Goniec

Switch to desktop Register Login

Odkrywamy Nową Fundlandię: Strome klify i odważni żeglarze

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        Nowa Fundlandia to dla mnie strome klify, poszukiwanie gór lodowych, nadbrzeżne wioski z małymi kolorowymi domkami i szopami na palach, które chylą się ku wodzie, najlepszy dorsz z frytkami (właśnie dorsz, a nie łupacz, który go udaje; cod, a nie haddock), łosie na autostradzie, kempingi, na których nie trzeba rezerwować miejsc z półrocznym wyprzedzeniem, i odległości, które nie dają poczucia zniewolenia – czyli liczone w dziesiątkach i setkach kilometrów, a nie w setkach i tysiącach.

        Nowa Fundlandia jest czwartą co do wielkości wyspą w Kanadzie (108 860 kilometrów kwadratowych). Zamieszkuje ją 480 tys. osób, głównie o korzeniach brytyjskich i irlandzkich, które posługują się „angielskim nowofundlandzkim” – czasem naprawdę trzeba się zastanowić, co rodowici mieszkańcy do nas mówią. Leży przy wschodnim wybrzeżu Kanady w ujściu Rzeki św. Wawrzyńca do Oceanu Atlantyckiego. Cape Spear – przylądek położony na południe od St. John’s – jest najdalej wysuniętym na wschód punktem Ameryki Północnej. St. John’s z kolei jest uznawane za najstarsze miasto w Kanadzie i najstarsze stale zamieszkiwane miejsce na anglojęzycznych terenach kontynentu amerykańskiego. Najbliższym sąsiadem Nowej Fundlandii jest… francuskie terytorium zamorskie Saint-Pierre i Miquelon.

***

        Ruszając z lotniska Pearsona, mieliśmy wykupione bilety lotnicze, zarezerwowany samochód na dwa tygodnie, noclegi: pierwszy, trzeci, czwarty i ostatni oraz ogólny plan, gdzie mniej więcej chcemy dojechać. W perspektywie dwa pełne tygodnie wakacji. Nastawialiśmy się głównie na spanie pod namiotem, a gdzieś pod dachem może co 3-4 dni. Lato w zeszłym roku było na Nowej Fundlandii wyjątkowo zimne. Lecieliśmy na dwa pierwsze tygodnie czerwca.

 

Dzień 1

        W St. John’s lądujemy wczesnym popołudniem. Po wyjściu z terminalu od razu zawracamy uwagę na tutejszy zapach – zapach morza. Odbieramy samochód z wypożyczalni i jedziemy do miasta na szybkie zakupy. Zwiedzanie St. Jonh’s zostawiamy sobie na ostatni dzień. Teraz musimy zrobić zapasy spożywcze i kupić gaz do kuchenki. Okazuje się, że w największym sklepie w centrum cały gaz został wyprzedany. W końcu udaje nam się dostać butle w Canadian Tire.

        Wjeżdżamy na autostradę nr 1, czyli Trans-Canada Highway. Mamy do przejechania 270 kilometrów. Opuszczamy półwysep Avalon (najbardziej wysuniętą na południowy -wschód część Nowej Fundlandii), na którym leży stolica wyspy, i kierując się na północ, wjeżdżamy w część wschodnią. Zwracamy uwagę na dość mały ruch na autostradzie. Droga jest szeroka i dobrze utrzymana. Po obu stronach pobocze na szerokości kilkunastu metrów jest dokładnie wykoszone, w tym pasie nie ma też żadnych drzew ani krzaków. To dlatego, żeby kierowcy mogli dostrzec zwierzęta zbilżające się do drogi i mieli czas na reakcję. Nowa Fundlandia znana jest ze zderzeń z łosiami. Co jakiś czas przy drodze stoją tablice z informacjami, do ilu tego rodzaju kolizji doszło już w tym roku na danym odcinku. Nam łoś na drogę wyszedł raz.

        Kierowcy na Nowej Fundlandii chyba nigdy się nie spieszą. Jeżdżą zgodnie z przepisami, 100 km/h na autostradzie, 50 km/h w miastach i miasteczkach. Jeśli jakiś samochód porusza się szybciej, bardzo prawdopodobne, że prowadzi go kierowca z Ontario. Można natknąć się też na samochody na ontaryjskich rejestracjach.

        Na pierwszy nocleg udajemy się do Parku Prowincyjnego Lockston Path. Gdy dojeżdżamy, pytam Rafała, co jest w tym parku. On na to, że nic, las tylko, jakieś jeziora. Powinien jeszcze dodać, że całe stada komarów i czarnych muszek. Pierwszą rzeczą, którą wydobywamy po dojechaniu na nasze miejsce kempingowe, jest spray odstraszający kąsające owady. Niestety, niezbyt skutecznie. Szybko rozbijamy namiot i chowamy się przed krwiożerczymi bestiami. Komary i muszki najbardziej lubią mnie i Jacka. Po kilkunastu minutach mamy po kilka ukąszeń, które zaczynają puchnąć i swędzieć. Nieprzyjemny początek.

        Przed spaniem robimy jeszcze rundę po polu namiotowym. Sporo przyczep kempingowych i rodzin z dziećmi, całe bandy jeżdżą na rowerach. Trochę się zastanawiam, czy ich nic nie gryzie…

        Kładziemy się spać dość wcześnie. W końcu wstaliśmy o 4 rano.

 

Dzień 2

        Jak w przypadku każdej podróży na wschód, trochę trudno nam wstać wcześnie rano. Różnica czasu między Toronto a Nową Fundlandią wynosi 1,5 godziny. Ale jesteśmy na wakacjach, więc nigdzie nam się nie spieszy.

        Dzisiejszy dzień upływa nam pod znakiem stromych nadmorskich klifów. Idziemy na szlak Skerwink, do którego musimy podjechać parę kilometrów, do miejscowości Trinity. Pętla ma 5,3 kilometra, na początku znajduje się tablica informacyjna z mapą i drewniana brama. I tu pewne zaskoczenie – spotykamy Polaków, tyle że oni już kończą wędrówkę.

        Szlak zaczyna się niepozornie, szeroka ścieżka prowadzi obok zabudowań, po grobli, przez las. Po pierwszym kilometrze pokazują się pierwsze prześwity. Patrzymy na czyste wody zatoki Robinhood i samotne przybrzeżne skały, które powstały po ostatniej epoce lodowcowej (10 000 lat temu), gdy lód rozsadzał i kruszył brzeg. Półwysep, na którym się znajdujemy – półwysep Bonavista – 580 milionów lat temu był częścią Afryki. Tworzą go skały osadowe, ich kolejne warstwy widać jak na dłoni. Klify porasta tuckamore – gęsty las, w skład którego wchodzą skarłowaciałe świerki i jodły, poetycko powykręcane przez wiatr.

        Odpoczywamy na ławkach ustawionych w kilku najbardziej malowniczych punktach. Po dwóch kilometrach od początku trasy wychodzimy nad Trinity Bay, otwierają się widoki na południe i zachód. Skały schodzą pionowo do wody, dostrzegamy wijącą się na nich ścieżkę. Na niektórych odcinkach idzie się po drewnianych kładkach, które są obciągnięte metalową siatką. Dzięki temu chodnik nie jest śliski – genialny pomysł. Co chwila zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcie. O takich widokach marzyłam, takie wybrzeże kojarzyło mi się z Nową Fundlandią.

        Dalej szlak zawija na północ i wiedzie nad Trinity Harbour. Po drugiej stronie zatoki stoi latarnia morska, do portu kieruje się akurat kuter rybacki. Las staje się trochę wyższy. Pod koniec schodzimy na kamienistą plażę i siadamy na chwilę przed powrotem do samochodu. Lubię zbierać kamienie, więc mogłabym tak siedzieć i wybierać interesujące okazy. Jacek odziedziczył po mnie tę pasję, chociaż w jego rękach kamienie nie pozostają długo. Wrzuca je zaraz do wody.

        Na parkingu gotujemy coś do jedzenia i zastanawiamy się, gdzie jechać na nocleg. Wybieramy miejscowość Bonavista. Bonavista jest oficjalnie uznawana za miejsce, do którego 24 czerwca 1497 roku przybył John Cabot (ur. w Genui jako Giovanni Caboto, w 1484 roku osiadł w Anglii). Z rozkazu króla Henryka VII Cabot ruszył w morze w poszukiwaniu drogi morskiej do Azji i na każdej nowo odkrytej ziemi (new-found-land) miał zatknąć angielską flagę. Był pierwszym Europejczykiem, który po wikingach dotarł do kontynentalnych brzegów Ameryki Północnej.

        Jeździmy po miasteczku, rozglądając się za noclegiem. W końcu zatrzymujemy się przy jednym z pensjonatów, ale nie ma wolnych miejsc. Gospodarz dzwoni jednak do właścicieli innego domu i okazuje się, że tamci nas przyjmą. Lądujemy w przyjemnym pensjonacie „Puffin’s Landing”, który prowadzą Keith i Maureen (Maureen trafiła na Nową Fundlandię ze… Scarborough!).

 

Dzień 3

        Zgodnie z nazwą, w pensjonacie nie brakuje zdjęć maskonurów (ang. puffin) i innych przedmiotów z wizerunkiem tych sympatycznych ptaków będących symbolem Nowej Fundlandii. Po obfitym śniadaniu gospodarze dają mały koncert. Śpiewają, przygrywając sobie na tradycyjnych nowofundlandzkich „instrumentach” – ugly sticks. Instrumenty są zrobione z kijów od szczotek lub mopów włożonych do starych butów z pomalowaną puszką w miejscu rączki. Na całej długości kija co jakiś czas poprzybijane są kapsle od butelek. Na tak sporządzonym kiju można grać przy pomocy pałeczki lub po prostu potrząsając nim. Po występie Keith i Maureen pozują ze swoimi niezwykłymi instrumentami.

        Pakujemy się i jedziemy do portu. Spacerujemy po nabrzeżu i patrzymy na statki. Zwiedzamy też replikę okrętu „the Matthew”, na którym do Bonavisty przybył John Cabot. Statek w skali 1:1 został zrekonstruowany w brytyjskim Bristolu i 500 lat po oryginalnej przeprawie przez Atlantyk, w 1997 roku przebył tę trasę ponownie.

        Na uroczystości na Nowej Fundlandii obecni byli królowa Elżbieta i książę Filip. Jednostka wróciła jednak do Bristolu. Rok później kolejną replikę zbudowało Matthew Legacy Incorporated z Bonavisty. Okręt został zwodowany 24 kwietnia 1998 roku. Od tamtego czasu jest dostępny dla zwiedzających. Chodzimy po pokładzie, dziwiąc się, że tak mały statek przepłynął przez ocean. Był załadowany zapasami na jakieś 7-8 miesięcy, załoga składała się z 18-20 ludzi. Podziwiamy odwagę kapitana i marynarzy.

        Dalej jedziemy do latarni morskiej. Strasznie wieje. Parę zdjęć i chowamy się do samochodu. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy drodze między miasteczkiem i latarnią. Woda ma niebiesko-zielony kolor, a na brzegu na fioletowo kwitną irysy. Gdzieś w oddali chyba dostrzegamy górę lodową.

        Można by tu zostać na kilka dni. Odwiedzić pobliskie Elliston z tamtejszymi koloniami maskonurów, pochodzić po szlakach (w okolicy Bonavisty wyznaczono cztery 5-kilometrowe szlaki wzdłuż wybrzeża i jeden jednokilometrowy w mieście). Ale tym razem ruszamy dalej. Następny punkt wyprawy to Park Prowincyjny Dildo Run niedaleko miejscowości Twilingate, znanego punktu obserwacji gór lodowych. Przed nami 330 kilometrów. Od jutra zaczynamy zwiedzanie centralnej części wyspy.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować