Goniec

Register Login

Turystyka

Takim hasłem reklamuje Kawartha Highlands parkowa gazetka. I nie ma w tym cienia przesady. Jeśli spojrzy się na mapę, park to maleństwo położone na południe od olbrzymiego pod względem powierzchni Algonquin, ale jednocześnie największy park prowincyjny w południowo-centralnym Ontario – 37 tysięcy hektarów pofałdowanego terenu z dziesiątkami jezior, małych jeziorek otoczonych skałami, bagien i lasów, a wszystko to dostępne w dwie godziny jazdy samochodem z zachodniej Mississaugi, a ze wschodniego Toronto tylko godzinę. Oczywiście zakładając, że nie przebijamy się przez Toronto w weekendowym szczycie. Ta bliskość Kawartha Highlands od torontońskiej metropolii umożliwia nawet jednodniowe wycieczki. Zachodnia część parku to duże jeziora, wschodnia to skaliste wzgórza i osadzone między nimi małe jeziorka. Jest także do spłynięcia 15 kilometrów piękną rzeką Mississagua, z 17 przenoskami, dość trudnej technicznie.

piątek, 21 październik 2016 17:32

Chile 2016: W ciągłym poszukiwaniu zimy

Napisane przez

Narty w lecie to marzenie każdego narciarza. Niewiele jest takich miejsc, lodowiec w Alpach, w Nowej Zelandii, no i w Chile.

Od dawna planowałem taki wyjazd, ale ze względów głównie zawodowych nic nie wychodziło, aż tu pewnego dnia zmęczony tegorocznym upalnym latem dostałem e-mail z ofertą wyjazdu do Chile, cena odpowiednia, zastępstwo w pracy załatwione, no i najważniejsze, pozwolenie od żony – a więc jadę!

        Dopiero oswajamy się z Algonquin. Początek, w pierwszej połowie września, mieliśmy raczej klasyczny – trzydniowy wypad z dwoma noclegami na Little Doe Lake, z początkiem na Canoe Lake. Częściowo uniknęliśmy tłumów przez to, że było po Labour Day, pojechaliśmy w piątek, a na sobotę zapowiadali deszcz. Doszliśmy jednak do prostego wniosku, że będziemy atakować Algonqiun z innej strony niż najbliższe bramy do parku położone przy drodze nr 60, a do tego liczba przenosek jest odwrotnie proporcjonalna do liczby napotykanych ludzi.

        Rozkładamy na stole w jadalni mapę parku. Tyle samo tu plam zielonych co niebieskich. Dziwimy się, że tak wielka przestrzeń tak gęsto jest usiana jeziorami. W taką mapę można wpatrywać się godzinami, każde spojrzenie kierować w inne miejsce i snuć plany.

        Park Prowincyjny Algonquin, wizytówka ontaryjskiej przyrody ściągająca co roku tysiące turystów z całego świata, w całym swym pięknie kryje też miejsca ponad tę algonkińską piękność wyrastające, wyjątkowe, niezwykłe, perły w koronie. Taką perłą jest Barron Canyon we wschodniej części parku.

        Stumetrowej głębokości kanion, przez który przepływa Barron River, długo był niedostępny dla turystów. Dopiero w 1963 roku można było dotrzeć tu drogą, przedtem trzeba było canoe załadować do pociągu i wyładować je na stacji w Achray, która teraz jest zbiorowym małym kempingiem z 45 miejscami. Parkowa ulotka wspomina jak o prehistorii o tym, że tory Canadian National Railway łączące wschodnie i zachodnie wybrzeże Kanady, Pacyfik i Atlantyk, przecinały Algonquin do 1995 roku. Tu ze smutkiem trzeba przyznać, że ta prehistoria to nasza młodość, że pamiętamy czasy, kiedy przez park jeździły pociągi, a jednocześnie był on tak dziki, że nie trzeba było robić żadnych rezerwacji. Teraz znaleźć miejsce w Algonquin, odległym od dwumilionowej metropolii Toronto o 250 km, to zmora. Wszystkie na zbiorowych kempingach i blisko wejścia do interioru zajęte pół roku wcześniej, o wyjeździe na długi weekend w lecie z dnia na dzień można tylko pomarzyć i liczyć, że w ostatniej chwili ktoś zrezygnuje. Taka chwila nam się trafiła w październikowe Święto Dziękczynienia w zeszłym roku, nagle zapowiedziano minus dwa stopnie w nocy i deszcz w dzień, ktoś pewnie się takiej pogody wystraszył i zrezygnował, i w dodatku było to miejsce w tej części, gdzie wolno zabierać zwierzęta. Spanie w interiorze było wykluczone ze względu na nasze stare dwa kociska, które choć są doświadczonymi podróżnikami, ze względu na wiek potrzebują coraz więcej komfortu.

        Wasaga Beach przez trzy lata nie stanowiła celu naszych podróży. Byliśmy tam zaraz po przylocie do Kanady, przejazdem, by zobaczyć tłumy na plaży, a potem jeszcze raz w zimnym kwietniu, gdy na piasku leżała jeszcze warstwa lodu. Trzy tygodnie temu podjęliśmy jednak kolejną próbę oswojenia Wasagi – tym razem z innej strony, bo tak trochę od tyłu, z pokładu canoe spuszczonego na rzekę Nottawasaga, która uchodzi do zatoki Georgian właśnie w tej miejscowości.

        Rzeka ma długość 121 kilometrów, spadek od źródła do ujścia wynosi 300 metrów. Można nią spływać od wiosny do jesieni, chociaż w górnym biegu przy niskiej wodzie należy przygotować się na przenoszenie canoe. Pływa się z Nicolston (przy Hwy 89) do Wasaga Beach, trasa podzielona jest na trzy odcinki: Nicolston-Angus – 32,5 km, Angus-Edenvale – 19 km, Edenvale-Wasaga Beach – 23,5 km. Dolina rzeki zbudowana jest ze skał osadowych, których wiek szacuje się na 400 milionów lat. Teren był kształtowany przez przesuwające się lodowce, a 12 tysięcy lat temu stanowił dno polodowcowego jeziora Algonquin. Obecnie jest bardzo zróżnicowany, mamy tu lasy, mokradła i bagna, wydmy, pola uprawne i obszary zurbanizowane. Wzdłuż rzeki można obserwować szopy pracze, norki, łasice, piżmaki, jeżozwierze, zające, lisy, jelenie, a także ponad 200 gatunków ptaków (wśród nich bieliki amerykańskie). W wodach Nottawasagi żyją co najmniej 32 gatunki ryb.

        Niedaleko ujścia Grand River do jeziora Erie znajduje się niewielki Park Prowincyjny Rock Point. Obejmuje tylko 187 hektarów, ale świetnie nadaje się na jednodniową wycieczkę, bo z Toronto to tylko półtorej godziny jazdy.

        Co można robić w Rock Point? Biwakować – są cztery niewielkie kempingi, choć wydały nam się jakoś mało przytulne. Jest duży teren z widokiem na Erie przeznaczony dla odwiedzających park tylko na jeden dzień. Są stoły piknikowe w cieniu drzew, przy nich barbecue, duża polana do gier – w czasie naszego pobytu Hindusi grali tam w krykieta. Można zrobić wycieczkę dwukilometrową trasą przez dębową sawannę i tereny dawniej rolnicze, z platformą widokową na jezioro nad piaszczystymi wydmami. No i przede wszystkim kąpać się. Plaża ma długość 1 kilometra, wbrew informacjom na stronie parku nie jest całkiem piaszczysta, a piaszczysto-kamienista, ale po wejściu do wody jest już tylko piasek. Nie da się jej porównać z plażami na Long Point, w Sandbanks nad Ontario czy nad jeziorem Huron, ale ma zaletę – byliśmy tam ostatnio w długi weekend w sierpniu i nie było tłumów. Woda płytka długo w głąb jeziora, idealna dla dzieci, o jasnozielonkawym odcieniu, cieplutka, zdawało się, że pływamy w basenie.

        Pisząc o kolejnym parku nad Erie prawie w połowie września, sądziliśmy, że 40-stopniowe upały będą już tylko wspomnieniem, a tu nic z tego. Lato nie odpuszcza i okazuje się, że nasza opowieść niewiele traci na aktualności.

        Erie w lecie jest cudownym miejscem do plażowania i kąpieli, ale nie jest to najlepsza pora do podglądania przyrody. W 40 stopniach wszystko żywe chowa się, gdzie może, a parki nad jeziorem najciekawsze są wiosną i jesienią, kiedy pojawiają się tu dziesiątki gatunków ptaków migrujących, które odpoczywają przed wyruszeniem w podróż do USA, i motyle Monarch w swej drodze do Meksyku. Ale mimo pory roku i upału udało nam się podpatrzyć co nieco w Rondeau Provincial Park.

        Czy mogą sobie Państwo wyobrazić 15 kilometrów pięknej, piaszczystej plaży nad ciepłym jeziorem w południowym Ontario w upalny dzień, i to plaży całkowicie bezludnej, dosłownie, bez ani jednego człowieka? Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak! Taki obrazek powitał nas w Parku Narodowym Point Pelee nad jeziorem Erie w sierpniowy weekend. Cieplutka woda, słońce, stoły piknikowe, a tu nikogo.

        Poznanie przyczyn tego cudu zajęło nam trzy minuty. Tyle czasu wystarczyło nam na pstryknięcie zdjęcia i tyle czasu starczyło muchom kłujkom na zlokalizowanie nas. To wredne stworzenie wyglądające jak zwykła mucha domowa żywi się krwią ssaków i po polsku nazywa się bolimuszka kleparka (polscy entomolodzy to poeci, polskie nazwy owadów to cudeńka same w sobie, świadectwo bogactwa naszego języka, podobno najbardziej złożonego po sanskrycie). Bolimuszka wrednie podszywająca się wyglądem pod zwykłą muchę różni się od niej, poza posiadaniem kłujki, śmieszną rzeczą – zwykle siada na ścianie głową do góry. No i krwiożercze są tylko panie muchy, panowie wolą spijać kwiatowy nektar. O ich obecności w parku jak o wstydliwej chorobie cisza w reklamowych broszurach, odstraszyłyby turystów. Dlaczego tu są, w jakich porach roku, nie wiadomo. Jedynie przy głównej bramie ostrzegawcza mała tabliczka. Wiele lat temu informowano wjeżdżających, że park nie zwraca za pieniędzy za bilety, jeśli ktoś zrezygnuje z pobytu z ich powodu, teraz nawet tego nie ma. Dopiero przeglądając zdjęcia w domu, zorientowaliśmy się, że pustki na plaży mogły mieć i drugą przyczynę. Przy wejściu wisiała tabliczka, że w wodzie znajduje się groźna bakteria i kąpiel, a nawet brodzenie w niej, może być przyczyną choroby. Nigdzie indziej takich ostrzeżeń nie było, ale może z powodu much nie były potrzebne.

        Zachęceni niewielką odległością od Toronto, wybraliśmy się w połowie sierpnia na jeden dzień do Parku Prowincyjnego Six Mile Lake. Tylko 150 kilometrów od domu, cały czas autostradą nr 400.

        Park jest niewielki, z 220 miejscami kempingowymi na sześciu polach kempingowych. Dwa są zelektryfikowane. Z poziomem prywatności bywa różnie, najmniej ustronne są miejsca „premium” położone nad jeziorem, ale przy głównej drodze. Są trzy plaże, w tym jedna „psia”, plac zabaw, sklepik i trzy szlaki piesze łącznej długości 3 kilometrów. Ścieżki prowadzą przez mokradła, po kładkach, z których można wypatrywać bobrowych żeremi i łosi, a także po skałach będących częścią tarczy kanadyjskiej. Jeden ze szlaków nazwano od nazwiska Davida Milne’a, malarza, który znajdował inspiracje w tutejszym krajobrazie.

Erie – jezioro słodkowodne, czwarte co do wielkości pod względem powierzchni w kompleksie pięciu Wielkich Jezior Ameryki Północnej. Środkiem jeziora biegnie granica między Kanadą i USA. Rzeka Niagara wypływa z jeziora na jego wschodnim końcu i łączy je z jeziorem Ontario. Na zachodnim końcu wpływa do jeziora rzeka Detroit, która łączy je z jeziorem Huron. Jezioro jest dostępne dla pełnomorskich statków przez Drogę Wodną Świętego Wawrzyńca. Amerykański (południowy) brzeg jeziora jest bardzo gęsto zaludniony. Duże miasta nad jeziorem to: Buffalo, Erie, Cleveland i Toledo. Kanadyjski brzeg jest stosunkowo mało zaludniony i głównie rolniczy.

Tyle o jeziorze Erie mówi sucha notatka po polsku w internetowej Wikipedii. Można by jeszcze dodać za wersją angielską, że nazwę Erie wzięło od Indian zamieszkujących jego południowe brzegi, a pierwszym odnotowanym białym człowiekiem, który zobaczył jezioro w 1669 roku, był Francuz Louis Jolliet. Ciekawostką jest, że Erie było ostatnim z Wielkich Jezior, które eksplorowali Europejczycy, z powodu konfliktu Irokezów z Francuzami. Irokezi, zajmujący brzegi rzeki Niagara, blokowali przejście do jeziora Huron. Potem długa historia walk na tym terenie o dominację między Francją i Anglią, osadnictwo, rozwój rolnictwa i rybołówstwa.