Goniec

Switch to desktop Register Login

Jesień zaczyna się od zdziczałych jabłoni

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Jakieś dwa – trzy tygodnie temu będąc na spacerze z Jackiem, zauważyłam w jednym z przydomowych ogródków, że na trawie leżą jabłka. Małe, dzikie, poobijane i pewnie robaczywe. I wtedy zatęskniłam za jesienią w Parku Prowincyjnym Boyne Valley.

Do Boyne Valley trafiliśmy w październiku zeszłego roku. To zaledwie kilka kilometrów za Shelbourne (jakieś 25 km na północ od Orangeville). Na dużym skrzyżowaniu drogi nr 10 z 89 trzeba po prostu pojechać prosto i po jakichś 2 kilometrach wypatrywać parkingu po prawej stronie. Rok temu pojechaliśmy do Mono Cliffs, a ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu, zajechaliśmy też do Boyne Valley. W porównaniu z Mono tak tu spokojnie i odludnie. Wtedy przeszliśmy tylko krótki odcinek, ale to wystarczyło, by chcieć tu wrócić.

W Boyne Valley urzekają mnie opuszczone sady. Wzdłuż szlaku rosną powykręcane drzewa owocowe. Może to jesień sprzyja sentymentom, ale mi taki krajobraz, i taki nastrój kojarzy się z Beskidem Niskim.

Od parkingu można zrobić dwie pętle. My decydujemy się na dłuższą, po prawej stronie od drogi. Krótki 1,2-kilometrowy szlak łącznikowy Primrose Loop prowadzi do głównego Bruce Trial. Zaczyna się podejściem w lesie. Teren jest pofałdowany, idziemy brzegiem doliny, jesiennych kolorów jeszcze tu mało. Po krótkim czasie pojawiają się prześwity, aż w końcu wychodzimy na otwartą przestrzeń. Trawy już wyblakły, drzewa zaczynają zmieniać kolory. Na tle odcieni żółci, czerwieni i brązu wspaniale wyglądają fioletowe kwiaty. Nie wiem, jak nazywają się w Kanadzie, ale moja mama mówi na nie marcinki, taki rodzaj astrów.

Na wprost widać wzniesienie polodowcowe Murphy's Pinnacle (powstałe 12 000 lat temu), które jednak chcemy zostawić sobie na koniec i po dojściu do głównego Bruce Trial skręcamy w prawo. Schodzimy do doliny rzeki Boyne. Wcześniej słychać, jak szumi w dole. Rzeka rozlewa się na kilka odnóg, przekraczamy ją, przechodząc po mostkach. Okoliczny teren miejscami jest podmokły, słońce prześwituje między drzewami i odbija się w kałużach.

Znów krótkie podejście i dochodzimy do kolejnego szlaku łącznikowego, który potem na chwilę wyprowadza nas na drogę, równoległą do tej, przy której zaparkowaliśmy.

Właśnie z tego miejsca wyruszyliśmy rok temu. Więc teraz wiem, co nas czeka. Gdy znów wchodzimy w lewo w las, zaczyna się malowniczy wąwóz. Tu jeszcze jesień nie zajrzała, wszystko zielone, aż niepodobne do tego, co widzieliśmy z wyżej położonych i bardziej odsłoniętych fragmentów szlaku.

Kawałek dalej widać, że kiedyś znajdowały się tu farmy. Teraz zostały stare ogrodzenia, sterty kamieni. Pola są uprawiane, siano leży w wielkich belach. Idziemy skrajem pól, widać pobliskie zabudowania. Rafał mówi, że zachowuję się jak turysta z Warszawy, bo robię zdjęcie ciągnika. Tłumaczę, że to dla Jacka.

I dalej mój ulubiony wyczekany odcinek ze zdziczałymi sadami. Tym razem jabłek jest zdecydowanie mniej, ale w zeszłym roku ścieżka była wprost usiana spadami. Właśnie takimi dzikimi i obitymi.

Na koniec siadamy na wzniesieniu Murphy's Pinnacle. Widać, jak drzewa wokół wybarwiają się, poczynając od wierzchołków. To dlatego często w lesie liście są jeszcze całkiem zielone.

Stąd już blisko do parkingu. Przeszliśmy 8,7 kilometra. Jeszcze nie ma szóstej, a już czuć, że ma się ku wieczorowi. Może las pachnie jakoś inaczej. Dni robią się krótsze. Idzie jesień.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować