Goniec

Register Login

Migawki z Afryki - część druga

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

        Kiedy byłem asystentem na wydziale wrocławskiej architektury miałem okazję poznać profesora Zakrzewskiego, który odwiedził naszą katedrę projektowania. 

        Po kilku spotkaniach profesor zaproponował mi możliwość pracy w jego zespole na Uniwersytecie w Durbanie. Nigdy do tego nie doszło, bo gwałtowne zmiany w obrębie Afryki Południowej oraz obalenie rządów białej mniejszości, wywołały liczne zamieszki. Reszty jest się łatwo domyśleć; do kontraktu nie doszło, ale oczywiście pozostała ciekawość jak ten kraj naprawdę wygląda. Kilka razy planowaliśmy wyprawę do Południowej Afryki, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Kiedy w końcu zapadła decyzja „jedziemy” - ciekawości i emocjom nie było końca.

        Lot do Kapsztadu z Toronto miał przesiadkę z jednodniową przerwą w Stambule (Turcja). Kiedy dowiedziałem się, że do Afryki lecimy liniami tureckimi, miałem chwilę zawahania. Ku naszemu absolutnemu zaskoczeniu, okazało się, że Tureckie Linie Lotnicze są obecnie w Europie uznane za najlepsze. Serwis był doskonały, jedzenie bardzo dobre, samolot bardzo wygodny – brawo! 

        Szczerze mówiąc, kiedy nadszedł czas powrotu (tymi samymi liniami), wszyscy byli kompletnie zrelaksowani i oczekiwaliśmy tak samo dobrej obsługi. Obyło się bez rozczarowań.

        Wróćmy na moment do Stambułu. Nigdy wcześniej nie byłem w tym mieście. Wiem, że w czasach PRL, było to miejsce uczęszczane przez liczne polskie wyprawy „po złote runo” (czytaj kożuszki i złote łańcuszki). Szczerze mówiąc, takie miałem trochę nastawienie, ale… było zupełnie inaczej. 

        Piękne miasto, bardzo ciekawie położone na wzgórzach, z pięknymi widokami na Bosfor. Historia i nowoczesność przeplatają się na każdym kroku; zabytki z czasów Bizancjum oraz nowoczesne rozwiązania architektoniczne. Ludzie bardzo przyjaźni, bardzo łatwo podchwytują język polski. Wspaniałe jedzenie i ogólnie miasto podobne do innych europejskich metropolii. Mnie w wielu miejscach atmosfera ulicy przypominała Barcelonę. Jedno jest dla mnie pewne, po tym bardzo krótkim pobycie; trzeba wrócić i spędzić kilka tygodni w tym bardzo bogatym w historię kraju.

        Ale wróćmy do celu wyprawy, Południowej Afryki i Kapsztadu. Jest to niezwykle pięknie położone miasto na samym południowym końcu kontynentu. Wspaniały klimat, przepiękne pagórki, ocean, liczne   winnice wokół miasta, wspaniała skala architektury, która nie przytłacza, uśmiechnięci ludzie (wielu ras) – wszystko wygląda „cacy”. 

        I ogólnie jest, natomiast Kapsztad od trzech lat przeżywa nieprawdopodobny kryzys - brak opadów deszczy czyli brak wody. W mieście panują nieprawdopodobne ograniczenia i wszędzie nawołuje się do racjonowania wody. Ujęcia i zbiorniki wodne są chronione przez wojsko na wypadek eskalacji sytuacji. Gdy pomyślimy, ile mamy w Kanadzie tego bogactwa, którego nawet specjalnie nie szanujemy – to przychodzi głęboka refleksja. 

        Zresztą cała dalsza podróż po Afryce potwierdziła jeden fakt. Woda na tym kontynencie jest bardzo cenna i często jest droższa niż ropa czy benzyna.

        Skala Kapsztadu jest bardzo „ludzka”. My zatrzymaliśmy się w jednym z hoteli w samym centrum. W chwili obecnej jedną z głównych atrakcji miasta jest „Victoria and Alfred Waterfront”. Kiedyś był to stary port z wieloma starymi i zniszczonymi budynkami. Teraz ten rejon został kompletnie przebudowany i znajduje się tu centrum handlowe, setki restauracji, sceny, na których występują artyści oraz wiele innych atrakcji. Przelewa się tłum turystów, ale również wielu „lokalnych” ludzi co tworzy jedną „happy family” - jak z piosenki Paula McCartneya i Stevie Wonder (Ebony & Ivory). 

        Do tego miejsca zwieziono nas autobusem, ale bardzo szybko okazało się, że to  tylko 20 minut pieszo z naszego hotelu. W ciągu 4 dni, które spędziliśmy w Kapsztadzie wielokrotnie odbywaliśmy spacer do portu o różnych porach dnia i nocy i nigdy nie czuliśmy się zagrożeni. Liczni ochotnicy czuwali nad bezpieczeństwem turystów. Czasami dyskretnie prosząc o mały napiwek, ale to było robione w bardzo miły sposób. 

        W tym właśnie miejscu („Victoria and Alfred Waterfront”) mieliśmy przyjemność przywitać Nowy Rok oglądając bardzo ciekawe pokazy ogni sztucznych, ale to co nas urzekło, to co nastąpiło po ich zakończeniu. Grupki lokalnej (czarnej) ludności zaczęły śpiewać piosenki „a capella”, czyli na głosy bez podkładu muzycznego. To było wręcz niesamowite. Zgranie głosów, wyczucie rytmu, radość bycia razem! Nie mogłem się nacieszyć takim spontanicznym występem. 

        Kiedy dałem $20 US grupce młodzieży na taksówkę na powrót do domu – ich radość była niesamowita (śpiewy i podrygi radości), a my osobiście poczuliśmy się jak na prywatnym koncercie Stevie Wondera.

        Jedną ze wspaniałych atrakcji Kapsztadu jest górująca nad nim Góra Stołowa (Table Mountain), na którą można dostać się za pomocą kolejki linowej. Jest to tak wielka atrakcje, że czas oczekiwania na wjazd czy na zjazd liczy się w godzinach. Ale… warto poczekać. Widoki, atmosfera, przyroda i niesamowity zachód słońca – były niezapomniane. 

        Miasto jest  bardzo ciekawe, ale okolice są również warte zobaczenia. Cały kraj jest bogaty we wszystkie możliwe surowce i minerały, ale jednym z ogromnych bogactw jest wino! Doskonały klimat pozwala dojrzewać najbardziej zbalansowanym winogronom na świecie. Winnice są wszędzie, a wina są boskie (i bardzo tanie). Odwiedziliśmy rejon Stellenbosch słynący z doskonałego czerwonego wina, gdzie mieliśmy szansę na degustację. Zastanawiałem się tylko, kto jest w stanie wypić te ilości produkowanego wina? Nie widziałem ani jednego pijanego na ulicy – a mało kto wylewał za kołnierz. Ponowne skojarzenie z PRL – kiedy wszyscy byli porażeni chorobą „J23” (czyli jabola) z bardzo nielicznych wytwórni napojów wyskokowych. Aż strach pomyśleć co by się działo w Polsce, gdyby było ich (wytwórni) tyle co w Południowej Afryce...

        Historia Republiki Południowej Afryki nie jest długa, ale niestety jest dość krwawa. Teren ten tak naprawdę nie był zasiedlony przez czarnych mieszkańców przez bardzo długi czas. Byli tu owszem buszmeni, ale nie budowali miast, nie uprawiali roli i zasadniczo przemieszczali się tak, jak stada zwierząt na które polowali. Dopiero później pojawili się to migrujący z północy „czarni” mieszkańcy z plemion Bantu. 

        Odkrycie tego rejonu przypisuje się Portugalczykom – Bartolomeo Dias w 1488 i Vasco da Gama w 1497. Od XVI wieku mieszkali tam głównie Holendrzy, którzy nadali charakter okolicom i pośredniczyli w handlu pomiędzy Indiami a Europą. 

        Od XVIII wieku Brytyjczycy zainteresowali się tymi terenami i  przez następne stulecia trwała tu walka pomiędzy potomkami Holendrów (Afrykanerami), a armią brytyjską bestialsko tłumiącą wszelki opór. To Brytyjczycy 

wymyślili tu pierwsze obozy koncentracyjne, w których zginęło dziesiątki tysięcy kobiet i dzieci uwięzionych, kiedy ich mężowie próbowali walczyć broniąc „swojego” kraju. Kiedy w końcu „Afrykanerzy” wycofali się na północ, oddali południe Brytyjczykom. Okazało się, że nieurodzajne tereny, na które wycofali się potomkowie Holendrów posiadały nieprzebrane złoża diamentów i złota. I zabawa zaczęła się na nowo. Dziś są to tereny Johanessburga. 

        W historii tego kraju wszędzie widać wpływy Holendrów ale również i Niemców. Sposób budowania, styl architektury, sposób projektowania małych miasteczek – ma wyraźne wpływy tych dwóch nacji. Chociażby doskonałe piwo to wyraźny wpływ Niemców. Dzięki niesamowitemu bogactwu surowców oraz mądrej gospodarce „białych” mieszkańców RPA była przez wiele lat rajem dla ludzi wykształconych i gotowych do pracy. 

        Roman, który mieszka w RPA od 1982 roku, opowiedział nam jak bardzo ten kraj zmienił się od tego czasu. Kiedyś było to państwo oparte na prawie i fachowości, dziś po zmianie ekipy rządzącej, oparte jest na korupcji i układach. Zmiany miały poprawić sytuację „czarnych” mieszkańców, ale z tego, co widać gołym okiem, ciągle ogromne rzesze mieszkają w „Townships” czyli gettach otaczających centra miast. Są to ciągnące się kilometrami budy zbite z desek, blachy falistej i papy o powierzchni 10-20 metrów kwadratowych, w których mieszkają liczne rodziny bez perspektyw. W przypadku problemów policja czy służby ratunkowe nawet nie próbują interweniować bo to by się spotkało z „negatywną” reakcją mieszkańców. Prąd i woda są „pożyczane” od miasta bez pytania o zgodę. Warunki życia w takich osiedlach są bardzo trudne. Nawet gdy próbują się wyrwać z tego zaklętego koła, nie jest to proste. 

        Podczas pewnego wieczoru będąc w restauracji w Kapsztadzie wdałem się w rozmowę z jednym z kelnerów. Niezwykle skromny i miły chłopak o imieniu Yanga. Mieszka wraz z matką w jednym z Townships i od 5 lat pracuje jako kelner, próbując odłożyć $1,000 by być w stanie poprosić o rękę „dziewczynę jego marzeń”. Te pieniądze są sumą jaką musi zapłacić rodzicom dziewczyny w zamian za zgodę na związek. Kiedyś zwyczajowo były to krowy. Dziś „cash is the king”. Jego historia poruszyła nas do tego stopnia, że wraz z Agnieszką postanowiliśmy mu pomóc. Yanga przesłał nam zdjęcia z  mamą, dziewczyną oraz z „Township” oraz obiecał przysłać zdjęcia z wesela, które ma się odbyć za jakieś dwa miesiące.

        Klimat RPA kształtowany jest przez dwa oceany. Zimny Atlantyk oraz gorący Ocean Indyjski. Dwa prądy ścierają się na samym czubku Afryki. Wynikiem tego są bardzo silne prądy, które były przyczyną wielu katastrof statków próbujących dostać się do Indii lub wrócić do Europy. Plaże po stronie zachodniej (od strony Atlantyku) są rzadko uczęszczane – bo zimna woda nie tylko nie zachęca do pływania, ale również dzięki dużej liczbie fok i ryb jest ulubionym miejscem dla dość agresywnych rekinów „Great White Sharks”. 

        Zimny prąd wodny powoduje również, że zachodnie wybrzeże jest głównie pustynne i mało przyjazne. 

        Odwrotnie jest od strony Oceanu Indyjskiego. Ciepła woda, pełne plaże oraz bardziej umiarkowany klimat. Jedną z dwóch atrakcji, wartych zobaczenia w tym rejonie to „Cape of Good Hope” czyli przylądek Dobrej Nadziei. Opisywany przez podróżników fragment tego kontynentu, który jest i był granicą pomiędzy dobrą i złą pogodą. Miejscem wypatrywanym przez żeglarzy w nadziei na „lepsze czasy”. Druga atrakcja to ogromna kolonia malutkich pingwinów w Simon’s Town, która jest dosłownie zlokalizowana w obrębie miasta. Jakimś cudem tysiące tych zabawnych stworzeń żyje tu od dziesiątków (może setek) lat zupełnie ignorując tłumy oglądających je turystów (którzy wyglądają z dystansu jak inna kolonia pingwinów tylko większych).

        Kiedy po czterech dniach pobytu w Kapsztadzie i okolicach wyruszyliśmy autobusem w Kierunku Namibi nawet nie uświadamialiśmy sobie jakie odległości mamy do pokonania. W miarę przesuwania się na północ krajobraz szybko zmienił się w półpustynny. Godzinami patrzyliśmy na przesuwające się monotonne przestrzenie, od czasu do czasu mijaliśmy stację benzynową oraz miasteczka z kilkoma małymi domami. Zastanawialiśmy się, kto ma tyle odwagi, by mieszkać w takim miejscu? I po co? Widocznie jest w tym jakaś poezja (z tym, że ja jej nie rozumiem). Jedno jest pewne. Podróż takim środkiem lokomocji na pewno uświadomiła nam ogrom i charakter tego kontynentu. Widzieliśmy w końcu tylko mały skrawek, pomimo, że w czasie naszej całej wyprawy przemierzyliśmy prawie 3,600 km (RPA, Namibia, Botswana i Zimbabwe). Jest to moim zdaniem zupełnie inny rodzaj wypraw niż te po Europie, gdzie zabytki są wszędzie. W Afryce jest inaczej. A jak jest opiszę w następnym odcinku już wkrótce.

Ostatnio zmieniany sobota, 03 luty 2018 08:28
Zaloguj się by skomentować