Goniec

Register Login

Moja przygoda z nurkowaniem - Podwodne światy Maćka Czaplińskiego

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Moja przygoda z nurkowaniem (scuba diving) zaczęła się, niestety, dość późno. Praktycznie dopiero tutaj, w Kanadzie. W Polsce miałem kilku przyjaciół którzy próbowali mnie namówić na ten sport, ale perspektywa nurkowania w brudnej (w tamtych czasach) i zimnej Odrze lub w Bałtyku była mało zachęcająca. Dopiero w Kanadzie, kiedy pojawiła się szansa wyjazdów na Karaiby i woda była taka, jaką lubię (czysta i ciepła), zacząłem powracać do myśli o nurkowaniu. Natomiast, jak większość z nas, najpierw przez kilka lat próbowałem snorkelingu - czyli obserwacji tego, co dzieje się pod taflą wody.

To pływanie po powierzchni -  z fajeczką, w masce i z płetwami. Przełom nastąpił, gdy wiele lat temu pojechaliśmy z Agnieszką na wakacje do Meksyku, na Cozumel. To wyspa słynąca ze znakomitych raf oraz ciekawej fauny morskiej. Pewnego dnia postanowiliśmy dołączyć do grupy wypływającej łodzią na nurkowanie. Byliśmy jedynymi osobami mającymi w tym samym czasie uprawiać snorkeling. Kiedy po 20 minutach na łodzi dopłynęliśmy na miejsce, grupa 12 nurków wraz z 3 dive masters szybko zanurzyła się w toni. Nam również zalecono to samo – mieliśmy podążać za nurkami (ale oczywiście po powierzchni).

Reklama! Cóż było robić… wskoczyliśmy. Ale zanim zdążyliśmy się obejrzeć, łódź po prostu odpłynęła pozostawiając nas (na szczęście) z jednym z członków załogi. Był on naszym opiekunem, jednak nie miał ani płetw, ani maski. Nie zapomnę nigdy uczucia przerażenia, które towarzyszyło mnie i Agnieszce w chwili, gdy uświadomiliśmy sobie naszą sytuację. Zostaliśmy sami wśród fal, brzeg oddalony był o ok. 10 km, nie wyposażono nas w żadne zabezpieczenia ani kapoki. Jedyną naszą szansą na przetrwanie był bosonogi potomek Azteków.  W takiej chwili człowiekowi życie przelatuje się przed oczami… Nie było innego wyjścia - zaczęliśmy podążać za grupą obserwatorów raf, która już wtedy znajdowała się na głębokości ok. 25 metrów. Z niepokojem patrzyliśmy na obserwujące nas sporej wielkości barrakudy. Potomek Azteków skwitował nasze - trochę rozpaczliwe - sygnały uśmiechem i nagle, jak torpeda, zanurkował (bez maski i bez płetw!) w głąb morza, na jednym oddechu.  Okazało się, że pod wodą doszło do awarii sprzętu jednego z nurków. Po trzech minutach wynurzył się z uśmiechem, co dodało nam otuchy i wiary w umiejętności przystosowawcze autochtona. Ten drobny incydent uświadomił nam, że jednak mamy “opiekuna” które zna ocean i rządzące nim siły.  Kiedy po 45 minutach łódź wróciła i po nas, i po nurków, zdecydowaliśmy, że następnym razem będziemy uprawiać jednak klasyczny scuba diving a nie snorkeling.

        Po powrocie do Toronto, przepełnieni emocjami, błyskawicznie zapisaliśmy się na kursy w Aquarius Scuba Centre – prowadzone przez naszego rodaka, Marka Paszyna. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i do dziś pozostajemy w bliskim kontakcie, wyjeżdżając czasami na wspólne wyprawy scuba diving. Po kilku tygodniach praktycznych zajęć (głównie w basenie przy Centennial Park) i zdaniu egzaminu teoretycznego przyszedł czas na praktyczny egzamin końcowy. Oczywiście tutaj, na miejscu, mieliśmy do wyboru - Jezioro Ontario lub Tobermory na Georgian Bay. Ale myśl o zimnej (choć niewątpliwie czystej) wodzie zniechęcała nas do ćwiczeń praktycznych. Postanowiliśmy więc egzamin końcowy zaliczyć na Kubie. Uzbrojeni w certyfikat poświadczający nasze umiejętności teoretyczne wyruszyliśmy na Kubę. Kiedy pojawiliśmy się w centrum nurkowym i starali się przekonać Alana – naszego instruktora, że chcemy zdać jedynie egzamin końcowy, ten z cynicznym uśmieszkiem skwitował nas zdaniem - brzmiącym w wolnym tłumaczeniu - „Nie ze mną te numery, Brunner”.  Następnie stwierdził, że w naszym najlepszym interesie jest, abyśmy spędzili z nim pełne 5 dni nurkując w “prawdziwej” wodzie, a nie tylko w basenie. Uzasadnienie było logiczne – certyfikowany nurek powinien nabrać doświadczenia również w zmaganiu się z żywiołem, spróbować różnych warunków pogodowych i nauczyć się reagowania w nieprzewidzianych sytuacjach. Z perspektywy czasu patrząc - oboje jesteśmy mu ogromnie wdzięczni. Dając nam przez te 5 dni nieprawdopodobny “wycisk”, zmuszając nas do ciągłych ćwiczeń (jak zdejmowanie sprzętu na dnie i odpływanie na bezdechu na 10 metrów, ubieranie się, zdejmowanie i zakładanie maski pod wodą, działania asekuracyjne, podawanie powietrza drugiej osobie, itd.).... uzyskał on cel. Spowodował wyrobienie w nas nawyków i odruchów które, prawdę mówiąc, dwa razy uratowały mi życie.

        Najważniejszym jednak nawykiem, jaki wyrobił w nas Alan jest zachowanie spokoju. Opanowanie to kluczowa sprawa w warunkach ekstremalnych. Kiedy dzieje się poważnego pod wodą - na 20 czy 30 metrach - naturalnym odruchem jest  natychmiastowe wynurzenie się. To może być w pewnych sytuacjach ostateczność, ale takie zachowanie może skończyć się kalectwem lub śmiercią.

        Najpoważniejszy problem, jaki może pojawić się w czasie nurkowania to awaria sprzętu (nagły brak powietrza do oddychania) albo brak powietrza na skutek nadmiernego jego zużycia. Ta pierwsza sytuacja przydarzyła mi się osobiście, kiedy nurkowaliśmy z Agnieszką na wraku okrętu RMS Rhone na Brytyjskich wyspach dziewiczych (BVI). Kiedy wpłynęliśmy do wraku na głębokość ok. 20 metrów, poczułem nagle, że powietrze nie dopływa do mojego ustnika. Nie mając czasu do stracenia dopłynąłem do Agnieszki, która była ode mnie w odległości ok. 10 metrów - i skorzystałem z jej zapasowego ustnika (nazywanego potocznie oktopus). Zagrożenie minęło. Znów mogłem oddychać. Muszę przyznać, że nigdy w życiu wcześniej (ani później) powietrze nie smakowało mi tak dobrze… Było to cenne doświadczenie życiowe. Co się faktycznie wydarzyło pod wodą…? Nurkowałem wówczas na pożyczonym sprzęcie i regulator  - nie będąc właściwie konserwowany – odmówił działania. W Scuba Center usłyszałem tylko “sorry man” - ale ta niefortunna przygoda mogła mnie kosztować życie. Od tej pory nurkuję tylko z własnym regulatorem (sugeruję zakup sprzętu  najwyższej jakości), który jest sprawdzany co 2 lata. Dzięki regularnej opiece serwisowej mam pełen komfort psychiczny i prawdopodobieństwo powtórzenia takiej „przygody” jest w zasadzie zerowe. Od tego czasu nurkuję również w systemie “buddy”, czyli z drugim nurkiem, by w sytuacjach kryzysowych mieć wsparcie innej osoby.

        Natomiast drugi, częsty powód braku powietrza – jego nadmierne zużycie - jest łatwy do uniknięcia. Po pierwsze, każdy aparat nurkujący jest wyposażony w manometr pokazujący ilość pozostałego w butli powietrza. Kiedy rozpoczynamy nurkowanie, typowy poziom wynosi 3000 PSI. Jednak gdy w butli pozostaje 1500 PSI, oznacza to, że powoli powinniśmy zacząć wypływać na mniejszą głębokość (im głębiej nurkujemy tym szybciej zużywamy powietrze). Kiedy dochodzimy do 750 PSI (uwaga nowicjusze!), nie powinniśmy znajdować się głębiej niż 10 metrów. Jeśli ciśnienie w butli kształtuje się na poziomie 500 PSI (jest to określane jako “rezerwa”), to szybko powinniśmy się znaleźć się na głębokości 5 metrów i pozostać tam przez minimum 3 minuty, aby azot zgromadzony w czasie nurkowania w naszej krwi miał czas “odparować”. Jeśli ktoś nurkuje, obserwuje stale manometr i pamięta te proste zasady, może czuć się w kwestii dostępności powietrza bezpieczny. Często zdarza się, że nurkowie bez doświadczenia zużywają znacznie więcej powietrza. Wynika to ze sposobu oddychania (zbyt szybko) albo z ich nadmiernej ruchliwości. Nurkowie z dłuższym stażem oddychają bardzo powoli, wciągając powietrze jednym szybkim i krótkim oddechem, ale uwaga - wydech powinien być bardzo powolny i maksymalnie długi. Doświadczeni nurkowie nie pływają “jak zwariowani” (góra i dół, do przodu i do tyłu). Ich ruchy są powolne i dobrze przemyślane - wówczas zużycie powietrza jest bardzo racjonalne. Owszem, zdarza się, że musimy płynąć pod prąd. Wtedy zużycie potrafi wzrastać gwałtownie. Dlatego ważne jest planowanie kierunku – by starać płynąć z prądem. Dla własnego bezpieczeństwa.

        Nigdy nie zapomnę naszej przygody w Egipcie, która, choć zabawna, mogła skończyć się tragicznie. Było to 12 lat temu, nurkowaliśmy z grupą z Kanady w Morzu Czerwonym. Morze to słynie z przepięknych nurkowań, ale też niezwykle mocnych prądów. Często nurkuje się tuż przy brzegu - na tak zwanych ścianach. Brzeg przypomina urwisko i głębokość tuż przy brzegu może sięgać nawet kilkuset metrów! Napór prądu morskiego jest tak silny, że kiedy wskoczymy do wody, musimy natychmiast zejść na 15 - 30 metrów i wówczas prąd nas niesie wzdłuż ściany z dużą prędkością (często szybciej niż biegnący człowiek), ale przy minimalnym wysiłku. Całą dynamikę wykonuje prąd morski. Przy takiej szybkości należy uważać, by nie pogubić partnerów („buddy”).  I tak płynąc w Morzu Czerwonym, nagle natrafiliśmy na… nurka z grupy, która płynęła przed nami. Była to młoda dziewczyna, “owinięta” wokół pojedynczego, sterczącego koralowca. Wyglądało to wprawdzie zabawnie, ale było niebezpieczne. Kiedy ją odczepiliśmy, okazało się, że nie miała już sił na pokonanie prądu, który rzucił ją na ten koral. Tkwiła na nim zawieszona przez 10 minut, desperacko próbując się uwolnić i pokonać żywioł. Gdyby nie nasza interwencja, historia ta mogłaby skończyć się naprawdę tragicznie.

        Wspomniałem wcześniej o nagłych wynurzeniach. Często są one wynikiem paniki. Ludzie różnie reagują na różne morskie stworzenia, ale zwierzęciem, które wywołuje ciągle najwięcej obaw jest rekin. Proszę mi wierzyć - panika i gwałtowne wynurzenie na widok rekina zawsze skończy się źle. Natomiast jeśli się zrelaksujemy i będziemy bardzo spokojnie obserwować pływające wokół nas rekiny - nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów - to możemy czuć się bezpieczni. Nie wszyscy widzą, że ludzie nie są ulubionym menu rekinów.  Owszem, zdarzają się ataki, ale te śmiertelne bardzo rzadko i najczęściej przez pomyłkę. Zwykle rekin, kiedy znajdujemy się w mętnej lub wzburzonej wodzie, może nas wziąć za fokę, które to bardzo lubi. Z ponad 120 znanych gatunków rekinów tylko 6 jest znanych ze - zwykle przypadkowych - ataków na ludzi. Trzy najbardziej groźne gatunki to Great White, Tiger Shark i Bull Shark. Rocznie na całym świecie przypisuje im się 60 śmiertelnych ataków na nurków, zwykle właśnie przez przypadek. Dla porównania – czy wiedzą Państwo ile osób ginie co roku na plażach od spadających orzechów kokosowych? Ponad 300!  Ale przecież nikt nie wypowiada wojny kokosom… Komary i moskity rocznie zabijają około 725,000 osób. Jednak nie uciekamy z krzykiem na widok komara. Natomiast szacuje się, że to ludzie zabijają każdego roku pomiędzy 100 do 200 milionów rekinów. To jest (przy tym niższym założeniu) ponad 11,000 rekinów co godzinę. Zatem - kto tu jest potworem? Ja osobiście pływałem z rekinami i to w dużych stadach – i nie przydarzyła mi się żadna niebezpieczna sytuacja. Rekiny są z natury ciekawskie, i czasami nawet próbują się ocierać o nurka, ale nigdy nie doświadczyłem z ich strony agresji. Natomiast raz przydarzyła mi się dość nietypowa sytuacja. Nurkowałem wtedy z grupą nurków na Coco Island, słynącej z dużej liczby rekinów. Pewnego dnia zauważyliśmy na powierzchni wody ogromne poruszenie. Woda się wręcz kotłowała, dostrzegliśmy też nurkujące ptaki i wielką kłodę drzewa. Kiedy podpłynęliśmy bliżej, okazało się, że wokół tego dużego fragmentu drzewa powstał… mały ekosystem. Zgromadziły się tam ogromne ławice ryb, różnorodnych - od bardzo małych do drapieżników. Postanowiliśmy zanurkować i zobaczyć ten niesamowity ekosystem z bliska. Wskoczyliśmy do oceanu, by powoli dopłynąć bliżej. I kiedy znajdowaliśmy się w odległości ok. 60 metrów od ogromnej kuli rybnej, na nasze powitanie wypłynęło z niej… kilka rekinów!  I tu wydarzyła się rzecz niesamowita –  one zaczęły nas odpychać delikatnymi dotknięciami nosów, jakby mówiły: “koledzy to nasz obiad – nie płyńcie dalej”. Uszanowaliśmy “życzenie” rekinów i obserwowaliśmy całą ucztę z dystansu. To osobliwe zjawisko sfilmowaliśmy, i mogą je Państwo zobaczyć na serwisie YouTube – wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „czaplinski Costa Rica”.

        Ja osobiście zaliczyłem pewnie ponad 1000 nurkowań (dawno przestałem liczyć) w różnych miejscach na świecie. Każde nurkowanie jest inne, i nawet kiedy nurkuje się w tym samym miejscu, za każdym razem widzi się inne stworzenia, inne formacje czy kolory. Nurkowanie nauczyło mnie szacunku dla oceanu. Wspomniałem wcześniej o kilku ekstremalnych sytuacjach, ale zwykle są one rzadkością. Im dłużej się nurkuje i zachowuje zdrowy rozsądek, tym ten sport jest łatwiejszy i bezpieczniejszy. Owszem, czasami spotyka się, potocznie mówiąc „kozaków”, którzy lekceważą logikę oraz proste kanony bezpieczeństwa. Bo nurkować każdy może... jeden lepiej, drugi gorzej. Problem jednak polega na tym, że najczęściej ludzie próbują zostać nurkami podczas wakacji. Nierzadko po jednodniowym, szybkim kursie w basenie są brani na głęboką wodę. Jest to dobry początek, ale niestety, nie każdy miał szczęście trafić na takiego Alana jak my. Im się nie udało. Czasami ludzie bez doświadczenia mówią w Scuba Center nieprawdę co do ilości zaliczonych nurkowań. Wydaje się im że zyskają szacunek i po prostu “zaszpanują”. Takie praktyki mogą doprowadzić tylko do nieszczęścia. Będąc niedawno na Kubie, w drodze na nurkowanie przysłuchiwałem się rozmowie dwóch Rosjan - oczywiście prowadzonej po rosyjsku. A ponieważ naszemu pokoleniu język ten nie jest obcy, nadstawiłem uszu. Zrozumiałem - przechwalali się ilością zaliczonych nurkowań. Patrzyli na mnie z kpiną śmiejąc się: “popatrz, dziadek też przeszedł nurkować! Ha ha ha!” Jednak kiedy wskoczyliśmy do wody, okazało się że ci “gieroje sowietskowo sojuza” są zupełnie niedoświadczeni i po 5 minutach w wodzie zostali odesłani przez dive mastera z powrotem na łódź. W oczekiwaniu na nurkująca grupę (w której był również „dziadek ha ha ha!” ) przesiedzieli w niej godzinę, “dzieląc się z Neptunem” zawartością swoich żołądków. W drodze powrotnej byli cisi i przypominali zbitego psa. Morał z tej historii jest oczywisty: ocean zawsze dokona selekcji naturalnej, i by nie być ofiarą, należy podchodzić do niego z szacunkiem, nieustannie ćwiczyć i rozwijać swoje umiejętności. Również dla przyjemności, nie tylko po to, by nie stać się przegranym w tej nierównej walce.

        Niestety, przez lata nurkowania zauważam wyraźny wpływ zanieczyszczonego środowiska i działalności ludzkiej na stan zdrowotny raf oraz na faunę. Eksploatujemy ocean bez rozsądku i niszczymy rafy bez opamiętania. Zrozumiałe jest, że w niektórych miejscach na świecie ludzie żyją dzięki rybom i darom morza, ale nie potrafię pojąć czemu nurek wyposażony w kuszę zabija ryby, ot tak, dla sportu. Niestety, nie są to rzadkie sytuacje. Tylko jaki to sport? To rybobójstwo! Na szczęście większość nurków jest inna. Jakiś czas temu odkryłem w sobie zamiłowanie do kręcenia filmów podwodnych. Nie zabijam, uwieczniam niezwykłe piękno, które miałem szansę zobaczyć. Jeśli niszczenie raf będzie postępowało tak szybko jak to ma miejsce obecnie, nasze przyszłe pokolenia będą mogły poznać rafy wyłącznie z filmów. Mam nadzieję, że się mylę, ale szansa oglądania niesamowitej i bardzo bogatej fauny oraz bujnych raf koralowych i dzielenie się tym z innymi, moim zdaniem spowoduje, że wiele osób zacznie myśleć podobnie jak ja. I ta moja “cegiełka” w uświadomienie ludziom jakie bogactwo natury możemy stracić, jest dla mnie ogromnie ważna.

        PS. Zapraszam Państwa do obejrzenia moich filmów – wystarczy w wyszukiwarkę na Youtube “maciek czaplinski” oraz “domator56”.

Ostatnio zmieniany wtorek, 25 grudzień 2018 19:43
Zaloguj się by skomentować