśmy Południową Afrykę, Namibię, Botswanę, Zimbabwe oraz Zanzibar. Mieliśmy również odwiedzić Zambię, ale ze względu na epidemię cholery – postanowiliśmy ominąć ten kraj, by uniknąć konieczności potencjalnej kwarantanny.

        Nigdy przed tą podróżą nie miałem wyobrażenia o skali tych krajów oraz ogromnych kontrastach społecznych i gospodarczych. Duża część podróży odbywana była autobusem. Może niezbyt wygodna to forma podróży w ogromnych upałach, ale jednocześnie pozwalająca na prawie namacalny kontakt z otoczeniem. Oglądanie Afryki z lecącego samolotu jest zupełnie inne niż szansa obserwacji przesuwającego się krajobrazu z ludźmi oraz zwierzętami za oknem.

        Każdy z odwiedzonych krajów ma ogromne złoża surowców naturalnych, które zwykle należą do największych na świecie. Są one jednak w wielu przypadkach słabo wykorzystane albo marnowane przez skorumpowane rządy.

sobota, 21 lipiec 2018 08:06

Dronem nad Mississaugą

Napisał

        Chęć zobaczenia świata z góry to marzenie każdego chłopca, ilu z nas chciało w młodości zostać lotnikiem...

        Podwieszałem kamery na balonach, kilka ładnych lat temu kupiłem zabawkowego drona, który niestety nie miał GPS i skończył na drzewie. Zaporowa cena „porządnych” dronów – ponad tysiąc dolarów, kazała mi czekać i czekać, aż w końcu uznałem, że lustrzanka z dobrym obiektywem już mi nie służy, sprzedałem rzecz i kupiłem z drugiej ręki drona DJI Phantom 3 Standard – najniższy model w chińskiej (DJI to chińska firma, największy na świecie producent dronów) rodzinie Phantomów, ale też model ten „prosty”, wyposażony jest we wszystkie konieczne technologie stabilizacyjne (choć operuje jedynie na satelitach GPS, podczas gdy wyższe modele mają także GLONASS) oraz kamerę rozdzielczości 2,7K (obecnie wyższe modele mają minimum 4K).

        Niska cena to również gorszy system łączności między kontrolerem a dronem w powietrzu, a dron przez link (w tym wypadku wi-fi) przekazuje do operatora nie tylko obraz z kamery, ale wszystkie dane telemetryczne, a więc odległość, wysokość, prędkości – wznoszenia i poziomą, kierunek lotu, czas, jaki pozostał do wyczerpania baterii, i wiele, wiele innych. Słowem, mamy wszystkie dane pozwalające na bezpieczny lot. Lepsze modele dronów mają również system pozwalający na unikanie przeszkód, ale najczęściej działa on jedynie z przodu, a więc lecąc bokiem – co z uwagi na filmowanie nie jest wcale rzadkie – możemy o coś zahaczyć.

        W przypadku mojego P3S przy użyciu prostego „odblaskowego” wzmacniacza sygnału w postaci  ekranu z tyłu anteny, zasięg wynosi do 800 m – 1 km – w zależności od terenu i zakłóceń. W momencie, gdy sygnał niknie, dron rozpoczyna procedurę powrotu „do domu”, czyli punktu, z którego wyleciał, wznosząc się najpierw na zadany pułap, bezpieczny dla ominięcia przeszkód terenowych. Z mojego doświadczenia wynika, że działa to bez zarzutu. Tryb ten można również wyłączyć, gdy uznamy, że odzyskaliśmy pełną kontrolę nad powracającym statkiem powietrznym.

        Procedura powrotu do domu jest również uruchamiana, jeśli poziom naładowania baterii jest niski, a gdy osiąga wartość krytyczną, dron zaczyna lądować, niezależnie od tego, gdzie się znajduje – chodzi o to, by na nic i na nikogo nie spadł. 

        Na dodatek, jeśli nie jesteśmy zbyt sprawni w pilotażu (a naprawdę warto się przeszkolić na jakimś zabawkowym tanim dronie), to możemy skorzystać z trybów Homelock albo Courselock. Wówczas dron lata na kierunkach od nas i do nas albo na zadanym kierunku i nie musimy się orientować, w jakiej jest pozycji w przestrzeni, czyli gdzie ma przód, a gdzie tył. Jest to bardzo wygodne.

        Oczywiście, ponadkilogramowy obiekt w przestrzeni powietrznej to nie przelewki i należy do tego podchodzić poważnie. Aby bezpiecznie latać, warto więc przed misją „zawiesić” drona na kilku metrach i zrobić – jak to się robi w samolotach – odczytanie listy kontrolnej, aby upewnić się, czy wszystko dobrze działa.

        Do sterowania oprócz kontrolera służy tablet lub smartfon – koniecznie z szybkim procesorem i minimum 2 GB RAM-u – to na nim otrzymujemy obraz z kamery, który oprócz tego nagrywany jest bezpośrednio na kartę pamięci na pokładzie. Aby to móc robić, musimy załadować aplikację DJI – android  albo Apple.

        Wiele osób na tym poprzestaje.

        Mnie trochę przeszkadzał fakt, że mój dron latał w terenie miejskim praktycznie jedynie do 600 m. Wystarcza to w zupełności do zrobienia selfie, ale robi się smutno, gdy właściciele o wiele droższych dronów, jak choćby Mavica Pro (1600 dol.), opowiadają o lotach na odległość 3 – 4 km i dalej.

        Sprawę rozwiązuje aplikacja Litchie, która niestety jest płatna (29 dol.), dzięki niej mój prosty tani dron ma  drugą młodość.

        Po pierwsze, latając na tej aplikacji, mamy dodatkowe możliwości, których tanie drony P3S „fabrycznie” nie mają, jak tryb follow-me, gdzie dron na zadanej wysokości i w zadanej odległości podąża za obiektem, albo tracking, gdzie możemy podwiesić nasz aparat na wysokości powiedzmy 15 metrów i kazać mu „patrzeć za piłką” – uzyskamy w ten sposób „kamerzystę”, który na przykład śledził będzie akcję rozgrywanego meczu piłki nożnej.

        Jednak najbardziej fascynująca jest funkcja lotów terenowych do wyznaczonych punktów. Dron leci wówczas od wskazanego na mapie jednego punktu do drugiego, realizując misję, którą może mieć nawet długość 5 -10 km – wówczas wszystko zależy od pojemności baterii.

        W bardzo prosty sposób na mapie Google’a wskazujemy trasę – skąd dron ma wylecieć i dokąd polecieć, ustalamy wysokość punktów, a także możemy określić obiekty zainteresowania kamery, na które dron automatycznie, będzie nalatywał, płynnie filmując. Jednym słowem dzięki temu uzyskujemy aparat latający zdolny do realizowania automatycznie misji zapisanych w jego komputerze pokładowym. Cudo!

        Nasze działanie sprowadza się do klikania myszą i ustalania punktów zwrotnych trasy drona – ich miejsca, wysokości a także prędkości, z jaką dron ma się poruszać od jednego do drugiego oraz obiektów do fotografowania i filmowania. W danym miejscu dron może też robić automatycznie panoramę 360 stopni albo zdęcia zadanych obiektów. Dane misji po odpaleniu drona są następnie przeładowywane bezprzewodowo do statku powietrznego, który macha nam na pożegnanie (przesadzam), odmeldowuje się i tyle go widzimy.

        Od momentu załadowania danych, misja odbywa się autonomicznie i do jej realizacji nie jest potrzebny kontakt z kontrolerem. Oznacza to, że w pewnym momencie tracimy kontakt z dronem, kontroler zapala czerwoną lampkę disconnect i...

        I pozostaje nam cierpliwie obgryzać paznokcie, aż dron (jeśli misja kończy się w tym samym punkcie, gdzie nastąpił wylot) po 15 minutach zjawi się ponownie. Najpierw uzyskujemy kontakt danych telemetrycznych – zapala się zielona lampka, a następnie powraca obraz z kamery pokładowej. Misje realizowane są przeciętnie z prędkością 30 km/h i jeśli wszystko dobrze policzyliśmy (trzeba uważać na wysokość względną poszczególnych punktów, bo są one zapisywane w wysokości bezwzględnej GPS), mamy piękny film do obejrzenia w domu. Z oczywistych powodów (warkot motorów elektrycznych i śmigieł) kamera nie nagrywa dźwięku. Przelot na wysokości 100 m jest praktycznie niezauważalny z ziemi.

        Dla zasady warto na koniec podać obowiązujące przepisy: w celach rekreacyjnych wolno latać jedynie w odległości większej niż 9 km od lotnisk i lądowisk śmigłowców; nie wolno latać nad grupami ludzi, nad prywatnym terenem, na wysokości ponad 100 m, w odległości większej niż 500 m od kontrolera, autonomicznie i bez kontaktu wzrokowego z aparatem. 

        Generalnie więc niewiele wolno. I trzeba się z tym liczyć.

Filmy na stronach YouTube kanał GoniecTv Toronto

        Andrzej Kumor

czwartek, 21 grudzień 2017 23:44

Z górki na pazurki

Napisane przez

        Zimą warto wybrać się na sanki, a jeszcze lepiej i na sanki, i na szlak. Górkę do zjeżdżania można znaleźć już w Toronto, my za rogiem mamy Lituania Park (przy skrzyżowaniu ulic Glenlake i Keele), który daje kilka możliwości zjazdowych – w zależności od odwagi i stopnia zaawansowania. Nieco dalej jest Rennie Park (Runnymede Rd. i Morningside Ave.) czy znany miłośnikom sanek z całego Toronto Riverdale Park East. Jeśli jednak spod śniegu zaczyna wyglądać trawa, a powierzchnia do zjeżdżania zmienia kolor z białego na brązowy, trzeba rozglądać się za jakąś pozamiejską lokalizacją.

        W ten sposób w ostatnią niedzielę trafiliśmy do parku miejskiego w Mono. Jadąc drogą numer 10 na północ zaraz za Orangeville, w miejscowości Camilla, należy skręcić w prawo na Mono Centre. Przy drodze są też znaki na Mono Cliffs Provincial Park. Potem jedziemy, jak droga prowadzi, z jednym zakrętem o 90 stopni w lewo, i zaczynamy wypatrywać Mono Community Centre, na samym początku miejscowości. Patrząc od parkingu, to górka wcale nie wydaje się imponująca. Jeśli jednak podejść bliżej, widać, że teren zaczyna opadać i można się naprawdę nieźle rozpędzić. U podnóża górki przebiega boczny szlak należący do Bruce Trail. Dodatkowym atutem jest bliskość Parku Prowincyjnego Mono Cliffs. Kilkanaście kilometrów dalej na północ mamy jeszcze drugi park prowincyjny – Boyne Valley – ze wspaniałym widokiem roztaczającym się ze wzniesienia Murphy’s Pinnacle. Na 2,5-kilometrową trasę po Boyne Valley wzięliśmy ze sobą jedną parę rakiet śnieżnych, nie wiedząc, czy nie trzeba będzie wydeptywać ścieżki. Nie było to konieczne, ale dzieci miały atrakcję w postaci obserwacji, jak tata chodzi w rakietach. Niech się zapoznają z tego rodzaju sprzętem, powoli dorastają do najmniejszego rozmiaru.

czwartek, 21 grudzień 2017 22:46

AIREN DAGUINOTAS

Napisane przez

        W marcu tego roku miałem ogromną przyjemność wziąć udział w wyprawie nurkowej na Filipiny zorganizowanej przez Aquarius Scuba Centre. 

        Tę niezwykle ciekawą wyprawę zorganizował Marek Paszyn – szef firmy. Trwała trochę ponad dwa tygodnie i program był tak ułożony, że przemieszczaliśmy się pomiędzy trzema wyspami (Cebu, Bohol, Negros) na typowych dla tego rejony łodziach (patrz zdjęcie), po drodze nurkując i spędzając po kilka dni na każdej wyspie w ośrodkach, które były nastawione na nurków. 

        Była to moja druga wyprawa na Filipiny (ale pierwsza całkowicie nastawiona na nurkowanie). 

        Muszę przyznać, że nurkowałem w wielu miejscach na świecie, ale jak dotychczas Filipiny okazały się jednym z najpiękniejszych rejonów. Przepiękne i ciągle niezniszczone rafy z niezwykłym bogactwem fauny! Gorąco polecam! (Zainteresowani mogą zobaczyć zrobiony przeze mnie film na YouTube, wpisując „czaplinski philipines” w wyszukiwarce).

        Na samym początku autostrady Dempstera kierowcy powinni się upewnić, że mają pełny bak. Następna stacja benzynowa za 370 kilometrów. Dalej tablica z kilometrami – Eagle Lodge 363, Inuvik 735. Ciekawe, kiedy dopiszą Tuktoyaktuk, w końcu niedawno świętowaliśmy otwarcie całorocznej drogi do samego Oceanu Arktycznego. Po przejechaniu krótkiego odcinka od skrzyżowania z Klondike Highway, czyli od wjazdu na autostradę Dempstera, asfalt się kończy. Droga jest po prostu bita, ziemno-żwirowa, miejscami trochę dziurawa, ale generalnie utrzymana bardzo przyzwoicie.

        Dempster Highway przebiega przez Park Terytorialny Tombstone, do którego zmierzamy, przecina góry Ogilive i Richardsona, a na końcu wiedzie przez rozległą deltę rzeki MacKenzie. Została poprowadzona w większości zgodnie z przebiegiem dawnej drogi do Fort McPherson, którą pokonywano przy pomocy psich zaprzęgów. Jej nazwa pochodzi od nazwiska kaprala Williama Dempstera, urodzonego w Walii w 1876 roku, który przybył do Kanady w 1897 jako funkcjonariusz North-West Mounted Police (NWMP). W związku z nastaniem gorączki złota pod koniec XIX i na początku XX wieku policja wzmocniła swe siły na Jukonie i na Terytoriach Północno-Zachodnich. Do jej obowiązków należało docieranie do najbardziej oddalonych społeczności. Właśnie w ramach tych patroli w grudniu 1910 roku z Fort McPherson wyruszyło czterech funkcjonariuszy. Mieli dotrzeć do Dawson City, ale nigdy się tam nie pojawili. W marcu 1911 roku Dempster wraz z dwoma konstablami wyruszył na poszukiwania zaginionych. Ekipa pokonała trasę w rekordowym tempie mimo trudnych warunków. Ciała zaginionych odnaleziono 22 marca. Mężczyźni zostali pochowani w Fort McPherson. Dempster pracował w NWMP do 1934 roku. Budowa drogi w dzisiejszym kształcie zaczęła się w 1959 roku i trwała z przerwami przez 20 lat. Prace przyspieszały, gdy rosły nadzieje na odkrycie wartościowych złóż ropy.

        Każdego roku łososie z gatunku chinook z północnych obszarów Pacyfiku rozpoczynają migrację na tarło w górę rzeki Jukon. Mają mniej więcej trzy miesiące na pokonanie 3200 kilometrów. W połowie lipca docierają do Dawson City, a w połowie sierpnia – do Whitehorse. Tam natrafiają na przeszkodę. Rzeka jest przegrodzona tamą. Żeby jednak nie zniweczyć niewyobrażalnego wysiłku łososi (które w czasie migracji nie przyjmują pożywienia), przy jednym z brzegów rzeki w czasie budowy tamy i elektrowni w latach 50. ubiegłego wieku powstała przepławka, czyli specjalny kanał dla migrujących ryb omijający zaporę. Przepławka w Whitehorse jest najdłuższą taką drewnianą budowlą na świecie – ma długość 366 metrów. Dzięki niej łososie mogą płynąć dalej i składać ikrę. Jajeczka leżą przez zimę zakopane w żwirowym dnie rzeki. Narybek pojawia się na wiosnę. Ryby spędzają dwa lata w górnym odcinku rzeki, po czym płyną do oceanu, by po kilku latach powrócić na tarło tam, gdzie same przyszły na świat.

        Do przepławki w Whitehorse przylega niewielki pawilon z trzema oknami, przez które można podglądać przepływające ryby. Przy ostatnim znajduje się krata zatrzymująca je na chwilę. Pracownicy Yukon Energy liczą łososie i określają ich płeć, po czym odsuwają kratę i pozwalają im płynąć dalej. W tym roku naliczyli 1227 łososi chinook, o 300 mniej niż w ubiegłym. Kilka z nich udało nam się zobaczyć podczas jednego z naszych czterech przystanków w Whitehorse. Obserwacja ryb jest bardzo wciągająca. Wycieczka do przepławki to, moim zdaniem, obowiązkowy punkt zwiedzania miasta.

piątek, 24 listopad 2017 07:52

Taaaka ryba!

Napisane przez

        Moja „kubańska” przygoda wędkarska trwa od wielu lat. Każdego roku staram się spędzić tam wędkarskie wakacje. 

        Tak też było w tym roku. Zaplanowany na początek września wyjazd został niestety wymazany z kalendarza poprzez wizytę huraganu „Irma”, który to przeszedł nad Cayo Coco (moje miejsce docelowe) dokładnie tego samego dnia, kiedy ja miałem tam być. 

        Z niedowierzaniem oglądałem zdjęcia pokazujące zniszczenia z tego regionu. Wszystkie hotele oraz port lotniczy uległy poważnym uszkodzeniom. Lotnisko przypominało krajobraz po bitwie! 

        Osobiście byłem przekonany, że miną lata, zanim ktokolwiek wyląduje po raz pierwszy na tym lotnisku i zanim hotele ponownie dadzą zatrudnienie wielu Kubańczykom. Jadąc na wakacje, bardzo rzadko myślimy o tych, którzy nas obsługują i dla których praca w hotelach jest jedyną możliwością utrzymania rodziny. W chwili katastrofy, jaka miała miejsce na Kubie (szczególne w rejonie Cayo Coco), wielu ludzi znalazło się bez środków do życia! 

        My, Polacy, wiemy, że „komuna” nie dba o obywatela. On się sam musi wyżywić. W takiej sytuacji nawet najmniejsza pomoc jest na wagę złota i o tym warto pamiętać. Nasi kubańscy przyjaciele nigdy nam tego nie zapomną.

        Moja podróż doszła do skutku 3 listopada. Jest to o tyle ważne, że jak się okazało, był to pierwszy „pionierski” lot do Cayo Coco po katastrofie. Kiedy wylądowaliśmy, na płycie lotniska otoczył nas tłum reporterów oraz oficjeli. Oklaski, uśmiechy, zdjęcia, wywiady! 

        Jeszcze nigdy nie zapłaciłam 50 dolarów za siedem bochenków chleba. Pierwszy raz taki rachunek przedstawiono nam w Alpine Bakery w Whitehorse. Trzeba jednak przyznać, że chleb jest pyszny i świeży. Szwajcarska piekarnia codziennie oferuje kilka rodzajów wypieków. Cena robi swoje – patrząc na klientelę, nie sposób znaleźć osobę źle ubraną. Wszyscy noszą firmowe turystyczne ubrania, nowiutkie, jakby dopiero zdjęte z wieszaka. Więc wyróżniamy się.

        Z Whitehorse wyjeżdżamy dopiero po 13:00. Dlaczego tak późno? Właśnie ze względu na piekarnię. Chleb może być pokrojony dopiero po 13:00, wcześniej jest za ciepły. Ruszamy i kierujemy się na zachód, w stronę Parku Narodowego Kluane.

        Kluane należy do największego na świecie międzynarodowego obszaru ochronnego (tworzą go przylegające do siebie parki narodowe Kluane, Wrangla-Świętego Eliasza, Zatoki Lodowcowej oraz Tatshenshini-Alsek) i ze względu na walory przyrodnicze jest uznany za miejsce światowego dziedzictwa UNESCO. To tu znajdują się największe na świecie pola lodowe położone poza obszarem biegunowym. W Górach św. Eliasza leży Mount Logan (5959 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Kanady i najszybciej wypiętrzająca się góra na świecie. Jedziemy do Kluane z nadzieją, że uda nam się zobaczyć te cuda z powietrza. Loty widokowe nie są tanie, ale taka okazja nadarza się raz w życiu. Pieszo nie dojdziemy, dlatego że jest tam za daleko. Wspaniała trasa do lodowca Donjek ma 110 kilometrów. Inne widowiskowe szlaki liczą 20-50 kilometrów. Można je rozłożyć na kilka dni. U nas występuje jednak problem innego rodzaju – jedzenie i sprzęt dla czterech osób noszą tylko dwie. Dlatego będziemy wybierać krótsze jednodniowe trasy. Trochę brakuje nam możliwości wchodzenia na szczyty, ale na to musimy poczekać jeszcze kilka lat.