Goniec

Register Login

Nowa Fundlandia raz jeszcze: Przewrotna natura gór lodowych

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Zima upłynęła nam na marzeniach o górach lodowych, a wiosną zaczęliśmy snuć plany wyjazdowe. Chcieliśmy polecieć pod koniec maja. Zarezerwowaliśmy więc samochód na tydzień i kupiliśmy bilety do Deer Lake (na zachodnim wybrzeżu Nowej Fundlandii). I właściwie tyle. Plan był taki, by jak najdłużej nie mieć planu. Gdy zbliżał się dzień wylotu (wtorek, 24 maja), zaczęliśmy obserwować położenie gór lodowych na stronie IcebergFinder i śledzić wpisy na Twitterze tego serwisu (który ostatecznie i tak okazał się zawodny).

        W sobotę przed wyjazdem przyszedł czas na podjęcie decyzji. Oprócz przesłanek o występowaniu gór lodowych wzięliśmy pod uwagę jeszcze pogodę i ostatecznie wybór padł na Twilingate. Miejscowość tę odwiedziliśmy już w ubiegłym roku, widzieliśmy wówczas jedną górę i wyjechaliśmy z uczuciem niedosytu, żeby nie powiedzieć zawodu.

        Lecieliśmy liniami WestJet i szczególną uwagę zwróciliśmy na politykę bagażową. Wiadomo, że każda sztuka bagażu rejestrowanego jest płatna, ale okazuje się, że sporo można wziąć jako podręczny. WestJet pilnuje wyłącznie rozmiaru walizki, która musi być po prostu standardową kabinówką. Co do wagi, to linia stawia tylko jedno wymaganie – pasażer musi być w stanie samodzielnie umieścić swój bagaż na półce nad fotelem (czyż to nie dyskryminacja kobiet i osób starszych…?).

        Tym razem nowofundlandzkie bezdroża pokonywaliśmy całkiem przyzwoitym chevroletem cruze. Twilingate leży na północnym wybrzeżu w centralnej części wyspy, tak że do przejechania po przylocie mieliśmy 350 kilometrów. Nocowaliśmy właściwie przed Twilingate, w wiosce Salt Harbour. Dojeżdżając, przypominaliśmy sobie nasze zeszłoroczne wojaże, a nawet okazało się, że zawracaliśmy niedaleko domku, w którym teraz mieliśmy mieszkać przez 6 dni.

        Domek był wynajęty w firmie The Old Salt Box Co. Pierwszy raz nie dość, że wszystko załatwiliśmy przez Internet, to jeszcze nawet nie mieliśmy okazji poznać osobiście gospodarza (drzwi były otwierane kodem, bez klucza). Janet, która dowodzi The Old Salt Box, wynajmuje kilka domków w okolicy. Wszystkie są stare, drewniane, po generalnym remoncie. Pomalowane na biało, w środku także dominuje biel, przestronne. Urządzone nowocześnie, w dużym stopniu meblami i akcesoriami z Ikei, chociaż do praktyczności rozwiązań można mieć niekiedy zastrzeżenia. Jest pełna kuchnia, pralka, suszarka, nawet wolno stojąca wanna w stylu retro.

        We wtorek na miejsce dojechaliśmy dość późno, robiąc po drodze zakupy spożywcze i bezskutecznie poszukując nocnika dla Ani (to chyba przedmiot przekazywany z pokolenia na pokolenie, łatwiej już dostać nakładkę na sedes dla seniorów). Mieliśmy tyle czasu, by się rozpakować i iść spać.

        Środa zapowiadała się deszczowo. Do południa miało padać trochę mniej, więc pojechaliśmy na rekonesans do latarni morskiej w Twilingate. Rozciągał się stąd widok na całą okolicę. I jak okiem sięgnąć żadnej góry lodowej. Ludzie stojący obok nas na tarasie widokowym mówili, że wczoraj było ich ze 30. Dziś pusto. Pochodziliśmy trochę wokół latarni, a potem już tak się rozpadało, że uciekliśmy do samochodu.

        W jednej z zatok po zachodniej stronie North Twilingate Island dryfowała jedna góra lodowa. Oczywiście zatrzymaliśmy się, by zrobić zdjęcie. Najlepszym dowodem na to, że była jedynym tego typu obiektem w okolicy, stanowiły dwa statki wycieczkowe krążące wokół niej.

        Po południu zadzwoniliśmy do naszej gospodyni, by zgłosić jej problem z Internetem. Rozmowa okazała się brzemienna w skutki, jako że na koniec Janet zapytała, czy mamy dużo gór lodowych. Powiedziała potem, że u niej za Musgrave Harbour (120 km na wschód od nas) jest niemalże jedna na drugiej. Stało się jasne, dokąd pojedziemy następnego dnia.

        W czwartek wybraliśmy się do owego Musgrave Harbour. Po drodze gór lodowych widać nie było. Minęliśmy miasto i po jakichś 15-20 kilometrach zaczęły pokazywać się pierwsze lodowe bryły. Skręciliśmy w lewo do miejscowości Deadman’s Bay. Za ostatnimi zabudowaniami droga zrobiła się szutrowa i dziurawa, ale z nadzieją w sercu pruliśmy dalej w stronę wody. W końcu naszym oczom ukazał się niesamowity widok – prawdziwe morze gór lodowych. Trochę dalej od brzegu i na horyzoncie dryfowały olbrzymie lodowe bloki, niektóre jak gigantyczne kry, całe tafle, było nawet widać, jak przesuwają się względem siebie. Do brzegu podpłynęły dziesiątki mniejszych i większych odłamków, wśród przybrzeżnych pomarańczowych skał utknęły jakieś lodowe resztki. Można by pochodzić z wiaderkiem i pozbierać je sobie do chłodzenia napojów. Byliśmy zachwyceni. Spacer po skałach też był atrakcją, Jacek dzielnie kroczył, chociaż czasem trzeba było mu pomóc.

        Przed powrotem pojechaliśmy jeszcze kawałek dalej na wschód, ale drugiego takiego miejsca już nie znaleźliśmy. Zawróciliśmy w miejscowości Newtown położonej na kilku wyspach i zwanej „Wenecją Nowej Fundlandii”. Może ze względu na pochmurną pogodę uznaliśmy, że do Wenecji to jej trochę jeszcze brakuje – mimo że zapach wilgoci w obu miejscach jest taki sam.

        W piątek do naszych okien zajrzało słońce, temperatura utrzymała się jednak na dotychczasowym poziomie 5 stopni Celsjusza. Wstaliśmy wcześnie, żeby zdążyć na prom odpływający o 9.30 na wyspę Fogo. Wiedzieliśmy, że prom, który normalnie pływa na tej trasie, jest zepsuty i zastępuje go jakiś mniejszy. W Internecie roiło się od utyskiwań i historii mieszkańców, którzy godzinami stali w kolejkach. My też swoje odstaliśmy i w końcu straciliśmy cierpliwość. Prom przypłynął około 10.00 i zabrał na pokład jedną ciężarówkę. W dalszym ciągu byliśmy 24. samochodem w kolejce. Rafał poszedł zasięgnąć języka i okazało się, że mamy szansę dostać się na pokład może za dwie godziny. Zrobiło nam się szkoda takiego ładnego dnia.

        Woleliśmy udać się do Twilingate. Kontrolnie podjechaliśmy do latarni morskiej, skąd było widać, jak w granatowej wodzie pływają sobie świeże góry lodowe. A jak ich dużo na horyzoncie! Wróciliśmy do miasteczka i zapisaliśmy się na rejs o 16.00 w firmie Iceberg Quest Ocean Tours.

        Mieliśmy jeszcze 3 godziny, więc poszliśmy na szlak. Wokół Twilingate wyznaczono ich kilka, a nasz wybór padł na trasę prowadzącą do French Head przez French Beach, na wschód od miasta. Krajobraz typowy dla Nowej Fundlandii, czyli skały, wysokie klify, skarłowaciałe jodły i świerki (las zwany tuckamore). Wspaniałe widoki z najwyższego punktu, a dla dzieci – kamienista plaża, na której mogłyby spędzić resztę dnia. Patrzyliśmy z góry na te wszystkie lodowe bloki i nie mogliśmy się doczekać rejsu.

        Na statku oczywiście zajęliśmy miejsca na górnym odkrytym pokładzie z samego przodu. Jacek i Ania nawet nie chcieli słyszeć o przesunięciu się gdzie indziej, a tym bardziej o zejściu na dół. Wspaniale wiało i bujało. Zrobiliśmy dwa kółka wokół góry, która przypłynęła najbliżej Twilingate. Następnie okrążyliśmy cypel, na którym stoi latarnia morska, bo przewodnik chciał pokazać grupie jeszcze jedną górę lodową w sąsiedniej zatoce. Ta pękła na dwie części. Zapewniał, że w zatoce nie będzie już tak bujało. Od razu zauważył, że po wodzie pływa dużo głuptaków. Jeżeli są ptaki, i to w takiej ilości, to znaczy, że muszą być ryby. A jeśli są ryby, to pewnie są i wieloryby, opowiadał. Chwilę po tym, jak na zawołanie, przy lewej burcie – bliżej której staliśmy – pokazał się szary płetwal karłowaty. Kapitan zwolnił. Na dalszą część przedstawienia nie musieliśmy długo czekać. Wpłynęliśmy dalej w zatokę, a tam czekały na nas dwa humbaki. Wydmuchiwały powietrze przez otwory na grzbietach, co chwila widzieliśmy ich płetwy grzbietowe i ogony. Humbaki mają jasne plamy po obu stronach głowy, dzięki czemu łatwo je dostrzec, gdy płyną pod wodą.

        Potem na chwilę się oddaliły, podpłynęliśmy więc do wspomnianej pękniętej góry lodowej. Seria zdjęć i wracamy do wielorybów. Kapitan i przewodnik mówili, że mamy szczęście, bo to dopiero początek wielorybowego sezonu. Znów zobaczyliśmy nasze znajome humbaki. Powoli zaczęliśmy wracać, a one jakby chciały nas odprowadzić. W pewnym momencie płynęliśmy dość blisko brzegu. Niedaleko skał pluskało się stado fok. Dołączył do nich jeden z humbaków. Wypuścił fontannę wody, chlapnął ogonem, a nawet się przekręcił na chwilę na brzuch i było widać, jak macha płetwą. Płynął bardzo blisko łódki, jakby chciał nas pożegnać.

        Nie spodziewaliśmy się tylu emocji. Moglibyśmy tak przez cały dzień obserwować wieloryby, trzeba przyznać, że to bardzo wciągające. Zwierzęta są zdecydowanie bardziej dynamiczne niż góry lodowe, obserwacje wyzwalają inne uczucia.

        Sobota znów była deszczowa, więc rano turystyka samochodowa, potem rozrywka w postaci gotowania obiadu i dopiero wieczorem udało nam się wyjść na dwa krótkie szlaki w najbliższej okolicy. Pierwszy w Pike’s Arm, chyba nawet nie miał kilometra. Prowadził do platformy widokowej, z której rozpościerał się widok na ocean i okoliczne wioski.

        Organizacja, która go utrzymuje, ma ciekawe poczucie estetyki. Otóż drewniane budynki mieszczące dwie toalety (na początku i niedaleko platformy) zostały pomalowane na jaskrawy czerwony kolor. Doskonale odróżniają się od zieleni otoczenia.

        Drugi szlak także prowadził do platformy widokowej, zaczynał się przy niewielkim jeziorku zaraz za skrętem z głównej drogi do Herring Neck, miejscowości, za którą leżał nasz Salt Harbour. Idąc po drewnianych kładkach, okrąża się jeziorko, a następnie trzeba się trochę powspinać po schodach.

        Na niedzielę prognozy były już lepsze. Wykorzystaliśmy więc ją na dalsze wędrówki. Kolejny raz pojechaliśmy do latarni i poszliśmy na szlak wokół Sleepy Cove. Wędrowaliśmy skrajem wysokiego klifu, co chwila zerkając na dryfujące góry lodowe. Było ich jednak jakby mniej niż przed dwoma dniami. Najwyraźniej występują okresowo. Stąd wniosek, że chyba najlepiej zatrzymywać się w danym miejscu na kilka dni. Czyli w tym roku przyjęliśmy dobrą strategię.

        Dokonaliśmy dwóch obserwacji. Od jednej z bliższych gór lodowych oderwał się fragment lodu. Było słychać trzask podobny do grzmotu, a ptaki siedzące na pękającej górze od razu poderwały się do lotu. Na zdjęciach udało mi się złapać moment, jak uciekają, a po wodzie rozchodzi się fala z białym grzbietem. Po pęknięciu zmieniło się położenie środka ciężkości bryły, wobec tego góra przechyliła się w jedną stronę. Na koniec jeszcze widzieliśmy wieloryba, w tej samej zatoce co podczas rejsu.

        Pod wieczór chcieliśmy zrobić jeszcze jedną trasę, bliżej domu, ale nie udało nam się przejść całości. Szlak Lower Little Harbour tworzył pętlę wokół skalistego półwyspu. Spędziliśmy trochę czasu na kamienistej plaży, zbierając muszle i kamienie. Potem wspięliśmy się na skały. Ścieżka prowadziła to w górę, to w dół, cały czas wysoko nad brzegiem. Teren był dość wymagający, a robiło się późno. Gdy pomarańczowe promienie słońca zaczęły oświetlać dwie widoczne stąd góry lodowe, zdecydowaliśmy się na powrót.

        Poniedziałek był naszym dniem pożegnania z Twilingate i wyruszenia w drogę powrotną. Akurat tego dnia zaczęło się robić cieplej, temperatura wzrosła do 13 stopni. Rano opuściliśmy nasz dom, a przed powrotem jeszcze raz popłynęliśmy łódką. Tym razem motorówką kapitana Dave’a, który dwa dni wcześniej przyjechał do naszego domku i zostawił plakat z informacją o rejsach. Od razu poznał, że to ja otworzyłam mu wtedy drzwi. Oprócz nas płynęło jeszcze 6 osób. Z racji tego, że byliśmy z dziećmi, dostaliśmy miejsca na dziobie, które były trochę odizolowane od pozostałej części łódki. Może kapitan Dave miał złe doświadczenia z dziećmi… Nam jednak miejscówka bardzo odpowiadała. Szczególnie Ani, która szybko zasnęła. Jacek z kolei bardzo się niecierpliwił, kiedy będziemy „pędzić motorówą”, i tylko czekał, żeby nasz kapitan dodał gazu.

        Na początku Dave wyciągnął zastawioną przy brzegu pułapkę na homary. Skorupiak rzeczywiście się złapał – była to młoda samica „w ciąży”, czyli z tysiącami jajeczek pod odwłokiem. Zastanawiałam się, czy ten homar jest dyżurny i Dave pokazuje go wszystkim wycieczkom, ale zwierzak został wypuszczony na wolność.

        Popłynęliśmy do góry lodowej, która od kilku dni przykuwała nasz wzrok. Była widoczna z drogi i od razu wiedzieliśmy, że jest olbrzymia. Wyglądała jak jakiś gmach, wielki budynek z dwoma skrzydłami. I przy niej my tacy maleńcy na tej wątłej motorówce. Na jej powierzchni pokazywały się rysy, w tych miejscach niedługo miała pęknąć. To musi być widowisko. Jeden spory kawałek już się od niej odłamał, dopłynął do brzegu i tam osiadł na dnie. Kapitan Dave podpłynął blisko tej niewielkiej odłamanej góry, tak że mogliśmy jej dotknąć (gdy góra dryfuje, coś takiego byłoby niebezpieczne). Ktoś wyłowił kawałek lodu i podał go kolejno innym.

        Do przystani wróciliśmy bardzo szybko, pędziliśmy, więc Jacek był zadowolony. Pochodziliśmy jeszcze po pomoście i zwiedziliśmy szopy na palach, w których Dave gromadzi różne oceaniczne eksponaty. Zjedliśmy obiad w Twilingate, poszliśmy ostatni raz na plażę powrzucać kamienie, a wracając, zdziwiliśmy się, widząc, że góra lodowa, której kilka godzin wcześniej dotykaliśmy, przesunęła się. Czyli jednak nie osiadła. A może przez ten krótki czas trochę się roztopiła, wynurzyła odrobinę i odpłynęła… Wcale nie takie statyczne te góry lodowe, okazało się, że też mogą nas czymś zaskoczyć.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Ostatnio zmieniany wtorek, 21 czerwiec 2016 15:37
Zaloguj się by skomentować