Goniec

Register Login

Białe góry i czarni krwiopijcy

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

        Skoro już nas mają pogryźć, to niech chociaż to zrobią w ładnym otoczeniu, mówi mój mąż trzy tygodnie po powrocie z Killarney, planując kolejny wyjazd na canoe. Ma na myśli oczywiście meszki (black flies), które chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie dały nam się we znaki. Powiem tylko, że jeszcze długo po powrocie miałam nogi w kropki i nigdy dotąd nie miałam tak spuchniętych kostek. Ale jednocześnie muszę przyznać, że żarłoczne muchy były jedynym mankamentem wycieczki.

        Killarney marzył mi się od dawna. Czytałam o białych górach La Cloche, starszych od gór Laurentyńskich czy Skalistych, i krystalicznie czystych jeziorach, ciekawość rosła, ale jakoś do tej pory było nam za daleko. Obawialiśmy się, że w wakacje nie znajdziemy miejsca na kemping, a na jeziorach będzie ruch jak na Marszałkowskiej, więc zdecydowaliśmy się na wyjazd na początku czerwca. Trasa niewyszukana, cztery jeziora – start na George położonym najbliżej wjazdu do parku, potem Freeland, Killarney i OSA. Żeby mieć jakiś wybór miejsca kempingowego (podczas rezerwacji wskazuje się jezioro, a nie konkretne miejsce, więc kto pierwszy, ten lepszy) i płynąć na spokojnie, w czwartek wieczorem dojeżdżamy do motelu w Parry Sound. Dzięki temu w piątek jest bliżej.

        Killarney podoba nam się od samego początku. Dodatkowym czynnikiem działającym na plus parku jest z pewnością nasza tęsknota za górami. Już za pierwszym zakrętem pojawiają się białe wzgórza. Zastanawiam się, jak drzewa mogą tu rosnąć – w niektórych miejscach wyglądają, jakby były przyczepione do litej skały. Do tego pogoda cudna, intensywnie błękitne niebo i białe chmurki. Przyjemna pierwsza przenoska (80 m) na jezioro Freeland, z pomostem i wodospadem, bardzo fotogeniczna, bo jak się dobrze ustawić, to można objąć i wodospad, i przenoszących, i jeszcze canoe stojące po drugiej stronie. To miejsce, w którym przedsiębiorstwo zajmujące się pozyskiwaniem drewna na początku ubiegłego stulecia zbudowało tamę, by regulować poziom wody w jeziorze Freeland. Tama przestała być użytkowana w 1916 roku. Na niewielkim i stosunkowo płytkim Freeland Lake jesteśmy sami, jeśli nie liczyć nurów, norki przepływającej przed naszym dziobem i polującej rybitwy. Na końcu jezioro robi się błotniste i trochę mało przyjemne, przydały się moje kalosze.

        Przenosimy się na jezioro Killarney (455 m) i od razu zwracamy uwagę na zielony kolor wody. Oddalamy się od brzegu, ale ciągle widać kamienie i kikuty drzew na dnie. Na początku trochę kluczymy, próbujemy złapać orientację wśród licznych zatok i zatoczek. W końcu otwiera się przed nami widok na wspaniałe białe góry. Na coś takiego czekaliśmy. Do tego jesteśmy na jeziorze sami, nikt inny nie pływa. Większość miejsc kempingowych jest wolna, może turyści z GTA jeszcze nie dojechali… Płyniemy na rekonesans i wybieramy miejsce numer 16 z odsłoniętym cyplem i widokiem na pasmo kwarcytowych wzgórz.

        W sobotę wybieramy się na jezioro OSA, uważane za jedno z piękniejszych. Spotykamy 3 – 4 inne canoe, ale trudno mówić o tłoku. To wokół niego w 1933 roku utworzono obszar ochronny. Wcześniej nazywało się Trout Lake, Kendrick Lake i Whiterock Lake. Nazwę zmieniono w 1933 roku, by uhonorować wysiłki i poświęcenie członków Ontario Society of Artists, którzy starali się o objęcie ochroną terenów wokół jeziora. Miejsce to szczególnie upodobał sobie A.Y. Jackson z Grupy Siedmiu. We wrześniu 1931 roku dowiedział się od szefów Spanish River Lumber Company, że wszystkie sosny rosnące wokół jeziora mają być wycięte. Gdy wrócił do Toronto, zaczął działać. Później na początku lat 60. wobec zwiększającej się liczby domów letniskowych i obozów traperskich rząd prowincji wprowadził prawo uniemożliwiające zakup działek. W 1964 utworzono North Georgian Bay Recreational Reserve i Park Prowincyjny Killarney.

        Przezroczystość wody zachwyca i zachwytu mimo wszystko nie mąci świadomość faktu, że życie w jeziorze zostało zabite przez kwaśne deszcze, z którymi spadały do wody zanieczyszczenia z Sudbury. Wychodzimy z lasu po krótkiej przenosce (130 m, wiele przenosek w parku Killarney jest stromych i uciążliwych – na szczęście na naszej trasie takowych brak), a tam widać wszystkie kamienie leżące na łagodnie opadającym dnie. Woda w jeziorze OSA jest turkusowa, staram się oddać ten kolor na zdjęciach. Zatrzymujemy się na chwilę na jednej z małych wysepek, ale meszki nas przeganiają.

        Wieczorem, przygotowując ognisko, słyszymy jeszcze charakterystyczne bzyczenie z nieba. Tego dźwięku nie da się pomylić z niczym innym, ktoś lata dronem. Jest na tyle wysoko, że go nie widzimy, ale machamy mu na oślep, stojąc na naszym cyplu – niech wie, że my wiemy.

        W niedzielę rano budzi nas szum deszczu. Zwijamy się dopiero około południa i wiosłujemy, delektując się ciszą. Przesuwamy się po spokojnej tafli jeziora, a wierzchołki gór toną we mgle. W tej części, gdzie jezioro Killarney jest węższe i bardziej kręte, drzewa przeglądają się w wodzie, tak gładkiej, że czasem aż trudno na pierwszy rzut oka stwierdzić, gdzie jest granica między wodą i lądem. Musimy się pilnować, żeby utrzymywać w miarę równą odległość od brzegów. Meszki ruszyły na żer i nie chcemy być w ich zasięgu. Z muszych obserwacji mogę jeszcze dodać, że po dopłynięciu do punktu startowego chyba pierwszą osobą, jaką zauważyłam w drodze na parking, była kobieta ubrana w kombinezon z moskitiery. Pewnie skuteczne, ale nie wiem, czy jestem aż tak zdesperowana.

        Mój mąż za każdym razem ma nadzieję na zobaczenie niedźwiedzia. Ja mam nadzieję, że unikniemy takiego spotkania. Tym razem wyszło tak, że i wilk syty, i owca cała. Misiek był jeden, spożywał jakieś zielsko przy samej szosie, gdy dojeżdżaliśmy do parku. Z przedstawicieli fauny warto jeszcze odnotować trzykrotne odwiedziny jelenia. Za każdym razem zwierzę przechodziło sobie niedaleko naszego namiotu, w ogóle nie zwracając na nas uwagi. Raz widzieliśmy je potem na pobliskim cyplu. Obawiałam się tylko, żeby jakiś roztargniony jeleń nie wszedł na nasz namiot, jak będziemy spali. Szykowałam się na niego z aparatem, ale jak łatwo się domyślić, już się nie pojawił.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować