Goniec

Register Login

Turystyka

czwartek, 18 sierpień 2016 23:20

Park Narodowy Gaspesie: W krainie łosia

Napisane przez

        Nie ma dla nas wakacji bez gór. W Skaliste trochę za daleko, dlatego kolejny raz wybraliśmy Appalachy. Dwa lata temu spędziliśmy trzy dni w parku narodowym Gaspesie (w Quebecu wszystkie parki prowincyjne nazywają się narodowe), teraz pojechaliśmy tam znowu, na tydzień. Na początku aż trudno mi było oswoić się z myślą, że będziemy nocować siedem razy w tym samym miejscu. Dokładnie w tym samym co przed dwoma laty, w dwuosobowym domku nad jeziorem Cascapedia. Znów nie mogłam wyjść z podziwu, że wszystko może być na propan, nawet lodówka, i że na wakacjach można mieć kuchnię z pełnym wyposażeniem, a nie korzystać tylko z miski, kubka, garnka, łyżki i palnika gazowego.

        Na terenie Parku Narodowego Gaspesie położonego w centralnej części półwyspu o tej samej nazwie znajdują się dwa pasma górskie wchodzące w skład Appalachów – Chic-Choc w zachodniej części parku i McGerrigle we wschodniej. W tym drugim leży najwyższy południowego Quebecu, drugi w całej prowincji – Mont Jacques-Cartier (1268 m n.p.m.). Przez środek parku biegnie droga nr 299, przy której zbudowano schronisko Gite du Mont-Albert. Obok niego znajduje się też centrum informacyjne.

czwartek, 18 sierpień 2016 23:17

Park Narodowy Gaspesie: W krainie łosia

Napisane przez

        Nie ma dla nas wakacji bez gór. W Skaliste trochę za daleko, dlatego kolejny raz wybraliśmy Appalachy. Dwa lata temu spędziliśmy trzy dni w parku narodowym Gaspesie (w Quebecu wszystkie parki prowincyjne nazywają się narodowe), teraz pojechaliśmy tam znowu, na tydzień. Na początku aż trudno mi było oswoić się z myślą, że będziemy nocować siedem razy w tym samym miejscu. Dokładnie w tym samym co przed dwoma laty, w dwuosobowym domku nad jeziorem Cascapedia. Znów nie mogłam wyjść z podziwu, że wszystko może być na propan, nawet lodówka, i że na wakacjach można mieć kuchnię z pełnym wyposażeniem, a nie korzystać tylko z miski, kubka, garnka, łyżki i palnika gazowego.

        Na terenie Parku Narodowego Gaspesie położonego w centralnej części półwyspu o tej samej nazwie znajdują się dwa pasma górskie wchodzące w skład Appalachów – Chic-Choc w zachodniej części parku i McGerrigle we wschodniej. W tym drugim leży najwyższy południowego Quebecu, drugi w całej prowincji – Mont Jacques-Cartier (1268 m n.p.m.). Przez środek parku biegnie droga nr 299, przy której zbudowano schronisko Gite du Mont-Albert. Obok niego znajduje się też centrum informacyjne.

czwartek, 11 sierpień 2016 23:10

Kedgwick River – rzeka, która urzeka

Napisane przez

        Odkryciem tegorocznych wakacji był dla nas spływ rzeką Kedgwick w Nowym Brunszwiku. Planowaliśmy go sporo przed wyjazdem, ale niemal do końca nie wiedzieliśmy, czy dojdzie do skutku. Na spływ mieliśmy jechać po tygodniu spędzonym w Parku Prowincyjnym Gaspesie w Quebecu. Przez długi czas prognozy pogody nie były korzystne. Zmieniły się dopiero ze 3 dni przed planowaną datą wypłynięcia. Odczekaliśmy jeszcze, by się upewnić, czy nic się nie zmieni, i zadzwoniliśmy do wypożyczalni, żeby zarezerwować canoe. Na szczęście sprzęt jeszcze był dostępny.

        Dzień przed rozpoczęciem spływu był szary i deszczowy. Wykorzystaliśmy go na rozejrzenie się po Nowym Brunszwiku. Spaliśmy w miejscowości Matapedia, jeszcze w Quebecu, nad rzeką Restigouche, która oddziela obie prowincje. Motel miał swoje lata, ale był dobrze utrzymany i – co najważniejsze – czysty. Przestronne pokoje z balkonami i ciekawie rozwiązany parking. Pierwszy raz spałam w motelu na palach. To się nazywa oszczędność miejsca – goście po prostu zostawiają samochody pod swoimi pokojami.

        Było tak: w sobotę rano wybrałem się na dmuchany kajak do Tobermory; chciałem wystartować z publicznej plaży nad Dunks Bay (polecam!), by dopłynąć do Grotto. Ponoć poziom wody w Georgian Bay jest obecnie na tyle wysoki, że do samej groty można wpłynąć kajakiem.

        Przy plaży jest bezpłatny parking na kilkadziesiąt samochodów i ubikacja, więc miejsce – oddalone o ok. 10 km od groty i urokliwych klifów wschodniego brzegu półwyspu Bruce, nadaje się doskonale do włożenia łódki do wody.

        Niestety, okazało się, że mój kajak puszcza bańki („Andrzej, krokodyl bańki puszcza” – wołała z jeziora słodka Jola Umecka do Leona Niemczyka w „Nożu w wodzie”. Notabene scastingowana przez Polańskiego podczas skoku do wody na basenie Legii).

W takich sytuacjach najważniejsze jest zachować spokój, więc ćwicząc się w cnotach, metodycznie spuściłem powietrze i spakowałem kajak do torby. Następnie pojechałem spokojnym truchtem do Tobermory. Tam patrzę, a tu grupka ludzi niesie kajaki.

        Okazało się, że za 30 dol. mogę w Tobermory Outfitters pożyczyć 12-stopowy plastikowy „kajak rekreacyjny”. Ponieważ odebrałem wnikliwe wykształcenie kajakowe na YouTubie nie miałem problemu ze zwodowaniem i wbiciem się w plastikową łupę. Nie ma tego złego... Po raz pierwszy siedziałem w normalnym kajaku, który poprzez podpórki pod stopy i podkładki na uda blokuje sztywno nogi wewnątrz. Przez to przeniesienie mięśniowego napędu jest o wiele lepsze. Kajak w rękach mi frunął. Mimo wiatru ok. 20 km/h i pofalowanej wody czułem się pewnie i bosko. Wypłynąłem na szerokie wody – na zachód od Tobermory, na otwarte Huron. Tam jednak fala zrobiła się o wiele bardziej morska, a moja łódka, pozbawiona sukienki „antysprejowej”, zaczęła nabierać trochę „spreju” do środka. Opłynąłem więc wyspę Russel Island należącą do parku Fathom Five National Marine. Polecam! Urokliwe zatoczki, spokojna przezroczysta woda. W drodze powrotnej stamtąd obejrzałem sobie wrak w porcie, do którego wozi się turystów.

        Cała kajakowa wycieczka – palce lizać. Jedynym problemem był duży ruch statków  wycieczkowych podczas pływania na otwartej wodzie.

        Przed drugą oddałem kajak, bo wiatr stawał się coraz silniejszy, a fala kilkakrotnie weszła mi od tyłu do kokpitu. Tego samego dnia wróciłem do Mississaugi. Senność po całym dniu na świeżym powietrzu i pobudce o piątej rano natychmiast zwalczył McDonaldowy zastrzyk glukozy w postaci Vanilla Triple Milkshake. Nie ma pewniejszej metody przeciwsennej niż kofeina i cukier  w żyłę.

        Jedno jest pewne. Grotto wciąż na mnie czeka i być może tym razem również zwykłym, szybkim kajakiem.  AK

 

 

        Mniej więcej w ten sposób można by przetłumaczyć hasło reklamujące Park Narodowy Kouchibouguac („Difficult to pronounce… Impossible to forget”). Specjaliści od parkowego marketingu jednak nie do końca się postarali. Chciałoby się kupić koszulkę z takim hasłem, tymczasem w parkowym sklepie próżno takiej szukać.

        Tegoroczne wakacje spędzaliśmy we wschodnim Quebecu i w Nowym Brunszwiku. Aktywności bardzo zróżnicowane: był czas na chodzenie po górach, spływ krystalicznie czystą rzeką oraz odpoczynek na plaży. Na plażowanie wybraliśmy właśnie Kouchibouguac – park leżący nad Atlantykiem we wschodniej części Nowego Brunszwiku, znany z najcieplejszej wody w oceanie na północ od Wirginii.

        Nazwa Kouchibouguac pochodzi z języka Indian Mi’kmaq i oznacza „rzekę o dalekich przypływach” – odnosi się do rzek, które uchodzą do oceanu i do których z tego oceanu w głąb lądu wpływa słona woda. Park został założony w 1969 roku, obejmuje 238 kilometrów bagien, mokradeł, lasów, trzęsawisk, wydm i terenów wokół dwóch ujść rzek – Kouchibouguac i Kouchibouguacis. Ujścia są odgrodzone od otwartego oceanu ułożonymi poprzecznie piaszczystymi wyspami barierowymi. W ten sposób powstały dwie laguny z przyjemnie piaszczystym dnem i ciepłą, zachęcającą do kąpieli wodą. W południowej części parku latem rezyduje spora kolonia fok. Można też obserwować rybitwy (druga co do wielkości kolonia w Ameryce Północnej) oraz zagrożone sieweczki blade, będące symbolem parku.

        Nie lubię jeździć pod namiot w Ontario. Mniejsza o to, że odstraszają mnie kempingi z trzycyfrową liczbą miejsc (do tej pory spaliśmy zawsze na backcountry), po prostu boję się niedźwiedzi. Z nostalgią wspominam spanie w namiocie w Polsce lub na Ukrainie, z całym jedzeniem w środku, bez obawy, że w nocy zjawi się gość szukający posiłku. Teraz na mojej liście rzeczy do spakowania w okresie letnim widnieją trzy pozycje typu „coś na…”: coś na komary, coś na słońce i coś na misia.

        Gdy w ostatni weekend czerwca pojechaliśmy do parku prowincyjnego Grundy Lake, od razu zwróciłam uwagę na różową kartkę przyczepioną do parkowej gazetki. Na kartce ma się rozumieć ostrzeżenie o niedźwiedziach i zestaw dobrych rad, jak uchronić się przed wizytą nieproszonego gościa. Oczywiście wszystko, co miało jakikolwiek kontakt z jedzeniem, powinno być dokładnie wyszorowane i zamknięte w samochodzie, ale my przecież jedziemy na kemping typu „canoe-in only”…

czwartek, 21 lipiec 2016 22:54

Dmuchanym kajakiem wokół Franklin Island

Napisał

        Nie, nie, oczywiście nie tej u północnych brzegów Grenlandii, lecz naszej, tutejszej na północ od Parry Sound.

        Dlaczego akurat tam płynąć? No bo jest pięknie, choć przyznać trzeba, że o tej porze roku próżno szukać tam samotności. Poza tym wyspa Franklina to jeden z niewielu kawałków ziemi królewskiej, jaki ostał się w bliskiej odległości od Toronto. A jak wiadomo, na państwowym, każdy poddany Królowej może rozbijać namiot za darmo i gdzie chce.

        Nie ma większego poczucia swobody i niż możliwość zajęcia upatrzonego skrawka gruntu i rozłożenia się na nim obozowiskiem. Jest w tym jakiś czar pierwszego osadnictwa. Choć przyznać trzeba, że od przybytku czasem głowa boli i człowiek główkuje, gdzie by było lepiej i czy to już tu, czy może za zakrętem.

czwartek, 07 lipiec 2016 20:16

Rouge River - oaza w środku miasta

Napisał

Aglomeracja Toronto to pod wieloma względami fascynujące miasto, między innymi dlatego, że jest „wielowarstwowa”, jedną z tych warstw jest zaś obecność mniej lub bardziej „naturalnej” natury. Kilka rzek płynących do jeziora Ontario przez miasto tworzy naturalne korytarze dla ptactwa i zwierząt.
Od kilku tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem dmuchanego kajaka.
Nadmuchanie ręczną pompką zajmuje niewiele ponad 10 minut, wypuszczanie powietrza i pakowanie do torby to nieco dłuższy proces (trzeba wylać wodę), ale i tak razem daje to możliwość szybkiego zwodowania się na dowolnym akwenie. Gdzie więc jechać?
Zaliczyliśmy już Credit River w górę rzeki z Port Credit, Humber River od jeziora do mostu na Bloor i Old Mill. Gdzie jeszcze można płynąć?
Szybkie googlowanie przyniosło niespodziewane odkrycie – Rouge River na granicy Scarborough i Pickering.
Niedługa rzeka nazwana czerwoną ponoć jeszcze przez francuskiego podróżnika Louisa Jollieta w 1673 roku, wypływa z moreny Oak Ridges w Richmond Hill i niedługo potem wpada do jeziora Ontario.

czwartek, 23 czerwiec 2016 23:42

Spokojne wody Wielkiej Rzeki

Napisane przez

        Gdy temperatura za oknem przekracza 30 stopni Celsjusza, człowiek zaczyna szukać kontaktu z wodą. Najlepiej jeszcze, żeby wokół nie było tłoku, żeby nie siedzieć w jednym miejscu i żeby nie było daleko. Z wyżej wymienionych powodów w ostatnią sobotę postanowiliśmy zainaugurować sezon i wybraliśmy się na spływ Grand River. Trasa od Freeport Bridge koło Kitchener do Paris była już opisywana w Gońcu (www.goniec.net, w polu wyszukiwarki wystarczy wpisać „Grand River”), nasza jest jej kontynuacją.

        Dojechaliśmy więc do miejscowości Paris położonej kilkanaście kilometrów na północ od Brantford (godzina jazdy od Toronto). Canoe zamówiliśmy w Grand Experinces (grand-experiences.com). Firma organizuje spływy na różnych odcinkach Grand River, a także innymi ontaryjskimi rzekami. Zdecydowaliśmy się na krótką trasę zwaną Cayuga (10 km) rozpoczynającą się właśnie w Paris i kończącą w Brant Conservation Area pod Brantford. Przewidywany czas spływu to 3 godziny, koszt w przypadku canoe to 37 dol. od osoby wiosłującej i 8 dol. od każdej siedzącej bezczynnie zwanej również pasażerem.

Zima upłynęła nam na marzeniach o górach lodowych, a wiosną zaczęliśmy snuć plany wyjazdowe. Chcieliśmy polecieć pod koniec maja. Zarezerwowaliśmy więc samochód na tydzień i kupiliśmy bilety do Deer Lake (na zachodnim wybrzeżu Nowej Fundlandii). I właściwie tyle. Plan był taki, by jak najdłużej nie mieć planu. Gdy zbliżał się dzień wylotu (wtorek, 24 maja), zaczęliśmy obserwować położenie gór lodowych na stronie IcebergFinder i śledzić wpisy na Twitterze tego serwisu (który ostatecznie i tak okazał się zawodny).

        W sobotę przed wyjazdem przyszedł czas na podjęcie decyzji. Oprócz przesłanek o występowaniu gór lodowych wzięliśmy pod uwagę jeszcze pogodę i ostatecznie wybór padł na Twilingate. Miejscowość tę odwiedziliśmy już w ubiegłym roku, widzieliśmy wówczas jedną górę i wyjechaliśmy z uczuciem niedosytu, żeby nie powiedzieć zawodu.