Goniec

Register Login

Na piaszczystym brzegu

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

Szukając inspiracji na sobotni wyjazd, przypomnieliśmy sobie o artykule typu "5 wycieczek wokół Toronto", na który kilka tygodni temu natknął się mój mąż. Pierwszą lokatę przyznano parkowi prowincyjnemu Sandbanks. Jakkolwiek by patrzeć, to kawałek od nas – 220 kilometrów (rzeczywiście "wokół Toronto") – ale postanowiliśmy spróbować.

Wyruszyliśmy dość późno, tak że na miejscu byliśmy nieco po 15.00. Za bilet wstępu zapłaciliśmy niecałe 12 dolarów. Na początku zatrzymaliśmy się przy jednej z trzech plaż – przy Outlet Beach. Biorąc pod uwagę liczbę miejsc kempingowych i domów letniskowych w mijanych miejscowościach oraz wielkość plaż, podejrzewam, że w pełni sezonu jest dość gęsto. Teraz na szczęście nie ma tego problemu. A że letnie upały dopiero przed nami, to i piasek przyjemnie chłodny. Do tego dzień wcześniej padał deszcz, więc żeby budować z Jackiem babki i zamki, nie musieliśmy kopać pół metra w głąb.

Próbowaliśmy namówić Jacka, żeby chociaż zamoczył nogi. Woda nie była nawet bardzo zimna, co więcej – widać było pierwszych amatorów kąpieli. On jednak nie dał się przekonać. Jeszcze się krzywił, że muszelki kłują go w stopy. W zeszłym roku było podobnie. Za pierwszym razem plaża budziła w nim pewną obawę, za drugim – żadna część ubrania nie pozostała sucha. Tutaj byłoby mu dobrze wchodzić do wody, jako że dno opada bardzo łagodnie.

Następnie podjechaliśmy nad rzekę. Outlet River łączy Jezioro Wschodnie z jeziorem Ontario. Rzeka płynie sobie leniwie, przyglądałam się, w którą stronę w ogóle biegnie nurt. A jaka woda przejrzysta! I miejscami taka turkusowo-niebieska. Widać małe ryby i roślinność. Pytaliśmy o wypożyczenie kajaka (dwuosobowy na godzinę kosztował 16 dolarów) – nawet moglibyśmy dostać kamizelkę ratunkową dla Jacka i pływać z nim na zmianę, gdybyśmy… przyszli nieco wcześniej. Za dwie minuty zamykali (o 18.00). Pozostało nam powrzucać do wody kamyki.

Przespacerowaliśmy się wzdłuż rzeki przez most po jednym i drugim brzegu. Na zakolu było nawet nieco głębiej. Byliśmy ciekawi, jak wygląda samo ujście. Niestety nie da się przejść na drugi brzeg. W tym miejscu można wchodzić na plażę z psami.

Zaczęło robić się chłodniej. Miejscami dawały znać o sobie komary. W niedzielę rano wszyscy oprócz Ani obudziliśmy się w kropki.

W parku wytyczono trzy szlaki piesze. Jeden z nich – Cedar Sands Nature Trail biegnący wzdłuż Outlet River – był póki co zamknięty. My przede wszystkim chcieliśmy przejść się po wydmach. Sandbanks Dunes Trail znajduje się w zachodniej części parku, w pewnej odległości od wszelkich pól namiotowych. Osoby, które nie przejeżdżają przez główną bramę, powinny zapłacić za parking w automacie.

Gdy dojeżdżamy, jest już dość późno, około 19.30. Na parkingu stoi zaledwie kilka samochodów. Zaraz niedaleko, nad West Lake, znajduje się teren rekreacyjny z wiatami piknikowymi i placem zabaw.

Sandbanks Dunes Trail tworzy 2,5-kilometrową pętlę, na której oznaczono 3 punkty widokowe. Wiedzie przez unikalny system wydm położonych na mierzei nad zbiornikiem słodkowodnym, największy tego rodzaju na świecie. Wydmy sąsiadują z terenami bagiennymi. Poza głównym szlakiem wytyczono też kilometrową łatwo dostępną pętlę np. dla osób na wózkach inwalidzkich.

Główny szlak szybko odbija w lewo. Przy skrzyżowaniu ustawiono tablicę informującą o tym, jak tworzyły się piaszczyste mierzeje. Od razu zaczynają się drewniane chodniki i stopnie. Dobrze, że tu są, inaczej ciężko byłoby podchodzić. Jacek dzielnie sobie radzi. Szybko dochodzimy do pierwszego punktu widokowego z ławką. W dole West Lake i bagna, które w niektórych okresach są pełne wody, a w innych całkowicie wysychają. Okazuje się, że w tym miejscu na początku XX wieku znajdowała się fabryka cegieł. Potem pobierano piasek do produkcji cementu. W końcu po naciskach mieszkańców teren przeszedł pod opiekę parków prowincyjnych. Bagno, które znajduje się najbliżej parkingu, jest pozostałością po fabryce cegieł – działalność człowieka spowodowała zniknięcie jednej z największych wydm.

Wypas bydła, wyrąb drewna i pożary sprawiły, że wydmy przyspieszyły. Piasek zaczął zalegać na drogach, osadzał się na polach uprawnych, zagrażał budynkom.

Lokalni farmerzy w 1921 roku wywalczyli nasadzenie 3 milionów drzew (przede wszystkim sosen), co przywróciło naturalny porządek.

Teraz idziemy przez ten las sosnowy. Gdy czasem wychodzimy na skraj, widać tereny bagienne. W najwyższym punkcie znajduje się platforma widokowa. Słońce powoli szykuje się do zachodu, śpiewają ptaki, można sobie wyobrazić, jak wspaniale muszą tu brzmieć żabie koncerty. Dalej idziemy lasem, to w górę, to w dół, po licznych drewnianych chodnikach, tam gdzie piasek bardziej się obsuwa. Przyjemnie jest tak iść. Z trzeciej platformy widokowej praktycznie nic nie widać, podchodzimy więc kawałek na sąsiednią wydmę. Stamtąd rozciąga się widok na jezioro Ontario i słońce chowające się za chmurami zebranymi nad horyzontem.

Pod koniec trasy pokazuje się więcej drzew liściastych. Między nimi zaczynają majaczyć piaszczyste wydmy przybrzeżne położone nad West Lake. Wdrapujemy się na górę. Jest dość stromo, a jak wysoko. Niektóre drzewa mają częściowo odsłonięte korzenie. Widać, że wydmy nie stoją w miejscu. Powierzchnia jeziora przed nami jest gładka jak lustro. Jacek pokazuje dwa pływające przy brzegu łabędzie. Sam brzeg jest nierówny, miejscami schodzi do wody łagodnie, gdzie indziej trzeba by nieźle uważać.

Po chwili dochodzimy do "szlaku bez barier". Kończymy pętlę. Słońce też się już schowało. Gdy pakujemy się do samochodu i jemy coś przed drogą powrotną, zapada zmrok. Wykorzystaliśmy czas do końca.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować