Goniec

Register Login

Dmuchanym kajakiem wokół Franklin Island

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

        Nie, nie, oczywiście nie tej u północnych brzegów Grenlandii, lecz naszej, tutejszej na północ od Parry Sound.

        Dlaczego akurat tam płynąć? No bo jest pięknie, choć przyznać trzeba, że o tej porze roku próżno szukać tam samotności. Poza tym wyspa Franklina to jeden z niewielu kawałków ziemi królewskiej, jaki ostał się w bliskiej odległości od Toronto. A jak wiadomo, na państwowym, każdy poddany Królowej może rozbijać namiot za darmo i gdzie chce.

        Nie ma większego poczucia swobody i niż możliwość zajęcia upatrzonego skrawka gruntu i rozłożenia się na nim obozowiskiem. Jest w tym jakiś czar pierwszego osadnictwa. Choć przyznać trzeba, że od przybytku czasem głowa boli i człowiek główkuje, gdzie by było lepiej i czy to już tu, czy może za zakrętem.

        Na dodatek, jest na wyspie wiele obozowisk w miarę zorganizowanych przez stowarzyszenie miłośników wyspy, a więc są paleniska, są też pudła na odchody (thunderbox) ustawione w głębi lasu.  

        Z Toronto miałem wyjechać skoro świt, ale się nie pozbierałem, więc mi wyszło, że do Snug Harbour  dotarłem przed 12.00 - niestety 400 przed Barrie była trochę zakorkowana. Dojazd jest prosty z 400 za Parry Sound skręcamy jak do parku Killbear, a potem w prawo w drogę do Snug Harbour. Marina jest popularna, za parking każą sobie płacić $7.50 i jak mi w sobotę mówił syn właściciela, ludzi jest mrowie - około 200 - tyle, co zwykle dopiero w sierpniu.

        Po zapakowaniu namiotu, śpiwora, karimaty, torby z jedzeniem i plecaka w mocne czarne worki na śmieci, nadmuchaniu mojego kajaka Challanger K2 firmy Intex wyruszam na zachód prosto pod wiatr. Wbrew obawom, kajak zachowuje się dosyć dobrze i pod wiatr sobie radzi. Boję się, że od zachodniej strony może być duża fala. W razie wypadków nagłego licha mam telefon - Fido dochodzi już teraz we wszystkie rejony Georgian Bay. Telefon mam zresztą z zapasową bateryjką do ładowania, bo na nim używam darmowej aplikacji GPS Nokii z satelitarnymi mapami. Razem z kluczykami i portfelem jadą w przyczepionym do kapoka wodoszczelnym worku.

        Mijam latarnię morską i pod kątem prostym przekraczam uczęszczany tor wodny w drodze do południowo-zachodniego cypla wyspy. Niestety idiotyzm wielu motorowodniaków jest wprost proporcjonalny do wyporności jednostki, którą sterują. O ile pierwszy jacht zwalnia uprzejmie na mój widok, o tyle następny trzypiętrowiec przepływa na pełnej prędkości ok. 20 metrów obok. Efekt jest taki, że idą na mnie dwie fale po 1.5 metra blisko siebie z grzywkami piany na górze. Klnę siarczyście, mając pretensje do siebie, że kupiony w Canadian Tire klakson wodny o mocy 120 decybeli zostawiłem w plecaku. Przynajmniej bym  gościa otrąbił. Klakson kupiłem zresztą na niedźwiedzie, a nie na idiotów w łódkach dlatego trzymam w plecaku. Okazało się jednak, że mój kajak podszedł do fal „elastycznie”; trochę się wygiął i zachował jak gumowy korek, ładnie wspinając również na drugą falę. Gdybym siedział w canoe,  druga fala weszłaby do środka.

        Na południowym brzegu wyspy widać już namioty i ludzi - miejsce jest ładne. Mijam cypel i kierują się na północ odsłoniętym kawałkiem brzegu. Wiatr - jakieś 20 km/h zmusza do szybkiego wiosłowania, wieje do brzegu i wyraźnie mnie spowalnia. Do tego dochodzi dość duża fala, może jakieś 0.7 m. Ciekawe jest to, że im bardziej się boję, tym szybciej i bez zmęczenia wiosłuję. Adrenalina to jednak wspaniałe lekarstwo. Po jakimś czasie wpływam w osłonięte kanały - piękne miejsca. Niestety w jednym z nich zaliczam mieliznę - kamienie szorują po miejscu, gdzie siedzę i gdzie nadmuchana podłoga jest wygięta od ciężaru. Anioł stróż jednak czuwa i płynę dalej na lunch na kawałku piaszczystej plaży. Widać, że miejsce jest zagospodarowane, na piasku ułożone kamienie pod ognisko, niewielka ławeczka, na górze skarpy miejsca pod dwa namioty, huśtawka zawieszona na gałęzi, wielkie palenisko i oznakowana droga do „thunderboxu” - drewnianej skrzyni służącej za toaletę.

        Gdy wzywa natura w lesie, warto wiedzieć jak to robić i jakich liści można użyć w charakterze papieru toaletowego (broń Boże poison ivy).

        Herbata plus suchary, plus „Gorący kubek” poprawiają mi nastrój, po tym, jak na plażowym piasku dostrzegam wyraźne ślady rozcapierzonej łapy. Niestety na psa to nie wygląda... a więc... Być może dlatego tak piękne miejsce jest całe puste...

        Zwijam manele i wiosłuję na północ urokliwymi kanałami wśród wysp, wysepek i dużych głazów pomny, by tym razem już nigdzie tyłkiem nie zawadzić.

        Aplikacja Nokii okazuje się bezbłędna w połączeniu z mapą satelitarną wcześniej ściągniętą do cache smartfonu. Około 17 zaczynam szukać miejsca na nocleg, jestem mniej więcej w połowie drogi i niestety okolica robi się bardziej zamieszkała. Wysepki wokół północnej części Franklina są już prywatne i zabudowane. Stwierdzam, że mam w nosie prywatną własność ziemską - ląduję na niewielkiej niezamieszkałej wyspie bez oznak ręki ludzkiej z dwoma wysokimi sosnami i kawałkiem zarośli. Namiot stawiam na trochę nachylonym kawałku płaskiego granitu. Zamiast śledzi wiążę boki do przydźwiganych kamieni. Wieje nie za mocno.

        Czas na obiad - leczo z tuszonką zagrzane na gazie i herbatę z przegotowanej wody jeziora plus suchary. Wyborne!

        Po gospodarsku obchodzę wyspę, trochę pływania, trochę czytania i lulu niestety nie wziąłem dmuchanego materaca, więc od granitowej matki ziemi dzielą mnie tylko dwa centymetry karimaty i śpiwór. Poduszkę mam z dmuchanego siedzenia do kajaka. Postanowiłem nie spuszczać z niego powietrza na noc.

        Niebo piękne, choć całe prześwietlone Księżycem bliskim pełni, nie mam szans na Drogę Mleczną, za to bez problemu widać trójkąt letni, Wielką Niedźwiedzicę, a cztery długości tylnego boku od niej Gwiazdę Polarną, wokół której to wszystko na niebie się na naszej półkuli kręci. Około 4 rusza wiatr, ale o świcie milknie. Rano gdy pakuję się po kąpieli i śniadaniu przypływa na desce na stojąco jakiś facet. Gadka szmatka, pyta mnie czy wyjeżdżam i czy byłem tu w piątek. Nie wiem po co to chce wiedzieć, ale jestem grzeczny.         

        Prowadzony GPS-em ruszam o 9.00 do Snug Harbour, niestety wiatr jest dosyć duży, a gdy zaczynam opływać wschodnie brzegi wyspy Franklina, wieje wprost od czoła z silną, krótką falą. Każda przerwa w wiosłowaniu przesuwa mnie o kilkadziesiąt metrów do tyłu. śpiewając na cały głos wszystkie znane mi pieśni religijne, harcerskie, wojskowe i patriotyczne dla dodania animuszu, wiosłuję bez przerwy, by o 12.15 dotrzeć do „portu”. Spuszczam powietrze z kajaka, przez 40 minut pakuje się i zbieram w sobie. Niestety na obiad w słynnej Gilly’s Restaurant nie mogę czekać - jest oblężona przez cottegeowiczów - czas czekania na miejsce - pół godziny. Odpalam moje „pełnoletnie” bmw, do którego z roku na rok mam coraz więcej sympatii i  na 400 podłączam się do grupy oscylującej wokół 130 km/h pomny uwagi mojego nauczyciela prawa jazdy Krzysztofa Cierpicha - „pamiętaj najważniejsze to keep traffic flowing... Czyli tłumacząc na nasze - nie wychylaj się chłopie...

        A na Franklin Island naprawdę warto pojechać!

Andrzej Kumor

Widziane od końca.

Strona: www.goniec.net/
Zaloguj się by skomentować