Goniec

Switch to desktop Register Login

Nie taki Jukon straszny… (cz. 3): Kilometr śniegu pod stopami

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

        Jeszcze nigdy nie zapłaciłam 50 dolarów za siedem bochenków chleba. Pierwszy raz taki rachunek przedstawiono nam w Alpine Bakery w Whitehorse. Trzeba jednak przyznać, że chleb jest pyszny i świeży. Szwajcarska piekarnia codziennie oferuje kilka rodzajów wypieków. Cena robi swoje – patrząc na klientelę, nie sposób znaleźć osobę źle ubraną. Wszyscy noszą firmowe turystyczne ubrania, nowiutkie, jakby dopiero zdjęte z wieszaka. Więc wyróżniamy się.

        Z Whitehorse wyjeżdżamy dopiero po 13:00. Dlaczego tak późno? Właśnie ze względu na piekarnię. Chleb może być pokrojony dopiero po 13:00, wcześniej jest za ciepły. Ruszamy i kierujemy się na zachód, w stronę Parku Narodowego Kluane.

        Kluane należy do największego na świecie międzynarodowego obszaru ochronnego (tworzą go przylegające do siebie parki narodowe Kluane, Wrangla-Świętego Eliasza, Zatoki Lodowcowej oraz Tatshenshini-Alsek) i ze względu na walory przyrodnicze jest uznany za miejsce światowego dziedzictwa UNESCO. To tu znajdują się największe na świecie pola lodowe położone poza obszarem biegunowym. W Górach św. Eliasza leży Mount Logan (5959 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Kanady i najszybciej wypiętrzająca się góra na świecie. Jedziemy do Kluane z nadzieją, że uda nam się zobaczyć te cuda z powietrza. Loty widokowe nie są tanie, ale taka okazja nadarza się raz w życiu. Pieszo nie dojdziemy, dlatego że jest tam za daleko. Wspaniała trasa do lodowca Donjek ma 110 kilometrów. Inne widowiskowe szlaki liczą 20-50 kilometrów. Można je rozłożyć na kilka dni. U nas występuje jednak problem innego rodzaju – jedzenie i sprzęt dla czterech osób noszą tylko dwie. Dlatego będziemy wybierać krótsze jednodniowe trasy. Trochę brakuje nam możliwości wchodzenia na szczyty, ale na to musimy poczekać jeszcze kilka lat.

        Po dojechaniu do Haines Junction (Alaska Highway 150 kilometrów na zachód od Whitehorse) zatrzymujemy się przy parkowym centrum informacyjnym. Bierzemy mapki i broszurki. Dzięki temu, że mamy kartę „Discovery Pass” uprawniającą do bezpłatnego wstępu do parków narodowych (tę wydawaną na 150-lecie Kanady), będziemy musieli płacić tylko za nocleg na polu namiotowym. Spośród kilku pól znajdujących się na terenie parku wybieramy to niedaleko jeziora Kathleen. To jedyne pole parkowe, a nie terytorialne, czyli nocleg jest nieco droższy (15 dolarów zamiast 12) i trzeba dopłacać za drewno opałowe. Na koniec dnia podjeżdżamy jeszcze kilkaset metrów nad jezioro na krótki spacer. A na polu jesteśmy jedyną rodziną z kilkuletnimi dziećmi.

        Nad jeziorem Kathleen znajduje się porządna wiata z piecem-kozą, z której będziemy korzystać niemal każdego ranka. Jest koniec sierpnia i temperatury w nocy wynoszą kilka stopni. Rano nie bardzo chce się wychodzić ze śpiwora, dlatego dobrze jest szybko się ubrać i podjechać do wiaty na przygotowanie śniadania.

        Jednego ranka doświadczamy, jak szybko może się zmienić wiatr nad jeziorem. Gdy przystępujemy do robienia śniadania, powierzchnia wody jest praktycznie gładka. Wysoko chmury płyną majestatycznie, więc ustawiam nad brzegiem aparat na statywie, żeby robił serię 300 zdjęć co 2 sekundy. Mniej więcej w połowie serii przychodzą silne porywy. Nie zdążam dobiec, a mój Nikon już leży. Co ciekawe, słyszę, że dalej robi zdjęcia. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało. Ale jezioro już nie jest spokojne. Jeszcze przed wyjazdem czytaliśmy historie turystów, którym wiatr nagle wywracał canoe na jeziorze Kathleen. Nawet na ulotkach parkowych widnieją ostrzeżenia, by pływać blisko brzegu, wyruszać rano i przygotowywać się na różne ewentualności.

        W ciągu tygodnia spędzonego w parku Kluane wybraliśmy się na kilka krótszych szlaków. Jeździliśmy wiele razy z południa na północ i z powrotem, mogąc przy tym przekonać się, że te same góry o różnej porze dnia i przy różnej pogodzie wyglądają zupełnie inaczej – ale zawsze wspaniale i potężnie.

        Ze szlaków na pierwszy ogień poszedł Rock Glacier w południowej części parku. Trasa krótka, tylko 3,2 kilometra. Byliśmy ciekawi, jak Ania sobie poradzi. Ścieżka dobrze utrzymana, kamienie specjalnie trochę poukładane, żeby łatwiej było iść. Rock Glacier to – jak nazwa wskazuje – skalny lodowiec, który ciągle się porusza. Z końca szlaku rozciąga się rozległy widok na dolinę i jezioro Dezadeash. Wzdłuż ścieżki ustawiono tablice informacyjne, na jednej z nich opisano zwierzątko o angielskiej nazwie pika, żyjące w tym skalnym otoczeniu. Udało nam się kilka takich pik dojrzeć, są podobne do królika, ale sporo mniejsze, wyglądają jak futrzane kłębki z uszami. Po polsku nazywa się to stworzenie szczekuszka – co za piękna nazwa!

        Innego dnia jedziemy na eksplorację północnej części parku, nad jezioro Kluane. Jezioro budzi moje zainteresowanie, bo jakiś czas temu czytałam o zasilającej go rzece Slims, która wysycha. Więc i jezioro wysycha. Problem polega na tym, że rzeka Slims zasilana jest przez lodowiec Kaskawulsh, a w maju 2016 roku w języku lodowca powstał kanion, który skierował wody roztopowe do rzeki Alsek. Między 26 a 29 maja rzeka Slims niemal całkowicie wyschła. Przejeżdżamy przez most nad nią, a wiatr wzbija tumany kurzu pochodzące z osadów rzecznych.

        Nad brzegiem jeziora góruje Sheep Mountain – góra, na której żyją owce jukońskie (Dall sheep). Są białe i dobrze je widać na tle skalistych zboczy. Idziemy na szlak na Wzgórze Żołnierza, do miejsca, w którym spotkały się ekipy budujące Alaska Highway. Potem kontynuujemy podejście ponad granicę lasu i jeszcze kawałek dalej. Jest stromo, ale dzieci idą dzielnie. Wyżej dostrzegamy owce, są dość daleko. Schodzimy do starej autostrady alaskańskiej.

        W drodze powrotnej zajeżdżamy jeszcze na lotnisko znajdujące się przy południowym brzegu jeziora i pytamy w firmie Icefield Discovery o możliwość lotu. Dowiadujemy się, że pogoda właśnie się psuje, a grupa, która przed chwilą wróciła, nie zobaczyła Mount Logan, i najlepiej będzie, jak wrócimy za trzy dni.

        To nam w sumie pasuje, bo kolejnym punktem naszego programu jest Auriol Trail prowadzący do podnóża góry Auriol. To nieco dłuższa wycieczka z jednym noclegiem. Z centrum informacyjnego wypożyczamy niedźwiedzioodporny pojemnik na jedzenie. Jest niemały, zajmuje prawie pół 70-litrowego plecaka Rafała. Szlak jest dość prosty, z przewyższeniem około 350 metrów, prowadzi przez las z „prześwitami”. Dzieci idą dziarsko. Pod koniec podążamy wzdłuż strumienia i bez trudu znajdujemy prymitywne pole kempingowe z miejscami na trzy namioty. O jedno z drzew ktoś oparł imponujące poroże, chyba łosia. Z ciekawości próbuję je podnieść – ledwo jestem w stanie. Ten zwierzak miał dużo na głowie!

        Miejsce budzi moje zaufanie jeszcze z jednego powodu. Koło ogniska stoi wysoki metalowy słup z hakami na szczycie, na którym w miejscu niedostępnym dla niedźwiedzi wiesza się jedzenie. Powieszenie go tak wysoko przy pomocy długiego metalowego pręta zakończonego hakiem nie jest jednak rzeczą łatwą.

        Szlak robi pętlę, więc następnego dnia nie wracamy tą samą drogą. Wychodzimy ponad drzewa. Wieje niemiłosierne, ale widoki mamy cudowne. Z prawej strzeliste kamienne szczyty miejscami przyprószone śniegiem, z lewej rozległa zielona dolina. Można stąd iść jeszcze wyżej, do małego jeziorka, my jednak zaczynamy zejście. Do samochodu mamy 8 kilometrów.

        Kolejnego dnia pada, robimy więc sobie wycieczkę nad jezioro Kusawa znajdujące się w połowie drogi między Haines Junction i Whitehorse. Tam też chmury chodzą, pogoda zmienia się dość dynamicznie, ale dzięki temu udaje nam się zobaczyć tęczę co najmniej trzy razy. I jeszcze spotykamy na drodze stado jeleni wapiti.

        W wyznaczonym dniu znów stawiamy się u pana pilota. Robi nam nadzieję i umawiamy się z nim za trzy godziny. Wykorzystujemy ten czas na przejście połowy szlaku Sheep Creek. Dochodzimy do punktu widokowego w połowie, skąd roztacza się widok na dolinę rzeki Slims, a owce jukońskie widać jak na dłoni. Wracamy spiesznym krokiem, żeby się nie spóźnić, a tu znowu rozczarowanie. Znowu pogoda nie dopisuje i znowu nie lecimy. Pan pilot pyta, czy jutro o 8 rano nam pasuje. Zgadzamy się. W drodze do Haines Junction liczymy, o której musielibyśmy wstać. Będziemy mieć do przejechania 70 kilometrów. Po przeanalizowaniu sytuacji decydujemy się na motel. Tego wieczoru idziemy jeszcze na krótki szlak Dezadeash River (wzdłuż rzeki i wśród mokradeł) oraz do baru Frosty’s na hamburgera z frytkami i na lody czekoladowe. To jadłodajnia absolutnie godna polecenia. Nawet zwykła kawa z filtra mi smakowała.

        Nazajutrz budzik dzwoni o 6. Jest jeszcze ciemno. Szybkie mycie i ubieranie, i już jesteśmy w samochodzie. Jadąc, podziwiamy góry skąpane w różowo-pomarańczowym świetle poranka. Przez drogę przebiega nam ryś. Pierwszy raz widzę rysia.

        Im bliżej do lotniska, tym bardziej pochmurno, a pod koniec to nawet zaczyna kropić deszcz. Obawiamy się, że znów się nie uda. Ale pan pilot wita nas rozpromieniony. Rozdaje słuchawki i mówi, że tam nad lodowcami jest wspaniała pogoda. Rafał siedzi z przodu, ja z Anią (która bardzo szybko zasypia) – na środkowym siedzeniu, a Jacek z tyłu. Startujemy, by jak najprędzej uciec przed deszczem.

        Pan pilot jest osobą bardzo komunikatywną. Cały czas opowiada, nad czym lecimy, błyska wiedzą, ustawia nawet samolot tak, by było dobrze zrobić zdjęcia. Jako jedyny ma zezwolenie z Parku Narodowego Kluane na lądowanie na polu lodowym pod górą Logan. Lecimy więc nad rzeką Slims, a potem zanurzamy się w Góry św. Eliasza. Góry najpierw są leśno-skaliste, potem zostają same skalne zbocza, a w końcu wszystko przykrywa śnieg. Zaczynają się lodowce. Po szczelinach łatwo rozpoznać kierunek, w którym się poruszają. Dokładnie widać też moreny czołowe i boczne. Im dalej lecimy, tym szczeliny w lodzie stają się płytsze, aż w końcu zanikają zupełnie. Otacza nas biel pól lodowych, z których tylko wystają góry. Myślę sobie, że to tylko wierzchołki, a pan pilot mówi, że pod nami jest z kilometr ubitego śniegu. Będziemy lądować. Nie mogę uwierzyć, że to bezpieczne, chyba się za dużo naczytałam książek alpinistycznych. Pilot opuszcza płozy i lądujemy gładko, jak na poduszce. Wysiadamy, a wiatr smaga nam twarze. Jest niesamowicie biało, aż oczy bolą. Zimno, temperatura odczuwalna chyba z –15 stopni. Robimy zdjęcia, Mount Logan w tle, i tupiemy, żeby się trochę rozgrzać. Potem z samolotu widzimy nasze ślady. Niedługo wiatr zawieje je śniegiem.

        Z powrotem lecimy nieco inną trasą, ale dalej nad lodowcami. Przelatujemy nad miejscem, gdzie lodowiec Kaskawulsh rozdziela się na dwie odnogi. To miejsce było przedstawione w 1992 roku na okolicznościowej srebrnej 25-centówce, a autorem projektu była poznana przez nas kilka dni wcześniej Libby Dulac. Poznaliśmy ją w kościele w Haines Junction na niedzielnej liturgii z Komunią Świętą. Mogliśmy sobie przy tym uświadomić, jakie mamy szczęście, że w naszych torontońskich kościołach nie brakuje kapłanów. Niewielką wspólnotę z Haines Junction ksiądz odwiedza mniej więcej raz w miesiącu (diecezja Whitehorse ma ponad 700 000 kilometrów kwadratowych, a posługuje w niej tylko 6 księży, wśród nich ks. Sławek Szwagrzyk). Kolejnym problemem jest odpływ wiernych, zwłaszcza z rodzin, w których tylko jeden z małżonków jest katolikiem. Po liturgii zostaliśmy zaproszeni na herbatę. Przyjęto nas bardzo serdecznie. Pod koniec panie parafianki proponowały nawet, że moglibyśmy przyjechać na rok do Haines Junction, dostalibyśmy dom, Rafał – pracę w szkole, a naszym zadaniem byłaby pomoc w organizacji życia parafialnego i przyciąganiu ludzi do kościoła. Ks. Sławek tłumaczył nam później, że jest duże zapotrzebowanie na takie misje świeckie.

        Lądujemy pełni wrażeń. I pełni wrażeń wracamy do Whitehorse, by przygotować się do kolejnego etapu podróży. Jedziemy z myślą, że w Parku Narodowym Kluane mamy jeszcze wiele do odkrycia.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować