Goniec

Register Login

Szlakami bobra: Odkryć jezioro Erie na nowo – Turkey Point Provincial Park

Oceń ten artykuł
(13 głosów)

Erie – jezioro słodkowodne, czwarte co do wielkości pod względem powierzchni w kompleksie pięciu Wielkich Jezior Ameryki Północnej. Środkiem jeziora biegnie granica między Kanadą i USA. Rzeka Niagara wypływa z jeziora na jego wschodnim końcu i łączy je z jeziorem Ontario. Na zachodnim końcu wpływa do jeziora rzeka Detroit, która łączy je z jeziorem Huron. Jezioro jest dostępne dla pełnomorskich statków przez Drogę Wodną Świętego Wawrzyńca. Amerykański (południowy) brzeg jeziora jest bardzo gęsto zaludniony. Duże miasta nad jeziorem to: Buffalo, Erie, Cleveland i Toledo. Kanadyjski brzeg jest stosunkowo mało zaludniony i głównie rolniczy.

Tyle o jeziorze Erie mówi sucha notatka po polsku w internetowej Wikipedii. Można by jeszcze dodać za wersją angielską, że nazwę Erie wzięło od Indian zamieszkujących jego południowe brzegi, a pierwszym odnotowanym białym człowiekiem, który zobaczył jezioro w 1669 roku, był Francuz Louis Jolliet. Ciekawostką jest, że Erie było ostatnim z Wielkich Jezior, które eksplorowali Europejczycy, z powodu konfliktu Irokezów z Francuzami. Irokezi, zajmujący brzegi rzeki Niagara, blokowali przejście do jeziora Huron. Potem długa historia walk na tym terenie o dominację między Francją i Anglią, osadnictwo, rozwój rolnictwa i rybołówstwa.

Erie było też bramą do wolności. Gdy w 1833 roku zniesiono niewolnictwo w Kanadzie, murzyńscy niewolnicy ze Stanów Zjednoczonych przepływali jezioro w poszukiwaniu godnego życia.

Wspomniany w wikipediowej notce „mało zaludniony i głównie rolniczy” charakter brzegu jeziora Erie dla nas oznaczał straszną cywilizację i wykluczenie go z planu jakichkolwiek wypraw. Oczywiście, wiele lat temu zwiedziliśmy większość parków nad Erie, w ramach poznawania południowego Ontario, miejsca, w którym przyszło nam żyć, ale przez lata gnało nas na Północ, pisaną wielką literą z szacunku dla wielkich, bezludnych przestrzeni nieskażonej przyrody. Minęły lata… Przysłowia mądrością narodów, naszego, polskiego, także. Przyszła koza do woza... Lato, jakiego najstarsi górale nie pamiętają, w tzw. humideksie około 40 stopni Celsjusza bez przerwy, a my uziemieni w Mississaudze, z jedyną możliwością jednodniowych wycieczek. Wyprawy do lasu – odpadają, przydomowy ogródek odpada, nie da się wysiedzieć w takim gorącu nawet w cieniu drzewa. Jechać na dziką północ na jeden dzień – za daleko. Umysł opanowuje jedna myśl – do wody, do wielkiej wody… kąpać się i pływać, w miejsce, gdzie fale i silny wiatr pokonają upał. Rozkładamy mapę… Jezioro Erie, wzgardzane przez nas przez lata, jawi nam się nagle jak eden…

Korzystamy z okazji, że znajomi mają zarezerwowany kemping, i obieramy kierunek na Turkey Point Provincial Park, niecałe półtorej godziny jazdy. U bramy witają nas potężne sosny, trzy kempingi: Walking Stick Woods, Whippoorwill i Fin and Feather, z 235 miejscami, w tym 123 zelektryfikowanymi, także rozłożone wśród starych drzew. Miejsca, jak to na takich kempingach, ładniejsze i brzydsze, jedne zapewniają prywatność, inne nie za bardzo.

A co można robić w Turkey Point, oprócz kąpieli oczywiście? Mnóstwo rzeczy. Po pierwsze, wybrać się na rower, jeśli się nie ma własnego, niedaleko jest wypożyczalnia, można wykupić też wycieczkę z przewodnikiem. W parku są specjalne trasy do jazdy terenowej, a przylegający do niego na 1035 hektarach ziemi koronnej The St. Williams Conservation Reserve oferuje wiele kilometrów tras pieszych i rowerowych w pięknym lesie. Patrząc na niego, aż trudno uwierzyć, że po 50 latach od wycięcia puszczy przez pierwszych osadników, piasek zasypał tu wszystko i Norfolk County stało się na wiele lat praktycznie pustynią. Dlatego na tym terenie powstał pierwszy w Kanadzie projekt ponownego zalesiania.

Mimo potwornego upału przeszliśmy dwie krótkie trasy, Oak Savanna i Lookout Bluff Trail. Pierwsza to krótki spacer przez dębową sawannę (uwaga, rośnie tu poison ivy i są kleszcze przenoszące boreliozę), a druga dłuższa, z mylącą nazwą, bo choć rzeczywiście poprowadzona wzdłuż klifu i przez ciekawy, zróżnicowany stary las, to widok na jezioro jest tylko jeden, w miejscu, gdzie przechodzi linia wysokiego napięcia. Nawet zdjęcie trudno zrobić, bo druty zasłaniają. Natomiast wyjaśniła się zagadka i duży minus Turkey Point, dlaczego nad jezioro trzeba dwie minuty jechać samochodem do miasteczka o tej samej nazwie co park – od Erie oddziela go pasmo domków letniskowych położonych pod klifem. Plaża jednak warta tego wysiłku, dwa kilometry piasku, szeroka przy głównym parkingu (parkowi goście wjeżdżają za darmo), zwęża się stopniowo w kierunku zachodnim, gdzie zaczynają się wielkie bagna, poprzecinane kanałami, na których cumują żaglówki i wielkie łodzie motorowe.

Zdawałoby się, że jesteśmy nad Bałtykiem, ale klarowna woda, gdy jest spokojna, ma inny kolor, jasnoniebieski, przechodzący w ciemniejszy wraz z głębokością, mętnieje natomiast, gdy duże fale porywają z dna piasek. No i jest parę wielkich drzew, dających schronienie w cieniu od palącego słońca. Ludzi było sporo, bo to długi weekend, ale miejsca starczyło dla wszystkich.

Miasteczko ładne, czyste, zadbane domki letniskowe, turystyczne centrum, restauracja, hotel, sklepy z wodnymi akcesoriami w postaci dmuchanych pelikanów i rekinów, budki z fast foodem, lodami, wypożyczalnia skuterów wodnych i wszelakiego innego sprzętu pływającego, dla parkowych gości zniżki. Jest też sklep monopolowy i poczta. Podobno park oferuje kursy golfa na dziewięciodołkowym polu golfowym.

Umęczeni spacerem w 40 stopniach po lesie, rzuciliśmy się w wodę o temperaturze zupy. Wiał silny wiatr, pływanie na dużych falach to wielka frajda. Wychodzić się nie chciało. Wiatr zwabił do Turkey Point miłośników kitesurfingu, ich latawce jak kolorowe motyle unosiły się nad wodą. Zaniepokoiły nas tylko martwe ryby wyrzucone przez fale w dużej liczbie.

Wieczór spędziliśmy z przyjaciółmi przy ognisku. Trafiło im się ładne miejsce położone na niewielkim wzgórku. Mieliśmy stąd świetny widok, a było na co patrzeć. Miejsca kempingowe wokół wykupiła zorganizowana grupa kilkudziesięciu muzułmanów (rząd Ontario funduje teraz nowym imigrantom przez pierwszy rok darmowy pobyt we wszystkich parkach prowincji – Państwa ktoś tak witał w Kanadzie? Nas nie, do roboty trzeba było iść pierwszego dnia i na odpoczynek na łonie natury najpierw zarobić). Obok nas urządzili minimeczet – półnamiot ozdobiony mrugającymi lampkami, plastikowa plandeka jako podłoga, szczota do zamiatania. W tym miejscu czuwał imam, przychodzili do niego mężczyźni na rozmowy. Większość kobiet zakwefiona na czarno, przez wąskie szparki widać wyłącznie oczy, snuje się po kempingu jak duchy, tylko nastoletnie dziewczynki mają odsłonięte twarze, choć także w burkach do ziemi. Jeździły w tych strojach całkiem sprawnie na rowerach. Wokół kupa dzieciaków. Wieczorem wszyscy zebrali się na wspólną modlitwę, w ciszy, karnie ustawieni w równych rzędach jak wojsko. Jezioro Erie, my na górce z piwem w ręce, tuż pod nami islamski „meczet”, kilkadziesiąt osób się modli, po drugiej stronie górki wyje rockowa muzyka, a skąpo ubrane białe dziewczyny i chłopcy rozpijają wódeczkę, wznoszą toasty i czynią straszliwy harmider, przekrzykując muzykę i samych siebie. Zupełna abstrakcja i jakże wymowny obraz zderzenia cywilizacji. Która wygra? Chyba nikt nie ma wątpliwości.

Gwoli ewentualnych zarzutów o nietolerancję. Nawet gdybym chciała wejść w jakąś interakcję z tymi ludźmi, a ciekawa jestem inności, to nie mam jak. Mężczyzna się do mnie nie odezwie, a jak mam nawiązać kontakt z kobietą z zakrytą twarzą? Nie wiem, czy ona jest staruszką, której z racji wieku należny jest specjalny szacunek, czy jest młoda, w ciąży, czy tylko roztyta, ładna czy brzydka; nie wiem, czy się przyjaźnie uśmiecha, czy wręcz przeciwnie, spogląda na mnie wrogo spode łba – nie ma żadnego punktu zaczepienia. W naszej cywilizacji, i w większości innych cywilizacji na świecie, mimika to podstawa nawiązywania kontaktów, wyraz twarzy potrafi zastąpić i nieznajomość języka. Nawet nie wiem, czy to nie przebrany facet, który wlazł do łazienki z maczetą schowaną pod burką, żeby białej, rozgogolonej nieprzyzwoicie, kobiecie zrobić słuszne „kęsim, kęsim”. Feministki, gdzie jesteście?! Wywiało was do Afganistanu do walki o prawa kobiet?

O tym sobie rozmawialiśmy przy ognisku w punkcie obserwacyjnym na górce w Parku Prowincyjnym Turkey Point, konkludując, że przyszło nam być świadkami początku schyłku własnej cywilizacji. Ale żeby nie kończyć na smutno, przytoczę wypowiedź nastoletniego syna naszego znajomego, który nieświadom kanadyjskiego eksperymentu mieszania kultur, zobaczył zakwefioną po czubek głowy muzułmankę, tylko ze szparką na oczy, kąpiącą się w tym stroju w jeziorze, i z zachwytem zawołał: „Tato, popatrz, ninja wyszła z wody”.

Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński

Ostatnio zmieniany piątek, 26 sierpień 2016 15:17
Zaloguj się by skomentować