Goniec

Register Login

Turystyka

        Było tak: w sobotę rano wybrałem się na dmuchany kajak do Tobermory; chciałem wystartować z publicznej plaży nad Dunks Bay (polecam!), by dopłynąć do Grotto. Ponoć poziom wody w Georgian Bay jest obecnie na tyle wysoki, że do samej groty można wpłynąć kajakiem.

        Przy plaży jest bezpłatny parking na kilkadziesiąt samochodów i ubikacja, więc miejsce – oddalone o ok. 10 km od groty i urokliwych klifów wschodniego brzegu półwyspu Bruce, nadaje się doskonale do włożenia łódki do wody.

        Niestety, okazało się, że mój kajak puszcza bańki („Andrzej, krokodyl bańki puszcza” – wołała z jeziora słodka Jola Umecka do Leona Niemczyka w „Nożu w wodzie”. Notabene scastingowana przez Polańskiego podczas skoku do wody na basenie Legii).

W takich sytuacjach najważniejsze jest zachować spokój, więc ćwicząc się w cnotach, metodycznie spuściłem powietrze i spakowałem kajak do torby. Następnie pojechałem spokojnym truchtem do Tobermory. Tam patrzę, a tu grupka ludzi niesie kajaki.

        Okazało się, że za 30 dol. mogę w Tobermory Outfitters pożyczyć 12-stopowy plastikowy „kajak rekreacyjny”. Ponieważ odebrałem wnikliwe wykształcenie kajakowe na YouTubie nie miałem problemu ze zwodowaniem i wbiciem się w plastikową łupę. Nie ma tego złego... Po raz pierwszy siedziałem w normalnym kajaku, który poprzez podpórki pod stopy i podkładki na uda blokuje sztywno nogi wewnątrz. Przez to przeniesienie mięśniowego napędu jest o wiele lepsze. Kajak w rękach mi frunął. Mimo wiatru ok. 20 km/h i pofalowanej wody czułem się pewnie i bosko. Wypłynąłem na szerokie wody – na zachód od Tobermory, na otwarte Huron. Tam jednak fala zrobiła się o wiele bardziej morska, a moja łódka, pozbawiona sukienki „antysprejowej”, zaczęła nabierać trochę „spreju” do środka. Opłynąłem więc wyspę Russel Island należącą do parku Fathom Five National Marine. Polecam! Urokliwe zatoczki, spokojna przezroczysta woda. W drodze powrotnej stamtąd obejrzałem sobie wrak w porcie, do którego wozi się turystów.

        Cała kajakowa wycieczka – palce lizać. Jedynym problemem był duży ruch statków  wycieczkowych podczas pływania na otwartej wodzie.

        Przed drugą oddałem kajak, bo wiatr stawał się coraz silniejszy, a fala kilkakrotnie weszła mi od tyłu do kokpitu. Tego samego dnia wróciłem do Mississaugi. Senność po całym dniu na świeżym powietrzu i pobudce o piątej rano natychmiast zwalczył McDonaldowy zastrzyk glukozy w postaci Vanilla Triple Milkshake. Nie ma pewniejszej metody przeciwsennej niż kofeina i cukier  w żyłę.

        Jedno jest pewne. Grotto wciąż na mnie czeka i być może tym razem również zwykłym, szybkim kajakiem.  AK

 

 

        Mniej więcej w ten sposób można by przetłumaczyć hasło reklamujące Park Narodowy Kouchibouguac („Difficult to pronounce… Impossible to forget”). Specjaliści od parkowego marketingu jednak nie do końca się postarali. Chciałoby się kupić koszulkę z takim hasłem, tymczasem w parkowym sklepie próżno takiej szukać.

        Tegoroczne wakacje spędzaliśmy we wschodnim Quebecu i w Nowym Brunszwiku. Aktywności bardzo zróżnicowane: był czas na chodzenie po górach, spływ krystalicznie czystą rzeką oraz odpoczynek na plaży. Na plażowanie wybraliśmy właśnie Kouchibouguac – park leżący nad Atlantykiem we wschodniej części Nowego Brunszwiku, znany z najcieplejszej wody w oceanie na północ od Wirginii.

        Nazwa Kouchibouguac pochodzi z języka Indian Mi’kmaq i oznacza „rzekę o dalekich przypływach” – odnosi się do rzek, które uchodzą do oceanu i do których z tego oceanu w głąb lądu wpływa słona woda. Park został założony w 1969 roku, obejmuje 238 kilometrów bagien, mokradeł, lasów, trzęsawisk, wydm i terenów wokół dwóch ujść rzek – Kouchibouguac i Kouchibouguacis. Ujścia są odgrodzone od otwartego oceanu ułożonymi poprzecznie piaszczystymi wyspami barierowymi. W ten sposób powstały dwie laguny z przyjemnie piaszczystym dnem i ciepłą, zachęcającą do kąpieli wodą. W południowej części parku latem rezyduje spora kolonia fok. Można też obserwować rybitwy (druga co do wielkości kolonia w Ameryce Północnej) oraz zagrożone sieweczki blade, będące symbolem parku.

        Nie lubię jeździć pod namiot w Ontario. Mniejsza o to, że odstraszają mnie kempingi z trzycyfrową liczbą miejsc (do tej pory spaliśmy zawsze na backcountry), po prostu boję się niedźwiedzi. Z nostalgią wspominam spanie w namiocie w Polsce lub na Ukrainie, z całym jedzeniem w środku, bez obawy, że w nocy zjawi się gość szukający posiłku. Teraz na mojej liście rzeczy do spakowania w okresie letnim widnieją trzy pozycje typu „coś na…”: coś na komary, coś na słońce i coś na misia.

        Gdy w ostatni weekend czerwca pojechaliśmy do parku prowincyjnego Grundy Lake, od razu zwróciłam uwagę na różową kartkę przyczepioną do parkowej gazetki. Na kartce ma się rozumieć ostrzeżenie o niedźwiedziach i zestaw dobrych rad, jak uchronić się przed wizytą nieproszonego gościa. Oczywiście wszystko, co miało jakikolwiek kontakt z jedzeniem, powinno być dokładnie wyszorowane i zamknięte w samochodzie, ale my przecież jedziemy na kemping typu „canoe-in only”…

czwartek, 21 lipiec 2016 22:54

Dmuchanym kajakiem wokół Franklin Island

Napisał

        Nie, nie, oczywiście nie tej u północnych brzegów Grenlandii, lecz naszej, tutejszej na północ od Parry Sound.

        Dlaczego akurat tam płynąć? No bo jest pięknie, choć przyznać trzeba, że o tej porze roku próżno szukać tam samotności. Poza tym wyspa Franklina to jeden z niewielu kawałków ziemi królewskiej, jaki ostał się w bliskiej odległości od Toronto. A jak wiadomo, na państwowym, każdy poddany Królowej może rozbijać namiot za darmo i gdzie chce.

        Nie ma większego poczucia swobody i niż możliwość zajęcia upatrzonego skrawka gruntu i rozłożenia się na nim obozowiskiem. Jest w tym jakiś czar pierwszego osadnictwa. Choć przyznać trzeba, że od przybytku czasem głowa boli i człowiek główkuje, gdzie by było lepiej i czy to już tu, czy może za zakrętem.

czwartek, 07 lipiec 2016 20:16

Rouge River - oaza w środku miasta

Napisał

Aglomeracja Toronto to pod wieloma względami fascynujące miasto, między innymi dlatego, że jest „wielowarstwowa”, jedną z tych warstw jest zaś obecność mniej lub bardziej „naturalnej” natury. Kilka rzek płynących do jeziora Ontario przez miasto tworzy naturalne korytarze dla ptactwa i zwierząt.
Od kilku tygodni jestem szczęśliwym posiadaczem dmuchanego kajaka.
Nadmuchanie ręczną pompką zajmuje niewiele ponad 10 minut, wypuszczanie powietrza i pakowanie do torby to nieco dłuższy proces (trzeba wylać wodę), ale i tak razem daje to możliwość szybkiego zwodowania się na dowolnym akwenie. Gdzie więc jechać?
Zaliczyliśmy już Credit River w górę rzeki z Port Credit, Humber River od jeziora do mostu na Bloor i Old Mill. Gdzie jeszcze można płynąć?
Szybkie googlowanie przyniosło niespodziewane odkrycie – Rouge River na granicy Scarborough i Pickering.
Niedługa rzeka nazwana czerwoną ponoć jeszcze przez francuskiego podróżnika Louisa Jollieta w 1673 roku, wypływa z moreny Oak Ridges w Richmond Hill i niedługo potem wpada do jeziora Ontario.

czwartek, 23 czerwiec 2016 23:42

Spokojne wody Wielkiej Rzeki

Napisane przez

        Gdy temperatura za oknem przekracza 30 stopni Celsjusza, człowiek zaczyna szukać kontaktu z wodą. Najlepiej jeszcze, żeby wokół nie było tłoku, żeby nie siedzieć w jednym miejscu i żeby nie było daleko. Z wyżej wymienionych powodów w ostatnią sobotę postanowiliśmy zainaugurować sezon i wybraliśmy się na spływ Grand River. Trasa od Freeport Bridge koło Kitchener do Paris była już opisywana w Gońcu (www.goniec.net, w polu wyszukiwarki wystarczy wpisać „Grand River”), nasza jest jej kontynuacją.

        Dojechaliśmy więc do miejscowości Paris położonej kilkanaście kilometrów na północ od Brantford (godzina jazdy od Toronto). Canoe zamówiliśmy w Grand Experinces (grand-experiences.com). Firma organizuje spływy na różnych odcinkach Grand River, a także innymi ontaryjskimi rzekami. Zdecydowaliśmy się na krótką trasę zwaną Cayuga (10 km) rozpoczynającą się właśnie w Paris i kończącą w Brant Conservation Area pod Brantford. Przewidywany czas spływu to 3 godziny, koszt w przypadku canoe to 37 dol. od osoby wiosłującej i 8 dol. od każdej siedzącej bezczynnie zwanej również pasażerem.

Zima upłynęła nam na marzeniach o górach lodowych, a wiosną zaczęliśmy snuć plany wyjazdowe. Chcieliśmy polecieć pod koniec maja. Zarezerwowaliśmy więc samochód na tydzień i kupiliśmy bilety do Deer Lake (na zachodnim wybrzeżu Nowej Fundlandii). I właściwie tyle. Plan był taki, by jak najdłużej nie mieć planu. Gdy zbliżał się dzień wylotu (wtorek, 24 maja), zaczęliśmy obserwować położenie gór lodowych na stronie IcebergFinder i śledzić wpisy na Twitterze tego serwisu (który ostatecznie i tak okazał się zawodny).

        W sobotę przed wyjazdem przyszedł czas na podjęcie decyzji. Oprócz przesłanek o występowaniu gór lodowych wzięliśmy pod uwagę jeszcze pogodę i ostatecznie wybór padł na Twilingate. Miejscowość tę odwiedziliśmy już w ubiegłym roku, widzieliśmy wówczas jedną górę i wyjechaliśmy z uczuciem niedosytu, żeby nie powiedzieć zawodu.

piątek, 10 czerwiec 2016 14:50

Ach jak przyjemnie... Z pokładu dmuchanego kajaka

Napisane przez

        Korzystając z wyprzedażowej okazji w Walmarcie, nabyłem drogą pocztową dmuchany kajak marki Intex Challanger K2 – dwumiejscowy, dwukomorowy, z dwoma wiosłami oraz wysoko wydajną pompką ręczną.

        Szczerze mówiąc, dawno już miałem ochotę na coś pływającego, co dodawałoby tężyzny moim wiotki mięśniom, jak też nie zabierało zbyt wiele miejsca w domu.

        K2 okazał się wyjątkowo trafiony, bo nie dość, że tanio (poniżej 200 dol.), to jeszcze całość mieści się w dużej torbie, a waży niespełna 15 kg – czyli spokojnie można zabrać do bagażnika; nie trzeba stelaży, uchwytów, linek.

        Łódka jest wygodna i całkiem szybka (choć oczywiście nie jest to smukły kajak morski). Nadmuchana, ma dodatkowo zakładany niewielki kil, który pomaga w utrzymaniu kierunku. Całkowita ładowność wynosi 180 kg, a więc nadaje się doskonale dla jednej osoby plus bagaże, lub bezbagażowy wypad dla pary grubszy-chudszy.

        Dzień 11

        Dziś wybieramy się na północ. Pierwotnie mieliśmy dojechać aż do St. Anthony, ale nie zdążymy. Zostanie nam na następny raz.

        Z każdym kilometrem drzewa stają się coraz niższe i jest coraz bardziej skalisto. Krajobraz kształtowany przez wiatr. Droga przez cały czas biegnie wybrzeżem, mijamy kolejne wioski rybackie. W końcu dojeżdżamy do Port au Choix.

        Port au Choix ma status National Historic Site of Canada. Miejsce jest jednym z najbardziej interesujących pod względem archeologicznym w Ameryce Północnej. Znaleziono tu ślady pochówków sprzed 5000-6000 lat archaicznych Indian, Paleoeskimosów Groswater i Dorset, a także późniejszych Indian Bethouk, uważanych za rdzennych mieszkańców Nowej Fundlandii. Dzięki temu, że nabrzeże w Port au Chiox jest dość wysokie, a gleba ma odczyn zasadowy, pozostałości dawnych epok dobrze się zachowały.

Dzień 7

Przez pół dnia znów jesteśmy w drodze. Tym razem dojeżdżamy do Parku Narodowego Gros Morne – miejsca opisywanego we wszystkich przewodnikach jako obowiązkowy punkt wycieczki na Nową Fundlandię.

To drugi pod względem wielkości park narodowy w Kanadzie – ma 1805 kilometrów kwadratowych. Większy jest tylko Park Narodowy Gór Torngat. Swoją nazwę zawdzięcza szczytowi Gros Morne (806 m n.p.m.), którego nazwa oznacza wielką samotną górę. Jest ona częścią pasma Long Range, należącego do zewnętrznych Appalachów i uformowanego 1,2 miliarda lat temu, które ciągnie się wzdłuż zachodniego wybrzeża Nowej Fundlandii i przez cały ten czas ulegało erozji.