Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Gdzie są tatanka? - na Dzikim Zachodzie

Oceń ten artykuł
(23 głosów)

Zima, pada śnieg, siedzimy nad mapą, planując letni wyjazd. Planowanie to najprzyjemniejsza część każdej wyprawy. Oczami wyobraźni już widzimy szczyty, na których jeszcze nie byliśmy, już czujemy dobrze znany smak prawie bezludnych, najpiękniejszych na świecie kanadyjskich Gór Skalistych, bo to one kolejny raz są naszym celem. Szkoda tylko dni straconych na podróż samochodem, samolot z powodu dwóch kotów nie wchodzi w grę.

I kiedy wszystko jest już zapięte na ostatni guzik, kempingi zamówione, sprzęt wspinaczkowy przygotowany, telefon od przyjaciół, którzy właśnie się przeprowadzili z Toronto do Calgary, rujnuje cały plan. Oni góry będą mieli teraz dosłownie pod bokiem, więc chcą na południe, zwiedzić najbardziej znane parki w Stanach. Z wycieczki górskiej robi się samochodowa, i w dodatku zamiast samotni wśród szczytów będziemy mieli wakacje w tłumie ludzi, ale decyzja zapada – jedziemy na Dziki Zachód.

I znowu siadamy nad mapą, ustalając nową trasę, sprawdzamy w Internecie, czy są wolne miejsca na kempingach, niestety musimy jechać w ciemno, bo większość miejsc jest już zarezerwowana. Umawiamy się z przyjaciółmi w Yellowstone, a stamtąd będziemy jechać już razem na południe.

Determinantą całego planu są koty. Lipiec to najgorszy miesiąc na zwiedzanie pustyń. Sprawdzamy w Internecie średnią temperaturę w każdym parku, niektóre od razu odpadają, koty nie wytrzymają w namiocie ponad 40 stopni Celsjusza.

Przychodzi dzień wyjazdu. Fifka zawywa niemiłosiernie, zdenerwowany tym Pimpek wtóruje matce płaczliwym miaukiem. Fifka uspokaja się dopiero wtedy, gdy ma pewność, że nie jedziemy w kierunku plazy Wisła w Mississaudze, gdzie znajduje się miejsce kocich tortur, czyli klinika weterynaryjna dr. Romanowskiego. Postanawiamy ominąć Detroit i granicę przejechać w Sarni. Młodziutka strażniczka po stronie USA lodowatym tonem i z lodowatym wyrazem twarzy wypytuje, po co jedziemy, gdzie będziemy, jak długo, co robimy w Kanadzie, czy mamy dom i dziesiątki innych pytań.

Dlaczego oni są zawsze tacy nieprzyjemni? Od razu czuję się nieswojo, trochę jak przestępca, i jestem zła na siebie za to uczucie, za to, że strach przed milicją czy strażą graniczną z czasów komuny wgrał mi się w mózg jak psu Pawłowa i mimo wielu wysiłków nie potrafię się go pozbyć. Nie jestem odosobniona, Andrzej ma to samo uczucie. Ponieważ mamy przyciemniane szyby z tyłu, dziewczyna każe nam otworzyć tylne okno. Na stosie betów z tyłu – wygląda, jakbyśmy się przeprowadzali, ale wzięliśmy rzeczy na trzy tygodnie, żeby nie robić prania – leży rozłożony Pimpek. Pimpek jest towarzyski, kiwa dziewczynie głową i wita ją grzecznym miau, Fifka z tylnego siedzenia łypie na nią złym okiem. Dziewczyna przygląda się im parę sekund i nagle staje się cud. Rozpromienia się, wypytuje o koty, opowiada o swoich. Wreszcie jakiś pożytek z czworonogów, ewidentnie uchroniły nas przed kipiszem bagażu.

Przejeżdżamy graniczny most na rzece St. Clair, która łączy jezioro Huron z jeziorem St. Clair. Woda w Huron błękitna jak z obrazków Karaibów w biurach podróży. Za mostem już Michigan. Gubimy się na rozjazdach, wszędzie roboty drogowe. Droga do Chicago pusta, gdzieniegdzie nieczynne fabryki, kryzys, którego tak nie widać w Kanadzie, tu rzuca się w oczy, po drodze lasy i pola kukurydzy. Przed Chicago musimy nocować. Naiwnie sądziliśmy, że znajdziemy miejsce w sieci kempingów KOA, które trzymają standardy czystości. W Kanadzie KOA służą głównie do zatrzymania się w drodze na noc, a w Stanach okazuje się, że ludzie spędzają w nich wakacje. Jest 4 lipca, największe święto narodowe Stanów Zjednoczonych, Dzień Niepodległości, długi weekend, i wszystkie miejsca zajęte. Pani w biurze KOA w małym miasteczku nie daje nam szans na znalezienie noclegu.

Miasteczko czyściutkie, pięknie świątecznie udekorowane amerykańskimi flagami. Flagi są dosłownie wszędzie. Trafiamy już po zachodzie na prywatny kemping, 20 dol. za noc. Kemping to za dużo powiedziane. Łąka nad rzeką pokryta wodą po ostatnich ulewach. Szukamy w błocku suchszego miejsca. Z łazienki, do której jest kolejka, korzystamy z zamkniętymi oczami. Jest i prysznic, ale wolimy się nie myć niż z niego skorzystać, tak jest brudno.

Nie dane jest nam się wyspać. Na kempingu młodzież i klasa pracująca stanu Michigan, mocno pod wpływem wody ognistej, obok wielodzietna i wielopokoleniowa meksykańska rodzina na cały regulator puszcza z magnetofonu meksykańskie kawałki, wszyscy tańczą. Po zmierzchu zaczyna się kanonada. Strzelają fajerwerki, ludzie walą z broni, odpalają ładunki wybuchowe. Huk i wizg. Jesteśmy na wojnie! Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Koty w panice chowają się do namiotu.

Rano opuszczamy Michigan, wjeżdżamy do Illinois, i do Chicago. Idąc za radą kolegi, dawnego jego mieszkańca, przejeżdżamy przez miasto najkrótszą drogą, trzymając się środka płatnej autostrady. Wielopasmowa autostrada przecina centrum Wietrznego Miasta. Czujemy się jak prowincjusze, mimo że i wychowaliśmy się w dużych miastach, i mieszkamy przecież w Toronto. Chicago przytłacza, Chicago odpycha, wydaje się okropnie brzydkie, wręcz odrażające. Andrzej skacze wśród setek samochodów po pasach jak konik polny, bo co chwila trzeba płacić i musimy szybko przemieszczać się na pasy z kasą do płacenia gotówką. Raz nie udaje nam się zdążyć i jedziemy za darmochę trasą dla osób z wykupioną opłatą.

Mimo że podobno Ontario ma podpisane umowy ws. ściągania opłat za mandaty z większością stanów USA, rachunek za to przestępstwo nie przyszedł.

Tuż przy autostradzie, właściwie na niej, bo na wiadukcie, McDonald. Przyzwyczajeni w Toronto do licznych Hindusów i Arabów, egzotyczny wydaje się widok samych Murzynów. W środku nie ma białych ludzi. Wszyscy się przekrzykują, i klienci, i ekspedientki, co chwila mylące zamówienia, harmider okrutny, a łazienka w stanie urągającym higienie, czego w McDonaldach w Kanadzie jednak nie uświadczysz. Z ulgą opuszczamy Chicago, dziękując Bogu, że nas nie pokarał mieszkaniem w wielkim mieście.

Jedziemy wśród pól. Ziemia musi być tu bardziej urodzajna lub sezon zaczyna się wcześniej, bo kukurydza jest dużo większa niż w Michigan. Do granicy Wisconsin roboty drogowe. Zabierają czas. Czas tak cenny, bo mamy go tak mało. Mało, żeby poznać, posmakować, poczuć każde miejsce.

Mkniemy z prędkością sto na godzinę, z widoków za oknem, krótkich przystanków przy autostradzie i przypadkowych spotkań z ludźmi budując fragmentaryczny obraz tego kraju, poskładany z kawałków jak z rozbitego lusterka. Autostrada nr 90 prowadzi nas na północ. Przed Madison wjeżdżamy w górki. Choć droga jest okropna, pełna wybojów, jakby ktoś chciał przetestować zawieszenie, to okolice piękne. Potem znów płasko.

Skręcamy wraz z 90-tką na zachód. Przed Minnesotą znów góry. Na poboczach mnóstwo zabitych jeleni, nikt tu nie sprząta padłych zwierząt jak w Kanadzie, leżą w różnym stanie rozkładu, widok nieprzyjemny i przykry. Na granicy Wisconsin i Minnesoty przekraczamy w miejscowości La Crosse rzekę Missisipi. To najdłuższa rzeka w Ameryce Północnej (3778 km) i jedna z najdłuższych rzek świata (obok Nilu, Amazonki i Jangcy). Choć przepływa przez dziewięć stanów i naprawdę wielka jest u ujścia do Zatoki Meksykańskiej, w La Crosse już wygląda na potężną. Tu zaczynają się Wielkie Równiny, obszar prerii ciągnącej się aż do Kordylierów, w Minnesocie jeszcze wysokiej, a im dalej na zachód, im mniejsza ilość opadów deszczu, z coraz bardziej ubogą roślinnością, tzw. niskiej. Minnesota nosi przydomek krainy 10 tys. jezior, ale przejeżdżamy ją południowym skrawkiem i zostaje nam w pamięci jako kraina kukurydzy i krów. Krów wielu nie widzieliśmy, częściej w miastach w miastach w postaci pomników, ale kukurydza była wszędzie.

Mamy za sobą ponad tysiąc kilometrów, trzeba gdzieś przenocować. Wypatrzyliśmy kemping KOA przy autostradzie. Jest, w środku pola kukurydzy, tuż przy drodze. Okazuje się, że nie ma miejsc. Zapełniony po brzegi domami na kółkach. I nie są to ludzie, którzy po drodze szukali noclegu.

Przyjechali tu z Minneapolis na wakacje. Po co? Wokół kukurydza po horyzont, nic tu nie ma do oglądania, w KOA malutki basenik, mobile homes stoją jeden obok drugiego, żadnej prywatności, a i cena niemała, bo 30 dol. za dzień. Miejsce "in the middle of nowhere". A przecież mają lasy i jeziora na północy w tej samej odległości. Niezgłębiona jest tajemnica natury ludzkiej. Jesteśmy umordowani, koty też. Sto kilometrów dalej reklama prywatnego kempingu. Zjeżdżamy z autostrady, nie mamy wyjścia. Kemping kosztuje 15 dol., w porównaniu z kanadyjskimi cenami wydaje się, że prawie za darmo, duży basen, piękne zielone trawniki, czyste łazienki z ciepłą wodą, miejsce w cieniu z widokiem na lasek i rzeczkę. Kotom też się podoba.

Przed trailerami gromady miłych i uprzejmych staruszków w kowbojskich kapeluszach, taki przedsmak Dzikiego Zachodu.

Idąc spać, przez nieuwagę nie dopinam suwaka w namiocie. O piątej rano Andrzej szarpie mnie za ramię. Pimpek zniknął. Łazimy wokół mobile homes, głośnym kici, kici pewnie budząc ludzi, idziemy nad zamgloną rzeczkę, do lasku. Nie ma go. Nasze koty już kilkanaście lat wędrują z nami w puszczy, pływają na canoe, nigdy się nie gubią i nie uciekają, tylko grozi im, że jakiś zwierz je zeżre. Respektują ustalone przez nas zasady, namiot zamknięty – nie można wychodzić, choć przecież jednym pociągnięciem pazurów mogłyby rozpruć siatkę. Ale jak było otwarte… Pimpek na wołanie zwykle natychmiast przychodzi; próbujemy wysłać Fifkę na poszukiwania, nic z tego, odmawia współpracy, choć tyle razy go przyprowadzała, siada i patrzy w stronę lasku. Czy są tu kojoty? Pimpek waży 10 kilogramów, nie jest łatwym łupem. Siedzimy przed namiotem w beznadziejnym oczekiwaniu. Po godzinie z mgły nad laskiem wyłania się rudy kształt, za nim drugi, też rudy. Pimpek, zadowolony, wraca z nowo poznanym kolegą-sobowtórem… Jego radość nie trwa długo, czas jechać dalej.

Wjeżdżamy do Dakoty Południowej. Wiele kilometrów przed miejscowością Mitchell bombardują nas reklamy niesłychanej atrakcji, kukurydzianego pałacu. Zjeżdżamy w Mitchell do punktu informacyjnego przy autostradzie zasięgnąć języka. Przed budynkiem zabytkowy wóz osadników z 1880 r., którzy ciągnęli na zachód w poszukiwaniu ziemi. Starsza pani, wolontariuszka, dopada Andrzeja i nie chce go puścić. Wreszcie ma komu opowiadać o tej krainie kukurydzy, krów i kowbojów. Jedziemy do miasta, zaopatrzeni przez panią w dziesiątki broszur, obejrzeć pałac. Zdaje się, że jest jedyną atrakcją, która napędza turystów do miasta, przyjeżdża go oglądać pół miliona ludzi rocznie. Budynek był kilkakrotnie odbudowywany, pierwszy powstał w 1892 roku, podczas naszej wizyty również był w remoncie. Elewacja Mitchell Corn Palace zrobiona jest z kukurydzy i zbóż, ma przypominać o tym, co się głównie uprawia w Dakocie. Wykończenie a la rosyjskie kopuły cerkiewne i minarety zostało dodane w 1937 roku. W tej chwili jest tam hala na różne okazje i sklepy. Nie zaglądamy do środka, chociaż pomysł budowli z kukurydzy może i oryginalny, odstrasza nas ta architektoniczna ohyda, kwintesencja amerykańskiego kiczu. Wracamy na autostradę, mijając rzeźbę byka przy głównej drodze. Sztucznych byków w miastach widzimy więcej niż na pastwiskach, a mieszkańcom jakby było mało kukurydzy na polach, to wszystko co się da ozdabiają kukurydzianymi ornamentami. Przekraczamy kolejną potężną rzekę Ameryki, Missouri, która jest dopływem Missisipi. Mająca źródła w Montanie, przepływa przez sześć stanów. Missouri może być nieobliczalna. W 2011 roku w czasie powodzi zalała w Nebrasce elektrownię atomową Fort Calhoun, powodując alarm w kolorze czerwonym, czyli zagrożenie niekontrolowaną reakcją atomową. Na wysokim klifie jest punkt informacyjny z pięknym widokiem na rzekę, indiańska ekspozycja i rzeźba symbolizująca wigwam. Indiańskie akcenty przyciągają turystów, ale o wielkich rzeziach Indian dyplomatycznie się nie wspomina. Za rzeką autostradę poprowadzono przez łagodne wzgórza pokryte żółtymi kwiatami, pięknie to wygląda.

Zjeżdżamy z drogi do osady z Dzikiego Zachodu, "1880 Town", reklamującej się jako miasteczko zamieszkane przez 170 duchów, 9 kotów, 3 psy i 3905 królików. Rozczarowani kukurydzianym pałacem, spodziewamy się kolejnego naciągactwa, ale miejsce okazuje się naprawdę ciekawe.

Autentyczne budynki z epoki, biuro szeryfa z więzieniem, bank, poczta, kościół, kowal, stacja kolejowa i wiele innych, no i oczywiście saloon, w którym są występy muzyków country. Niestety, whisky nie podają, tylko lody. Wszędzie autentyczne wyposażenie. Miasteczko zwiedza się przy dźwiękach strzelaniny, trup ściele się gęsto, brakuje tylko na głównej ulicy autentycznych kowbojów, szeryfa i czarnych charakterów. Właściciele zgromadzili tu mnóstwo ciekawych przedmiotów. Olbrzymia liczba zabytkowych siodeł, kolekcja ostróg, tych zwykłych, metalowych, i tych srebrnych, których właścicielom poszczęściło się w czasie gorączki złota, historie słynnych kobiet, które nielicznie przybyły tu jeszcze przed osadnikami, mnóstwo przedmiotów codziennego użytku. W głównym budynku na piętrze wystawa dla miłośników filmu "Tańczący z wilkami" w reżyserii, i w roli głównej jednocześnie, Kevina Costnera, z fotosami z planu, makietami zdechłego konia czy obdartego ze skóry bizona – ohyda – i różnymi ciekawostkami.

Wiele ujęć w filmie było kręconych właśnie w Dakocie Południowej. Chciałoby się to wszystko dokładniej obejrzeć, ale czas nam ucieka, tym bardziej że zwiedzamy oddzielnie. Gorąco okropnie, na parkingu nie ma ani jednego drzewa dającego cień, więc na zmianę siedzimy z kotami w samochodzie przy szeroko otwartych drzwiach.

Żegnamy miasto duchów i jedziemy już prosto do Custer State Park w górach Black Hills. Góry Czarne. Gdy się je widzi z daleka, nie ma wątpliwości, skąd się wzięła ta nazwa, rzeczywiście czarną plamą odcinają się od prerii. Nie wiadomo dlaczego, bo pokryte są sosnowymi lasami, przetykanymi jasnozielonymi lub kolorowymi łąkami. Black Hills to niewielki, odizolowany łańcuch górski długości 160 km na terenie Wielkich Równin, sięgający aż do stanu Wyoming, pochodzenia wulkanicznego. Góry wypiętrzają się tu średnio do wysokości ponad 2200 m n.p.m. Stanowy park, największy (287 km kw.) i najstarszy w Dakocie Południowej (powstał w 1919 r.), nazwany został na cześć płk. George'a Armstronga Custera.

Wjeżdżamy do Rapid City, drugiego co do wielkości miasta Dakoty Południowej. Nazywane jest Bramą Gór Czarnych i Miastem Prezydentów, bo zdobią je w centrum naturalnej wielkości rzeźby z brązu przedstawiające wszystkich prezydentów USA w najbardziej charakterystycznych dla nich gestach czy pozach.

Przy bramie parku niespodzianka, wykupienie kempingu nie zwalnia z opłaty za wjazd, ale i tak ceny w sumie niższe niż w Kanadzie. Strażnicy parku w ogóle nie interesują się kempingami, tym zajmuje się tzw. host, czyli opiekun, który mieszka na miejscu. Jedziemy prawie 20 km Iron Mountain Road, co samo w sobie jest atrakcją. Droga wije się w górę piekielnymi zawijasami, zwęża się do jednego pasa przy czterech tunelach wykutych w skale – zwyczaj nakazuje używać klaksonu przed wjazdem, bo nikt nie kieruje ruchem. Z tuneli wyprowadzono krzyżujące się drewniane mosty, wygląda to jak labirynt z bajki. Jeszcze bardziej widowiskowa jest tu słynna Needles Highway, również poprowadzona wykutymi w skale tunelami. Miejsce mamy zarezerwowane na kempingu Coolidge, jednym z kilku w parku. Niby miejsce ładne, pod wysoką skałą, przy strumyku, ale prywatności żadnej, tuż przy drodze wewnętrznej i przy szosie. Później okazuje się, że ładnych kempingów tu właściwie nie ma. Koty są niezadowolone, obok psy, ludzie chodzą tuż koło namiotu. Dobrze, że pamiętamy numer miejsca, bo każdy się rozbija sam, komórka nie działa, host zniknął jak ghost. W nocy wielka burza, strugi wody leją się z nieba, mamy nadzieję, że strumyk obok nie zamieni się w rwącą rzekę. Nowy namiot okazuje się szczelny, Fifka i Pimpek wreszcie nie śpią nam na głowach, możemy wstawić do środka składane krzesełka i każdy kot ma swoje miejsce, w dodatku opatulone śpiworem.

Rano przemoczeni do nitki nieliczni namiotowicze, bo głównie są tu ludzie z mobile homes, rozwieszają mokre rzeczy i zbierają się do odjazdu. Nie wiedzieć czemu Amerykanie nie znają kanadyjskiego wynalazku, czyli plastikowej plandeki, która podwieszona do drzew i nieszczelny namiot osłoni, i można pod nią posiedzieć w ulewie przy ognisku.

Przez kolejne dwa dni zwiedzamy miejscowe atrakcje, a bizonów ani widu, ani słychu. Zobaczyć bizony z bliska to wielkie marzenie Andrzeja. Na razie widzieliśmy w zbudowanym z kamienia centrum informacyjnym z ciekawą ekspozycją wypchany okaz, a przecież stado 1500 sztuk nie mogło się tak po prostu rozpłynąć, tym bardziej że w przeciwieństwie do Yellowstone, tutaj niby są na wolności, na rozległych terenach, ale jednak ogrodzonych.

Jesienną atrakcją parku jest zganianie bizonów do jednego miejsca, gdzie są szczepione, a część jest sprzedawana do hodowli w innych częściach Stanów. Indianie Wielkich Równin nazywali bizony tatanka, a indiańską nazwę spopularyzował wspomniany już film Kevina Costnera w scenie, w której główny bohater wypytuje Indian o bizony, z braku znajomości języka posługując się gestami, co Indianie biorą za przejaw szaleństwa.

Bizony na Wielkich Równinach były dla Indian podstawą egzystencji i źródłem utrzymania. Przed odkryciem Ameryki przez Kolumba, żyło ich w warunkach naturalnych 30-60 milionów, populacja zmniejszyła się radykalnie do 500 sztuk po masakrze, jaką uczynili biali osadnicy w XIX wieku.

Przyjeżdżali specjalnymi pociągami, a polowania odbywały się nieraz z okien wagonów. Stada, które możemy teraz podziwiać, zawdzięczamy Amerykańskiemu Towarzystwu Ochrony Bizona (American Bison Society) oraz parkom narodowym. W XX wieku populację bizonów oceniano na około 20 tys. osobników w warunkach naturalnych. Ciekawostką jest, że są dwa podgatunki bizona. Bizon preriowy uważany jest za uratowany, natomiast drugi podgatunek, bizon leśny, który zamieszkuje słabo zalesione tereny północno-zachodniej Kanady i Alaski, jest ciągle na liście gatunków zagrożonych wyginięciem. Bizon preriowy jest zwierzęciem wędrownym, leśny jest większy, cięższy i nie migruje.

Robimy dziesiątki kilometrów rano i wieczorem przepiękną Wildlife Loop Road, gdzie bizony spotyka się najczęściej. Droga meandruje wśród zielono-żółtych wzgórz, gdzieniegdzie pokrytych sosnowym lasem, spotykamy zwierzynę wszelaką. Udało nam się zobaczyć jelenie, jelenie białoogoniaste i jelenie mulaki, i pieski preriowe, i pronghorns z pierzastą pupką, po polsku to widłorogi – gatunek ssaka kopytnego, jedyny żyjący przedstawiciel rodziny widłorogich zamieszkujący Amerykę Północną, ze względu na zewnętrzne podobieństwo do antylop nazywany też antylopą widłorogą. Widłorogi są najszybszymi zwierzętami Ameryki Północnej – na krótkich dystansach (do 1,5 km) osiągają do 95 km/h, wykonując przy tym skoki długości do 6 metrów. Widzieliśmy też niewielkie osiołki zadziwiającej maści, które sprowadzili tu turyści wspinający się na najwyższy szczyt Gór Czarnych. Osiołki zdziczały, ale niezupełnie, wbrew ostrzeżeniom straży parkowej turyści je karmią i głaszczą. No, nie widzieliśmy pum i wilków, ale główną atrakcją miał być bizon.

Trzeciego dnia w desperacji pytamy spotkanego koło kempingu rangera, gdzie są bizony. Ten patrzy na nas jak na debilów, ale grzecznie odpowiada, no, tu zaraz, za zakrętem. Jedziemy dalej w przekonaniu, że chciał się nas pozbyć, Andrzej wietrzy spisek, bizony położył jakiś pomór albo Indianie z zemsty je wystrzelali. Rzeczywiście wychodzimy na idiotów. Dwieście metrów dalej, za zakrętem, duże stado bizonów przekracza szosę i łazi po zbiorowym kempingu między namiotami. Od razu robi się korek, samochody się zatrzymują, wszyscy robią zdjęcia. Bizony są fotogeniczne. Im starszy, tym piękniejszy, grzywa na czole wtedy dramatycznie skłębiona, kudłata okrutnie, i wzrok bystry i ostry, rozumny doświadczeniem wielu lat życia. Trafia się jeden odmieniec, zamiast pokręconej czupryny długie, proste włosy na czole, jakby uczesane, po prostu hipis. Mam rozterkę, filmować czy fotografować. W momencie, jak wyłączam kamerę, stary bizon rzuca się w pogoń za rowerzystą. Z jakichś powodów samochody im nie przeszkadzają, ale rowerzyści i motocykliści działają na nie jak czerwona płachta na byka. Udaje nam się sfilmować końcówkę tej pogoni, szkoda, byłoby fajne nagranie. Po paru kilometrach kolejne stado wędruje szosą między samochodami. Robię zdjęcia przez otwarte okno i trochę mam stracha, bo naoglądałam się filmów o atakach bizonów na YouTube.

Bizony dosłownie ocierają się o drzwi samochodu, Andrzej namawia mnie, żebym spróbowała je pogłaskać. Nic z tego, widziałam na filmie, jak taki pogłaskany, nie zatrzymując się, jednym kopnięciem zrobił dziurę w karoserii, a inny się tak zezłościł, że lekkim ruchem rogów wyrwał przednie drzwi i rzucił je kilka metrów od samochodu. Stary bizon mija mnie i zatrzymuje się przy tylnej szybie. Za szybą siedzi przerażony Pimpek z oczami jak spodki. Mimo że szyba jest mocno przyciemniana, bizon nie wiedzieć czemu go widzi, niucha, patrzy, chyba się dziwi, takiego rudzielca jeszcze nie widział. Pimpek w panice jednym susem wskakuje mi na kolana, a w tym samym momencie kolejny potwór wsadza łeb przez okno, żeby poniuchać rude dziwo. Pimpek zwiewa z powrotem na tył samochodu. Jakiś facet prosi nas o zdjęcie "na tle", Andrzej wysiada z samochodu, rangerka ich przegania, całkiem słusznie zresztą. Bizony idą i idą szosą, pochrapując, pochrumkując, każdy nieustannie gada coś, czy do siebie, czy do towarzyszy, kto to wie, ale mowa ich brzmi pięknie. Główny punkt programu spełniony, widzieliśmy tatanka!

Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany piątek, 19 grudzień 2014 21:51
Zaloguj się by skomentować