Goniec

Switch to desktop Register Login

Obrazki z Warszawy

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

        Wysiadam na Okęciu w Warszawie. Jakie zielone to moje miasto. Moje, czy już obce, nieznane? Trochę trudno mi je rozpoznać, nowoczesne, z reguły brzydkie budynki powkładane byle jak w wolne place, nowe dzielnice. Warszawa kiedyś była piękna. Widziałam telewizyjny wywiad z synem architekta przedwojennej Warszawy, też architektem, mieszkającym za granicą. Pokazywał nowe budynki, twierdząc, że dawni warszawiacy za takie oszpecenie ukochanego miasta rozegnaliby jego władze na cztery wiatry. Ja pierwszego pognałabym projektanta Stadionu Narodowego, którego bryła nieodparcie kojarzy mi się z zeribą dla miejscowych dzikusów.

        Barbarzyńcy Niemcy i barbarzyńcy własnego chowu, którzy wywołali powstanie, zniszczyli stolicę, dzieła dopełniła barbaria bolszewicka. W powstaniu spaliło się mieszkanie moich pradziadków i wszystkie przechowywane od pokoleń rodzinne pamiątki. Historia rodziny wyleciała z dymem tak jak historia wszystkich mieszkańców miasta i duża część ich samych. Mieszkamy tu od ponad dwustu lat, tyle się dało odtworzyć na podstawie ksiąg parafialnych kościołów Marii Panny, św. Krzyża i katedry św. Jana. Jakim cudem ocalały, nie mam pojęcia. Dawnych warszawiaków pewnie nie zostało wielu. Ci najnowsi, pogardliwie nazywani przez tych już tu zadomowionych słoikami, rzeczywiście wyjeżdżają na weekend do domów, a nowe osiedla wtedy pustoszeją. Jakoś to określenie mnie boli, może jeszcze nie dla nich, ale dla ich dzieci Warszawa będzie miejscem urodzenia. Ci nowi nie są w niczym gorsi, taki już jest charakter tego miasta, nie ma w nim nic stałego.

***

        Tę zmienność Warszawy widać też po jej ptasich mieszkańcach. Za mojej młodości królowały tu gołębie. Potem stopniowo dołączały do nich synogarlice tureckie ze swoim charakterystycznym głosem. Kilkanaście lat temu pojawiły się sroki, a teraz krajobraz zdominowały wrony. Mój Tata dokarmia zaprzyjaźnioną, oswojoną parę, ale większość ludzi postrzega je jako uciążliwych intruzów. Na balkonach pojawiły się sztuczne wrony, mające w zamyśle wypłaszać te prawdziwe. Wrony nic sobie nie robią z niechęci warszawiaków i własnych kopii i siadają obok dla towarzystwa. Tak jak ludzie zwani słoikami, pewnie z czasem zostaną zaakceptowane.

***

        Pierwszy raz jestem na cmentarzu na Wólce Węglowej. Wydawało mi się, że ostatnie miejsce spoczynku warszawiaków to będzie odrażający moloch w szczerym polu, a tak nie jest. Porosły drzewa, jest jakoś swojsko, o ile takie miejsce można tak określić. Boli natomiast widok najnowszej części cmentarza. Wiele bieda-grobów, otoczonych niskim płotkiem z drewnianych nietrwałych palików jak kwiatowe klomby. W to wsypany biały żwirek, krzyżyk i mała tabliczka. Widać rodziny nie miały pieniędzy i wybrały najtańszą wersję pochówku, nowość na polskich cmentarzach, gdzie zawsze starano się godnie pochować zmarłych, choćby otoczyć grób obramowaniem z lastriko i postawić tablicę.

***

        Biedy natomiast nie widać na ulicach. Ludzie porządnie ubrani, choć wiem, że wielu z nich kupuje ubrania w szmateksach za parę złotych. I wreszcie nie ma jednej mody. Kobiety ubrane są różnie, na długo i na takie mini, że odwracam wzrok, gdy taka musi się choć trochę schylić. Jeszcze kilka lat temu, gdy panowała moda na ozdobne kalosze, wszystkie studentki w takowych biegły na wykłady. Że im się nogi nie pociły… No, nie do końca tak z tą modą, bo mnóstwo pań chodzi w obcisłych legginsach, ale różnorodność cieszy oko, choć nie ma dawnej warszawskiej elegancji. No i dużo więcej otyłych młodych kobiet, przetworzone żarcie dotarło do Polski.

***

        Bieda miesza się z bogactwem w moim mieście, a widać to po mieszkaniach. Na Kazimierzowskiej na Starym Mokotowie, gdzie się zatrzymałam, nowe budynki z mieszkaniami 200 metrów kwadratowych po dwa miliony złotych stoją obok starych kamienic z kawalerkami komunalnymi, w których nikogo nie było stać, żeby wymienić okna na nowe. Klasę średnią widać w podwarszawskich miejscowościach, gdzie mieszkają młodzi. Na miejsce w restauracji w weekend w takim Józefosławiu czekaliśmy ponad godzinę. Wszystko nastawione na młodych ludzi z dziećmi, bo tacy tu kupują mieszkania, każda restauracja musi mieć plac zabaw dla dzieci. I dzieci są, małe dzieci, na osiedlach, w tramwajach, w metrze. To cieszy.

***

        Metro jest zbawieniem dla mieszkańców, chociaż na razie takie niewielkie (na ekranach zamiast wiadomości „Wyborczej”, jak kilka lat temu, informacje po ukraińsku, jak imigrować do Polski. Czy przed wyborami któraś partia, w tym ta wygrana, pytała się Polaków, czy zgadzają się na drastyczną zmianę narodowościową polskiego społeczeństwa w postaci 3 milionów Ukraińców? Temat tabu, cisza). Metro nowoczesne, eleganckie, dowozi do pracy i w weekend na wypoczynek do lasu. A lasy ma Warszawa niespotykane na skalę europejską i światową. Chyba tylko dwie stolice na świecie, o ile się nie mylę, mają park narodowy w obrębie miasta, tak jak Warszawa Kampinos, 270 km kw. lasów. Metrem z centrum to 20 minut i kawałek autobusem. Z drugiej strony miasta ostatni przystanek metra to Kabaty, parę minut spacerkiem do 900-hektarowego rezerwatu. Rosną tu piękne wiekowe buki i sosny. A w środku miasta rezerwat Las Bielański. Miejsce znane ze starych piosenek, gdzie piknikowała przedwojenna Warszawa. Ponad 150 hektarów lasu. Tata mnie zaciągnął, bo ze wstydem przyznam, nigdy tu nie byłam. Takiej dąbrowy w Ontario nie uświadczysz. Trzeba jechać do Warszawy, żeby zobaczyć w takiej liczbie stare dęby, niektóre pamiętające I Rzeczpospolitą, i stare wiązy. W weekend odwiedzają Bielany tłumy, ale w dzień powszedni jest pusto.

***

        Warszawa jest potwornie zakleszczona, dosłownie i w przenośni. Wszędzie korki i wszędzie kleszcze przenoszące odkleszczowe zapalenie mózgu i boreliozę. Nawet po przejściu przez skwerek w centrum trzeba się w domu dobrze obejrzeć. W aptekach sprzedają specjalne pęsety do ich wyjmowania.

***

        Ciągle muszę się przemieszczać i korzystam z Ubera, przeciwko któremu właśnie trwa strajk taksówkarzy. Korzystam z okazji i rozmawiam z kierowcami, o życiu, o Warszawie, o polityce, o wszystkim. Cieszy mnie, że tak fajnie się gada, że taki kontakt, ta sama kultura, Polacy, sami biali ludzie. Z tych rozmów wynika, że szykuje się kolejna fala emigracji, osób przed lub po 50-tce, które widzą, że muszą wyjechać, choć na razie sobie w Polsce radzą. Muszą, bo zostaną w kraju z perspektywą 200 złotych emerytury na starość. 

***

        Byłe więzienie na Rakowieckiej, teraz muzeum, miejsce krwawe i mroczne w polskiej historii. Rocznica śmierci rotmistrza Witolda Pileckiego. Na dziedzińcu więzienia uroczysty koncert. Przyszła garstka ludzi. Jedno okno mieszkania, gdzie się zatrzymałam, wychodzi na ten dziedziniec. Pamiętam, jak wiele lat temu okna klatek tej kamienicy były zamalowane matową farbą, żeby nie można się było porozumiewać z więźniami. Oglądam koncert z okna i pocieszam się, że przecież widziałam tyle wycieczek młodzieży, kolejki stojące do wejścia, że ta mała liczba uczestników jeszcze o niczym nie świadczy. Po koncercie ludzie idą przez więzienie drogą, jaką przebył Rotmistrz na miejsce kaźni. Robi się ciemno, zapalamy z Tatą świeczkę w oknie. Ludzie robią zdjęcia. Wszyscy pewnie wiedzą, że w tych kamienicach mieszkają w większości byli pracownicy więzienia i ubecja i dlatego to dla nich dziwne.

***

        Po okropnym locie powrotnym ciasnym i dusznym dreamlinerem jestem w Mississaudze. Tu mieszkam wiele lat, ale też nie wiem, czy to już moje miasto, czy jeszcze nie.         

Tekst i zdjęcia

Joanna Wasilewska

Warszawa, maj-czerwiec 2017

Ostatnio zmieniany czwartek, 29 czerwiec 2017 11:17
Zaloguj się by skomentować