Goniec

Switch to desktop Register Login

Nie taki Jukon straszny… (cz. 2): Śladami poszukiwaczy złota

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        Lato 1896 roku było gorące i suche, tak że poziom wody w rzekach znacznie się obniżył. W sierpniu z Carcross w dół rzeki Jukon ruszyli Skookum Jim Mason (indiańskie imię Keish), Charlie Dawson i Patsy Henderson, a ich celem było poszukiwanie siostry Masona Kate (Shaaw Tlaa) i jej męża George’a Carmacka. Odnaleźli ich nad rzeką Klondike, która wpada do rzeki Jukon, i poznali przy tym poszukiwacza złota Roberta Hendersona. Ten zasugerował im, gdzie może znajdować się cenny kruszec. Mieli szczęście i 16 sierpnia odkryli pokaźnie złoża złota w Rabbit Creek, który potem przemianowano na Bonanza Creek. Kto dokonał odkrycia? Nie wiadomo na pewno, ale zajęcie działek zgłosił Carmack (pozostali członkowie grupy obawiali się, że władze nie uznają rejestracji dokonywanej przez przedstawicieli ludności rdzennej).

        Wieści szybko się rozniosły. Na początku lokalnie, a „szeroki świat” dowiedział się o jukońskim złocie w lipcu 1897 roku, gdy do San Francisco i Seattle przypłynęły statki towarowe z cennym ładunkiem. Od razu znalazły się rzesze chętnych do podróży, którzy nie mieli pojęcia o warunkach panujących po drodze i na miejscu. Pierwsi poszukiwacze wyruszyli już po tygodniu. Płynęli do dwóch niewielkich osad, Dyea i Skagway. Dalej droga wiodła przez góry i przez przełęcze Chilkoot lub White do jezior Lindeman i Bennett (oddzielonych bystrzami i przełomami), a następnie przez 850 kilometrów rzeką Jukon (która właściwie dopiero od Whitehorse jest żeglowna, a wcześniej najeżona niebezpieczeństwami) do Dawson City.

        Kanadyjskie władze wymagały, by każdy z poszukiwaczy wziął ze sobą roczny zapas żywności i sprzętu. Taki ekwipunek ważył prawie tonę, z czego jedzenie około 520 kg. Był niesiony na plecach przez samego poszukiwacza, wynajętych tragarzy i konie. Tragarze śrubowali ceny, dorabiali się też handlarze z Seattle i szacuje się, że w ciągu trzech lat zarobili więcej niż poszukiwacze złota, którym udało się znaleźć cenny kruszec w Klondike.

        Pod koniec lata i jesienią 1897 roku szlakami przez przełęcze Chilkoot i White ciągnęła niekończąca się karawana koni i ludzi. Jack London nazwał szlak przez Białą Przełęcz „Dead Horse Trial”. Poszukiwacze musieli dzielić swój sprzęt i przenosić go na raty, co zajmowało im przeciętnie 90 dni. Wszyscy chcieli jeszcze przed zimą dopłynąć do złota. Na jesieni z powodu trudnych warunków szlak został czasowo zamknięty. Otwarto go dopiero, gdy mróz ściął grząskie błoto.

        Poszukiwacze docierali do jeziora Bennett i zdesperowani dalej płynęli na tym, na czym się dało. Tych, którym udało się przepłynąć przez jezioro, czekało starcie z groźną rzeką Jukon oraz jej bystrzami w Miles Canyon i White Horse Rapids, na których wiosną 1898 roku w ciągu kilku dni rozbiło się około 100 łodzi. Na każdym etapie ginęli ludzie. Ci, którzy przybyli do Bennett za późno, musieli przeczekać, aż w maju następnego roku puści lód na jeziorze i rzece. Nad jeziorem Bennett w namiotach mieszkało wtedy co najmniej 4 tysiące osób. W maju 1898 roku z Bennett odpłynęły 7124 łodzie. Do tego czasu wycięto praktycznie wszystkie okoliczne lasy. Od 1897 do 1900 roku na szlaki przez przełęcze Chilkoot i White ruszyło 100 000 osób. Do celu dotarło ok. 30 000-40 000.

        Wybuch gorączki złota w Klondike przyspieszył prace nad budową linii kolejowej ze Skagway do Whitehorse, która wcześniej była tylko w planach. W 1897 roku załatwiono sprawy prawne związane z budową i wykupem ziemi. Projekt kolei wąskotorowej długości 172 kilometrów powstał w kilka miesięcy, a prace budowlane wykonano w rekordowym tempie – pierwsze tory położono w maju 1898 roku, otwarcie linii miało miejsce 1 sierpnia 1900. Zbiegło się jednak z odkryciem łatwiej dostępnych złóż w miejscowości Nome, położonej nad samym wybrzeżem. W Dawson wydobycie stawało się coraz trudniejsze, trzeba było kopać nawet 10 metrów w głąb. Zaczęła się mechanizacja wydobycia, sprowadzano ogromne mechaniczne płuczki, zwykli poszukiwacze nie mieli już czego szukać. Kolej ze Skagway do Whitehorse funkcjonowała do 7 października 1982 roku. Po krótkiej przerwie w 1988 roku otwarto ją ponownie jako atrakcję turystyczną i to właśnie dzięki tej kolei zaczynamy snuć plany o przepłynięciu na canoe jeziora Bennett. 

        Wypożyczamy canoe w Up North Adventures w Whitehorse i ładujemy je na dach. Jedziemy 70 kilometrów na południe, do Carcross, gdzie zacznie się nasza pierwsza jukońska przygoda.

        Licząca niecałe 500 mieszkańców miejscowość leży w miejscu, gdzie łączą się dwa jeziora – Tagish i Bennett, na szlaku dawnych poszukiwaczy złota. Kiedyś nazywała się Caribou Crossing, jako że dwa razy w roku migrowały tędy duże stada karibu. W 1902 roku staraniem biskupa Williama Bompasa, który założył tu szkołę, nazwa została zmieniona. Biskupa nieustannie irytowało, że poczta adresowana do szkoły jest kierowana do innych Caribou Crossings w Kolumbii Brytyjskiej i na Alasce. Co ciekawe, kolej nie spieszyła się ze zmianą nazwy i Caribou Crossing funkcjonowało do 1916 roku. Stacja kolejowa jest położona w centralnym punkcie miasta. Oryginalny budynek spłonął w 1910 roku. Podobny los spotkał pobliski Caribou Hotel (otwarty w 1898 roku, obecnie przechodzi gruntowną renowację), najstarszy wciąż działający sklep na Jukonie – Matthew Watson’s General Store – i szereg innych zabudowań. Stacja, hotel i sklep zostały odbudowane w ciągu roku. Przez wiele lat obok stacji stał także parowiec Tutshi, ale w 1990 roku został zniszczony przez pożar. Ocalał dziób, do którego dobudowano platformę widokową odpowiadającą statkowi wielkością i kształtem. Od niedawna znakiem rozpoznawczym Carcross są niewielkie domki zwane Carcross Commons mieszczące centrum informacji, kawiarnię, sklepik z pamiątkami, restaurację i galerię, ozdobione tradycyjnymi indiańskimi malowidłami. Między nimi stoją słupy totemowe, a wszystko w otoczeniu gór.

        Od rana jest szaro, chmury otulają otaczające nas góry, a po drodze zaczyna jeszcze padać deszcz. Wydaje się, że nie można sobie wybrać gorszej pogody na canoe. Mamy jednak nadzieję, że prognozy pogody wyjątkowo się sprawdzą i w drugiej połowie dnia warunki się poprawią.

        Rozkład jazdy historycznego pociągu White Pass podawany jest według czasu alaskańskiego. Czyli musimy brać godzinną poprawkę, na naszą korzyść. Czasu mamy dużo, do załadunku z godzinę. Zatrzymujemy się nad jeziorem Bennett, żeby zobaczyć, co nas czeka. Dzieci śpią w swoich fotelikach, deszcz bębni rytmicznie w zamocowane na dachu canoe. Chmury trochę się ruszają i czasem mamy wrażenie, jakby chciało się przejaśnić. Gdy Ania i Jacek zaczynają otwierać oczy, podjeżdżamy pod budynek stacji i odbieramy nasze bilety. Gdy spadają ostanie krople deszczu, idziemy na lody do Matthew Watson’s General Store – które Ania będzie wspominać przez najbliższe cztery dni – i na kawę do Caribou Crossing Coffee.

        Żółto-zielona lokomotywa głośno trąbi przed wjazdem na stację. Robi się tłoczno. Co odważniejsi, żądni zdjęcia z pociągiem, wchodzą na tory i nic sobie nie robią z napomnień pracowników stacji. 

        Szybko troczymy namiot i karimaty do plecaków, wrzucamy jedzenie do beczki. Jak zwykle w takich momentach panikuję, nawet nie wiem, kiedy nasze canoe ląduje w wagonie towarowym, a pracownik pociągu co chwila podchodzi i pyta mnie, co może odbierać. Mam tylko nadzieję, że niczego nie zapomnimy.

        Na peronie ruch, każdy chce się ustawić strategicznie przy drzwiach wagonów. Oprócz angielskiego słychać niemiecki, Jukon jest popularny wśród niemieckich turystów. Kolej White Pass jest też atrakcją dla osób pływających na rejsy wzdłuż zachodniego wybrzeża Stanów i Kanady – statki wycieczkowe zawijają do Skagway, a potem ich pasażerowie mają rozrywkę w postaci przejazdu pociągiem do Carcross, wycieczki autobusowej do Whitehorse i z powrotem. Stoimy na końcu peronu i bez przepychania się wchodzimy do ostatniego wagonu. Ruszamy i od razu niespodzianka – będą dawać „lunch”. Zastanawiamy się, jakie to rarytasy zaserwują, bo w końcu zapłaciliśmy 72 dol. od osoby dorosłej i 36 za Jacka (Ania, jako dziecko poniżej 3 lat, jedzie za darmo). Dostajemy cztery pudełka, a w każdym z nich spora kanapka z indykiem, parę plasterków kiełbasy z karibu i sera, kawałek ciasta i mała paczka chipsów. Do tego woda.

        Przez półtorej godziny jedziemy wzdłuż wschodniego brzegu jeziora Bennett, najczęściej dosłownie kilka metrów od wody. Wyglądam przez okno i zapamiętuję punkty charakterystyczne. Odnoszę to, co widziałam na mapie, do rzeczywistości i wyobrażam sobie, jak będziemy płynąć. Zwracam uwagę na to, gdzie są plaże, na których można by się było rozbić z namiotem. W połowie jeziora mijamy kilka wysp, a kawałek dalej ceglany budynek stacji Pennington, którego jutro z utęsknieniem i ulgą będziemy wypatrywać. Na zakrętach dobrze widać lokomotywę i cały pociąg. Jezioro jest gładkie jak stół, w wodzie przeglądają się góry i chmury.

        Przed Bennett konduktorka z naszego wagonu poucza tych, którzy mają jechać dalej, żeby się nie spóźnili. Postój w Bennett trwa dokładnie godzinę, wystarczająco długo, by przejść się krótkim szlakiem prowadzącym do drewnianego protestanckiego kościoła św. Andrzeja. Jedynymi budynkami poza kościołem są stacja i dom znajdujący się obecnie w rękach prywatnych. Konduktorka przypomina też, żeby niczego nie zbierać, żadnych zardzewiałych gwoździ czy puszek, bo to są ARTEFAKTY.

        Odbieramy canoe i bagaże. Odpływamy. Na jeziorze jesteśmy sami. Cisza i spokój, wszyscy poszli zwiedzać Bennett. Jezioro jest wąskie na południowym końcu, ale i tak wystarczająco szerokie, byśmy odnieśli wrażenie, że mimo wiosłowania w ogóle się nie przesuwamy. Przybliżamy się do lewego, zachodniego brzegu – czytaliśmy, że po tej stronie jest ładna plaża na pierwszy nocleg, i wydaje nam się, że dojrzeliśmy ją z pociągu. Robię zdjęcia lustrzanej powierzchni jeziora, Rafał tłumaczy dzieciom, co to jest żleb, razem wypatrujemy strumyczków i małych wodospadów.

        Dopływamy do upatrzonej wcześniej plaży. Rzeczywiście jest świetna, piaszczysta. Widać, że ludzie się tu zatrzymują, w lesie można łatwo rozpoznać miejsca, w których ktoś kiedyś rozbijał namiot. My rozkładamy się na skraju lasu, z widokiem na plażę i jezioro. Jacek i Ania znajdują jakąś puszkę – może nawet artefakt – i bawią się w gotowanie żurku. Zbieramy patyki na ognisko, ale zaczyna kropić. Kiełbasa z polskiego sklepu w Calgary będzie musiała poczekać na następną okazję. Chowamy się do namiotu.

        Następnego dnia budzi nas szum fal. Na jeziorze zawijają się bałwany, które mimo wszystko nie wydają się nam groźne. Cóż za złudne wrażenie! Wczorajsze idylliczne popołudnie uśpiło naszą czujność! Zaraz po odbiciu od brzegu zaczynamy szybki kurs pływania przy silnym wietrze po długim na 40 kilometrów jeziorze rynnowym otoczonym z obu stron górami. Ratuje nas fakt, że mamy wiatr w plecy. Nawet dzieci czują powagę sytuacji i siedzą cicho. Jestem chyba w lepszej sytuacji, bo siedzę z przodu canoe i po prostu mam dawać napęd (już nawet nieważne, że wiosłując po mojej mniej ulubionej prawej stronie). Rafał z tyłu ma pełny obraz sytuacji – widzi również, jak czasem zdarza mi się machnąć wiosłem w powietrzu, gdy akurat dziób canoe uniesie się na wysokiej fali.

        Płyniemy od zatoki do zatoki. Walczymy, gdy kolejny cypel wchodzi w jezioro, a chwilowo odpoczywamy, gdy go mijamy i na moment osłania nas od wiatru. Przed najwęższym odcinkiem jeziora, oddalonym może tylko o trzy zatoczki od naszego pierwszego obozowiska, postanowimy zrobić postój. Tu brzeg zaczyna być stromy, więc mamy szczęście, że znajdujemy chociaż kawałek, na który można wyjść. Ania wykorzystuje przerwę na drzemkę, Jacek rzuca kamieniami, a my patrzymy na jezioro i łudzimy się, że wiatr zelżeje. Nie mamy wyjścia, musimy popłynąć dalej, tu nie ma nawet gdzie się przespać.

        Chyba przyzwyczajamy się do widoku falującej wody i po jakimś czasie stwierdzamy, że jesteśmy gotowi na drugie starcie z jeziorem Bennett. Początek jest naprawdę ciężki, wąsko, więc fale wysokie, jeszcze wiatr nas pcha do brzegu. Ale potem jakoś dajemy radę, może nabieramy doświadczenia, przewidujemy, czego się spodziewać i jak reagować. Maksymalnie skoncentrowani płyniemy i szukamy miejsca na biwak. Jak na złość wszystkie plaże są po drugiej stronie jeziora, a w takich warunkach nie ma co myśleć o przepłynięciu go. Po naszej, jak jest coś równiejszego, to na brzegu pełno głazów i powalone drzewa. Wreszcie widzimy pierwszą wyspę. Jest i domek stacji Pennington! A na lewym brzegu w zatoce majaczy długi pas żwirowej plaży. Jesteśmy uratowani!

        Plaża okazuje się mniej przyjazna, niż wyglądała z wody. Mniejsza o to, że kamienista – jest dosłownie zasłana powalonymi drzewami i drewnem naniesionym w to miejsce chyba z całego jeziora Bennett. Nie brakuje też oczywiście artefaktów ze sterczącymi gwoździami i licznych desek ewidentnie ręką ludzką obrabianych. Robimy rekonesans i wybieramy miejsce w miarę najbardziej płaskie, z którego jesteśmy w stanie odsunąć naniesione kłody na tyle, żeby jakoś zmieścić namiot. Podsypujemy trochę żwirku i kamieni, układamy gałęzie. W efekcie mamy zaskakująco komfortową sypialnię.

        Przed snem analizujemy jeszcze naszą sytuację. Jedzenia mamy jeszcze na 3-4 dni, więc to nas nie martwi. Jest środa, canoe powinniśmy oddać w piątek rano. Mamy jeszcze do przepłynięcia jakieś 20 kilometrów, niby niedaleko, ale pytanie, jak jutro będzie z wiatrem. Ewentualna dopłata naliczona za dodatkowy dzień nas nie zrujnuje, zastanawiamy się tylko, kiedy ks. Sławek rozpocznie akcję ratunkową… Bo o zasięgu komórkowym, żeby dać mu znać o naszym ewentualnym opóźnieniu, nie ma w górach mowy.

        Następnego ranka dalej wieje. Mamy więc relaksowy dzień z leniwym śniadaniem, popołudniową drzemką, chlapaniem patykami i rzucaniem kamieniami do celu. Około 17:00 oceniamy, że fale przestały się zawijać, czyli będziemy płynąć. Priorytet to przeprawa na wschodni brzeg. Fale są duże, ale do opanowania. Nie ma tego złego, bo jednak dzięki nim mamy bardzo dobre tempo. Bierzemy kurs na największą wyspę, za nią – trochę osłonięci od wiatru – zbliżamy się do drugiego brzegu jeziora. Robimy postój przed kolejną trudnością. Dalej jezioro znacznie się rozszerza, a od zachodu dochodzi do niego duża odnoga. Tu wiatr mamy z dwóch kierunków – i z tyłu, i lekko z lewej – a do tego blisko brzegu jest płytko.

        Pod koniec tego szerokiego odcinka zaczyna się robić ciemno. I tak mamy szczęście, że dni na północy są długie i możemy spokojnie płynąć do 22:00-22:30. Widzimy w oddali pierwsze światła Carcross, ale postanawiamy zatrzymać się przy torach na ostatni nocleg. Nie będziemy płynąć na falach po ciemku.

        W piątek rano ruszamy jak na skrzydłach, z perspektywą zjedzenia lodów czekoladowych z Matthew Watson’s General Store. Pogoda się zmieniła, jezioro tylko faluje delikatnie. Ania systematycznie pyta, czy widać już różowy sklepik. Obserwujemy bielika amerykańskiego, śpiewamy górskie piosenki i recytujemy „Lokomotywę”.

        W Carcross jesteśmy z powrotem w piątek przed południem. Od razu zawiadamiamy Up North Adventures i ks. Sławka, że przyjedziemy za jakieś dwie godziny. Gdy wszelkie nasze obawy związane z dopłatami i akcją ratunkową zostają rozwiane, idziemy na wyczekane lody. Carcross to nasze miejsce na Jukonie. Podoba nam się tu i zawitamy tu jeszcze dwa razy: raz będziemy na najmniejszej pustyni świata (260 ha powierzchni) – Carcross Desert – i sfilmujemy miasteczko z lotu ptaka, a potem na koniec, przed powrotem do Calgary, złożymy wizytę u parafianki ks. Sławka, żeby dzieci mogły zobaczyć małego źrebaczka, który urodził się w jej gospodarstwie. Tymczasem kończymy pierwszy etap podróży, pełni wrażeń jedziemy do Whitehorse uzupełnić zapasy, zrobić pranie i przepakować się przed tygodniem w Parku Narodowym Kluane.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować