Goniec

Register Login

Lion's Head: w połowie drogi między biegunem północnym a równikiem

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

Pogoda w ubiegłą sobotę zachęcała do wypraw. Od kilku dni śledziliśmy prognozy i niemal w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się na wypożyczenie samochodu. Potem nastawiliśmy budzik na 4.30 rano, zrobiliśmy kanapki i ruszyliśmy.

Pojechaliśmy na północ, na półwysep Bruce. Gdy słońce wychyliło zza horyzontu swoją wielką czerwoną twarz, byliśmy już daleko za Toronto. Na trawach skrzył się poranny szron. Mijaliśmy nawet takie miejsca, gdzie leżał pierwszy śnieg!

Na półwyspie Bruce byliśmy mniej więcej rok temu, przez dwa dni, w Wiarton. Po tamtym wyjeździe pozostał nam pewien niedosyt. Chcieliśmy zobaczyć strome klify schodzące do turkusowej wody, a teraz jeszcze zapowiadało się, że będziemy podziwiać ten widok przy ładnej pogodzie. Obejrzeliśmy trochę zdjęć w Internecie, przejrzeliśmy mapy w przewodniku o Bruce Trail i zdecydowaliśmy się na Lion's Head.

Wśród ciekawostek o Lion's Head można przeczytać, że miasteczko leży na 45. równoleżniku – czyli dokładnie między równikiem a biegunem północnym. Patrząc od strony miasta, któryś z klifów ma przypominać kształtem głowę lwa – stąd oczywiście nazwa. Czy przypomina... Trudno powiedzieć. Prawdę mówiąc, nie mieliśmy okazji sprawdzić. Ale podobno nawet niektórzy miejscowi owej głowy nie dostrzegają.

Do samego miasta bowiem nie zajeżdżamy. Chociaż może następnym razem warto by było zobaczyć port i latarnię morską. Można też przejść się bocznym szlakiem na Bannister's Hill. Kilometrowa pętla przebiega przez parę miejsc, z których roztaczają się rozległe widoki.

Latem Lion's Head oferuje piaszczyste plaże. Wtedy też liczba mieszkańców wzrasta z 900 do 5000. Jest to też doskonałe miejsce do obserwacji gwiaździstego nieba. W lipcu i sierpniu w piątkowe i sobotnie noce można oglądać gwiazdy przez specjalnie ustawione teleskopy. Miasto leży w zatoce Isthmus, która od wschodu jest otoczona półwyspem, a na nim piętrzą się klify.

W Lion's Head znajduje się Bruce Peninsula District School – jedyna szkoła średnia na północ od Wiarton i jedna z niewielu w Ontario mieszcząca oddziały od przedszkola do 12 klasy.

Na samym wjeździe do miasta odbijamy w prawo na wschód w Moore St. i kierujemy się do wejścia na Bruce Trial. Nie zauważamy parkingu i w końcu stajemy na poszerzonym poboczu. Pakujemy Jacka do nosidełka plecakowego – wreszcie jest na tyle duży, że możemy zacząć praktykować ten sposób transportu – i wchodzimy na Moore Street Side Trial, który w całości, czyli od przegapionego przez nas parkingu, ma 1,5 kilometra. Łączy się z głównym szlakiem Bruce. Na tym obszarze utworzono Lion's Head Provincial Nature Reserve. Idziemy przez las – o tej porze drzewa zgubiły już wszystkie liście. Tworzą teraz brązowy szeleszczący dywan. Na granicy rezerwatu ustawiono tablicę, niedługo też dochodzimy do Bruce Trial (będziemy nim szli przez 3,5 km), gdzie mamy szansę spojrzeć na mapę.

Kawałek dalej zatrzymujemy się przy krótkim bocznym szlaku Lion's Head Pothole. Napis na tabliczce informacyjnej głosi, że wchodzimy na własne ryzyko. Znajduje się tu ciekawostka geologiczna – duża niecka wydrążona w skale, pamiątka po ostatnim zlodowaceniu. Ma 10 000 lat. Można do niej zajrzeć przy dnie, z boku, lub wdrapać się wyżej i spojrzeć przez dziurę od góry. Wapienne ściany są zaokrąglone, wyszlifowane pod olbrzymim ciśnieniem przez granit niesiony przez cofający się lodowiec.

Kawałek dalej między drzewami coraz częściej widać niebo. To znaczy, że zbliżamy się do krawędzi klifu. Docieramy do pierwszego punktu widokowego. Na tej trasie jest ich wiele. Mój mąż, który niesie na plecach Jacka, ostrożnie zbliża się do brzegu. Patrzymy w dół – co za kolor! Słońce trochę chowa się za chmurami, ale i tak woda jest wspaniale niebiesko-zielona. Spoglądamy na mapę z przewodnika, liczymy poziomice i okazuje się, że klify na odcinku, którym będziemy szli, piętrzą się około 40 m nad wodą. Ale nigdzie nie ma barierek ani jakichkolwiek innych zabezpieczeń.

Idziemy wzdłuż klifu. Trzeba patrzeć pod nogi, ścieżka jest kręta, nierówna, trafiają się też szczeliny. Co chwila roztacza się przed nami widok na zatokę Isthmus i White Bluff po przeciwnej stronie. Czasem możemy też spojrzeć do tyłu – widzimy wtedy, jak stroma jest skała, na której przed chwilą staliśmy. Niektóre ściany są zupełnie płaskie. W jednym miejscu na krawędzi rośnie małe drzewko – mój mąż kurczowo się go trzyma i mówi, że dobrze, że Jacek tego nie widzi (bo śpi).

Specjalnie oznakowany jest punkt widokowy Lion's Head – trójkątny cypel skalny góruje wysokością nad innymi. Skała jest odkryta, więc widok znakomity w każdą stronę. Robimy krótki postój, napawamy się przestrzenią. Wychodzi słońce. Teraz dopiero woda nabiera intensywnego koloru.

Kawałek jeszcze szlak prowadzi po klifie, po czym wchodzimy w las. Stopniowo tracimy wysokość. W pewnym momencie przechodzimy pod olbrzymią półką skalną. W końcu schodzimy na kamienistą plażę. Gdy patrzymy na północ, widać trzy plany. Ale tam na samym końcu to jeszcze nie Tobermory.

Zatrzymujemy się na dużym płaskim kamieniu, jemy kanapki, Jacek też ma odpoczynek od bycia niesionym. Zanurzam rękę w wodzie – nawet nie jest specjalnie zimna. Ale zaczyna wiać. Nadciągają chmury.

Kawałek idziemy plażą, po kamieniach. Niektóre miejsca są trochę bardziej podmokłe. Tutaj też znajduje się McKay's Harbour – miejsce, gdzie można zatrzymać się na biwak z namiotem. Pomysł w istocie warty rozważenia. Dalej wchodzimy z powrotem w las i bocznym szlakiem McKay's Harbour pniemy się z powrotem w górę. 660-metrowy szlak łączy się z Inland Side Trial, który po 1 km doprowadza nas do punktu widokowego Lion's Head. Od tego miejsca do samochodu wracamy tą samą drogą.

Co ciekawe, na szlaku nie spotkaliśmy nikogo. Aż dziwne, że nikt prócz nas nie korzystał z tak dogodnej pogody, by wybrać się być może na ostatnią wycieczkę, zanim spadnie śnieg. Przeszliśmy jakieś 9,5 kilometra, ale zajęło nam to 5 godzin. To chyba najlepszy dowód na to, jak często zatrzymywaliśmy się, żeby podziwiać widoki. Wybierając się do Lion's Head, nie warto się spieszyć.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować