Goniec

Switch to desktop Register Login

Chile 2016: W ciągłym poszukiwaniu zimy

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Narty w lecie to marzenie każdego narciarza. Niewiele jest takich miejsc, lodowiec w Alpach, w Nowej Zelandii, no i w Chile.

Od dawna planowałem taki wyjazd, ale ze względów głównie zawodowych nic nie wychodziło, aż tu pewnego dnia zmęczony tegorocznym upalnym latem dostałem e-mail z ofertą wyjazdu do Chile, cena odpowiednia, zastępstwo w pracy załatwione, no i najważniejsze, pozwolenie od żony – a więc jadę!

Santiago de Chile

Piętnastego sierpnia po dziesięciu godzinach lotu wysiadamy na lotnisku w Santiago w całkiem dobrej formie. Tajemnicą braku zmęczenia jest to, że przemieszczamy się w tej samej strefie czasowej.

Celnicy chilijscy w ogóle nas nie sprawdzają, chociaż z deklaracji celnej wynika, że żadnych roślin do Chile wwozić nie można. Po odprawie czekają na nas kierowca minibusa oraz Loretta, przewodnik z Alama Adventures. Jest nas w sumie osiem osób, sześć z Kanady i dwie z USA.

Zwiedzamy miasto, Plaze de Arms, Katedrę, Pałac Prezydencki, wzgórze Santa Lucia oraz wzgórze Sant Cristobal z czternastometrową figurą Matki Boskiej, jednym z głównych symboli miasta.

Santiago to najbogatsze miasto Ameryki Południowej, a przynajmniej tak jest opisywane na hiszpańskich forach społecznościowych. Pod względem rozwoju Santiago może przypominać każde duże miasto europejskie. Centrum robi duże wrażenie, z największym budynkiem Ameryki Łacińskiej Grand Torre Santiago. Budynek ma 300 m wysokości i 64 piętra.

W Chile mieszka 17 milionów ludzi, z tego prawie 7 milionów w Santiago. Na chodnikach tłok, samochodów też nie brakuje, zwłaszcza że ulice często są ciasne. Slamsów nie widać, ale później odkryliśmy, że są na obrzeżach miasta. Przez cały czas pobytu nie spotkaliśmy nikogo, kto by żebrał, natomiast jest dużo ludzi, którzy w godzinach szczytu, chodząc pomiędzy samochodami, starają się choć sprzedać czy to napoje, słodycze, albo warzywa, których nigdy wcześniej nie widziałem. Ludzie ci zawsze byli sprawni, nigdy nachalni.

Jest tu na ulicach też dużo bezdomnych psów, ale żaden pies którego spotkaliśmy, nie był wynędzniały, czy nawet chudy. Loretta wyjaśniła, że zwyczajowo mieszkańcy dokarmiają te psy. Ostatniego dnia pobytu widziałem nawet samochód tutejszego animal control.


Valle Nevado

Z Santiago, gdzie mieszkamy w hotelu Plaza del Boscoe, dojazd do Valle Nevado zajmuje około półtorej godziny. Cała trasa to serpentyna z 43 ostrymi górskimi zakrętami. Roślinność jest mieszana, ale kaktusy rosną na zboczach nawet na wysokości dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza. Jeśli ktoś chce zobaczyć kaktusy w śniegu, powinien pojechać do Chile.

Valle Nevado wygląda jak mała alpejska wioska narciarska z kilkoma hotelami, dookoła których znajdują się olbrzymie tereny narciarskie. Najbardziej popularny jest hotel Tres Puntas z charakterystycznym załamanym dachem.

Ośrodek założony w 1988 r. przez francuskiego inwestora, oferuje 102 trasy zjazdowe o różnych stopniach trudności, 42 proc. dla zaawansowanych, 14 proc. dla superzaawansowanych.

Baza znajduje się na wysokości 3028 m, a najwyższy dostępny dla narciarzy szczyt to Tres Puntas na wysokości 3670 m. Cały ośrodek obejmuje około 7 tys. akrów tras zjazdowych i jakby tego było mało, jest połączony z sąsiednimi ośrodkami El Colorado i La Parwa.

Niestety, okazało się, że nasze bilety nie pozwalają na jazdę w tych dwóch ośrodkach.

Wszystko było dobrze zorganizowane, ale najbardziej rzuciła mi się w oczy olbrzymia wypożyczalnia sprzętu. Wypożyczyć można nie tylko narty i buty, ale także kurtki narciarskie i spodnie. W ośrodku spotkałem całkiem sporo Brazylijczyków w różnym wieku, którzy przyjechali do wioski tylko po to, żeby podziwiać góry i śnieg. Narciarzy z Brazylii też było sporo. Wygląda na to, że Valle Nevado jest zapleczem narciarskim dla Brazylii.

Nasz pierwszy dzień na nartach, pełne słońce, widoczność oraz widoki Andów wspaniałe, ciepło i przyjemnie, śnieg nie najlepszy, bo twardy, zleżały. O ile na przygotowanych trasach jeździ się bardzo dobrze, to jazda poza trasą, co osobiście bardzo lubię, nie jest przyjemna.

Kolejnego dnia na stoku wita nas słońce, ale później zaczyna padać śnieg. Mając w pamięci 43 zakręty do pokonania, decydujemy się skrócić narciarski dzień, ale w drodze powrotnej okazuje się, że obawy były zbędne, droga powrotna nie była jeszcze pokryta śniegiem.

Przez noc spadło około dziesięciu centymetrów śniegu. Następnego ranka jeździmy – atmosfera wspaniała. Inny Jurek, Jakubowski, codziennie przez trzy godziny (półtorej godziny w jedną, a potem w drugą stronę) opowiada kawały.

Trzeba mieć pamięć, rzucam propozycję, żeby stawiać zakłady, czy do końca pobytu Jurkowi skończą się te kawały i czy zacznie się powtarzać. Nie ma chętnych i dobrze, bobym przegrał.

Gdzieś na około 2500 m droga zablokowana, wężyk samochodów, lokalna władza bez łańcuchów na kołach nie pozwala dalej jechać. Nasz kierowca, Rudi, był na to przygotowany i mimo podeszłego wieku bardzo szybko sobie poradził, my natomiast wykorzystaliśmy przerwę na zdjęcia. Zjazdy tego dnia były chyba najlepsze podczas całego wyjazdu. Miękki śnieg i pełne słońce.

Spotykamy Polaków z Chicago, złe wiadomości; dzień wcześniej jeździli w Portillo i informują nas, że jest lód.


PORTILLO

O ile w Valle Nevado było pięknie, to w Portillo jest wręcz magicznie, to piękno jest tu i teraz, blisko nas, a nie gdzieś widziane na horyzoncie. Wszystkie okoliczne szczyty schodzą w kierunku hotelu i jeziora.

Dojazd do Portillo z Santiago zajmuje nam około 3 godzin, ośrodek leży przy jednej z głównych autostrad łączących Chile z Argentyną, mimo niezliczonych zakrętów trasę tę pokonują setki pełnowymiarowych ciężarówek. My na wyciągu jeździmy ponad tymi ciężarówkami.

Hotel Portillo to bardzo charakterystyczny budynek o żółtych ścianach, położony w dolinie u stóp gór, nad brzegiem pięknego górskiego jeziora, Laguna del Inca.

Liczba narciarzy ogranicza się praktycznie do mieszkańców hotelu i kilku przyjezdnych, jak my. Podobno nigdy nie ma tłoku oraz kolejek przy wyciągach.

Budowa ośrodka zaczęła się w 1942 r., natomiast stoki zostały udostępnione dla narciarzy w 1949 r., czyli Portillo jest znacznie starsze od tych kanadyjskich ośrodków, które udało mi się odwiedzić.

Na ścianach w głównym holu portrety sław narciarskich, atmosfera bardziej jak w Zakopanem niż kanadyjskich Rockies. W 1966 w Portillo odbyły się zawody pucharu świata w narciarstwie, zawody te były początkiem sławy i zwycięstw sławnego Jeana-Claude’a Killy. Od tego czasu Portillo stało się popularnym miejscem letniego treningu różnych reprezentacji narodowych, m.in. Austrii, Włoch i USA.

Najbliższe szczyty to wszystko czterotysięczniki, z których najwyższy, La Paraya, ma 4831 m, a w kierunku północnym widać najwyższy szczyt świata, Aconcaguę, która ma 6961 m. Mount Everest ma 8848 m, więc jak Aconcagua może być wyższa? Otóż nasza planeta Ziemia jest spłaszczona w kierunku równika, Aconcagua znajduje się bliżej równika niż Everest, więc jeżeli mierzymy wysokość góry jako jej odległość od środka Ziemi, to Aconcagua jest wyższa niż Everest, a jeżeli mierzymy od poziomu morza, Everest jest wyższy. Zostawmy ten dylemat do rozwiązania ludziom bardziej utytułowanym od nas, natomiast bez wątpienia Aconcagua jest wyższa niż jakikolwiek szczyt Europy, Afryki czy Ameryki Północnej.

Co ciekawe, choć pierwsze udokumentowane wejście należy do Szwajcara Matthiasa Zurbriggena 14 stycznia 1897, to w 1934 pierwsza polska wyprawa andyjska (Stefan Daszyński, Konstanty Narkiewicz-Jodko, Stefan Osiecki, Wiktor Ostrowski) wytyczyła nową drogę od strony wschodniej przez lodowiec, nazwany później Lodowcem Polaków, a polska alpinistka Wanda Rutkiewicz pokonała ścianę południowego szczytu Aconcagui w roku 1985.

Ta „ekstra” wysokość z powodu bliskości równika powoduje, że powietrze w Andach jest bardziej rozrzedzone, a to z kolei przyciąga amatorów bicia rekordów szybkości na nartach.

Rekord świata szybkości w jeździe na nartach wynosi obecnie 254,958 km/h i jest to największa prędkość osiągnięta przez człowieka bez użycia napędu mechanicznego. Rekord ten został jednak ustanowiony we francuskich Alpach przez włoskiego narciarza Ivana Origone.

Dla porównania, rekord świata zjazdu na rowerze wynosi tylko 223,30 km/h.

Naszą eksplorację stoków w Portillo zaczęliśmy od strony zachodniej, trasa oznaczona jako tylko dla „solo expertos”, wyjeżdżamy na górę słynnym wyciągiem Roca Jack. Jest to wyciąg orczykowy, ale nietypowy, bo wywozi na górę pięć osób na raz, które muszą zjechać na dół, żeby następni mogli wjechać. Górny koniec liny umocowany jest do skały, dolny do wysokiego masztu.

Stok stromy, śnieg konsystencji grubego cukru, przyczepność nart doskonała. Mocne słonce rozpuściło i zmiękczyło śnieg. Jest tak ciepło, że po dwóch zjazdach zdejmuję wszystkie bluzy, które mam na sobie, zostaję tylko w kurtce narciarskiej i spodniach – tak jeździłem do końca dnia.

Widoczność wspaniała, no i to jezioro, którego kolor przyciąga, tak że trudno zjeżdżać zaplanowaną trasą. Legenda mówi, że dawno temu król Inków stracił swoją ukochaną narzeczoną na polowaniu. Zrozpaczony, zdecydował pochować ją w pięknym górskim jeziorze, Laguna del Inka, ponieważ żaden grobowiec zrobiony przez człowieka nie był w stanie oddać majestatu, piękna oraz wspaniałego niebieskiego koloru wód jeziora. Po pogrzebie księżniczki, błękit wody zmienił się na przepiękny zielono-szmaragdowy kolor, dokładnie taki, jakiego koloru były oczy księżniczki. Legenda mówi, że przy pełni księżyca czasami słychać płacz króla.

Dla mnie zagadka Laguna del Inka polegała na tym, że za każdym razem, kiedy patrzyłem na jezioro, kolor był zawsze inny. Rano woda była fioletowo-czarna, w środku dnia nieskazitelnie błękitna, po to żeby zniknąć pod koniec dnia i tylko po doskonałym odbiciu gór i nieba można się było zorientować, że w tym miejscu nie ma śniegu (co doskonale jest pokazane na filmie dołączonym do internetowej wersji tego artykułu w Gońcu www.goniec.net).

W drugiej części dnia, podążając za słońcem, jeździmy po wschodniej stronie doliny. Przerwa na posiłek i piwo na tarasie wysoko położonej restauracji Tio Bobs, z doskonałym widokiem na Andy, Laguna del Inka i hotel Portillo. W łazience obok mydła ustawione są olbrzymie butelki z sunblockiem dla każdego.

W porównaniu do Valle Nevado Portillo oferuje tylko 1,235 akrów terenów narciarskich, hotel, czyli baza, znajduje się na wysokości 2880 m, a najwyższa stacja wyciągu na wysokości 3310 m.

Teren jest bardzo różnorodny, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Średni, roczny opad śniegu wynosi 7,4 m.


Valparaiso

W ostatni dzień pobytu w Chile jedziemy na zachód zwiedzać Valparaiso, ale najpierw zajeżdżamy do Casas del Bosque, jednego z lepszych producentów win w Chile. Po zwiedzaniu zadbanej winiarni, degustacja win. Na koniec trafiamy do sklepiku, gdzie oczywiście można kupić lokalne wina oraz kremy i inne kosmetyki zawierające dużo antyoksydantów pozyskanych, tak jak w prawdziwym winie, ze skórek winogron.

Po mniej więcej godzinie jazdy dotarliśmy do Valparaiso, pięknego miasta zwanego też perłą Pacyfiku. Valparaiso jest też jednym z najważniejszych portów południowego Pacyfiku. Jest to piękne, zabytkowe miasto z dużą liczbą uniwersytetów oraz pięknymi, długimi plażami. Jemy wspaniały obiad w restauracji położonej praktycznie na plaży z widokiem na ocean. Zwiedzamy zabytkowe miasto, wjeżdżamy na górę widokową, z której rozciąga się piękny widok na miasto i zatokę. W porcie statki towarowe, ale cumują też trzy kanonierki.

W drodze powrotnej do Santiago mijamy położoną wzdłuż autostrady plantację kwitnących drzew migdałowych. W Santiago ostatnie zakupy. Kupuję pisco, lokalny alkohol robiony oczywiście z winogron. Chilijczycy przyrządzają z tego doskonały koktajl zwany pisco sauer.

Przepis na pisco sauer to: 4 szklanki kostek lodu, 1 szklanka pisco, 1/3 szklanki soku z cytryny, 1/3 szklanki cukru, oraz jedno białko z jajka, trzeba wymieszać i powstaje napój podobny w smaku do margarity.

Mój ostatni zakup to dwie paczki Yerba Mate oraz specjalna rurka „bombilla” z sitkiem do picia. Yerba Mate to podobno bardzo zdrowy napój pobudzający bez ubocznych efektów. Nie jest np. moczopędny, jak kawa. Jak zaparzać Yerba Mate, to najlepiej podaje pan Wojciech Cejrowski w filmie na YouTube. Kto lubi zieloną herbatę, będzie lubił Yerba Mate.

Lotnisko; po oddaniu głównego bagażu podjeżdża do nas pan z wózkiem i odbiera narty – zaskoczenie! Nie trzeba stać w oddzielnej kolejce do oddzielnego okienka, tak jak w Kanadzie. Po odprawie trzeba przejść przez olbrzymi duty free sklep, nie da się inaczej. Wszędzie dużo głów z Wyspy Wielkanocnej. Ze sklepu wychodzimy prosto na Patagonia café z wielkim napisem Tha Last Pisco Sour. Oczywiście nie marnujemy ostatniej szansy, bierzemy z Zenkiem podwójne na głowę.

Wracam do domu z dużą liczbą zdjęć i filmów, Nie będzie problemu, żeby przekonać żonę do nart w Chile za rok. Sezon narciarski zaczyna się w połowie czerwca, a kończy w październiku.

Jerzy Rostkowski

Ostatnio zmieniany piątek, 21 październik 2016 17:46
Zaloguj się by skomentować