Goniec

Register Login

Turystyka

czwartek, 26 styczeń 2017 23:01

Indie, Bhutan i Andamany. Piękno kontrastów

Napisane przez

        Na przełomie grudnia i stycznia 2017 roku, wraz z grupą innych podróżników, mieliśmy okazję odwiedzić dla nas nowe trzy kraje. Podróż, trwająca prawie trzy tygodnie, obejmowała Indie, Bhutan oraz Andaman Islands (wyspy w Zatoce Bengalskiej).

        Była to relatywnie krótka podróż i oczywiście, nie uzurpuję sobie prawa do dogłębnej oceny odwiedzonych krajów, ale pewne uwagi są zapewne godne podzielenia się nimi.

        Najpierw Indie. Ogromny kraj, powierzchniowo 10 razy większy niż Polska, ale 3 razy mniejszy niż Kanada. Populacja 1,25 miliarda, czyli 32 razy więcej niż Polska czy Kanada. I to się odczuwa w każdym miejscu. Kraj nieprawdopodobnych kontrastów. Średnie PKB na osobę to 1500 dol. na rok, z tym że z całą pewnością połowa społeczeństwa jest zdecydowanie poniżej tej sumy i żyje pewnie za dolara (o ile) dziennie. Miałem wrażenie, że przynajmniej 10 proc. (ponad 120 milionów) ludzi żyje na ulicy i nie ma kompletnie nic! Czyli brakuje im nie tylko dachu nad głową, mebli czy samochodu (to co my uznajemy za rzeczy oczywiste). „Nic” w tym wypadku oznacza, że żyją oni w najlepszym razie pod kawałkiem dykty z miską na ryż jako jedynym majątkiem i szmatą na plecach i głowie.

czwartek, 06 wrzesień 2018 08:49

Warto jechać do Gruzji

Napisane przez

Milion białych róż
Milion, million białych róż,
Z okna swego rankiem widzisz Ty…

        Taki jest refren znanej piosenki o malarzu gruzińskim Niko Pirosmanim, a naprawdę o Nikolozie Pirosmanaszwilim.  Żył w latach 1862–1918. Był bardzo ubogim artystą, często  bezdomnym, zarabiał na życie, malując obrazy na wystawach sklepowych. Po śmierci,  jak to często bywa, został uznany za jednego z najwybitniejszych prymitywistów na świecie.  Kolekcję jego dzieł posiada Muzeum Sztuk  Pięknych w Tbilisi. W piosence rozsławionej przez Ałłę Pugaczową,  a ostatnio przez Ani Lorak, sprzedał swój dom i kupił tysiące białych róż dla pięknej aktorki. Tacy potrafią być gruzińscy artyści i taka urzekająca pięknem i ciekawa  jest Gruzja.

        Kraj ten stał się ostatnio jednym z najczęściej odwiedzanych przez wycieczki z Polski ze względu na bogactwo zabytków historycznych, przepiękną kaukaską przyrodę i ciepły klimat. Polacy są tam drugą najliczniej przyjeżdżającą grupą turystów. Gruzja jest położona nad Morzem Czarnym, a za sąsiadów ma Rosję, Turcję, Armenię i Azerbejdżan oraz dawne obszary Abchazji i Osetii Południowej. Te wszystkie narodowości mają wpływ  na  różnorodność  kultury i architektury gruzińskiej.

        Za oknem śnieg, mróz, wyjść z domu się nie chce, zima dopiero się zaczyna i na letnie wojaże trzeba będzie czekać długie miesiące. Ale ten czas ma swoisty urok. Można przejrzeć zdjęcia z lata, na co nie było wcześniej czasu, powspominać, i – co jest równie przyjemne jak same wyprawy – rozłożyć mapę i planować wycieczki na następny sezon.

        Patrzymy na mapę, gdzie nas jeszcze nie było, a gdzie dojechać z Toronto można na długi weekend lub na parę dni więcej. Pojawia się plan, to Wakimika Triangle, 25 kilometrów  kwadratowych lasu z podobno najstarszymi na świecie, mającymi prawie 400 lat czerwonymi i białymi sosnami, nad Obabika Lake w rejonie Temagami. Administracyjnie Temagami to gmina o powierzchni około 2000 kilometrów kwadratowych, z miasteczkiem o tej samie nazwie położonym na jeziorem również noszącym to imię, licząca około 1000 mieszkańców, odległa niecałe 500 kilometrów na północ od Toronto. Rozwój region zawdzięczał na początku otwarciu punktu Kompanii Hudsona, potem przemysłowi drzewnemu i odkrytym złożom złota, kobaltu, miedzi i srebra. Kopalnie są czynne do dnia dzisiejszego. Natomiast dla Kanadyjczyków Temagami współcześnie to pojęcie szersze, daleko wykraczające poza administracyjne granice, obejmujące kilkanaście parków prowincyjnych, dziesiątki jezior i rzek, 4 tysiące kilometrów tras canoe, dziką przyrodę i wakacje w letnich domkach.

        Po dwóch już wyprawach do Meksyku, przyszła nam chęć na odwiedzenie jakiegoś dalszego kraju.

        Wybór padł na Peru, trzykrotnie większy od Polski kraj, kolebkę potężnego niegdyś imperium Inków. Kraj  to ogromny, o bardzo zróżnicowanym środowisku geograficznym, od niebosiężnych szczytów andyjskich i sąsiadujących z nimi pustynnych nadoceanicznych nizin po wysoko położone kotliny, graniczące od wschodu z yungay, czyli rozległą równiną górnego dorzecza Amazonki i jej dopływów.

        Nasza 3-osobowa grupka z Polonijnego Klubu Turystycznego „Koliba” w Toronto, siłą rzeczy skoncentrowała się na najważniejszych atrakcjach turystycznych Peru. Przebyliśmy ponad 5 tysięcy kilometrów, przemieszczając się autobusami renomowanej firmy Cruz del Sol, dwupoziomowymi, o standardzie nieustępującym liniowym samolotom.

Takim hasłem reklamuje Kawartha Highlands parkowa gazetka. I nie ma w tym cienia przesady. Jeśli spojrzy się na mapę, park to maleństwo położone na południe od olbrzymiego pod względem powierzchni Algonquin, ale jednocześnie największy park prowincyjny w południowo-centralnym Ontario – 37 tysięcy hektarów pofałdowanego terenu z dziesiątkami jezior, małych jeziorek otoczonych skałami, bagien i lasów, a wszystko to dostępne w dwie godziny jazdy samochodem z zachodniej Mississaugi, a ze wschodniego Toronto tylko godzinę. Oczywiście zakładając, że nie przebijamy się przez Toronto w weekendowym szczycie. Ta bliskość Kawartha Highlands od torontońskiej metropolii umożliwia nawet jednodniowe wycieczki. Zachodnia część parku to duże jeziora, wschodnia to skaliste wzgórza i osadzone między nimi małe jeziorka. Jest także do spłynięcia 15 kilometrów piękną rzeką Mississagua, z 17 przenoskami, dość trudnej technicznie.

piątek, 21 październik 2016 17:32

Chile 2016: W ciągłym poszukiwaniu zimy

Napisane przez

Narty w lecie to marzenie każdego narciarza. Niewiele jest takich miejsc, lodowiec w Alpach, w Nowej Zelandii, no i w Chile.

Od dawna planowałem taki wyjazd, ale ze względów głównie zawodowych nic nie wychodziło, aż tu pewnego dnia zmęczony tegorocznym upalnym latem dostałem e-mail z ofertą wyjazdu do Chile, cena odpowiednia, zastępstwo w pracy załatwione, no i najważniejsze, pozwolenie od żony – a więc jadę!

        Dopiero oswajamy się z Algonquin. Początek, w pierwszej połowie września, mieliśmy raczej klasyczny – trzydniowy wypad z dwoma noclegami na Little Doe Lake, z początkiem na Canoe Lake. Częściowo uniknęliśmy tłumów przez to, że było po Labour Day, pojechaliśmy w piątek, a na sobotę zapowiadali deszcz. Doszliśmy jednak do prostego wniosku, że będziemy atakować Algonqiun z innej strony niż najbliższe bramy do parku położone przy drodze nr 60, a do tego liczba przenosek jest odwrotnie proporcjonalna do liczby napotykanych ludzi.

        Rozkładamy na stole w jadalni mapę parku. Tyle samo tu plam zielonych co niebieskich. Dziwimy się, że tak wielka przestrzeń tak gęsto jest usiana jeziorami. W taką mapę można wpatrywać się godzinami, każde spojrzenie kierować w inne miejsce i snuć plany.

        Park Prowincyjny Algonquin, wizytówka ontaryjskiej przyrody ściągająca co roku tysiące turystów z całego świata, w całym swym pięknie kryje też miejsca ponad tę algonkińską piękność wyrastające, wyjątkowe, niezwykłe, perły w koronie. Taką perłą jest Barron Canyon we wschodniej części parku.

        Stumetrowej głębokości kanion, przez który przepływa Barron River, długo był niedostępny dla turystów. Dopiero w 1963 roku można było dotrzeć tu drogą, przedtem trzeba było canoe załadować do pociągu i wyładować je na stacji w Achray, która teraz jest zbiorowym małym kempingiem z 45 miejscami. Parkowa ulotka wspomina jak o prehistorii o tym, że tory Canadian National Railway łączące wschodnie i zachodnie wybrzeże Kanady, Pacyfik i Atlantyk, przecinały Algonquin do 1995 roku. Tu ze smutkiem trzeba przyznać, że ta prehistoria to nasza młodość, że pamiętamy czasy, kiedy przez park jeździły pociągi, a jednocześnie był on tak dziki, że nie trzeba było robić żadnych rezerwacji. Teraz znaleźć miejsce w Algonquin, odległym od dwumilionowej metropolii Toronto o 250 km, to zmora. Wszystkie na zbiorowych kempingach i blisko wejścia do interioru zajęte pół roku wcześniej, o wyjeździe na długi weekend w lecie z dnia na dzień można tylko pomarzyć i liczyć, że w ostatniej chwili ktoś zrezygnuje. Taka chwila nam się trafiła w październikowe Święto Dziękczynienia w zeszłym roku, nagle zapowiedziano minus dwa stopnie w nocy i deszcz w dzień, ktoś pewnie się takiej pogody wystraszył i zrezygnował, i w dodatku było to miejsce w tej części, gdzie wolno zabierać zwierzęta. Spanie w interiorze było wykluczone ze względu na nasze stare dwa kociska, które choć są doświadczonymi podróżnikami, ze względu na wiek potrzebują coraz więcej komfortu.

        Wasaga Beach przez trzy lata nie stanowiła celu naszych podróży. Byliśmy tam zaraz po przylocie do Kanady, przejazdem, by zobaczyć tłumy na plaży, a potem jeszcze raz w zimnym kwietniu, gdy na piasku leżała jeszcze warstwa lodu. Trzy tygodnie temu podjęliśmy jednak kolejną próbę oswojenia Wasagi – tym razem z innej strony, bo tak trochę od tyłu, z pokładu canoe spuszczonego na rzekę Nottawasaga, która uchodzi do zatoki Georgian właśnie w tej miejscowości.

        Rzeka ma długość 121 kilometrów, spadek od źródła do ujścia wynosi 300 metrów. Można nią spływać od wiosny do jesieni, chociaż w górnym biegu przy niskiej wodzie należy przygotować się na przenoszenie canoe. Pływa się z Nicolston (przy Hwy 89) do Wasaga Beach, trasa podzielona jest na trzy odcinki: Nicolston-Angus – 32,5 km, Angus-Edenvale – 19 km, Edenvale-Wasaga Beach – 23,5 km. Dolina rzeki zbudowana jest ze skał osadowych, których wiek szacuje się na 400 milionów lat. Teren był kształtowany przez przesuwające się lodowce, a 12 tysięcy lat temu stanowił dno polodowcowego jeziora Algonquin. Obecnie jest bardzo zróżnicowany, mamy tu lasy, mokradła i bagna, wydmy, pola uprawne i obszary zurbanizowane. Wzdłuż rzeki można obserwować szopy pracze, norki, łasice, piżmaki, jeżozwierze, zające, lisy, jelenie, a także ponad 200 gatunków ptaków (wśród nich bieliki amerykańskie). W wodach Nottawasagi żyją co najmniej 32 gatunki ryb.

        Niedaleko ujścia Grand River do jeziora Erie znajduje się niewielki Park Prowincyjny Rock Point. Obejmuje tylko 187 hektarów, ale świetnie nadaje się na jednodniową wycieczkę, bo z Toronto to tylko półtorej godziny jazdy.

        Co można robić w Rock Point? Biwakować – są cztery niewielkie kempingi, choć wydały nam się jakoś mało przytulne. Jest duży teren z widokiem na Erie przeznaczony dla odwiedzających park tylko na jeden dzień. Są stoły piknikowe w cieniu drzew, przy nich barbecue, duża polana do gier – w czasie naszego pobytu Hindusi grali tam w krykieta. Można zrobić wycieczkę dwukilometrową trasą przez dębową sawannę i tereny dawniej rolnicze, z platformą widokową na jezioro nad piaszczystymi wydmami. No i przede wszystkim kąpać się. Plaża ma długość 1 kilometra, wbrew informacjom na stronie parku nie jest całkiem piaszczysta, a piaszczysto-kamienista, ale po wejściu do wody jest już tylko piasek. Nie da się jej porównać z plażami na Long Point, w Sandbanks nad Ontario czy nad jeziorem Huron, ale ma zaletę – byliśmy tam ostatnio w długi weekend w sierpniu i nie było tłumów. Woda płytka długo w głąb jeziora, idealna dla dzieci, o jasnozielonkawym odcieniu, cieplutka, zdawało się, że pływamy w basenie.