Logo
Wydrukuj tę stronę

Nie taki Jukon straszny... (cz. 5): Pod zielonym dachem nieba

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

        Na samym początku autostrady Dempstera kierowcy powinni się upewnić, że mają pełny bak. Następna stacja benzynowa za 370 kilometrów. Dalej tablica z kilometrami – Eagle Lodge 363, Inuvik 735. Ciekawe, kiedy dopiszą Tuktoyaktuk, w końcu niedawno świętowaliśmy otwarcie całorocznej drogi do samego Oceanu Arktycznego. Po przejechaniu krótkiego odcinka od skrzyżowania z Klondike Highway, czyli od wjazdu na autostradę Dempstera, asfalt się kończy. Droga jest po prostu bita, ziemno-żwirowa, miejscami trochę dziurawa, ale generalnie utrzymana bardzo przyzwoicie.

        Dempster Highway przebiega przez Park Terytorialny Tombstone, do którego zmierzamy, przecina góry Ogilive i Richardsona, a na końcu wiedzie przez rozległą deltę rzeki MacKenzie. Została poprowadzona w większości zgodnie z przebiegiem dawnej drogi do Fort McPherson, którą pokonywano przy pomocy psich zaprzęgów. Jej nazwa pochodzi od nazwiska kaprala Williama Dempstera, urodzonego w Walii w 1876 roku, który przybył do Kanady w 1897 jako funkcjonariusz North-West Mounted Police (NWMP). W związku z nastaniem gorączki złota pod koniec XIX i na początku XX wieku policja wzmocniła swe siły na Jukonie i na Terytoriach Północno-Zachodnich. Do jej obowiązków należało docieranie do najbardziej oddalonych społeczności. Właśnie w ramach tych patroli w grudniu 1910 roku z Fort McPherson wyruszyło czterech funkcjonariuszy. Mieli dotrzeć do Dawson City, ale nigdy się tam nie pojawili. W marcu 1911 roku Dempster wraz z dwoma konstablami wyruszył na poszukiwania zaginionych. Ekipa pokonała trasę w rekordowym tempie mimo trudnych warunków. Ciała zaginionych odnaleziono 22 marca. Mężczyźni zostali pochowani w Fort McPherson. Dempster pracował w NWMP do 1934 roku. Budowa drogi w dzisiejszym kształcie zaczęła się w 1959 roku i trwała z przerwami przez 20 lat. Prace przyspieszały, gdy rosły nadzieje na odkrycie wartościowych złóż ropy.

        Marzyłby nam się dojazd do Inuviku… Ale nie nissanem altimą. Dlatego dojeżdżamy tylko do Parku Terytorialnego Tombstone (parkowe centrum informacyjne znajduje się na 71. kilometrze autostrady). Po drodze nie ma praktycznie nic. Tylko lasy, które około 65. – 70. kilometra robią się coraz niższe i rzadsze, by w końcu całkowicie poddać się wiecznej zmarzlinie. Wjeżdżamy w obszar tundry i chłoniemy otaczający krajobraz, o którym marzyliśmy przez ostatnie pół roku. Jesień już tu jest, krzewinki porastające góry Tombstone zmieniły kolory na pomarańczowy, czerwony i brązowy. Góry są potężne, często strome i poszarpane, kształtowane przez lodowiec. Na klasycznych zdjęciach reklamujących park można zobaczyć skalną ścianę Mount Monolith, która wystrzeliwuje kilkaset metrów w górę na końcu bezdrzewnej doliny. Równie charakterystyczny jest widok z punktu widokowego za jedynym w parku polem namiotowym. Na końcu doliny North Klondike River niczym strażnik stoi Tombstone Mountain. Dramatyczna sylwetka góry inspiruje kolejne pokolenia podróżników.

        Warto wspomnieć, że w Parku Tombstone nie ma wielu wytyczonych szlaków. Na parkowej mapie są zaznaczone tylko cztery. Do tego w rejonie Mount Monolith w trzech miejscach znajduje się pewna infrastruktura turystyczna – czyli platformy na namioty, prowizoryczna wiata i niedźwiedzioodporne skrzynki na jedzenie.

        Na pole namiotowe wjeżdżamy z pewną obawą. Czytaliśmy wcześniej, że jest to jedno z najbardziej obleganych pól terytorialnych, w sezonie nierzadko brakuje miejsc, ludzie rozbijają się, gdzie tylko się da, albo wracają kilkaset metrów pod centrum informacyjne. Na polu znajduje się 48 miejsc i sporo jest zajętych. Wieczorem może trzy zostają wolne. Wybieramy miejsce przy wiacie. Dzięki temu rano możemy oszczędzić dzieciom przebierania się w zimnym namiocie. Palimy wcześniej w kozie i przenosimy Anię i Jacka w ich śpiworach jak w kokonach.

        Jest pochmurno i chwilami trochę kropi. Ale i tak idziemy na szlak, jeden z tych „z infrastrukturą”, czyli z tablicą na początku – Goldensides. Trasa należy do przyjaznych, niedługich, z niewielkim przewyższeniem, za to oferujących niezłe widoki na rozciągający się wokół krajobraz. Drzew już tu nie ma, więc tak naprawdę widok jest przez cały czas – na otaczające nas góry, na poszarpaną sylwetkę Tombstone Mountain, na wyrzeźbioną przez lodowiec dolinę rzeki North Klondike. W dole widać też centrum informacyjne i pole namiotowe. Ania i Jacek idą chętnie i dziarsko. Wędrówka po takim terenie jest dla nich łatwa i przyjemna, nie ma korzeni ani gałęzi.

        Po szlaku wracamy na chwilę na kemping na jedzenie, po czym wskakujemy do naszego nissana i jedziemy na północ. Dzieci zmęczone zasypiają. Z naszego pola namiotowego na 72. kilometrze autostrady Dempstera, dojeżdżamy mniej więcej do północnej granicy Parku Tombstone, może nieco dalej, tak do 120 kilometra. Krajobraz zmienia się wspaniale. Poprawia się pogoda, niebo się przeciera, wygląda błękit, ale w niektórych miejscach jeszcze wiszą ciężkie chmury, przez które próbują się przebić promienie słońca. Czasem widać, jak w oddali pada deszcz, a nawet pojawia się tęcza. Góry wokół nas łagodnieją, stają się niższe. Na 80. kilometrze przecinamy granicę zlewisk Morza Beauforta i rzeki MacKenzie oraz Morza Beringa i Pacyfiku. Przełęcz ma wysokość 1300 m n.p.m. i jest najwyższym punktem autostrady Dempstera. Dalej zaczynamy zjeżdżać w rozległą dolinę, która coraz bardziej się otwiera. Po obu stronach góry, zapraszają, żeby po prostu się zatrzymać, zostawić samochód i iść.

        Wjeżdżamy w obszar zwany Blackstone Uplands, od rzeki Blackstone, której zachodnia odnoga wije się na lewo od drogi, a wschodnia biegnie wzdłuż drogi. Robi się bardziej płasko i miejscami bagniście. Są też niewielkie jeziora. Góry widać w oddali, zwłaszcza wspaniale wyglądają srebrzyste łagodne szczyty pokazujące się na północy. Dwie odnogi rzeki Blackstone łączą się przy Chapman Lake na 116. kilometrze autostrady. Przystajemy na chwilę przy moście i wyglądamy tworów wdzięcznie zwanych pingo. To niewielkie pagórki, które kryją w sobie wieczną zmarzlinę, można by powiedzieć, że takie lodowe serce w soczewkowatym kształcie. Dwa tutejsze pinga (a może dwa pingo…) mogą mieć ponad 5000 lat.

        Po prawej stronie góruje Pilot’s Peak, stożkowata góra wyglądająca jak wulkan. U jej stóp rozlewa się rzeka Blackstone. Pilot’s Peak wygląda niesamowicie i dokładnie można określić, którą jej część łagodnie rzeźbił lodowiec zalegający w dolinie. Ponad poziomem lodu górowały bloki skał osadowych narażone na działanie warunków atmosferycznych, co nadało im dzisiejszy strzelisty kształt.

        Około 120. kilometra zaczynamy odwrót i wracamy na ognisko. Temperatura spada. Siedzimy przy ogniu jak najdłużej, bo aż nam się nie chce wchodzić do zimnego namiotu. Nie chce się też jechać na obserwowanie zorzy polarnej, bo złośliwiec księżyc odwraca ku nam prawie okrągłą twarz, a do tego jest trochę chmur. W końcu jednak przeważa argument o możliwości ogrzania się w samochodzie.

        Znów wyjeżdżamy na autostradę Dempstera, skręcamy na północ. Tak naprawdę, to nie wiemy, czego się spodziewać. Nigdy nie widzieliśmy zorzy polarnej. Pamiętam, że powinna być widoczna w północnej części nieba i przesuwa się ze wschodu na zachód. No i na większości zdjęć ma odcienie zielone, żółte lub czerwone. Jedziemy powoli, grzejemy się i patrzymy w niebo. Mijamy nawet fotografów, którzy ustawili się na poboczu i polują na to samo co my. Oni stoją kawałek za przełęczą North Fork, tam gdzie dolina zaczyna się już otwierać, ale jest jeszcze wysoko. My jednak jedziemy dalej.

        Gdy zaczynamy wjeżdżać w obszar Blackstone Uplands, wydaje mi się, że na wschodzie zaczyna coś się dziać. Pojawiają się jakieś jasne, białe, gęste obłoki, które przesuwają się szybciej niż chmury. Serca biją nam szybciej, tylko że to nie ten kolor… Ale zatrzymujemy się i wystawiam aparat. Pierwsze zdjęcie na próbę i niespodzianka – na wyświetlaczu aparatu te chmury są zielone! Takie jak powinny być! Czyli to księżyc wyglądający zza gór myli nasze oczy. Poza kolorem wszystko jest jak w książkach, przewodnikach, relacjach internetowych… Zorza tworzy wyraźne pasy, a ich intensywność rośnie, w miarę jak przesuwają się w kierunku zachodnim. Kolejne przechodzą nad naszymi głowami, jak na wyciągnięcie ręki. Stoimy przed samochodem z podniesionymi głowami i czujemy się, jakbyśmy stali pod gigantyczną falująca kurtyną w jakimś ogromnym teatrze. Patrząc na taki spektakl, zapomina się nawet o mrozie. Tracimy też poczucie czasu. Nawet nie wiemy, kiedy mija półtorej godziny. Zorza traci na intensywności. Skostniałymi z zimna rękami składam statyw. Ania i Jacek zasypiają w drodze powrotnej.

        Gdy wracamy, namiot jest pokryty zamarzniętymi kropelkami wody. Przenosimy dzieci i mamy nadzieję, że będzie im ciepło spać. Tej nocy czujemy, że śpimy na wiecznej zmarzlinie – po prostu ciągnie od ziemi!

        Drugiego dnia pogoda jest wymarzona. Od rana słońce. Ruszamy na Grizzly Lake Trail, by zobaczyć choć z daleka ikonę parku – Mount Monolith. Dla dzieci szlak jest trudniejszy, i dłuższy (8 km), i bardziej stromy (640 metrów przewyższenia), mimo że idziemy tylko do pierwszego punktu widokowego. Dalej się nie zapuszczamy, bo zaczyna kropić deszcz, a nawet śnieg. W okamgnieniu szczyty są przyprószone. Trochę szkoda, że musimy wracać, zwłaszcza wtedy, gdy właśnie udało nam się wyjść ponad granicę lasu.

        I tak pogoda się psuje. Wieczorem nawet nie ma po co wyjeżdżać na zorzę. Żałujemy trochę, że nie wybraliśmy się na jeszcze jedną wędrówkę po tundrze.

        Następnego dnia rano budzi nas deszcz. Na pierwszy rzut oka nie zanosi się na poprawę pogody. Jadę z Jackiem do centrum informacyjnego, żeby umyć zęby i sprawdzić prognozy. Moje obawy potwierdzają się. Z ciężkim sercem podejmujemy decyzję o zwinięciu namiotu i wcześniejszym powrocie. Niestety, nie możemy czekać kilka dni na słońce.

        Jeszcze śpimy w Whitehorse, idziemy na Mszę św. i dziękujemy ks. Sławkowi Szwagrzykowi za gościnę. Po niecałych czterech tygodniach znów ruszamy w drogę do Calgary. Jest niedziela, samolot mamy w piątek za sześć dni. Jedziemy w większości tak samo, więc wspominamy nasz początek podróży. Znowu wypatrujemy bizonów, a za jeziorem Muncho, już w Kolumbii Brytyjskiej, gonimy tęczę. Widać pełny łuk, rozciąga się nad drogą jak brama, i uparcie nam ucieka. W końcu zbliżamy się do niej, ale tęcza wtedy słabnie, tak że prawie jej nie widać, gdy już znajdujemy się pod nią.

        Za Grande Praire odbijamy w kierunku Jasper. Od razu widać, że ruch się nasila. W porównaniu z Jukonem są tu tłumy, które okupują każdą przydrożną zatoczkę i tłoczą się, by zrobić zdjęcie. Widoki rzeczywiście wspaniałe. Śpimy na kempingu w Jasper i jest to jedyny kemping podczas naszej podróży, na którym jest ciepła woda i nawet prysznice. Następnego dnia jedziemy dalej, na chwilę zatrzymujemy się przy lodowcu Athabasca (parking przy nim wygląda jak przy Square One…), który jednak nie robi na nas wrażenia. Za to po południu wybieramy się na 5,5-kilometrowy szlak Parker Ridge. Po wejściu na grzbiet z drugiej strony otwiera się widok na jęzor lodowca Saskatchewan, z którego wypływa North Saskatchewan River.

        W Parku Narodowym Banff widać ślady pożarów lasów. Niekiedy na całych wielkich zboczach gór sterczą tylko kikuty drzew.

        Do Calgary zbliżamy się wieczorem. Jedziemy autostradą, oczywiście patrzę przed siebie, ale trochę zerkam na niebo i z radości nie mogę uwierzyć własnym oczom. Alberta żegna nas zorzą. Z początku nie jestem pewna, czy to zorza, lepiej sobie nie robić nadziei, ale jasne obłoki się przemieszczają i stają się coraz intensywniejsze. Zjeżdżamy w przypadkowy zjazd. I mamy szczęście, bo po kilkuset metrach regularna droga się kończy, dalej wiedzie jakaś szutrowa przez rozległe pola. Światła Calgary są daleko, a księżyc jeszcze się nie pokazał. Więc zorza jest zielona, a pod koniec to nawet czerwona. I całe niebo świeci. I ja, i mój aparat widzimy tę samą szmaragdową zieleń.

        Pod koniec podróży mój mąż pyta mnie, dokąd bym chciała pojechać w przyszłe wakacje. A ja pierwszy raz w życiu nie wiem, co odpowiedzieć na takie pytanie. Wkrada się nuta smutku i tęsknoty, to niemożliwe, by marzenia się skończyły. Przecież nie dojechaliśmy do końca na północ.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Ostatnio zmieniany piątek, 08 grudzień 2017 13:16

Artykuły powiązane