Goniec

Register Login

Turystyka

        Mniej więcej w ten sposób można by przetłumaczyć hasło reklamujące Park Narodowy Kouchibouguac („Difficult to pronounce… Impossible to forget”). Specjaliści od parkowego marketingu jednak nie do końca się postarali. Chciałoby się kupić koszulkę z takim hasłem, tymczasem w parkowym sklepie próżno takiej szukać.

        Tegoroczne wakacje spędzaliśmy we wschodnim Quebecu i w Nowym Brunszwiku. Aktywności bardzo zróżnicowane: był czas na chodzenie po górach, spływ krystalicznie czystą rzeką oraz odpoczynek na plaży. Na plażowanie wybraliśmy właśnie Kouchibouguac – park leżący nad Atlantykiem we wschodniej części Nowego Brunszwiku, znany z najcieplejszej wody w oceanie na północ od Wirginii.

        Nazwa Kouchibouguac pochodzi z języka Indian Mi’kmaq i oznacza „rzekę o dalekich przypływach” – odnosi się do rzek, które uchodzą do oceanu i do których z tego oceanu w głąb lądu wpływa słona woda. Park został założony w 1969 roku, obejmuje 238 kilometrów bagien, mokradeł, lasów, trzęsawisk, wydm i terenów wokół dwóch ujść rzek – Kouchibouguac i Kouchibouguacis. Ujścia są odgrodzone od otwartego oceanu ułożonymi poprzecznie piaszczystymi wyspami barierowymi. W ten sposób powstały dwie laguny z przyjemnie piaszczystym dnem i ciepłą, zachęcającą do kąpieli wodą. W południowej części parku latem rezyduje spora kolonia fok. Można też obserwować rybitwy (druga co do wielkości kolonia w Ameryce Północnej) oraz zagrożone sieweczki blade, będące symbolem parku.

        Nie lubię jeździć pod namiot w Ontario. Mniejsza o to, że odstraszają mnie kempingi z trzycyfrową liczbą miejsc (do tej pory spaliśmy zawsze na backcountry), po prostu boję się niedźwiedzi. Z nostalgią wspominam spanie w namiocie w Polsce lub na Ukrainie, z całym jedzeniem w środku, bez obawy, że w nocy zjawi się gość szukający posiłku. Teraz na mojej liście rzeczy do spakowania w okresie letnim widnieją trzy pozycje typu „coś na…”: coś na komary, coś na słońce i coś na misia.

        Gdy w ostatni weekend czerwca pojechaliśmy do parku prowincyjnego Grundy Lake, od razu zwróciłam uwagę na różową kartkę przyczepioną do parkowej gazetki. Na kartce ma się rozumieć ostrzeżenie o niedźwiedziach i zestaw dobrych rad, jak uchronić się przed wizytą nieproszonego gościa. Oczywiście wszystko, co miało jakikolwiek kontakt z jedzeniem, powinno być dokładnie wyszorowane i zamknięte w samochodzie, ale my przecież jedziemy na kemping typu „canoe-in only”…

czwartek, 21 lipiec 2016 22:54

Dmuchanym kajakiem wokół Franklin Island

Napisał

        Nie, nie, oczywiście nie tej u północnych brzegów Grenlandii, lecz naszej, tutejszej na północ od Parry Sound.

        Dlaczego akurat tam płynąć? No bo jest pięknie, choć przyznać trzeba, że o tej porze roku próżno szukać tam samotności. Poza tym wyspa Franklina to jeden z niewielu kawałków ziemi królewskiej, jaki ostał się w bliskiej odległości od Toronto. A jak wiadomo, na państwowym, każdy poddany Królowej może rozbijać namiot za darmo i gdzie chce.

        Nie ma większego poczucia swobody i niż możliwość zajęcia upatrzonego skrawka gruntu i rozłożenia się na nim obozowiskiem. Jest w tym jakiś czar pierwszego osadnictwa. Choć przyznać trzeba, że od przybytku czasem głowa boli i człowiek główkuje, gdzie by było lepiej i czy to już tu, czy może za zakrętem.

czwartek, 07 lipiec 2016 20:16

Rouge River - oaza w środku miasta

Napisał

Aglomeracja Toronto to pod wieloma względami fascynujące miasto, między innymi dlatego, że jest „wielowarstwowa”, jedną z tych warstw jest zaś obecność mniej lub bardziej „naturalnej” natury. Kilka rzek płynących do jeziora Ontario przez miasto tworzy naturalne korytarze dla ptactwa i zwierząt.
Od kilku tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem dmuchanego kajaka.
Nadmuchanie ręczną pompką zajmuje niewiele ponad 10 minut, wypuszczanie powietrza i pakowanie do torby to nieco dłuższy proces (trzeba wylać wodę), ale i tak razem daje to możliwość szybkiego zwodowania się na dowolnym akwenie. Gdzie więc jechać?
Zaliczyliśmy już Credit River w górę rzeki z Port Credit, Humber River od jeziora do mostu na Bloor i Old Mill. Gdzie jeszcze można płynąć?
Szybkie googlowanie przyniosło niespodziewane odkrycie – Rouge River na granicy Scarborough i Pickering.
Niedługa rzeka nazwana czerwoną ponoć jeszcze przez francuskiego podróżnika Louisa Jollieta w 1673 roku, wypływa z moreny Oak Ridges w Richmond Hill i niedługo potem wpada do jeziora Ontario.

czwartek, 23 czerwiec 2016 23:42

Spokojne wody Wielkiej Rzeki

Napisane przez

        Gdy temperatura za oknem przekracza 30 stopni Celsjusza, człowiek zaczyna szukać kontaktu z wodą. Najlepiej jeszcze, żeby wokół nie było tłoku, żeby nie siedzieć w jednym miejscu i żeby nie było daleko. Z wyżej wymienionych powodów w ostatnią sobotę postanowiliśmy zainaugurować sezon i wybraliśmy się na spływ Grand River. Trasa od Freeport Bridge koło Kitchener do Paris była już opisywana w Gońcu (www.goniec.net, w polu wyszukiwarki wystarczy wpisać „Grand River”), nasza jest jej kontynuacją.

        Dojechaliśmy więc do miejscowości Paris położonej kilkanaście kilometrów na północ od Brantford (godzina jazdy od Toronto). Canoe zamówiliśmy w Grand Experinces (grand-experiences.com). Firma organizuje spływy na różnych odcinkach Grand River, a także innymi ontaryjskimi rzekami. Zdecydowaliśmy się na krótką trasę zwaną Cayuga (10 km) rozpoczynającą się właśnie w Paris i kończącą w Brant Conservation Area pod Brantford. Przewidywany czas spływu to 3 godziny, koszt w przypadku canoe to 37 dol. od osoby wiosłującej i 8 dol. od każdej siedzącej bezczynnie zwanej również pasażerem.

Zima upłynęła nam na marzeniach o górach lodowych, a wiosną zaczęliśmy snuć plany wyjazdowe. Chcieliśmy polecieć pod koniec maja. Zarezerwowaliśmy więc samochód na tydzień i kupiliśmy bilety do Deer Lake (na zachodnim wybrzeżu Nowej Fundlandii). I właściwie tyle. Plan był taki, by jak najdłużej nie mieć planu. Gdy zbliżał się dzień wylotu (wtorek, 24 maja), zaczęliśmy obserwować położenie gór lodowych na stronie IcebergFinder i śledzić wpisy na Twitterze tego serwisu (który ostatecznie i tak okazał się zawodny).

        W sobotę przed wyjazdem przyszedł czas na podjęcie decyzji. Oprócz przesłanek o występowaniu gór lodowych wzięliśmy pod uwagę jeszcze pogodę i ostatecznie wybór padł na Twilingate. Miejscowość tę odwiedziliśmy już w ubiegłym roku, widzieliśmy wówczas jedną górę i wyjechaliśmy z uczuciem niedosytu, żeby nie powiedzieć zawodu.

piątek, 10 czerwiec 2016 14:50

Ach jak przyjemnie... Z pokładu dmuchanego kajaka

Napisane przez

        Korzystając z wyprzedażowej okazji w Walmarcie, nabyłem drogą pocztową dmuchany kajak marki Intex Challanger K2 – dwumiejscowy, dwukomorowy, z dwoma wiosłami oraz wysoko wydajną pompką ręczną.

        Szczerze mówiąc, dawno już miałem ochotę na coś pływającego, co dodawałoby tężyzny moim wiotki mięśniom, jak też nie zabierało zbyt wiele miejsca w domu.

        K2 okazał się wyjątkowo trafiony, bo nie dość, że tanio (poniżej 200 dol.), to jeszcze całość mieści się w dużej torbie, a waży niespełna 15 kg – czyli spokojnie można zabrać do bagażnika; nie trzeba stelaży, uchwytów, linek.

        Łódka jest wygodna i całkiem szybka (choć oczywiście nie jest to smukły kajak morski). Nadmuchana, ma dodatkowo zakładany niewielki kil, który pomaga w utrzymaniu kierunku. Całkowita ładowność wynosi 180 kg, a więc nadaje się doskonale dla jednej osoby plus bagaże, lub bezbagażowy wypad dla pary grubszy-chudszy.

        Dzień 11

        Dziś wybieramy się na północ. Pierwotnie mieliśmy dojechać aż do St. Anthony, ale nie zdążymy. Zostanie nam na następny raz.

        Z każdym kilometrem drzewa stają się coraz niższe i jest coraz bardziej skalisto. Krajobraz kształtowany przez wiatr. Droga przez cały czas biegnie wybrzeżem, mijamy kolejne wioski rybackie. W końcu dojeżdżamy do Port au Choix.

        Port au Choix ma status National Historic Site of Canada. Miejsce jest jednym z najbardziej interesujących pod względem archeologicznym w Ameryce Północnej. Znaleziono tu ślady pochówków sprzed 5000-6000 lat archaicznych Indian, Paleoeskimosów Groswater i Dorset, a także późniejszych Indian Bethouk, uważanych za rdzennych mieszkańców Nowej Fundlandii. Dzięki temu, że nabrzeże w Port au Chiox jest dość wysokie, a gleba ma odczyn zasadowy, pozostałości dawnych epok dobrze się zachowały.

Dzień 7

Przez pół dnia znów jesteśmy w drodze. Tym razem dojeżdżamy do Parku Narodowego Gros Morne – miejsca opisywanego we wszystkich przewodnikach jako obowiązkowy punkt wycieczki na Nową Fundlandię.

To drugi pod względem wielkości park narodowy w Kanadzie – ma 1805 kilometrów kwadratowych. Większy jest tylko Park Narodowy Gór Torngat. Swoją nazwę zawdzięcza szczytowi Gros Morne (806 m n.p.m.), którego nazwa oznacza wielką samotną górę. Jest ona częścią pasma Long Range, należącego do zewnętrznych Appalachów i uformowanego 1,2 miliarda lat temu, które ciągnie się wzdłuż zachodniego wybrzeża Nowej Fundlandii i przez cały ten czas ulegało erozji.

        Dzień 4

        Twillingate leży na wyspie o tej samej nazwie położonej przy północno-wschodnim brzegu Nowej Fundlandii. Ta część wybrzeża jest usiana setkami mniejszych i większych wysp. Miejscowość uznawana jest za „Światową Stolicę Gór Lodowych”, które co roku dryfują z rejonów arktycznych. Leży przy tzw. Icebreg Alley – obszarze rozciągającym się wzdłuż północnego i wschodniego wybrzeża Nowej Fundlandii, na którym w kwietniu zaczynają pojawiać się góry lodowe. Najlepszy czas na obserwacje przypada pod koniec maja i na początku czerwca. Wtedy wszystkie noclegi w Twillingate są zarezerwowane. Miasteczko nie jest duże, liczy nieco ponad 2 tys. mieszkańców, więc możliwości przyjmowania turystów są ograniczone.

        Mniej więcej aktualne położenie gór lodowych wzdłuż wybrzeży Nowej Fundlandii można znaleźć na mapie na stronie IcebergFinder.com oraz na Twitterze serwisu. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że góry lodowe mogą przemieszczać się średnio 17 kilometrów dziennie. Wiatry i prądy morskie spychają je bliżej brzegu.