Goniec

Register Login

Odkrywamy Nową Fundlandię: W poszukiwaniu gór lodowych

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

        Dzień 4

        Twillingate leży na wyspie o tej samej nazwie położonej przy północno-wschodnim brzegu Nowej Fundlandii. Ta część wybrzeża jest usiana setkami mniejszych i większych wysp. Miejscowość uznawana jest za „Światową Stolicę Gór Lodowych”, które co roku dryfują z rejonów arktycznych. Leży przy tzw. Icebreg Alley – obszarze rozciągającym się wzdłuż północnego i wschodniego wybrzeża Nowej Fundlandii, na którym w kwietniu zaczynają pojawiać się góry lodowe. Najlepszy czas na obserwacje przypada pod koniec maja i na początku czerwca. Wtedy wszystkie noclegi w Twillingate są zarezerwowane. Miasteczko nie jest duże, liczy nieco ponad 2 tys. mieszkańców, więc możliwości przyjmowania turystów są ograniczone.

        Mniej więcej aktualne położenie gór lodowych wzdłuż wybrzeży Nowej Fundlandii można znaleźć na mapie na stronie IcebergFinder.com oraz na Twitterze serwisu. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że góry lodowe mogą przemieszczać się średnio 17 kilometrów dziennie. Wiatry i prądy morskie spychają je bliżej brzegu.

        Lód z gór lodowych jest najczystszy na świecie. W końcu powstał 10 000 lat temu. Jaki kolor mają góry lodowe? Prosto byłoby powiedzieć, że biały. Ta biel jest tak czysta, że aż niebiesko-zielona. Na powierzchni widać pasy – pokazują, gdzie był poziom wody przy każdym obrocie bryły. Góra przez cały czas się topi, przez co zmienia się położenie jej środka ciężkości. Gdy góra lodowa odwróci się „do góry nogami”, od spodu jest niebieska. Patrząc na część wystającą ponad wodę, aż trudno sobie wyobrazić, że ponad 90 proc. pozostaje pod powierzchnią. W końcu rozpada się, a mniejsze kawałki podpływają do brzegu. Niektórzy wyjmują je i używają do chłodzenia napojów. Taka kostka lodu wystarcza na 2-3 godziny. Temperatura lodu wewnątrz góry wynosi około -20 stopni Celsjusza.

        Na początku udaliśmy się do latarni morskiej Long Point w Crow Head, tuż za Twillingate. Poniżej latarni przy dużym parkingu znajduje się platforma widokowa. To dobre miejsce do obserwacji gór lodowych – teraz niestety widać tylko jedną w sąsiedniej zatoce. Z góry widać też liczne szlaki piesze. Ścieżki wiją się po skalistym wybrzeżu. Wracamy jakieś 500-600 metrów od parkingu (na który akurat podjechało kilka autokarów) i skręcamy w niewielką drogę w prawo, do zatoki Sleepy Cove. Znajdują się tu pozostałości po dawnej kopalni miedzi. Idziemy ścieżką u podnóża klifu, na którym dalej stoi latarnia. Tu dopiero widać, jaki ten brzeg jest stromy i wysoki. A od wody dzieli nas jeszcze jeden uskok. Można zejść niżej, ale z dziećmi nie będziemy ryzykować.

        W Twillingate decydujemy się na rejs statkiem. Zapisujemy się na 19.00 w Twillingate Adventure Tours. 50 dol. od osoby dorosłej, dzieci od 2 do 16 lat – 25. Dzień jest raczej pochmurny i mamy nadzieję, że może wieczorem się trochę przejaśni. W małym budynku oprócz biura mieści się też Addy’s Seafood Restaurant. Zostajemy na obiad i jemy moim zdaniem najlepszego dorsza na tym wyjeździe.

        Dzieci są zmęczone, więc dajemy im szansę na sen, udając się na przejażdżkę po wioskach na South Twillingate Island. Chwilami wychodzi słońce i oświetla ciepłym światłem kolorowe domki. Przy większości nad brzegiem stoją drewniane szopy na palach, niektóre przechylają się ku wodzie.

        Wracamy na rejs. Na tę godzinę co my zapisało się jeszcze kilka osób. Wcześniejsze były bardziej popularne. Wsiadamy na pokład M.V. Daybreak, który jest największym statkiem wycieczkowym w Twillingate i okolicy. Ma 60 stóp. Twillingate Adventure Tours to interes rodzinny. Kapitan i przewodniczka są rodzeństwem. Pani z humorem opowiada o górach lodowych, tutejszej kulturze, topografii, mówi, że jej rodzina – jak zresztą wiele innych – trudni się rybołówstwem. Nawet ona przez kilka lat łowiła ryby.

        Na wielu zdjęciach w przewodnikach czy w Internecie można zobaczyć Twillingate niemal otoczone górami lodowymi. To jednak tylko na zdjęciach. W tym czasie, kiedy dotarliśmy na Nową Fundlandię, w okolicy jest tylko jedna góra. Inne może jeszcze przypłyną… Okrążamy więc tę jedną kilka razy. Przyglądam się bruzdom na jej powierzchni, widzę, że w cieniu wcale nie jest szara, tylko niebiesko-zielona. Zielona jest też tuż pod powierzchnią wody. Myślę sobie, że to tylko wierzchołek…

        Gdy wracamy do portu, zaczyna kropić deszcz. Robi się trochę chłodno. Niestety, słońce podczas naszego rejsu się nie pokazało. Czujemy pewien niedosyt.

 

        Dzień 5

        Przez trzy noce śpimy w Parku Prowincyjnym Dildo Run. Nocleg kosztuje 25 dol. (z dodatkowymi opłatami wychodzi około 40 dol.). Park znajduje się na New World Island, sąsiadującej z wyspami Twillingate. To dobry punkt wypadowy na wycieczki po okolicy. Wyznaczono na nim 55 miejsc kempingowych, z których 21 ma zasilanie elektryczne. Nasze ma numer 25, nad wodą, schodzi się do niego po schodkach, dzięki czemu daje więcej prywatności. Przy budce kasowej można skorzystać z bezprzewodowego Internetu – wieczorem budka jest otoczona ze wszystkich stron samochodami wczasowiczów.

        Tego dnia płyniemy promem na skalistą wyspę Fogo, która przyciąga artystów szukających surowego miejsca, w którym czas się zatrzymał. Jest największą przybrzeżną wyspą Nowej Fundlandii, ma około 25 kilometrów długości i 14 kilometrów szerokości. Znajduje się na niej 10 angielskich miasteczek i jedno irlandzkie – Tilting, położone we wschodniej części wyspy, mające status National Historic Site. Prom odpływa z miejscowości Farewell, niecałe 50 km od parku Dildo Run. Ma krótki przystanek na wyspie Change i potem płynie do Stag Harbour na Fogo. Podróż trwa około 45 minut. Jakieś 1,5 km po zjeździe z promu po prawej stronie znajduje się centrum informacji turystycznej. Fogo stawia na tradycję – muzea przybliżają życie dawnych mieszkańców wyspy, którego częścią było oczywiście rybołówstwo. Do zwiedzania są stare domy (np. Blaek House z 1826 roku), szkoła z 1888 roku, poczta. Na początku sierpnia co roku w miejscowości Fogo na północno-zachodnim krańcu wyspy odbywa się festiwal folklorystyczny.

        Zatrzymujemy się na rybę w barze Chester Fried Super Stop, a potem jedziemy do miejscowości Fogo. Idziemy na szlak, wybieramy Fogo Head / Western Brook Trail długości 3,6 kilometra. W Fogo jest jeszcze jeden – Brimstone Head, który też wygląda ciekawie.

        Idziemy na początku po drewnianych schodkach, a potem już do końca po kamienistej ścieżce. Czasem trudno ją dojrzeć, bo wokół same skały. Nam, dorosłym, idzie się całkiem przyjemnie. Jackowi po tych kamieniach chwilami trochę gorzej. Podejście jest łagodne. Gdy oglądamy się za siebie, widzimy, jak lśnią w słońcu białe domki w Fogo. Dochodzimy do miejsca, z którego rozpościera się widok na ocean. Gór lodowych niestety brak. Siadamy na ławce na platformie widokowej i patrzymy na granatową wodę. Szlak ciągnie się jeszcze dalej, w oddali widać też drugą platformę. My jednak wracamy. Jacek zaczyna marudzić, że mu ciężko. Na dole ma nagrodę – plac zabaw przy szkole.

        W drodze powrotnej skręcamy na chwilę nad Shoal Bay. Po lewej stronie drogi zwraca uwagę długi chodnik szerokości dwóch desek. W zależności od pory roku teren może być lekko podmokły. Zatrzymujemy się, ciekawi, dokąd ta ścieżka prowadzi. Rafał idzie odważnie, ja się trochę obawiam, wyobrażam sobie, że jeśli to teren prywatny, to ktoś nas może przepędzić. A uciekać po takiej kładce wcale nie byłoby łatwo. Przy drodze nie ma żadnego oznaczenia.

        Na jej końcu, nad brzegiem, znajduje się budynek, czarny z jedną ścianą jasną, mający kształt jakby skręconego prostopadłościanu. Jest pusty. Potem dowiadujemy się, że to Tower Studio. Na Fogo znajduje się siedem budynków w podobnym stylu, zaprojektowanych przez Todda Saundersa. Wśród nich jest kosmicznie drogi hotel Fogo Island Inn – za dwie noce dla dwóch osób trzeba zapłacić ponad 1000 dol. Pozostałe sześć to studia – proste bryły geometryczne ustawione na nadbrzeżnych skałach, niby oderwane od reszty krajobrazu, tworzące zderzenie nowoczesności z tradycją i naturą.

        Jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie: mijamy budę z szyldem „Mięsa lokalne” – na rysunkach obok napisu ryba i łoś…

 

        Dzień 6

        Zwijając namiot, jesteśmy przekonani, że będziemy dziś jechać do Parku Narodowego Gros Morne. Plany się jednak zmieniają. Zanim ruszamy w drogę, podjeżdżamy jeszcze do „stacji komfortu”, żeby umyć zęby. Ja idę pierwsza, Rafał zostaje z dziećmi. W łazience zagaduje mnie pani, pyta oczywiście, skąd jesteśmy, gdzie już byliśmy i gdzie się teraz udajemy. Mówi, że jeśli chcemy oglądać góry lodowe, to warto zatrzymać się we wschodniej części półwyspu Baie Verte (jeszcze w centralnej części wyspy, można powiedzieć, że po drodze do Gros Morne). Jej mąż ma w camperze mapę, to nam może zaraz pokazać, w której z mniejszych zatok jest kilka gór lodowych. Gdy wychodzę po porannej toalecie, Rafał jest już po rozmowie z mężem miłej pani.

        Liczymy mniej więcej, jak dodatkowy przystanek wpłynie na nasze dalsze plany, i oceniamy, z czego ewentualnie moglibyśmy zrezygnować. W tej sytuacji naszym nowym celem staje się miejscowość King’s Point.

        Zanim zjeżdżamy z autostrady, zatrzymujemy się przy punkcie informacji turystycznej. Rezerwujemy nocleg w pensjonacie By The Waves w Langdon’s Cove. Pensjonat jest otwarty od 1 maja do 15 października, ma 3 nieduże pokoje. Prowadzą go Karen i John z Ontario. Karen pochodzi z Simcoe, a John – z Brantford. W 2012 roku przyjechali na Nową Fundlandię i zakochali się w tym miejscu. W ich pensjonacie człowiek czuje się jak w domu. Do takich miejsc aż chce się wracać. Naszym dzieciom też się podoba – następnego dnia rano Jacek nawet się nie zastanawia, tylko od razu po obudzeniu się idzie do jadalni, by grzebać w skrzyni z zabawkami pozostałymi po dzieciach gospodarzy (teraz dzieci Karen i Johna są już na studiach).

        Zanim jednak dojeżdżamy do Langdon’s Cove, zatrzymujemy się w King’s Point. A tam – olbrzymia góra lodowa w centrum miasta. Zatoka jest długa i wąska, w wielu miejscach niedaleko brzegu pływają kawałki, które oderwały się od największej bryły. Zatrzymujemy się w kilku miejscach, żeby zrobić zdjęcia. Co tam Twillingate! Dla nas stolica gór lodowych jest tutaj!

        Do Langdon’s Cove jedziemy wzdłuż zatoki – i co chwila na wodzie widać białe plamy. Przy brzegu przed pensjonatem też dryfują pozostałości góry lodowej, która rozpadła się niedawno. Karen mówi, że systematycznie na brzeg wyrzucane są małe rybki capeliny, którymi żywią się wieloryby. Walenie często wpływają do zatoki.

        Rozpakowujemy się i idziemy jeszcze na 5-kilometrowy szlak Oceanview, który mijaliśmy po drodze. Ścieżka najpierw prowadzi przez las, a potem wzdłuż skalistego brzegu. Na skałach zbudowano kilka platform widokowych. Oczywiście z każdej widać góry lodowe! Z ostatniej platformy widać zabudowania w Langdon’s Cove. Gdy odwrócimy się do tyłu, widzimy okazały skalny łuk.

        Można powiedzieć, że Langdon’s Cove to odkrycie tego wyjazdu. Trafiliśmy tu niespodziewanie, nie czytaliśmy o tej okolicy w żadnych przewodnikach. Rejon Green Bay, w porównaniu z innymi rzadko odwiedzany przez turystów, oferuje oprócz obserwacji gór lodowych i wielorybów możliwość pływania kajakami i uprawiania turystyki pieszej. Wyznaczono w nim 9 szlaków o różnym stopniu trudności. King’s Cove Trail prowadzi do punktu widokowego na Gull Cliff, z którego rozpościera się widok na zatokę Notre Dame. 12-kilometrowy szlak Alexander Murray zawiera odcinki z drewnianymi kładkami i schodami, wspina się na wierzchołek wysokości 400 m (warto pamiętać, że zaczynamy niemal od poziomu morza), a krótki Rattling Brook Falls Trail – do wodospadu wysokiego na prawie 250 metrów.

        Aż żal wyjeżdżać. Ale czeka na nas Park Narodowy Gros Morne.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Zaloguj się by skomentować